Archiwum kategorii: 2017

XXVI Spęd czyli Jubieleusz 20-lecia Starych Koni

 

Pewnego listopadowego dnia 1997 roku grupa byłych członków AKJ spotkała się w mieszkaniu Ola (z jego inicjatywy) aby powspominać stare czasy, pooglądać zdjęcia z dawnych lat, pośpiewać rajdowe piosenki. Przybyło ponad 20 osób, niektórzy nie widzieli się od wielu lat, a nawet od skończenia studiów. Doznaliśmy wielu wzruszeń oglądając pożółkle albumy, a delikatne w brzmieniu śpiewanie (sąsiedzi) przeciągnęło się do świtu. Tak powstało nieformalne stowarzyszenie pod nazwą „Stare Konie”.

I tak śpiewamy sobie i wspominamy  już 20 lat. Z tą tylko różnicą, że obecnie wspominamy to co się działo w czasie ery starokońskiej, gdyż od tego pierwszego spotkania przybyło wiele kolejnych. Przybyło nie tylko  spotkań, ale też nietuzinkowych pomysłów. Okazało się, że apetyt na życie mamy wielki – były rajdy, bale, rajdobozy i wigilijne opłatki. Oj, działo się działo. Ni z tego ni z owego stuknął okrągły Jubileusz, aż trudno uwierzyć.

A jak Jubileusz, to należało go godnie uczcić. Kilka miesięcy szukaliśmy miejsca na tą szacowną imprezę i ostatecznie zdecydowaliśmy się na ośrodek „Nad Potokiem” w Karpaczu, bardzo dobrej jakości i odpowiadający naszym potrzebom. Nie bez znaczenia był fakt, że włascicielką obiektu jest koleżanka ze szkoły Iwonki, a „znajomości” jak wiadomo są wielce pomocne w takich okolicznościach.  Ośrodek został na ten wieczór  zamknięty dla naszej grupy i tym samym mieliśmy zapewnioną intymność, dodającą pożądanego klimatu.

Zjeżdżaliśmy się od piątkowego przedpołudnia, do wieczora przyjechali prawie wszyscy. A przybyło 40 osób, w tym Eta z Paulem z Australii, Jola z Gerem z Niemiec i wiele innych osób z dalszych i bliższych zakamarków Polski. Jak zwykle miło się było spotkać, bo czy widujemy się często czy rzadko, zawsze  spotkania budzą pozytywne emocje. Wszyscy dostali ładne identyfikatory firmy Olo and Company. Grupa przedpołudniowa skorzystała z

 

1. Pensjonat Nad Potokiem w Karpaczu 2. W Czechach na piwku i knedlikach

 

pięknej, słoneczne pogody i na dobry początek ruszyła na Przełęcz Okraj i do Małej Upy w Czechach. Celem było czeskie piwo i knedliczki, ale przede wszystkim spacer w kolorowej, jesiennej scenerii.

O godzinie 17.00 gospodarze rozpalili na tarasie grilla i zaproszono do poczęstunku. Były dania ciepłe i zimne, w tym różne wędliny, sałatki i napoje. Pogoda pozwoliła do późnej godziny siedzieć na świeżym powietrzu, więc siedzieliśmy sobie przy drewnianych stołach, racząc się wykwintną kolacją, bardzo elegancko serwowaną. Gdy chłód dokuczył weszliśmy  pod dach i jakiś czas delektowaliśmy się oglądaniem zdjęć z pięknych chwil przeżytych w minionych dwóch dekadach. Wieczór tak mile przebiegał, że nikt nie myślał o spaniu. Ponieważ główną salę restauracyjną musieliśmy w końcu opuścić, zadekowaliśmy się w małej salce kominkowej, gdzie Wojtek odpalił gitarę. Osoby jeżdżące na rajdy są nie tylko dobrze wyedukowane wokalnie, ale też zawsze mają przy sobie śpiewniki, co razem zaowocowało czadowym, wieczornym koncertem. Dzień zakończyliśmy w bardzo dobrych nastrojach.

 

3.  Wieczorny gril 4. Ciepły, piątkowy wieczór
5. Wspominków nigdy dość 6. Czadowy, wieczorny koncert

 

Plany na sobotę były bogate, był to główny dzień Jubileuszu. W ramach rozbiegówki zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w góry. W programie było karkonoskie schronisko „Samotnia”, do którego zamierzaliśmy ruszyć wspólnym pochodem. Marzyła się gorąca herbatka z szarlotką w kultowym schronisku, do tego za oknem Mały Staw w jesiennej scenerii. Niestety jadąc kawalkadą aut na parking koło kościółka Wang pogubiliśmy się po drodze i różne auta zaparkowały na różnych parkingach. Komórki nie działały, więc z konieczności w góry ruszyliśmy w licznych podgrupach. Był to być może ostatni słoneczny i ciepły dzień jesieni, więc w Karkonosze najechały tłumy turystów. Gdy w różnym czasie i różnymi drogami dotarliśmy do schroniska, zastaliśmy tam dzikie tłumy. Do bufetu była taka kolejka, że zrezygnowaliśmy z herbaty, szarlotki i widoku za oknem. Mały Staw sauté mieliśmy jak na dłoni, więc ciesząc się tym co było, posiedzieliśmy trochę, chłonąc góry i świeże powietrze. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że prawie 90% uczestników Jubileuszu dotarło do „Samotni”, choć niektórzy  ostatkiem tchu. Parę osób zaliczyło inne, ambitne cele, więc  jak zwykle Stare Konie spisały się na medal.

