Na początku wieku, dokładnie w roku 2002, Stare Konie wyjechały na swój pierwszy koński rajd w lasy i bezdroża Beskidu Niskiego. Był to pomysł karkołomny i szalony, gdyż uważaliśmy się za ludzi wiekowych i po przejściach, więc byliśmy pełni lęków i obaw. Kto to widział siadać na konia po nie rzadko 30 latach przerwy, gdy w domu czekają dzieci, często wnuki czy starzy rodzice. Więc wydawało się że to będzie jednorazowy wybryk wśród bezpiecznych i atrakcyjnych Spędów Starych Koni organizowanych rutynowo dwa razy do roku bliżej domu. No, może powtórzymy 2 – 3 razy, jeśli wszystko dobrze pójdzie. Tymczasem minęło 25 lat, a rajdom nie ma końca. Pesel gniecie, wszędzie strzyka i łupie, a mimo to rok bez rajdu trudno sobie wyobrazić. Na początku okresu rajdowania myśleliśmy że jesteśmy na taką przygodę za starzy, ale dziś, po 25-ciu latach, starość nikomu do głowy nie przychodzi, towarzystwo ewidentnie młodnieje. Świadczy o tym fakt, że chętnych na rajd kolejnego roku nie ubywa, a wręcz wzrasta ilość tych, którzy chcą jeździć codziennie na dwie jazdy.
25 lat – toż to ćwierć wieku.
A skoro doczekaliśmy takiego nobliwego jubileuszu, należało go godnie obejść.
Od lat wiedzieliśmy że nasz przywódca Józek buduje w Sanoku (gdzie mieszka) ośrodek jeździecki, że nawet zaczął tam organizować rajdy dla młodzieży – ale jakoś nas nie zapraszał. Stale słyszeliśmy że obiekt nie jest wykończony, że brakuje a to ciepłej wody, a to miejsca na ognisko, a to pokoi za mało. Aż wreszcie w roku jubileuszowym obiegła środowisko wiadomość, że bazą rajdu 25-tego będzie Sanok, ośrodek naszego Mistrza. Więc był to pierwszy istotny jubileuszowy akcent, a o resztę skrzętnie zadbaliśmy.
Cały pobyt w Sanoku tak upłynął, że każdego dnia były jakieś ekstra świąteczne atrakcje. Turnus mijał niezwykle intensywnie, nie było dnia żeby się nic poza buszowaniem konno po łąkach i lasach nie działo.
 |
 |
| 1. Ośrodek jeździecki Józka w Sanoku |
2. Kolacja w piątek po podróży |
Dotarło do Sanoka 12 czerwca 16 osób, z różnych stron Polski. Przyjechali: Marysia, Doris, Hania Olowa, Renia, Andrzej, Jaga, Walter, Lalucha, Wuya, Maciek Warszawski, Kupcio, Lechu, Maja, Hania Sister, Zgaga, Formisia. Zastaliśmy obiekt rzeczywiście nie do końca wypieszczony, ale wszystko co było potrzebne funkcjonowało. Pokoiki były nowe, czyste, każdy z łazienką, na dole czekał przytulny salonik gdzie jadaliśmy posiłki i gdzie siedzieliśmy gdy na dworze było zimno. Posiłki przyrządzały siostry Józka, w tym bardzo dobre swojskie obiadki, jak u mamy. Pierogi które któregoś dnia zaserwowały to mistrzostwo świata, że nie wspomnieć o zupie ogórkowej czy kalafiorowej. Dziewczyny były bardzo miłe i uczynne, bardzo się polubiliśmy. Pięknie że tak wsparły brata w potrzebie. Natomiast nie zdążył Józek skończyć dwóch pokoi na samej górze, skutkiem czego dało się odczuć pewną ciasnotę w obiekcie, gdyż dwa inne pokoje zostały zorganizowane jako trójki, co było dość niewygodne. Natomiast udało się zrobić wiatę pod lasem, co było gigantycznym przedsięwzięciem, prace trwały podobno do ostatniej chwili. Ale bez wiaty ani rusz, przecież ogniska z gitarą są nieodłącznym elementem rajdu.
Konie zastaliśmy znane i lubiane: Eldik, Wiarus, Wezyr, Rodos, Hermes, Emir, Fikus, Kamelia, Linka. Nie brała udziału w rajdzie Melisa, którą zastaliśmy w stajni z dwumiesięcznym źrebakiem, na wyźrebieniu była też Czantoria. Józek dla siebie brał konie młode, które przyuczał do zawodu – Foksala i Wetlinę już znaliśmy, doszła jeszcze Bruksela.
 |
 |
| 3. W stajni |
4. Dziecko Melisy |
Do pomocy przy koniach miał nasz szef dwóch Pawłów, też bardzo oddanych i pomocnych, a roboty przy obsłudze rajdu jest co niemiara. Tym bardziej gdy rajd się odbywa we własnym ośrodku i są na głowie jeszcze inne konie, jak również rozmaite inne obowiązki związane z działalnością tegoż ośrodka. Ale wszyscy się bardzo starali, a nasza grupa to wesoły ludek i elastyczny gdy trzeba, więc wrażenia zostały po obu stronach jak najbardziej pozytywne. Przede wszystkim docenialiśmy życzliwość jaka nas zewsząd otaczała, czuliśmy się jak w rodzinie
W piątek gdy już wszyscy się zjechali, zasiedliśmy do kolacji, przy której szeryfa przywitała towarzystwo i zaproponowała toast na dobry początek. Wtedy o głos poprosiła Lalucha i wygłosiła toast szczególny, godny tak wielkiego wydarzenia:
Jakim będzie ćwierćwieczne spotkanie
Starych Koni po Przejściach n-letnich?
Coraz dalszy na mapie jest Sanok,
Coraz krótszy ten rok od poprzednich.
Czy Szeryfa nas znowu zaskoczy
Przyciągając młodziaków do grona,
Aby wesprzeć nasz wigor przykładem
I piosenką Przybory przekonać:
„…i wespół w zespół, wespół w zespół,
by żądz moc móc wzmóc!”
Przyjeżdżamy nareszcie do Józia,
Gdzie koniki na jazdy czekają.
Rozpoznamy? Po łatce, po strzałce,
Zapach chrapek z rozkoszą wdychając?
Dopadniemy się znowu z radością,
Zrazu kryjąc gdzie strzyka, co boli.
Noga w górę i w bok, wiatrak w łóżku,
Gimnastyka z Wujaszkiem pomoże!
Ewcia ranki poświęci urodzie,
I baczenie mieć będzie na stado.
Czy po kłusach na siwkach w Nowince
Na Melisę zagnie znów parol?
Jeśli Józio azymut wyznaczy
Na przemarszu, gdzieś w leśnej gęstwinie,
A Melisa z Formisią na grzbiecie
Czołowego zastąpią przez chwilę,
Wtedy trafić się może przygoda
Ostre zjazdy, podjazdy i pętle.
Wreszcie STOP! Co za widok na góry!
Storczyk w trawie! …Kto zrobi mi zdjęcie?
Co zaś z wozem w tym roku się zdarzy,
Ile pup odparzonych pomieści?
Poza Renią, Walterem i tymi
Co się wolą chichotać lub przejść się?
Wznoszę toast podparty przestrogą
(Wszystkich wątków i tak nie pomieszczę):
Buty z nóg, mokre ciuchy przed progiem!
Z troskliwością Ośrodkiem się cieszmy.
