Refleksje Joli po przeczytaniu książki Formisi

Po przeczytani książki: Ewa Formicka „Rajdy Starych Koni 2002-2018″ 

 

Refleksje Joli Słowik

 

Na wstępie chciałabym wyrazić słowa wdzięczności Andrzejowi Olszowskiemu za inicjatywę wznowienia spotkań dawnych członków AKJ czyli „Starych Koni po Przejściach”. Przedmowa Andrzeja pobudziła moją wyobraźnię i zachęciła do napisania poniższych uwag.
Andrzej Olszowski, Ewa Formicka i Heniu Geringer byli tą si
łą napędową realizującą konsekwentnie pomysł wznowienia naszych spotkań i organizacji rajdów.
Dzięki im za to.
Dodatkowe podziękowania dla Ewy, która niestrudzenie notowa
ła na naszych rajdach nie tylko ich przebieg, wydarzenia, i highlights ale także starała się przekazać nastrój i atmosferę.
Dzięki ci Ewo za w
łożoną pracę i serce. Ewa była zawsze bliska memu sercu i dzieliła ze mną miłć do przyrody, a jej znajomość potrzeb koni, które są czującymi istotami, a nie tylko biomaszynami stworzonymi dla naszej przyjemności powinna być wzorcem dla każdego koniarza.
Ewa ze swoją egzotyczną urodą przez lata ca
łe była ozdobą naszych rajdów. Niech nam Ewcia żyje 100 lat !!!
Po szczerych hymnach pochwalnych dla Ewy chciałabym przekazać parę bardziej osobistych wrażeń dotyczących naszych rajdów i spotkań.
Każdy wyjazd do P
olski na rajd był dla mnie wielkim przeżyciem, a spotkania z przyjaciółmi dodawały mi siły i radości życia na wiele miesięcy.
Mój pierwszy rajd w 1971 to już prehistoria.
Oto kilka scen z rajdów, z czasów naszej m
łodości, które mocno wbiły się w moją pamięć:
– Ciepłe noce i spanie na dmuchanych materacach wśród koni w lesie.
– Delfinki w jeziorach, których brzegi nie by
ły jeszcze zabudowane ośrodkami wczasowymi i jeszcze nie oblegane przez turystów.
– Ogniska i śpiew z podk
ładem gitarowym braci Kolańczyków.
– Rajdy okraszały prześliczne panienki w ich stylowych strojach podkreślających ich urodę: Renia, Dorotka, Ewcia, Majeczka, Ala, Ruda, Stasia, Aldona i pozostałe.
Oczywiście każdy z nas zachowa
ł zapewne w pamięci własne migawki z rajdów i niektóre się pokrywają i są wspólne dla wielu uczestników, a inne siedzą w pojedynczych głowach.
– Dalsze markantne dla mnie wspomnienia to rozbicie helki przez niezawodnego woźnicę Stefana.
– Zamiatanie lasu przez Jurka (nazwiska nie pamiętam
– Abramowski przyp. red.).
– Wachty nocne.
– Romantyczne początki wielkiej mi
łości Laluchy i Wojtka.
– Galopy przez ścierniska i dojazd do Ba
łtyku i nasze zaślubiny z morzem.
– Rajdy prowadzone przez mego męża Gerarda też zas
ługują na moje wspomnienia.
Jak mówią nasi bracia Cz
esi „Už se to nestane” albo” To se nevrάti”.

Pierwszy rajd „Starych Koni po Przejściach” odbył się w czerwcu 2002. To było 23 lata od naszego wyjazdu do Niemiec i 31 od naszego pierwszego rajdu. Szmat czasu ze wzlotami, jak to w życiu bywa i upadkami. Już nie byliśmy tak młodzi, ale jeszcze pełni wigoru. Ponowne spotkanie starych przyjaciół było dla mnie niezwykle wzruszające. Wielka szkoda, że Mirek się całkowicie od nas zdystansował. Wspominam go jako szeryfa bardzo mile.
Jakie szczęście, że tak d
ługo towarzyszył nam Heniu. Do końca mego życia pozostanie on w mojej pamięci jako wspaniały szeryf, wierny przyjaciel i człowiek wielkiej klasy i kultury.
Tak się złożyło, że wznowienie naszych rajdów przypadało na mój tzw. „mongolski” okres życia, toteż karkołomne trasy i błądzenie w terenie nie przerażały mnie i były naturalnym przedłużeniem wędrówek po górach i dolinach, czy to Chentiej w Mongolii, czy Beskidów lub Bieszczadów.
Całe szczęście nasze rajdy Starych Koni obyły się bez poważnych wypadków, ale nie zapomnę Aldony leżącej pod koniem i proszącej aby ją uwolnić od tego „słodkiego” ciężaru. Aldonka znalazła się też w drodze na rajd ze swoim samochodem w rowie, ale całe szczęście i tym razem miała dzielnego Anioła Stróża i obyło się bez cielesnych obrażeń.
Mocno w mojej pamięci utrwaliły się Polany Surowiczne i polowanie watahy wilków na pasące się „bizoniątka”. Gdy usłyszałam hasło „wilki !!!” wybiegłam pół naga nie bacząc na wiek i przyzwoitość.
Niestety w czasie naszej ostatniej wizyty na tych samych Polanach z bólem stwierdziłam, że łąka została skoszona w czasie wylęgu ptaków, np. gnieżdżącego się na łąkach derkacza. Nie było więc ani kwiatów polnych, ani motyli ani nawoływania derkacza. Wycinka naturalnych lasów bieszczadzkich, także latem, zabudowywanie łąk albo zmienianie tych barwnych, rozkwieconych i pełnych owadów siedlisk w krajobrazie bieszczadzkim na intensywne jednogatunkowe tereny zielone napawa mnie wielkim smutkiem.

W 2004 roku pojawiła się z Heniem, jak Wenus z piany, nasza ukochana Szeryfa Marysieńka. Marysia tryskała na rajdach zawsze humorem i rozsiewała wokół siebie bardzo pozytywną aurę. Dowcipna, urocza, pełna weny i seksowna, świeciła na rajdach jako ta gwiazda. Wprawdzie na naszym 16-tym rajdzie dotarła biedaczka do nas ze złamaną szczęką i naruszonymi żebrami po nieszczęśliwym dostaniu się pod rolki swojej wnuczki, ale w tych trudnych dla niej chwilach nie straciła pogody ducha i optymizmu.
Wspomnę jeszcze ostatni rozdział książki opisujący nasze 16-te bieszczadzkie spotkanie z oficjalnym otwarciem rajdu przez Henia legendarną „geringerówką”, przepięknymi bieszczadzkimi widokami, tragedią nagłego zejścia konia pociągowego Mateusza, klaczki Walentynki i pożegnalnym hymnem rajdowym Henia.
Aż trudno mi uwierzyć, że Henia nie ma już między nami.

Cieszmy się życiem i sobą póki jeszcze możemy.