 

7. Góry to piękny wynalazek 8. Samotnię już widać
9. Pod schroniskiem 10. Olowie na tle Śnieżki

 

Rozprężeni mogliśmy przystąpić do zasadniczego punktu programu, czyli do okolicznościowej Akademii. Do tego zadania właściciele obiektu udostępnili nam salę konferencyjną w sąsiednim budynku. Ubrani galowo stawiliśmy się tam o godz. 17.00. Heniu tradycyjnie polał geringerówki, a na boczny stół wjechał wielki tort, adekwatnie udekorowany. Heniu przeczytał wiersz okolicznościowy własnej produkcji i udzielił głosu Olowi. Olo, naczelny guru Starych Koni, przedstawił w skrócie historię naszej ostatniej dekady. Następnie jako Jednoosobowa Samozwańcza Kapituła Starych Koni przyznał dyplomy i flots osobom zasłużonym, czyli tym, którzy wykazali się w minionej dekadzie aktywnością na rzecz ogółu, w dziedzinie organizacyjnej lub medialnej. Byli to: Heniu, Renia z Andrzejem, Formista, Eta, Paul, Krzysiek, Iwona i Zbyszek (wyróżniony został też Ignaś, ale nie pojawił się w Karpaczu). Dyplomy były piękne, własnoręcznie wykonane przez Ola, tekst był  indywidualnie ułożony, pasując do zasług danej osoby. Pięć najbardziej zasłużonych osób dostało dodatkowo wspaniałe słodkości, ręcznie udekorowane końskimi motywami.

 

11. Początek Akademii 12. Teraz będą wyróżnienia
13. Wyróżnienia 14.  Pozostali wyróżniei

 

Należy tu przypomnieć, że podsumowanie i wyróżnienia za pierwszą dekadę miały miejsce na Jubileuszu 10-lecia w Kątach Bystrzyckich 10 lat temu, teraz celebrowaliśmy drugą dekadę.  

Akademia upływała w ciepłej atmosferze, realizowaliśmy kolejne punkty programu. Bo przecież nie mogło się obejść bez podziękowań dla Ola. Obdarowaliśmy naszego guru wspaniałym bolo, wykonanym na zamówienie, wg wybranego wzoru. Do tego był kubek z takim samym logo, jak strona tytułowa późniejszego pokazu slajdów. Podobny kubek dostał też Heniu, najogólniej mówiąc za osobowość.

 

15. Olo obdarowany 16. Jaki śliczny kubeczek
17. Ślinka leci… 18. Tort płonie

 

Zrobiło się tak słodko, że krokiem kolejnym mógł być tylko tort, na który każdy ze zniecierpliwieniem czekał. Tort był wspaniały, a do tortu bawarski Olek zasponsorował szampany, z wielką przyjemnością wypite. Nie pozostało nic innego jak zasiąść wygodnie w fotelach i obejrzeć pokaz slajdów przygotowany przez kronikarkę Formisię i pokazujący ostatnie 10 lat Starych Koni we wszystkich barwach. Przypomnieliśmy sobie spędy, bale, rajdy, rajdobozy i wigilie. Było dużo śmiechu, wzruszeń i wspominek. Publika żywo reagowała, wiele osób przypominało dodatkowe zdarzenia, które ubarwiały pokaz.

 

19. Oczekiwanie na projekcję 20. Łza się w oku kręciła…

 

Rzewność całkowicie by nas ogarnęła, ale właśnie zrobiła się 19.30, pora kolacji. Więc wróciliśmy pośpiesznie do pierwszego budynku, bo żołądki pilnie domagały się paliwa. Stoły były pięknie nakryte, obiad był wyśmienity i obfity. Po chwili do akcji wkroczył prawdziwy didżej i zaczęła się szampańska zabawa.  Biorąc pod uwagę naszą ostatnimi czasy średnio aktywną pilność w tańcowaniu,  trzeba przyznać, że tym razem daliśmy znowu czadu.

 

21. Zasiadamy do stołu 22. Tańce zaczęły się ostro
23. Kachu z Jagą dali czadu 24. Mama z synalkiem tez nie gorzej

 

Niestety w trakcie zabawy kilka osób przeszło na pół godziny do sąsiedniego budynku, by obejrzeć krótki film Jurka z Salina. Była to spontaniczna, nieplanowana samowolka, zakończona bardzo niemiłym zdarzeniem. Incydent zaburzył wspaniałą   atmosferę, ale to odrębny  temat i nie miejsce tutaj na szczegółowe relacje. Tak czy owak krzywa zabawy spadła i wkrótce zakończyliśmy imprezę zdrowiem Konia.