Choć zmęczeni poczuliśmy od razu klimat którego łakniemy jak powietrza i który zgania nas od 25-tu lat na rajdową przygodę.
 |
 |
| 4. Reniowie wnieśli tort na okoliczność rocznicy ślubu |
5. 100 lat… |
Nie był to bynajmniej koniec piątkowych atrakcji. Po chwili Reniowie wnieśli na stół okazały tort, jako że w tym właśnie dniu obchodzili 52-gą rocznicę ślubu. Tort był wspaniały, skonsumowaliśmy do ostatniej okruszynki, oczywiście po zdmuchnięciu świeczek przez jubilatów. Życzyliśmy jubilatom wszystkiego najlepszego, spełniając kolejny toast bardzo dobrymi trunkami. Trzeba tu dodać, że kuchnia do kolacji zaserwowała też rozmaite bardzo dobre ciasta, więc na dzień dobry obżarliśmy się niemożliwie. Piękny piątkowy wieczór upłynął w rodzinnej i oczekiwanej przez cały rok atmosferze
W sobotę po śniadaniu spotkaliśmy się w stajni, gdzie stały już konie spędzone z pastwiska (pierwszy raz mieliśmy brać konie ze stajni, pierwszy raz nie do nas należało łowić je na bezkresnych pastwiskach). Oczywiście szeryfa starała się poukładać ludzi do jazdy pierwszej lub drugiej, ale to ostatnio nigdy nie wychodzi, więc jakoś sami sobie radziliśmy, a najczęściej był bałagan. Raz nawet poszedł w trasę koń luzem, który miał być zagospodarowany na drugiej jeździe, ale na skutek złej wyliczanki nie był potrzebny i po prostu się przebiegł w dwie strony
Tereny po których mieliśmy rajdować należą do Pogórza Dynowskiego, a rajd po Pogórzu Dynowskim zaliczyliśmy w 2010 roku i był on jednym z trudniejszych. Tak też można ocenić rajd w roku bieżącym. Mimo że najczęściej poruszaliśmy się po okolicy stępem, trasy były trudne. Pokonywaliśmy trudne stromizny i różne inne trudne niespodzianki, więc hardcore mieliśmy każdego dnia.
Ośrodek Józka znajduje się co prawda w Sanoku, ale na jego obrzeżach, więc po wyjeździe z podwórka zaraz wkraczamy w teren zielony, który ciągnie się potem w bezkres. Początkowo są to ścieżki w zwartych, wysokich zaroślach, z biegiem dni wydeptane i przyjazne. Docieramy do dopływu Sanoku o wdzięcznej nazwie Sanoczek, gdzie konie są pojone po raz pierwszy. Zjazd do wody odbywa się po pionowych skarpach, a nad wodą nisko zwisają gałęzie drzew. Jest to więc dość karkołomne, podobnie jak inne wodopoje w dalszej drodze, jednak dla Józkowych koni takie wodopoje nie stanowią problemu. Grzecznie zsuwają się na zadach do wody, jedynie kowboj ma problem, żeby nie zsunąć się do wody przez łeb swojego mustanga. Po napojeniu podróżujemy łąkami wśród wysokich traw sięgających końskich brzuchów, a z drzew spadają ananasy. Tak, tak, dorodny ananas leżała na jednej ścieżce przez cały nasz pobyt, więc pewnie gdzieś w pobliżu takie rosły. Jadąc dalej mijamy różne ładne, zadbane wioseczki, by ostatecznie dotrzeć do masywu Kopacza, pokrytego w całości bajkowym bukowym lasem. W ciągu tygodnia poruszaliśmy się po rozmaitych ścieżkach tego masywu, a prawdę mówiąc najczęściej nie były to żadne ścieżki, lecz bezdroża pokonywane na intuicję Józka, raz w górę, raz w dół. W sobotę było kilka kroków kłusa, kilka kroków galopu, ale więcej się nie dało, gdyż oprócz nierówności terenu było ekstremalnie ślisko po wcześniejszych deszczach. Pojechaliśmy do małej kotlinki między szczytem Horodyszcze i Horodna, przedzierając się przez głuchy las, często stromo pod górę i w dół. Celem zasadniczym wyprawy było starożytne grodzisko na szczycie Horodyszczy, będące podobno zaczątkiem Sanoka. Najstarsze ślady człowieka są tam datowane na rok ok. 1500 pne.
 |
 |
| 6. Średniowieczne grodzisko niedaleko Sanoka |
7. Pierwszy biwak między górami Horodyszcze i Horodna |
Gdy forsowaliśmy las w drodze do grodziska rozpadał się deszcz, więc wskoczyliśmy w peleryny. Druga grupa pojechała potem tak samo, ale najpierw był biwak i wspaniała zupa z soczewicy, uwarzona przez Józkową żonę Halinkę. Każdy zajadał z apetytem i brał dokładkę. W drodze powrotnej Józek pokazał nam jeszcze górę Płonna na dalekim horyzoncie, gdzie jakiś miesiąc wstecz niedźwiedź śmiertelnie ranił kobietę, o czym było głośno w telewizji. Aktualnie niedźwiedzie w Bieszczadach i okolicznych górach stanowią duży problem, ale to odrębny temat.
 |
 |
| 8. Druga grupa podjeżdża pod grodzisko |
9. Stromy zjazd z grodziska |
 |
 |
| 10. W dali góra Płonna, gdzie misiu zaatakował kobietę |
11. Poimy w Sanoczku przed powrotem do stajni |
Jazdy tego dnia były krótkie, po ok. 1,5,godziny na grupę.
Wieczorem odbyła się uroczysta inauguracja jubileuszowego rajdu. Józek odpalił szampany, a Halinka wniosła gigantyczny tort, który okazał się tak pyszny, że wciskaliśmy w siebie ile tylko się dało, nawet gdy się nie dało. Był mocno napompowany wiśniówką i gęsto nafaszerowany wiśniami z tej wiśniówki. Mimo starań nie daliśmy mu rady i trochę zostało na śniadanie.
 |
 |
| 13. Inauguracja obchodów 25-lecia rajdowania |
14. Szeryfa zdmuchuje świeczki na torcie |
Po posiłku odbył się bardzo ważny element obchodów jubileuszowych, mianowicie test wiedzy o naszych rajdach. Bo przyjemności przyjemnościami, ale po tylu latach wypada mieć jakąś podstawową bodaj wiedzę z historii rajdów i wypada się nią pochwalić. Formisia z Hanią Olową przygotowały okolicznościowe gadżety, w posiadanie których można było wejść po pozytywnym zaliczeniu testu. Rozdano małe papierowe torebki z gadżetami, do których były doczepione pytania. Prawidłowa odpowiedź pozwalała zajrzeć do torebki i zostać właścicielem tego co było w środku. Było kupę śmiechu i zabawy, bo proste pytania sprawiały jednak trochę trudności. Jeśli ktoś nie dawał rady, dostawał z dobrego serca drugą szansę, było też delikatne naprowadzanie. Tak że ostatecznie wszyscy zaliczyli test, także Józek, i wolno było zajrzeć do torebek. Tam każdy znalazł unikatowy otok na kapelusz, z symbolami Dzikiego Zachodu i z wygrawerowaną tabliczką „25-ty rajd Starych Koni 2026”. Nie trzeba dodawać, że otoki są absolutnie niepowtarzalne, takich nikt w Polsce nie ma, ani na całym świecie. Więc należy go mocno przytwierdzić do kapelusza aby nie zgubić, gdyż takiego się już nie kupi.