 

25. Zdrowie konia

 

Na szczęście był jeszcze ciekawy punkt programu w niedzielny poranek, więc wyjechaliśmy do domu ogólnie bardzo zadowoleni. Tą niedzielną atrakcją był pobyt w miasteczku westernowym w Ścięgnach. Ponieważ Zgaga ma tam „znajomości”, zorganizowała spotkanie ze znanym westernowcem panem Pokojem, a także jazdę konną w stylu west dla wszystkich chętnych. Jazda west jest tak diametralnie inna od jazdy klasycznej, że chętni mieli nie tylko dużo uciechy, ale też dużo całkiem nowych,  nieznanych przeżyć. Tym sympatycznym akcentem zakończyliśmy Jubileusz 20-lecia Starych Koni i rozjechaliśmy się do domów.

 

26. Piękna pamiątka z Western City

 

Następnego dnia weszliśmy w kolejną dekadę. Sobotni pokaz slajdów zakończony został zapytaniem: czy spotkamy się za 10 lat, czy będzie o czym sprawozdawać?  Autorka w  imieniu zebranych wyraziła nadzieję że tak. Zobowiązała też niejako zebranych do deklaracji, że nikt się nie mignie. A więc do dzieła, spróbujmy zrealizować to zobowiązanie.

 

27. Już za 10 lat kolejny Jubileusz!
Tekst: Formisia
Zdjęcia: Formisia, Zbyszek, Henio i inni
Na stronę wstawił: Olo
                                                           

Więcej zdjęć zobaczysz w galerii .                          

 

 

 

 

  

 

 

Moje refleksie na dwudziestolecie

 

Kochani!

Jakoś niepostrzeżenie okazało się, że dwudziesta rocznica zawiązania się „Starych Koni” mija już w tym roku. Dziesięć lat temu, gdy podsumowałem naszą ówczesna działalność napisałem: Miejmy jednak nadzieję, że czas jakiś jeszcze „Stare Konie” przetrwają zanim nie zakończą definitywnie swojej działalności”.  No i jakoś przetrwały, trzymamy się jeszcze dzielnie, może mniejsza grupa Starych Koni spotyka się, może rzadziej. Zaniechaliśmy comiesięcznych spotkań w ostatni wtorek miesiąc (kiedyś w Pacific Union później w innych lokalach), czasu już nie staje. Wszakże wciąż działamy, a niektóre nasze poczynania przechodzą wszelkie wyobrażenia.

Spędy Starych Koni, najstarsza nasza  impreza, miały w ostatnim okresie mniejsze powodzenie, to jednak nie zaniechaliśmy ich całkowicie. Uroczyście obchodziliśmy w ubiegłym roku w Książnie Jubileusz 50-lecia założenia AKJ Wrocław.  Zjechali akajotowicze najstarsi i najmłodsi z całego kraju i zagranicy. Zebrała się nas setka luda.Bawiliśmy się świetnie.Dyrektorostwo Dąbrowscy zaszczycili  obchody swoją obecnością, co pozwoliło złożyć życzenia Zbyszkowi z okazji jego 90 rocznicy urodzin i podziękować za wszystko co dla naszego AKJ-tu swojego czasu uczynił. 

Za to rajdy konne, początkowo organizowane na koniach huculskich w Beskidzie Niskim, od 2008 roku zmieniły całkowicie swój charakter. Zrezygnowano z bazy w Odrzechwej, rajdy przeniosły się w Bieszczady a hucułki zastąpiono wierzchowcami „pełnowymiarowymi”. Rajdy bieszczadzkie są bardziej „wymagające” kondycyjnie. Trasy z reguły trudne, po bezdrożach, z dużą ilością galopów i przedzierania sie przez knieje, co trochę ograniczyło zespół uczestników. W wielu wypadkach można było wprawdzie wozić się przez cały czas wozem towarzyszącym rajdowi, ale nie wszyscy to lubią. Wąskie kilkunastoosobowe grono entuzjastów rok rocznie uczestniczy w rajdach i bardzo sobie to chwali.

Rajdobozy, które pierwotnie odbywały się w Rakowie, w „Śniegórce” zostały przeniesione już w 2010 roku do Komorza. Pensjonat „Kalina” okazał się wygodny, a dodatkowym atutem było bliskie sąsiedztwo stajni Romana, dopóki ta istniała. Tereny, jeziora i lasy Pojezierza Drawskiego mają swój niepowtarzalny urok, więc wszyscy tam chętnie co roku wracali. Wyłomem stał się ten rok, kiedy to rajdobóz przeniesiono do Salina na Kaszubach, co miało swoje dobre strony ale i pewne mankamenty. Nie mniej wszyscy uczestnicy wrócili zadowoleni.

Bale już nie były ostatnio tak częste jak dawniej i tak huczne, jak w Rivendelu (2002) czy Paulinum (2007). Nie mniej w ostatnim dziesięcioleciu bawiliśmy się w karnawale kilkakrotnie. 

Trzeba też wspomnieć o spotkaniach opłatkowych, które regularnie co roku gromadzą około 30 uczestników. Przychodzą byli akajotowicze rzadko widywani na innych naszych imprezach.

Wielu starych koni okazało się entuzjastami żeglarstwa, a co więcej, niektórzy są wytrawnymi wilkami morskimi ze stosownymi patentami kapitańskimi. Wobec tego wymyślono rejsorajdy, czyli rejsy morskie po Adriatyku.

Ogółem w ostatnim dziesięcioleciu odbyło się blisko 50 imprez firmowanym przez „Stare Konie”,  nawet więcej niż w poprzednim dziesięcioleciu.

Życie towarzyskie, odnowione przed dwudziestu laty kwitnie również w mniejszych grupach, tak, że czasem trudno znaleźć termin na kolejne spotkanie. W miarę własnych możliwości stare konie także chętnie wybierają się na różne wspólne wojaże zagraniczne  (Australia, Afryka Południowa, Azja, Peru, Gruzja).  

Źrebaki, towarzyszące licznie rodzicom na pierwszych spędach, teraz pokazują się sporadycznie w naszym gronie. Bardzo to miłe z ich strony, że całkiem o nas nie zapomniały ale jeśli z czasem włączą się bardziej do naszej małej społeczności, można mieć nadzieję, że idea która nam przyświecała, gdyśmy ponownie się skrzyknęli  nie wygaśnie tak szybko. Widzimy wiec, że jeszcze chyba nie koniec.
 Jeszcze w zielone gramy….

Ja już powoli wycofuje się z przewodzenia Starym Koniom, ale jestem spokojny, że idea nasza nie zaginie a następne dziesięciolecia będą równie owocne w wystrzałowe imprezy jak dotychczas, inni zaś godnie przejmą po mnie pałeczkę. 

Wasz Olo

 

Jak zwykle  powinniśmy wspomnieć też o tych członkach naszego AKJ-tu, którzy odeszli od nas w ubiegłym dziesięcioleciu. Jest ich spora liczba:

Janusz Dawiskiba (+2013), Marek Gajewski (+2014), Jan Górniak (+ 2012), Jerzy  Grałek (+2016), Halina  Kubzdela (+ 2012), Czesław  Nowak (+ 2013), Paweł  Nowak (+ 2014), Ewa Ratajczak (+ 2013), Eugeniusz Get Stankiewicz (+ 2011), Kazimierz Tolarz (+ 2009).

Pamitajmy o nich

 

 

XIV Rajdobóz Starych Koni

Jeszcze w zielone gramy….

 

KRONIKA XIV RAJDOBOZU STARYCH KONI

Spisana przez Ewę Formicką

Salino 19 – 26.08.2017 r.

 

Rajdobóz w roku 2017 był absolutnie rewolucyjny, gdyż zmieniliśmy nie tylko pensjonat, lecz wręcz region Polski. Już od 2 – 3 lat zastanawialiśmy się nad  zmianą miejsca, lecz na dyskusjach się kończyło. Przepiękne sosnowe, rakowskie lasy, znane konie  i bliskość jeziora zdatnego do kąpieli – trudno było z tego zrezygnować. Jednak dwa lata wstecz Stajnia Romana przestała istnieć, okolice Rakowa/Komorza uznaliśmy za całkowicie spenetrowane, a na horyzoncie pojawiło się inne, ciekawe miejsce. Było to Salino na Kaszubach, mieścina zagubiona wśród lasów i jezior. O Salinie napomknął na ubiegłorocznym rajdzie wuja Wojtek, mają tam z Laluchą domek letniskowy. Lecz czy zachęcał za mało, czy żal za Rakowem był jeszcze zbyt duży, dość że nic wtedy z tego nie wyszło. Ale temat był stale drążony i ostatecznie w roku bieżącym postanowiliśmy spróbować nowego.

Salino leży mniej więcej 25 km na południe od wybrzeża Bałtyku, nieco na wschód od linii Łeba – Lębork. W mieścinie jest kilka domów, skromny kościółek i nic więcej.  W okolicy roztaczają się bezkresne lasy, jest kilka pięknych jezior, a nad morze samochodem można dojechać w pół godziny. Wojtek wielokrotnie opowiadał o pięknych Kaszubach, namawiając do wizji lokalnej. Więc w końcu to zrobiliśmy.

 

1. Salino 2. Oficjalne otwarcie rajdobozu

 

Ośrodek jeździecki w Salinie prowadzi rodzina Niczyporuków, z których większość jeździ konno sportowo. Sam szef Leszek ma za sobą bogatą karierę w dyscyplinie WKKW (srebrny medal na Mistrzostwach Polski Seniorów 1992), pełną licznych kontuzji ze złamanym kręgosłupem włącznie. Córka Żaneta, również uprawiająca WKKW,  debiutowała w tym roku w Mistrzostwach Polski idąc w ślady ojca. Sportowo jeździ też młodsza córka i syn Michał, który był naszym przewodnikiem po leśnych bezdrożach. Ośrodek był do tej pory nastawiony na sport, działalnością uboczną był pensjonat dla koni i drobna rekreacja. Taki obóz jak nasz mieli pierwszy raz, więc uczyliśmy się siebie nawzajem.

Jechaliśmy z mieszanymi uczuciami, a droga była bardzo daleka. Jeśli  jedzie się autostradą przez Łódź, nadrabiając 100 km, ale prując 160 km/godz., to można dojechać w 6 godzin. Jadąc tradycyjnie, nie pędząc z szybkością światła i robiąc potrzebne postoje, jechać można nawet 9 godzin. A z Getyngi wręcz 13. Więc jest to duże wyzwanie. Tym niemniej w sobotę o różnych porach zjawiliśmy się w Salinie.

Aby zneutralizować niesmak zmęczenia po podróży, ci którzy dojechali do celu wcześnie, zaraz w sobotę dosiedli koni i ruszyli w przepastne knieje. Reszta miała relacje z pierwszej ręki – koniki są ok., tereny piękne.