 |
 |
| 15. Będzie test z historii rajdów |
16. Niespodzianka, ale najpierw pytanie |
 |
 |
 |
 |
| 17. Okolicznościowy otok i zwycięzcy… |
Zabawa była przednia. Przy okazji wspominek każdy dodawał swoje refleksje o dawnych przygodach, tak że wesołość wzrastała, podlewana dobrymi trunkami. Był to dobry moment by przedstawić trochę statystyki. Formisia wyliczyła, ile dotychczasowych rajdów było bezupadkowych, a na ilu zdarzyły się tak zwane gleby. Dla jednych było to zaskakujące, dla niektórych spodziewane, mianowicie tylko na czterech rajdach nikt nie rozstał się z koniem, a na dwudziestu były upadki. A kto w tej materii wiedzie prym? Formisia uzyskała wcześniej zgodę od szeryfy na upublicznienie personalnej statystyki upadkowej, gdyż wg szeryfy „na naszym rajdzie RODO nie obowiązuje”. Więc ujawniono, że tym głównym upadkowiczem okazała się właśnie szeryfa. Została uhonorowana niezwykłym flots, które się ogólnie podobało, a rozbawiona zwycięzczyni odtańczyła dookoła stołu polkę-galopkę. Przyznała co prawda że wolałaby wygrywać w innych dziedzinach, ale dobrze się bawiła razem z całą salą. Było jeszcze jedno flots, dla zwycięzcy w innym temacie – a mianowicie dla pierwszej gitary Bieszczadów. Wiadomo, że to Wuja Woyt. Co byśmy bez niego zrobili, bez jego gitary i zaczarowanych wieczorów przy ognisku. Dbaj o paluszki Wujaszku i graj nam po zawsze.
Był to początek rajdu, a już byliśmy „przy górnym C”. Tymczasem w niedzielę po śniadaniu się zadymiło. Józek prosił, aby w zabłoconych buciorach nie wchodzić do budynku, abyśmy po jeździe zostawiali końskie buty czy też kalosze na tarasie. Więc szykując się do kolejnej jazdy należało po śniadaniu namierzyć swoje buty wśród wielu innych stojących pod drzwiami. W niedzielę rano nie znalazła swoich butów Laluszka, mimo intensywnych poszukiwań. Owszem, jakieś stały nie zagospodarowane, ale twierdziła że to nie jej, swoje w końcu dobrze zna. Aby przyśpieszyć poszukiwania szeryfa obeszła pokoje i pytała dziewczyn czy na pewno żadna nie wzięła spod progu, przez zupełny przypadek, butów nie swoich. Poszukiwania jednak nie dały rezultatu. Laluszce się wydawało, że jej własnością są buty zabrane z tarasu przez Dorotkę, ale Dorotka uważała, że to na pewno jej. Każda miała mocne argumenty. Nie można było tematu drążyć w nieskończoność, więc Ala dzielenie założyła na jazdę te które się ostały, i ostatecznie ruszyliśmy w świat.
Pogoda była lepsza niż dnia poprzedniego, było słonecznie ale chłodno, więc dla jeźdźców dobrze. Jechaliśmy przez łąki i zagajniki, przedzieraliśmy się przez pozarastane ścieżki, były trudne zjazdy i podjazdy, także ślizgi po błocie do potoków na końskich zadach, było trochę kłusa i galopu. Było też umiarkowane błądzenie, bo „ależ pozarastało”. Ostatni kilometr czy dwa jechaliśmy przez otwarte pola, gdzie wiatr duł z dużą siłą. Wóz w tym czasie podążał szosą przez Trepczę, Srogów Dolny i Górny, a kowboje na wozie pomarzli. Nawiasem mówiąc wóz też pobłądził, ale szczęśliwie spotkaliśmy się wszyscy koło boiska sportowego w Srogowie Górnym, dokąd przyjechał panem Tadziem bardzo smaczny lunch.
 |
 |
| 18. Zawsze było w górę lub w dół |
19. Józek szuka możliwości przedarcia się przez gęsty szpaler drzew i krzewów |
 |
 |
| 20. Droga się znalazła |
21. Wóz zmierza na biwak |
Przed oczami rozpościerała się piękna, bezkresna panorama Gór Słonnych na nieodległym horyzoncie, co kontemplowaliśmy siedząc w trawie i zajadając zupę. Szybciej niż zwykle ruszyliśmy w drogę powrotną, gdyż trasy były tego dnia długie – pierwsza jazda to 2,5 godziny, druga 2,15. Cztery osoby z wozu ruszyły do domu piechotą, a było do przejścia jakieś 5 km.
 |
 |
| 22. Koński parking w Srogowie na boisku |
23. Czekamy na lunch |
Wieczór spędziliśmy przy ognisku pod jeszcze świeżutką wiatą, jednak śpiewanie szło nie tęgo, bo wszystkich dopadło zmęczenie – częściowo jeszcze po podróży, częściowo po dwóch dniach intensywnego rajdowania.
W poniedziałek przy śniadaniu szeryfa poinformowała że zamierza powołać komisję do szukania butów Laluchy, ale buty właśnie się znalazły, więc temat został zamknięty. Zgodnie z przypuszczeniem ktoś się pomylił.
Tego dnia przy śniadaniu jak i przy posiłkach dnia poprzedniego, Reniowie stawiali na stół dużą butlę z tajemniczą zawartością – co się okazało być gorzałką Arturową, którą kiedyś od niego dostali i jakoś nigdy nie otwarli. Przy jubileuszu był pretekst wspomnieć Artura i opróżnić jego butelczynę, ale odkorkowanie butelki wiązało się z konkursem: ile lat ma ta gorzałka, skoro dostali ją od Artura gdy byliśmy z nim w miejscu takim a takim, gdzie zdarzyło się to i to. Wszyscy natężali głowy, zagadkę rozwikłała kronikarka, za co otrzymała w nagrodę paczkę kamyczków. Wyszło że gorzałka ma równo 10 lat, gdyż w roku 2016 Artur miał z nami jedną jazdę z Rudawki Rymanowskiej do Puław, gdy Józek musiał pilnie wyjechać. Wtedy dokonał darowizny. Butelka bimbru była sporych gabarytów, męczyliśmy ją do końca rajdu i z trudem zmęczyliśmy.
Tego dnia jechaliśmy do Mrzygłodu, gdzie konie miały zostać na dwie noce na przygotowanym pastwisku. Ludzi woziły na nocleg i potem do koni samochody organizatora. Trasy były znowu dość długie, 2,5 godziny i 2.15. Pierwsza grupa pojechała najpierw łąkami tak jak pierwszego dnia do lasu pod Kopaczem, potem bajkowym lasem bukowym sennie i dość spokojnie, aczkolwiek od czasu do czasu „stawiał do pionu” jakiś nieprzyjemnie stromy zjazd lub podjazd.
 |
 |
| 24. Przez Sanoczek |
25. W pięknych okolicznościach przyrody radość rozpiera |
Dotarliśmy do biwaku nad Międzybrodziem, dokąd przyjechało doskonałe leczo. Odpoczęliśmy trochę, konie również, po czym druga grupa ruszyła do boju. Druga trasa obfitowała w ekstremalnie trudne zjazdy i podjazdy, były bardzo trudne ślizgi na końskich zadach, gdy tylko anioł stróż trzymał swojego podopiecznego za kapotę, nie pozwalając być szybszym od konia w pokonywaniu stromizny. Że myśmy się tam poważnie nie poturbowali, to „chwała ci Panie”. Było trochę kłusa i galopu, w obu grupach, choć bez szału, gdyż teren nie sprzyjał takim wyczynom. Pod koniec jechaliśmy piękną ścieżką nad samym Sanem, gdzie wodę dekorowały od czasu do czasu czaple siwe, a słońce skrzyło wodną toń. Natomiast koło przygotowanego pastwiska bociany brodziły po łące nie stresując się naszą obecnością, a krwiste maki dodawały kolorytu tej sielance. Był to piękny dzień i piękna przygoda.
 |
 |
| 26. Gęsty las w Masywie Kopacza |
27. Gęsto i ciasno |
 |
 |
| 28. Po Sanie jeździliśmy wiele razy |
29. Sielanka |
Wieczorem odbyła się jubileuszowa prelekcja Formisi pokazująca minione 24 rajdy w pigułce, zatytułowana: „Wielki Jubileusz – gdzieśmy byli, cośmy widzieli, cośmy przeżyli”. Publika reagowała z ożywieniem, włączając się do wspomnień, bo każdy pamięta minione czasy po swojemu. A cośmy przeżyli, to się w głowie nie mieści. Co rusz ktoś analizując wspomnienia wydawał okrzyk: „naprawdę, przeżyliśmy coś takiego? Niewiarygodne”.
Niech żałuje ten kto nie jeździł na rajdy. Miejmy nadzieję, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa w temacie.
Jako że kronikarka obchodziła w tym dniu urodziny, były też serdeczne życzenia, prezencik, odśpiewanie: „Ewa Ewa jak nam ciebie żal…” Siedzieliśmy w salonie dopóki kto miał siłę.
 |
 |
| 30. Po prelekcji urodzinki |
31. Ewa Ewa jak nam ciebie żal… |
We worek były imieniny Laluszki, więc przy śniadaniu Laluszce składano życzenia, podpierając je hymnem ”Ala, Ala, jak nam ciebie żal…” Ala zaprosiła na wspólne z Formisią ciasto, które będzie podane na biwaku. Tymczasem zawieziono nas samochodami do Mrzygłodu do koni, po czym pierwsza grupa wskoczyła w siodła, a druga poturlała się dalej wozem. Miejscem docelowym wtorkowej wyprawy był Ulucz, a tematem przewodnim „śniadanie na trawie”. Jeszcze na naszym spotkaniu kwietniowym nad Odrą Zgaga zaproponowała, by na rajdzie jubileuszowym powtórzyć niektóre najbardziej popularne wydarzenia z minionych lat, a niewątpliwie „śniadanie na trawie” to wydarzenie kultowe. Nie wszystkie podeszłyśmy do pomysłu entuzjastycznie, bo co tu dużo gadać, nieco wszyscy się zmieniliśmy przez te 20 lat (tamto „śniadanie” odbyło się na rajdzie 2006). Majtki z koronkami które wtedy uszyłyśmy sobie ze starych prześcieradeł u wspólnej krawcowej, o ile się nie podarły, to gdzie teraz są, czy w ogóle się w nie wbijemy? Większość jednak zaakceptowała pomysł i zadecydowano aby śniadanie zorganizować w Uluczu na biwaku. U Józka nie było warunków, poza tym rano się nie da tego zrobić, bo trzeba jechać do koni, które są prawie 20 km od domu, a wieczorem może być za zimno żeby paradować w bieliźnie, poza tym śniadanie nie może być kolacją. Więc strój do śniadania trzeba było spakować i załadować na wóz.
Solenizantka i jubilatka zamówiły dobre ciasto w porządnej cukierni w Sanoku i miało ono być dowiezione do Ulucza na godzinę 13.
 |
 |
| 32. Poimy konie w Sanie w Mrzygłodzie |
33. Wóz przez chwilę jedzie równolegle z końmi |
Póki co ruszyliśmy z kopyta. Jechaliśmy przez pola, łąki, czasem obrzeżem lasu, wbijając się w nieprzetarte jego partie, czasem trafialiśmy na pozarastane ścieżki, z trudem dające się sforsować. Łąki usłane były dywanami jaskrów, dzwonków, przytulii. Pokłusowaliśmy trochę, były też trzy odcinki galopu. Przejechaliśmy przez Łodzinę, dojechaliśmy do starej kopalni piasku, której doły wydobywcze pokryła woda i stanowią teraz urokliwe stawy pełne ptactwa. Dotarliśmy do Sanu i przez gęste szuwary, gdzie roślinność sięgała siodeł, aż koniom trudno było stawiać kolejne kroki, mega stromym zjazdem, wjechaliśmy do wody. Poruszone zielsko wypuszczało w górę chmury pyłków, alergik nie miałby co szukać w takim miejscu. San był tutaj dość głęboki, nurt rwący, pod końskimi nogami wyczuwało się ogromne głazy. Przeprawiwszy się na drugą stronę po chwili znaleźliśmy miejsce naszego biwaku, a była to zagrodzona posesja z małym zamkniętym na głucho domkiem.
Uwiązaliśmy konie w zagajniku na obrzeżach posesji, w cieniu, gdyż nastała gorączka. Kowboje którzy zsiedli z koni nie mieli chwili na złapanie oddechu, a po jeździe trwającej ok. 2,5 godziny byliśmy zmęczeni i przegrzani. Czas umiarkowanie gonił, więc trzeba się było szybko przebrać w przywiezioną bieliznę. Za domkiem, bez najmniejszej osłony przed żarem lejącym się z nieba, dziewczyny zrobiły sobie przebieralnię i wyskoczyły ze szmatek jeździeckich, wskakując w majtki z koronkami i stosowne koszulki. Chłopaki przywdziały long-johny, jeśli który je miał, a ci co nie mieli, wystąpili w czym mieli, co pasowało do sytuacji. Kupcio np. przywdział elegancką piżamkę w paseczki. I zabawa się zaczęła.
 |
| 34. Solenizantka i jubilatka |
 |
 |
 |
 |
| 35. Śniadania na trawie… |
36. …czyli powtórka z rozrywki |
Pod wiatą skonsumowaliśmy lunch który przyjechał panem Tadziem, zjawiło się też zamówione ciasto. Z ciastem poszliśmy na trawę i na kolorowych kocykach realizowaliśmy program. Teoretycznie wszystko było tak jak 20 lat wstecz, aczkolwiek wino nie miało wzięcia, gdyż ciepłota była za duża, a poza tym część osób za chwilę dosiadała koni. Natomiast nareszcie w błogim lenistwie można było odpocząć, poleżeć, powygłupiać się trochę. Rzec by można – chwilo trwaj.
Szkoda że nie chciała trwać dłużej.