Do Salina przyjechało na cały pobyt 18 osób, z tym że Wojtek z Laluchą spali w swoim domku. Na krótszy pobyt w różnym czasie pojawiły się dodatkowo 4 osoby.

Ośrodek w Salinie składa się z dwóch stajni, hoteliku i karczmy. Wszyscy dostali pokoje dwuosobowe, co było warunkiem we wcześniejszych pertraktacjach.  Standard jest nieco niższy niż w Komorzu, ale  wszystkie pokoje na parterze mają własne tarasy, a dwa apartamenty posiadają oprócz dwóch sypialni obszerny pokój dzienny z aneksem kuchennym.  Jadać chodziliśmy do leżącej obok karczmy, a głównym gotowniczym był sam szef Leszek. Pomagała i jadło roznosiła Żaneta, zawsze uśmiechnięta i dokładająca wszelkich starań abyśmy byli zadowoleni. W sobotę na dobry początek podano dziczyznę w rozmaitej postaci.

Ustalił się taki porządek dnia, że śniadanie było codziennie o godz. 9.00, po czym szóstka jeźdźców na godzinę 10.00 pędziła do stajni. Koni było do dyspozycji 6, a jeźdźców 12. Więc sześciu śmiałków wskakiwało w siodła, a po biwaku dosiadała ich pozostała szóstka. Na wniosek Wojtka, który nigdy nie był w Rakowie i nie wiedział jakie tam panowały porządki, codziennie był biwak w lesie, coraz to w innym miejscu. Dowożono lunch i po posiłku druga grupa wracała konno tą samą drogą. Zmiana jeźdźców w lesie pozwalała oddalać się daleko od stajni i spenetrować rozleglejsze kaszubskie zakamarki. Jednak był to pewien problem dla osób nie jeżdżących konno, jak również dla drugiej grupy. Bo jakoś musieli się dostać na biwakowe miejsce, leżące zawsze gdzieś w odległej głuszy leśnej. Jeźdźcy w butach do konnej jazdy musieli dotrzeć tam samochodami, ale dla pozostałych spędzanie urlopu w samochodzie i nadwyrężanie własnego pojazdu na wertepach i bezdrożach nie budziło entuzjazmu. W niedzielę przy śniadaniu odbyła się debata na ten temat i było sporo zamieszania. Ale ostatecznie wszystko się poukładało, gdy Renia i Hanka stwierdziły, że na biwaki będą wędrować pieszo. Przecież na co dzień tak mało mamy ruchu, a  obcowanie z naturą to sama przyjemność, nie mówiąc o tym, że nie ma nic do roboty. Pozostali podchwycili ten pomysł i też chodzili pieszo, aczkolwiek nie obeszło się beż żartów na temat zupy, po zjedzenie której należało przelecieć się  lasem 2-3 km. Należy tu nadmienić, że zupa w lesie nie była obowiązkiem, kto nie chciał, mógł ją potem dostać w karczmie. Ale chodziło o to aby czas spędzać razem, a leśne wędrówki dawały okazję nie tylko do zachłyśnięcia się świeżym powietrzem i widokami, ale też do wielu ciekawych dyskusji – piechurzy z zapałem przerabiali różne tematy, polityka, film, rodzina, plotki. Leśne marsze były ostatecznie dużą przyjemnością. Piechurzy dostawali dokładne mapy i dokładne instrukcje i ruszali  jakiś czas po jeźdźcach.

 

3. Piesze wdrówki po zupę 4. Leśnie biwaki

 

Natomiast jeźdźcy drugiej grupy zabierali się do lasu albo samochodem organizatora wiozącym jedzenie, albo jeepem Wojtka, który Wojtek udostępnił.

W niedzielę o świcie na łąkach darły się żurawie i nie dały się wyspać. Po śniadaniu odbyło się tradycyjnie ustalenie kolejności jazdy i tradycyjnie wszyscy pchali się na pierwszą jazdę. Heniu, choć nie był oficjalnie szeryfem, wyznaczał po uważaniu kto ma jechać najpierw, a kto zaś.

Jazdy prowadził zawsze Michał, syn Leszka. Sam dosiadał pięknego ogiera Puaro, a grupa miała do dyspozycji same klacze. Więc ogier od początku był bardzo nabuzowany, ale nie miało to na szczęście negatywnych skutków, poza niemożnością robienia przez Michała zdjęć. Nie mógł w czasie jazdy do nikogo podjechać aby wziąć aparat i musieliśmy radzić sobie sami. Co okazało się dość trudne, bo konie nie chciały współpracować. Ale jakieś fotki powstały, nawet jeśli marnej jakości.

Tak więc po śniadaniu ruszyliśmy do lasu, na czele grzejący się ogier, za nim grzejąca się Florka i za nimi reszta. Okolice Salina  porastają w większości stare lasy liściaste i jest w nich duża różnorodność przyrodnicza. Chwilami jechaliśmy przez niezwykle gęsty i rozległy busz paproci, było to bardzo piękne. Przekroczyliśmy szosę i wjechaliśmy na regularny szlak konny zwany „Szlak Dwóch Jezior”. W większości wiedzie on dookoła jeziora Czarne, które widzieliśmy cały czas między drzewami, a chwilami podjeżdżaliśmy bliżej. Jakiś czas jechaliśmy ścieżką wśród bardzo starych, ogromnych  dębów. Pogoda była optymalna,  słonecznie bez upału. Były długie odcinki kłusa i galopu, czasem temu i owemu brakowało tchu.

Wyznakowane na Kaszubach trasy konne zahaczają  o tak zwane Leśne Stajnie. Są to wiaty, w których można zrobić przerwę, uwiązać konie, coś zjeść przy drewnianych, zadaszonych stołach.  Do niedzielnej  Leśnej Stajni nad jeziorem Czarnym doszli po jakimś czasie piechurzy, dojechali też organizatorzy z lunchem.  Dostaliśmy żurek uwarzony przez Leszka, do tego pieczywo i napoje. Nowością w stosunku do rajdu, jak również do biwaków rakowskich było to, że nie wiązaliśmy koni i nie rozsiodływaliśmy ich. Po popuszczeniu popręgów trzymali je ci, którzy akurat nie jedli. Bo najszybciej mieli zjeść jeźdźcy drugiej grupy, tak, aby w miarę szybko przejąć konie i pojechać tą samą trasą z powrotem. Ci którzy skończyli jazdę plus piechurzy mieli możliwość posiedzieć dłużej, ale generalnie biwaki nie były zbyt długie. Natomiast wszystkie były w bardzo urokliwych miejscach, a każdego dnia jechaliśmy w inna stronę świata.

Konie które organizatorzy przeznaczyli dla naszej grupy to 4 klacze organizatora i 2 pożyczone po sąsiedzku. Te własne to wielka i bardzo grzeczna Lotna, z racji gabarytów przeznaczona dla dużych facetów, dwie grube klacze zaprzęgowe, bardzo miłe i spokojne, aczkolwiek jedna o mało wygodnym kłusie, oraz „narowista” Florka, do niedawna klacz wysoko-sportowa, obecnie matka hodowlana, bardzo ciągnąca w galopie (w kłusie niewiele mniej). Dwie pożyczone to wielka, spokojna Genewa, także dawana tylko dużym facetom, oraz  mała, srokata Bejbi, bardzo grzeczna, ale ekstremalnie niewygodna. Generalnie wszystkie polubiliśmy i poza kolejnością jazdy, losowaną po śniadaniu, nie było problemów kto na której jedzie.

 

5.  Wyruszamy 6. Jezioro Czarne

 

Jazda niedzielna dobrze nastroiła i rajdobóz dobrze się zaczął. Jazdy trwały po ok. 2 godziny. Po południu część osób pojechała na spacer nad morze do Lubiatowa, a wieczorem po obiedzie nastąpiło oficjalne otwarcie obozu. Wszyscy się wystroili w stroje organizacyjne, a Heniu  tradycyjnie wzniósł toast geringerówką. Leszek trochę z nami posiedział, zaś Żanetka latała jak fryga między stołem a kuchnią i okraszała całość promiennym uśmiechem. Niestety w karczmie minusem była kiepska akustyka, jeden koniec stołu nie słyszał drugiego końca. Więc przenieśliśmy się do apartamentu Henia, pousiadaliśmy gdzie kto mógł, Wojtek odpalił gitarę i pośpiewaliśmy z wielką energią. Odwiedził nas Kachu z żoną, posiedzieli na obozie kilka dni.

W nocy i w poniedziałek rano lało i dość mocno się ochłodziło. Po śniadaniu zrobiło się jednak ładnie i konni ruszyli w knieje. Tym razem jechaliśmy „Trasą Dębową”. Słońce wdzierało się w każdą szczelinę między gęstymi gałęziami, odbijało się w licznych kałużach, których po deszczach było w lesie sporo. Przez kałuże galopowaliśmy  pełnym galopem, a błoto pryskało jak fontanny. Mijaliśmy też spore połacie lasu iglastego, mknęliśmy miękkimi duktami w szpalerach wrzosu. Z wielką przyjemnością odkrywaliśmy, że lasy kaszubskie nie ustępują urokiem rakowskim, a nawet charakteryzują się większą różnorodnością biologiczną. Czego przykładem było miejsce biwakowe nad niezwykłym bagnem, pełnym rozmaitych roślin bagiennych, w tym chronionej  czermieni błotnej.

Po południu pojechaliśmy do Białogóry oglądać ośrodek jeździecki, który Wojtek brał pod uwagę zamiennie za Salino. Przywitał nas bardzo sympatyczny szef obiektu, jednak zaraz pognał prowadzić jazdę i chodziliśmy po ogromnym obiekcie sami. Podobno mają tam ok. 80 koni, a jazdy w rozmaitych grupach trwają od rana do wieczora. Przez ośrodek przewijało się mnóstwo ludzi, głównie dzieci. Ośrodek ma zarówno elegancki hotel z restauracją, jak i domki kampingowe z drewnianą karczmą. Oprócz koni w ośrodku pełno innych zwierząt, rozmaite świnki, pieski, papugi, a nawet majestatyczny żuraw. Do morza jest pół godziny marszu pieszo, co jest dużym atutem tego ośrodka. Jednak co tu dużo mówić, to kombinat. To kombinat w którym nie chcielibyśmy spędzać urlopu, przynajmniej spora część osób zadeklarowała takie stanowisko. Więc po spacerze nad morze bez żalu wróciliśmy na „własne śmiecie”.