Powrotna trasa do Mrzygłodu była inna niż poprzednia i trwała krócej. Dojechaliśmy do innej partii stawów będących pozostałością po kopalni piasku, długi czas jechaliśmy wzdłuż coraz to nowych akwenów. Było pięknie, zielono i niebiesko, po wodzie pływały łabędzie, po łąkach brodziły bociany. Dojechaliśmy do wsi Hłomcza i chwilę podróżowaliśmy szosą razem ze spotkanym wozem. Łącznie na łąkach Józek zarządził aż sześć odcinków galopu, z których trzy były normalne – spokojne i krótkie, trzy były długie, a jeden wariacki. Wariacki, bo zrobiło się zamieszanie i cudem nikt nie zakosztował gleby. Józek wyrwał do przodu dość szybkim tempem, za nim dzielnie posuwał Rodos i Eldik. Niestety pozostałe konie zatrzymał Fikus, który tego dnia miał humory i nie szedł do przodu. Czołówka nie wiedziała co się dzieje z tyłu, a ci z tyłu nie mogli odpalić. W końcu inny koń wyminął Fikusa i zrobił się galimatias. Polecieli ławą, co jest zawsze dość ryzykowne. Na szczęście dobrze się skończyło, ale trochę nerwów naszego Józinka to kosztowało. Ostatecznie szczęśliwie dotarliśmy do Mrzygłodu, gdzie konie zostały na kolejną noc, a nas znowu samochodami odstawiono do Sanoka.
 |
 |
| 37. Kończymy biwak w Uluczu, siodłamy |
38. Piękne stawy w byłej kopalni piasku koło Hłomczy |
Dzień był piękny – i pogoda, i widoki, i te galopy. I na koniec wieczorna zabawa.
Szeryfa wymyśliła, że spotkamy się o godzinie 20.00 pod wiatą, ale „idźcie powoli i rozglądajcie się po kątach”. Od budynku do wiaty jest spory kawałek, a na trasie były pochowane różne niespodzianki, zaznaczone kwiatem margaretki. Należało iść nieśpiesznie i szukać po pierwsze margaretek, a następnie ukrytego obok gadżetu. Pod kamieniami, w trawie, czasem pod krzaczkiem – leżały rozmaite zdjęcia. Gdy już zasiedliśmy pod wiatą, każdy znalazca miał odgadnąć kto jest na zdjęciu, które trzyma w ręce. Niby banalne, ale zdjęcia były tak dobrane, że wcale nie było proste rozszyfrować kogo przedstawiają. A to ktoś siedział na koniu zamotany we fruwającej pelerynie i twarz miał też zamotaną, a to fotka przedstawiała czyjś zadek, bo ktoś czyścił kopyta swojemu koniowi i zadkiem się nastawił do fotografującego, a to ktoś skacząc rów właśnie lądował z koniem w błocie, a twarz całkowicie zasłaniał przesunięty kapelusz, a to ktoś sprowadzał konia z pastwiska i szedł po jego drugiej stronie wobec fotografa i widać było tylko rękaw kraciastej koszuli i czerwone paznokcie, a to ktoś zsuwał się na koniu po skarpie, a gałęzie skutecznie go zasłaniały, pokazując tyko co nieco… itd. Było kupę śmiechu, szczególnie gdy znalazca nie poznawał samego siebie, albo gdy ktoś się uparcie przyznawał do zdjęcia, na którym był ktoś inny. Zdarzyło się, że dwie osoby wręcz szły w zaparte: „to ja, to ja”. Jeśli zdjęcie nie zostało rozszyfrowane, wędrowało dalej, dopóki ktoś nie rozpoznał kogo przedstawia. Po zliczeniu punktów (1 pkt. za dobrą odpowiedź) zabawę wygrała Zgaga, następnie był Wuja i Andrzej. Nagrodą były słodkie orzeszki, ale na otarcie łez szeryfa całe towarzystwo osłodziła różnymi innymi łakociami, gdyż słodkości nigdy dość.
 |
 |
| 39. Zwycięzcy konkursu margaretkowego |
40. Szeryfa częstuje łakociami |
Wieczór kontynuowaliśmy dziarsko śpiewając, a ogień na ognisku płonął.
W środę rano padało, nawet codzienna gimnastyka odbyła się w deszczu. Pojechaliśmy do Mrzygłodu samochodami, a celem zasadniczym było sprowadzić konie do domu. Deszcz ustał, zrobiło się przyjemnie. Pierwsza grupa pojechała inną drogą niż dwa dni wcześniej jechaliśmy do Mrzygłodu, teraz Józek poprowadził drugą stroną Sanu. Po wyjeździe z pastwiska pokonaliśmy San wpław i posuwaliśmy się wzdłuż rzeki, wybrzeżem bardzo zarośniętym. Cały czas mieliśmy gęste, wysokie, nieprzyjazne zarośla, które trzeba było taranować, a przez szmat czasu był to las barszczu Sosnowskiego, rośliny jak wiadomo zabójczej. Chwilami sięgała naszych twarzy i był to bardzo niekomfortowy odcinek, aczkolwiek wkroczyliśmy już na tereny Gór Słonnych, które tu się właśnie zaczynały (co można uznać za bonus). Gdzieś na wysokości wsi Dębna przeprawiliśmy się przez San z powrotem, szukając najpierw odpowiedniego miejsca do przeprawy. W końcu Józek wybrał zjazd do wody, ale San był w tym miejscu bardzo szeroki, a dodatkowo w obrębie spokojnej rzeki płynął silny wartki nurt, jakby rzeka w rzece, który znosił konie z wytyczonego kierunku wydłużając przeprawę. Biorąc pod uwagę że głazy pod końskimi nogami były pokaźne, należało bardzo uważać i możliwie wolno się przemieszczać, aby nie wylądować w wodzie – co się kiedyś na rajdzie zdarzyło. Ale szczęśliwie dobiliśmy do brzegu i skierowaliśmy się do Dębnej.
 |
 |
| 41. Zarośnięte wybrzeże Sanu |
42. Kolejna przeprawa przez San |
Wioseczka jest bardzo ładna, jest wiele nowych, ukwieconych domków, ale są też stare, drewniane, urocze. Jazda po wsiach i asfalcie nie jest może zbyt ambitna, ale daje wytchnienie po trudach taranowania buszu i męczących tras góra-dół, więc czasem jest pożądana. Dodaje też kolorytu całej przygodzie.
 |
 |
| 43. Wioska Dębna |
44. Biwak nad Międzybrodziem |
 |
| 45. Nasz szef zadowolony, chyba się sprawiliśmy |
Biwak był tam gdzie poprzednio, czyli nad Międzybrodziem. Od tego miejsca druga grupa miała pojechać podobnie jak przyjechaliśmy tutaj dwa dni wstecz, ale sam wyjazd z biwaku wypadł inaczej. Pod nosem bowiem zobaczyliśmy przyjazną drogę leśną, więc Józek z niej skorzystał. Niestety droga ślepo się skończyła, wylądowaliśmy dosłownie w zielonym kominie. Wjechaliśmy w tak zwarty, wysoki, ciasny mur krzewów i wszelakich chaszczy, że zwyczajowe taranowanie ściany koniem nie bardzo szło. Młodziutka Józkowa Wetlinka wręcz odmówiła współpracy. Oczywiście nasz przywódca wyciągnął maczetę aby ciąć tunel w buszu, ale mimo że dziarsko nią wywijał, skutek był mizerny. Zawracaliśmy, szukaliśmy jakiejś dziury. W tym galimatiasie z koniem rozstał się Lechu, co było połączone z obsunięciem się siodła, więc w tej totalnej ciasnocie odbyło się dodatkowo przesiodłanie konia. Po wielu próbach i nerwach wreszcie udało się Wetlinkę wpakować w jakąś mniej zwartą lukę, a za nią przez busz przedarły się grzecznie pozostałe konie.