 

7. Kaszubskie knieje 8. Radość rozpiera

 

We wtorek pogoda rano był niepewna, więc Michał planował zrobić dwie odrębne jazdy ze zmianą jeźdźców w stajni. Czyli miało być bez biwaku w lesie, bez marszu po zupę. Piechurzy mieli szansę na dzień wolny.   Ale nagle wyszło słońce i  powróciliśmy do pierwotnego modelu. Pojechaliśmy do wsi Dąbrówka nad jezioro Dąbrze, a piechurzy znowu pognali tam pieszo. Las jak zwykle urzekał urodą, dużo było paproci, wrzosów i świerków. Nad jeziorem piechurzy plus ci co przyjechali samochodami usadowili się na pomoście, a jeźdźcy wjechali do  jeziora po przeciwnej stronie. Gdy paparazzi powyjmowali aparaty fotograficzne, jeźdźcy ruszyli przez wody jeziora kłusem, rozbryzgując  spektakularne fontanny. Frajdę mieli jedni i drudzy, było to piękne widowisko. Druga grupa po lunchu doświadczyła tych samych emocji. Jezioro Dąbrze jest bardzo duże, ma czystą wodę i nadaje się do kąpieli. Od Salina jest do niego nieco ponad 4 km, ale nigdy nie skorzystaliśmy z plażowania, gdyż po prostu nie było czasu, a i temperatura nie zachęcała. Teraz jeźdźcy mieli wielką przyjemność baraszkować po jego wodach i zatoczkach.

 

9. Kolejnego dnia… 10. Jezioro Dąbrze

 

Równie przyjemny był biwak nieopodal. Do jedzenia dostaliśmy gorące jeszcze serdelki, które na świeżym powietrzu smakowały wybornie. Było wesoło i sympatycznie, aczkolwiek zwyczajowo nie siedzieliśmy zbyt długo.

Po powrocie do domu siedzieliśmy na tarasie przygotowując się powoli do party. Zaproszenie na urodziny Wojtka dostali wszyscy jakiś miesiąc wcześniej i dowiedzieliśmy się wtedy, że hasłem imprezy będą słowa z piosenki Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy…”. Słowa piosenki poniekąd mówią o nas,  więc hasło było doskonałym mottem obozu. Należało się przygotować na zielono, w szerokim aspekcie. Szykowaliśmy zielone prezenty, zielone stroje i drobne zielone gadżety. Prezentem zasadniczym był album/książka pod tym samym tytułem, a zawierający zdjęcia Wojtków ze wszystkich rajdów, na których byli razem. Album wykonała Formista w rekordowo krótkim czasie. Jak na dostojną pamiątkę przystało, album miał być podany na tacy, który w dekupażu wykonała Jaga. Do tego dołożyliśmy płytę z zielonymi piosenkami, wyszukanymi i nagranymi przez Reniów. Ponieważ na imprezę bez wiechcia przychodzić nie wypada, przygotowaliśmy jeszcze sadzonki krzewów do ogrodu, zakupione we Wrocławiu przez Dorotę. Jurek mieszkający daleko i nie wtajemniczony w szczegóły przygotowań nawiózł cały worek zielonych gadżetów w postaci: zielone lampiony i motylki, zielony sznurek na pranie, zielone serwetki papierowe i zielone plastikowe sztućce, zielone skarpeteczki dla Ali i zieloną wełnę na zrobienie zielonego berecika dla ukochanego, zielony wyciskacz do cytryny i prawdziwe, zielone piwo. Renia kupiła ponad 20 m zielonej wstążki, wręczyła każdemu metr i zarządziła udekorowanie własnych strojów. Ale jako że apetyt zawsze wzrasta w miarę jedzenia, dwa dni przed wyjazdem Renia wymyśliła jeszcze,  abyśmy zaopatrzyli się z zielone koniki na patyku i weszli na imprezę śpiewając „Konie zielone…”. Sylwetki koni zorganizowała Formista, a teraz zasiedliśmy na tarasie i zabraliśmy się do roboty przy obróbce koników. Trzeba je było powycinać, odrysować na zielonym, samoprzylepnym papierze przywiezionym przez Ola i ponaklejać na tekturowe podkładki. Robota przyjemnie wrzała, było kupę śmiechu i miłych pogaduszek. Jeszcze tylko potrzebne były patyki, ale zostawiliśmy to na inny dzień.

Bo nadszedł czas obiadu, gdzie szykowaliśmy kolejną, przyjemną uroczystość. Wyśledziliśmy mianowicie, że właśnie siedemdziesiątkę skończył Stefan. Nie obnosił się co prawda z tym wydarzeniem, ale byliśmy przygotowani i wręczyliśmy jubilatowi małe co nieco. Jubilat był zaskoczony, więc się wzruszył i wygłosił krótkie przemówienie na temat przekroczenia magicznej bariery. Którą przekroczył tracąc  po drodze wiele spotkań z nami, ale bardzo chce to nadrobić. Więc zrobiło się rzewnie. Spontanicznie wystąpiła Jola z wyznaniem, że w bieżącym roku także przekroczyła tą barierę. Niestety nie mieliśmy dla Joli prezentów, ale Heniu wyrażając intencje wszystkich życzył Joli szczęścia bez miary, a szczególnie chmary krasnoludków (było to nawiązanie do Joli problemu z kręgosłupem, uzjadliwionym w Salinie), które będą ją wspomagać we wszystkim, czyszczenia  butów nie wyłączając.