 |
 |
| 46. Bardzo trudna gęstwina u podnóża Kopacza |
47. Wydawało się że nigdy stąd nie wyjedziemy |
Odetchnęliśmy z ulgą i bardzo stromym podjazdem dotarliśmy do wyższych partii góry, gdzie teren był co prawda pofalowany, ale bardziej przyjazny i rzec można znany. Wydawało się że już bez afer dobrniemy do domu, jednak nic bardziej mylnego. Po chwili przyszła ulewa i dosłownie oberwała się chmura. Ściana deszczu była tak intensywna, że świat się rozmył i mało co widzieliśmy dookoła, a woda wlewała się pod peleryny wszelkimi możliwymi szczelinami. Gdzieś w oddali pohukiwała burza i nasłuchiwaliśmy, czy aby się nie zbliża. Ulewa trwała pozornie bez końca, czarna rozpacz ogarnęła kowboi. Na dodatek nie wszyscy mieli „sprawne” peleryny, więc niektórzy zmokli tylko trochę, a niektórzy do imentu. Ale trzeba było ten kataklizm przyjąć ze stoickim spokojem, alternatywa nie istniała. Ulewa w końcu się skończyła, jednak sytuacja nadal była trudna, gdyż zrobiło się ekstremalnie ślisko. Ścieżki pozamieniały się w strumienie, strumienie w rwące rzeczułki. Na szczęście wszystko ma kiedyś koniec, więc i ten horror się skończył. Bez ofiar dotarliśmy do domu.
Druga grupa podróżowała 2,5 godziny, pierwsza 1,40.
Na osłodę dostaliśmy przepyszną zupę kalafiorową, a na drugie gulasz z indyka z kaszą i surówką. Palce lizać.
W tym miejscu należy wspomnieć o wyczynie naszej koleżanki Hani Sister. Że Hania jest zapalonym górołazem przekonaliśmy się już na dwóch poprzednich rajdach. Czasem siadała na wóz i dopiero z biwaku wracała pieszo, czasem w ogóle nie jechała na biwak, tylko realizowała górskie penetracje zaraz po śniadaniu. Podobnie było w tym roku, ale wyczyn środowy przeszedł wszystko. Nasza turystka pojechała co prawda samochodem ze wszystkimi do Mrzygłody, gdzie stały konie, ale stamtąd ruszyła w drogę powrotną do Sanoka pieszo. Góry Słonne dopiero się zaczynają pod Mrzygłodem, więc nie są tam jeszcze wysokie ani trudne. Ale nikt po nich nie chodzi, przynajmniej w tej ich części. No, może oprócz niedźwiedzi, które grasują w Bieszczadach i okolicach coraz śmielej. Wędrówka Hani trwała ok. 8 godzin, było błądzenie, przedzieranie się przez błota i drogi rozryte przy zwózce drewna, było bardzo strome zejście po śliskim stoku. Po drodze nie spotkała żywego ducha, na szczęście także niedźwiedzia. Dotarła do Sanoka w innej jego części niż znajduje się stajnia, więc na koniec przeszła jeszcze całe miasto. Wyczyn nie lada, Haniu, jesteś wielka.
 |
 |
| 48. Samotna wędrówka przez G.Słonne Hani Sister |
49. Andrzej, autor pięknych filmów o naszych rajdach |
A jeśli chwalić, to już chwalić. Nie przestaniemy chwalić Andrzeja Liska za jego wspaniałe filmy które kręcił na rajdach przez wiele lat i których oglądanie nigdy się nie znudzi. Szczególnie filmy z pierwszych rajdów, jeszcze huculskich, które zawsze budzą sentyment, gdyż stare czasy z założenie są sentymentalne, nie mówiąc o tym że miło popatrzyć jacy piękni i młodzi wtedy byliśmy. Wieczór środowy spędziliśmy oglądając właśnie stare filmy, ekscytując się wspomnieniami i wzdychając „to były czasy…” Był to ważny akcent Wielkiego Jubileuszu. Dzięki Andrzej że to robiłeś, że to mamy, zawsze będziemy chętnie do tych filmów wracać.
Czwartek był dniem bez konia, w programie była wycieczka po ciekawostkach okolicy. Najpierw pojechaliśmy pochodzić po Sanoku, gdzie obeszliśmy bardzo ładny ryneczek, odwiedziliśmy Beksińskiego i Szwejka, których pomniki stoją w eksponowanych miejscach, byliśmy pod zamkiem, którego rodowód sięga średniowiecza, a obecnie to Muzeum Historyczne, wreszcie zahaczyliśmy o cerkiew prawosławną z kompletnym ikonostasem.
 |
 |
| 50. Zamek w Sanoku |
51. Spotkaliśmy Beksińskiego |
Celem zasadniczym dnia był jednak dworek Marii Konopnickiej w Żarnowcu, dokąd pojechaliśmy w następnej kolejności. Pani przewodniczka oprowadziła nas po całym obiekcie, opowiadając o poetce ciekawe historie i zwracając uwagę na ważne eksponaty w muzeum. Dworek otrzymała poetka w darze od narodu w roku 1903. Są tam autentyczne wnętrza w których żyła i tworzyła, także przedmioty które były jej własnością, są rękopisy niektórych dzieł, są też obrazy przyjaciółki, Marii Dulębianki. Wycieczka była bardzo ciekawa.
 |
 |
| 52. Dworek M.Konopnickiej w Żarnowcu |
53. Rzeczy osobiste Konopnickiej |
Z Żarnowca pojechaliśmy na lunch do Krosna do sympatycznej restauracji, a następnie do słynnej Huty Szkła, gdzie spenetrowaliśmy tylko sklep, gdyż bilety na halę produkcyjną trzeba zamawiać z dużym wyprzedzeniem. Nakupiliśmy różnych szklanych różności i udaliśmy się do Korczyny do Pijalni Czekolady. Pijalnia to ponoć największa fabryka czekolady w Europie, prowadzi ją mistrz Polski cukierników Mirosław Pelczar. Cukiernik komponuje smaczne i wyrafinowane wyroby, a wszystko robi się tam ręcznie, z najlepszych naturalnych składników. Można się tam objeść czekoladą w różnych postaciach, obkupić i napatrzyć na rozmaite ciekawostki – maszyny do produkcji czekolady, drzewo kakaowca, filmy itd. Oczywiście tutaj również zakupiliśmy różności i był to piękny akcent wycieczki.
 |
 |
| 54. W Hucie Szkła w Krośnie |
55. Pijalnia Czekolady w Korczynie |
Pięknym akcentem był też wieczorny koncert ballad bieszczadzkich, który odbył się po późnym obiedzie. Ze względu na chłodny wieczór koncert odbył się w saloniku, zaproszony został artysta, który śpiewa ballady swoje, ale też inne znane utwory o zbliżonej tematyce. W czasie wykonywania ballad za plecami wykonawcy widać było nasze koniki, które pasły się za domem i akurat skupiły się bliżej budynku. Swojsko parskały dokładając swoją cegiełkę do magicznego wieczoru.
 |
| 56. Koncert ballad bieszczadzkich |
W piątek po zejściu się na śniadanie szeryfa obwieściła, że jest to śniadanie Wielkanocne. Okazało się że niektórzy mieli jeszcze nie zjedzone jajka na twardo z drogi, więc w końcu trzeba było coś z nimi zrobić. A jak Wielkanoc, to Zajączek, czyli prezent dla Józka. Na szybko wyszykowany został kosz ze świątecznymi darami, a znalazły się w nim:
– ostrogi z grawerką, grawerka miała niemieckie brzmienie, przetłumaczone na potrzeby sytuacji „szaleniec z maczetą”,
– wieszak ozdobny mosiężny z głowami koni, podpowiadający czego gościom w pokojach brakuje,
– nadpity co prawda w poprzednich dniach, ale pięciogwiazdkowy koniak, a nadpity, bo zajączek musiał sprawdzić czy jest wystarczająco dobry,
– stare puśliska, ale sprzętu jeździeckiego nigdy dość, a czymś trzeba było wielki kosz wypełnić.
Zanim nadszedł Józek szeryfa zarządziła że każdy osobiście składa życzenia szefowi, ale mają się one zamknąć w trzech słowach. Józek został oczywiście zaskoczony kolejnym wygłupem, a zabawa była przednia. Życzyliśmy spontanicznie: „pomyślności ze starymi końmi”, bądź taki zawsze”, „smacznego zdrowego jajeczka”, „podków i hufnali ile trzeba” itd. Po życzeniach szeryfa zapewniła że jajka zostały poświęcone przez nią osobiście, po czym podzielone na kawałki rozdała biesiadnikom do konsumpcji, życząc wszystkiego najlepszego.
 |
 |
| 57. Śniadanie Wielkanocne, „zajączek” dla Józka |
58. Życzenia Wielkanocne |
Tego dnia temperatura niestety wzrosła i zrobiła się duchota, uzjadliwiły się gzy i jeszcze bardziej meszki. Jechaliśmy do Falejówki, trasa w dużej mierze wiodła przez świeżo zazieleniony las bukowy, bardzo przyjemny. Było cały czas góra-dół i czasem przedzieranie się przez krzaczory, ale trasa była nieco łatwiejsza niż poprzednie, a chłodny las działał jak balsam w tym gorącym dniu. Na jazdę przywdzialiśmy zielone koszulki ofiarowane nam przez Józka na jubileusz XX-lecia, ponadto założyliśmy kamizelki odblaskowe z jego logo, które dostaliśmy w tym roku.
 |
 |
| 59. W trasie kolejnego dnia |
60. Jazda koszulkowa |
Wozowi zostali zgonieni z wozu z powodu jazdy pod górę, więc w tej okropnej duchocie zasuwali spory kawał pieszo.
 |
 |
| 61. Biwak w Falejówce |
62. Każdy odpoczywa jak się da |
Po biwaku druga grupa konna miała wreszcie bardzo widokową trasę. Jechaliśmy przez zarośla coraz wyżej, aż w końcu wydostaliśmy się na łąki z pięknymi panoramami, zachwytom nie było końca. Szef pokazał nam szczyt Wroczeń oraz szczyt Słonny w widocznych jak na dłoni Górach Słonnych. Powiało klimatami bieszczadzkimi, dusze śpiewały. Po łąkach pogalopowaliśmy spory kawałek.
 |
 |
| 63. Piękne łąki w rejonie Raczkowej |
64. Jest cudnie |
 |
 |
| 65. Widoki na Góry Słonne |
66. Galop po łąkach |
Ale do czasu było tak fantastycznie, po dłuższej chwili błogiego wędrowania przyszedł obuch w łeb. Dotarliśmy znowu do szpaleru zwartej roślinności, stanowiącej jakby mur graniczny pomiędzy jedną łąką a drugą. Po drugiej stronie szpaleru wiodła nasza dalsza trasa, więc trzeba się było jakoś dostać na tą kolejną łąkę. Tymczasem zielony mur zagradzał drogę i nijak nie szło się w niego wbić. Wbił się w skraj chaszczy Józek i dwa kolejne konie, pozostali nie mieścili się w ciasnej czeluści i czekali na łące na rozwój wydarzeń. Józek usiłował wyciąć maczetą tunel, mrucząc pod nosem: „gdzieś tu był przejazd, gdzie to było”. Koń Marysi Wiarus stał przednimi nogami w czeluści, zadnimi na łące. Marysia stwierdziła że wyprowadzi go na łąkę, aby przeczekać akcję, ale w czasie manewru zawracania Wiarus otrzepał się z potu z taką siłą, że Marysię zwalił. Szeryfa potłukła kosteczki dość boleśnie i przez chwilę nie było wiadomo czy ponownie siądzie w siodło. Jednak do celu było daleko, toteż gdy jakimś cudem znaleźliśmy się wszyscy po drugiej stronie szpaleru, Marysia przy pomocy pomagierów wciągnęła się dzielenie na konia i spokojnym stępem pojechaliśmy dalej. Teren był stale nieprzyjazny – nagłe, strome skarpy, niewidoczne w trawie doły. Byliśmy wykończeni, pot się lał, duchota była nieznośna. A tu po chwili spokoju przeżyliśmy kolejny horror. Przez wieś w której się znaleźliśmy płynął niewielki strumyczek, a trzeba było pilnie konie napoić, gdyż długo już nie piły. Strumyk wyglądał raczej jak długie, wąskie koryto z pionowym obramowaniem, do tego nad wodą nisko zwisały gałęzie drzew. Wejście do tego koryta było tak niekomfortowe, że konie się zbuntowały. Nie chciały tam wchodzić, łącznie, albo głównie z Józkową Brukselą. Najdzielniejszy okazał się Rodos – niechętnie i z trudem, ale dał się w końcu wepchnąć do koryta, za nim odważyła się Bruksela i Eldik, następnie co dzielniejsze. Niestety niektóre stawiały taki opór, że Józek zaczął po cichu rzucać kurwami i mruczeć pod nosem: „nie takie rzeczy one potrafią”. Dodatkową trudnością była konieczność przesunięcia się czołówki do przodu w korycie, żeby innym zrobić miejsce. A czołówka znowu stanęła okoniem, gdyż niskie gałęzie skutecznie blokowały wszelkie manewry. Znowu Rodos się przełamał, pokonał strach i dał się uprosić żeby podejść korytem do przodu, tak że po chwili próśb i zaklęć udało się towarzystwo napoić, ale wszystko razem było karkołomnym wyczynem. Że my, siedemdziesięciolatkowie, dokonaliśmy takiego wyczynu, mimo kurw będących wyrazem dezaprobaty – to jest wprost niewiarygodne. Potem jeszcze było spłoszenie się młodej Brukseli bo bóbr zbyt głośno wskoczył do wody, kiedy indziej przestrach wywołał myszołów podnoszący się zbyt nagle z trawy, kiedyś spłoszyła czołowego konia łania hałasująca w krzakach. Spłoszenie się czołowego rzutuje na zachowanie kolejnych koni, więc ważne jest aby za czołowym, gdy jest to młody początkujący przywódca, szedł jakiś odważny koń, nie podlegający panikom. Ale różnie to bywa, te odważne też potrafią się spłoszyć. Tutaj Rodos się sprawił, ale w terenie trzeba być gotowym na wszelkie niespodzianki. No cóż, rajd to jest przygoda dla dzielnych, a tacy właśnie jesteśmy.
Ostatecznie dotarliśmy do wsi Raczkowa, gdzie konie zostały na noc, a po nas przyjechały samochody. Dzień był męczący, ale na odpoczynek nie było czasu. Był to wieczór wiankowy, więc prosto spod prysznica należało ruszyć na zbiór kwiatów i udziergać wianek. W tym temacie mamy niemałe doświadczenie, więc każdy się uwijał i coś tam udziergał. Aby się nacieszyć z kwietnego rękodzieła i z tego jak ładnie wyglądamy posiedzieliśmy chwilę na tarasie, a szeryfa zarządziła, aby każdy opowiedział jak stracił za młodu swój wianek.
 |
 |
| 67. Wianki uplecione |
68. Wesoły ludek |
Nastąpiła konsternacja, były chichoty i plątanie się w zeznaniach, niełatwe to było zadanie. Raczej konkrety każdy zostawił dla siebie, wyjawiając małe co nieco, albo wymyślając niestworzone historie. Tym niemniej śmiech brzmiał jak dzwon i dobrze nastrojeni ruszyliśmy jeszcze przed zmrokiem nad Sanoczek, aby dokonać obrzędów. Znaleźliśmy wiszący mostek nad wodą, który się podejrzanie kołysał gdy tyle osób weszło, ale był blisko domu więc pasował. Wianek z ziół symbolizuje dobrobyt i ochronę przed złymi urokami, a wartka woda ma moc oczyszczającą. Wianek powinien więc dziarsko odpłynąć aby oczyścić ze złego, a przy tym nie utonąć, by nie utopić dobrego. W poprzednich dwóch latach Kupcio wchodził w butach do wody i pomagał wiankom odpłynąć, gdyż susza hydrologiczna wypacza całą piękną ideę i psuje zabawę. Teraz jednak wejście do Sanoczka było zbyt karkołomne i błotniste, więc Jurek nie zaryzykował. A nurt rzeczułki znowu nie był zbyt porywający i trochę się te nasze wianki ociągały. Ale wierzymy że warunki klimatyczne zostaną przez niebiosa uwzględnione i odczujemy pozytywne skutki dokonania świętojańskiego obrzędu.
 |
 |
| 69. Kwietne dziewczyny |
70. Kwietne chłopaki |
 |
 |
| 71. Kwietne towarzystwo |
72. Płyńcie wianki do morza |
Nastała kolejna sobota, ostatni dzień rajdu i ostatnia jazda. Pojechaliśmy samochodami do Raczkowej i od razu spotkały nas przykre niespodzianki. Okazało się że w miejscu gdzie stacjonowały konie jest kolonia wielkich, bardzo gryzących mrówek. Trudno się było od nich opędzić, właziły na ręce, szyje, cięły niemiłosiernie. Nie za bardzo było też gdzie konie uwiązać, niektóre siodłano z lotu. Do tego gorączka i duchota powodowały że koniska były już na wstępie spocone i podenerwowane, przy siodłaniu niespokojnie się kręciły. Z trudem wyjechaliśmy w trasę. Ale dość szybko wrócił dobry nastrój, gdyż pojechaliśmy na widokowe łąki, gdzie poprzedniego dnia panoramy zachwycały, była więc uczta duchowa.
 |
 |
| 74. Ostatnia jazda |
75. Rajd to piękna przygoda |
Potem Józek trochę trasę zmodyfikował, tak że odcinek z Raczkowej do Falejówki był częściowo inny. Z pięknych, wysoko położonych łąk należało ostatecznie zjechać na dół do wsi, ale ten zjazd okazał się dość trudny. Okazało się że jedna łąka od kolejnej oddzielona jest nie tylko szpalerem krzaków, ale przede wszystkim stromym uskokiem, często nie widzianym do ostatniej chwili. Bywało tak, że Józek prowadził skrajem jakiejś skarpy, gdzie zjazd na dół był w tym miejscu niemożliwy, więc gwałtownie zawracał, szukając lepszego miejsca. To zawracanie w gęstwinie zarośli było zawsze trudne. Ale było i tak, że zakrzaczona skarpa wydawała się niemożliwa do zjazdu, a nasz szef jednak ją wybierał. Prowadził nas wtedy jakby do studni, gdzie trzeba się było niemal kłaść na zadzie albo mocno trzymać tylnego łęku. Przez to szukanie zjazdów ze stromych skarp naddaliśmy nieco drogi, a Józek tylko mruczał: „no gdzie to było, gdzieś tu był zjazd…”.
 |
 |
| 76. Strome skarpy po drodze |
77. Skarpy strome i kręte |
 |
 |
| 78. Aż się konie dziwią gdzie im każą wejść |
79. Znowu niespodzianka |
Były też na równej drodze rowy, gdy konie czasem skaczą, a czasem grzecznie przechodzą. Nigdy nie ma pewności jak będzie. W takiej sytuacji rozstała się z koniem Dorotka, gdyż jej Kamelia woli skakać przez rowy niż przez nie pełzać. Wcześniej glebę zaliczył Jurek. Podobno jego koń poślizgnął się na kałuży w lesie, gdzie w wodzie tkwiła niewidoczna gałąź.
 |
 |
| 80. Przejść ten rów czy skakać… |
81. Kamelia zawsze woli skakać przez rowy niż po nich pełzać |
Jednym słowem doznań było co niemiara, ale jakoś szczęśliwie dojechaliśmy do Falejówki, gdzie przez chwilę regenerowaliśmy się przejeżdżając przez ładny, wypielęgnowany park miejski. Na biwak podobnie jak pierwszego dnia przyjechała pyszna zupa z soczewicy i przywróciła nadwyrężone siły.
Druga grupa jechała przez znany las bukowy w masywie Kopacza, gdzie jest ładnie i dość bezpiecznie, aczkolwiek nie obeszło się bez zjazdów na skróty po stromych stokach, jak i pojenia w niełatwych miejscach. Dotarliśmy do stajni zmęczeni i tym samym rajd, przynajmniej w części końskiej, się skończył.
 |
 |
| 82. Zarośnięty świat |
83. Kolejne nieprzyjazne zejście do wody |
A nie był on łatwy. Więc skoro był to rajd 25-ty, czyli jakaś zamknięta liczba, może na tym należy poprzestać…
Ale w przyszłym roku wypada 20-ty rajd z Józkiem, znowu ważna okoliczność i ważna rocznica. Czy moglibyśmy zrezygnować z hucznego obchodzenia 20-tego rajdu z Józkiem?
No cóż, nie moglibyśmy.
Będzie o czym w zimie myśleć, teraz kończyliśmy rajd bieżący i po obiedzie odbyły się uroczystości. Marysia tradycyjnie odśpiewała hymn rajdu do Wujaszkowej gitary, potem wujaszek wygłosił laudację w imieniu wszystkich. Podziękował Józkowi, podkreślając że doceniamy ile wysiłku włożył w przygotowanie ośrodka na nasze przyjęcie, a przede wszystkim w zrobienie w ekspresowym tempie wiaty. Dziękował za jazdy których nie zapomnimy, za cierpliwość, za kochane, dobrze ułożone koniska, które nigdy nie zawodzą, a jeśli już coś jest nie tak, to raczej nie z ich powodu. Podziękował siostrom za domowe obiadki, za życzliwość i uśmiech. Podziękował dwóch Pawłom, którzy byli bardzo pomocni i bardzo się starali. Podziękował panu Tadziowi, który woził nam zupy na biwaki i nigdy się nie spóźniał. Dla wszystkich wymienionych były drobne upominki, Józiu dostał ogłowie z wędzidłem, bo sprzętu jeździeckiego nigdy nie jest dość. Życzyliśmy sobie wszyscy kolejnego spotkania, bo właściwie do trzydziestki już całkiem nie daleko.
 |
 |
| 84. Pożegnalne ognisko |
85. Wszystko co piękne szybko się kończy |
No cóż, kolejny raz się udało. Szanujmy zdrowie i nie poddawajmy się.
 |
| Trasy rajdu 2026 |
Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy rajdu, głównie Andrzej Lisowski