 

11. Biwak w Dąbrówce 12. Szykujemy dekoracje na party

 

Dobrze nastrojeni przystąpiliśmy do tradycyjnej czynności, to jest losowania kolejności jazd w środę. Każdego dnia było z tym kupę emocji, ale jakoś dawaliśmy radę. Jednak tego wieczoru nie dało się dogadać, na pierwszą jazdę uparcie pchało się więcej osób niż było koni. W końcu po perswazjach zostało siedem osób, czyli o jedną za dużo. Heniu zarządził losowanie, które rozgrzało do białości. Ale wyłoniło szczęśliwą szóstkę.

A w środę o bardzo bladym świcie ruszaliśmy na główną wyprawę, czyli konno nad morze. Plan był taki, że szczęśliwa szóstka miała przyjść do karczmy o 5.55 na szybką herbatę, o 6.00 stawić się w stajni i koło 6.20 ruszyć w drogę. Nad morze jedzie się konno ok. 3 godziny, a tylko do godziny 10.00 wolno wjechać końmi na plażę. Biorąc pod uwagę że druga grupa  też musiała zdążyć, jasnym się stało, że pośpiech był rygorystyczny. Natomiast pozostałe osoby miały koło 9.00 wsiąść do samochodów, na czczo pojechać na plażę we wskazane miejsce, porobić zdjęcia i potem wszyscy razem mieliśmy zasiąść do śniadania na pikniku za wydmą. Plan był precyzyjny i wymagający dyscypliny. Przygoda się udała, a wrażeń dostaliśmy w nadmiarze.

Gdy pierwsza szóstka przyszła do stajni, na okolicznych łąkach podnosiły się spektakularne mgły i wstawał świt. Było pięknie jak w bajce. Jakiś czas jechaliśmy stępem, słońce podświetlało krople rosy na trawach i przeźroczyste koraliki na pajęczynach. Jechaliśmy przez mokre zagajniki, zarastające łąki, rżyska na rozległych polach, szosy asfaltowe i małe, kolorowe wioski. Dotarliśmy do jeziora Choczewskiego, jadąc jego skrajem jakiś czas i galopując gdy tylko się dało. W pewnym momencie dał się słyszeć krzyk z tyłu, to Stefan zgubił kapelusz. Zsiadł z konia by go podnieść, lecz próba wdrapania się na Lotną poskutkowała obsunięciem się siodła pod brzuch. Trzeba było konia przesiedlać, co okazało się nie takie proste, gdyż konie kręciły się niespokojne, a nabzdyczony ogier negatywnie podkręcał koniunkturę. Uciekło trochę cennego czasu. Straciliśmy też czas na szosach, gdyż Michał nie ryzykował wjazdu na nieznane pola, gdy nie miał pewności czy będzie z nich wyjazd. Tak że gdy dotarliśmy do nadbrzeżnego lasu sosnowego Michał zarządził morderczy kłus celem nadrobienia czasu, a było tego kłusa ok. 5 km. Nawet najtwardsi czuli w końcu wnętrzności w gardle, ale na ile się dało, siedzieliśmy  cicho.  Aż Heniu jęknął z tyłu, że już starczy.  Michał  skwitował te jęki: „już dawno czekałem aż ktoś krzyknie, i tak dzielni jesteście”. Więc przeszliśmy do stępa i po chwili wjechaliśmy na plażę. A tam…. dech zaparło. Widok był iście filmowy: sztorm na morzu i wspaniałe białe grzywy fal, niebieskie niebo, pędzące po nim białe cumulusy. Zachwyty nie trwały jednak długo, gdyż po chwili wystąpiły trudności. To niewiarygodne i nikt o czymś takim nie słyszał, ale konie po prostu doznały szoku. Podjechały niepewnie do wody, ale albo stały jak wryte, albo kręciły się w kółko lub cofały do tyłu. Żaden nie chciał wyjść na czoło, nie wyłączając ogiera i sportowej Florki. Fale rozbijające się na końskich kończynach wywoływały panikę. Spory czas trwało, zanim udało się towarzystwo spacyfikować i ruszyć do przodu. Michał się zaparł i w końcu ruszyliśmy  kłusem, a wreszcie upragnionym galopem. Pędziliśmy między wodą a piaskiem, fale tłukły o nadpęcia  i  powodowały, że co strachliwsze uskakiwały. Póki jednak ogier dawał dobry przykład, wszystko szło dobrze. Galop zyskał na tempie, aż tu nagle jak spod ziemi wyskoczyły z boku dwa białe, tureckie namioty. Tego było za dużo dla bojaźliwych, końskich serc,  ogier uskoczył w bok z wielkim impetem, a pędząca za nim Florka zaryła kopytami w piach i Formista pogalopowała dalej sama. Inaczej mówiąc zaryła w piach z szybkością światła, co po chwili spotkało też Dorotę. Gdy amazonki z wielkim zdziwieniem zobaczyły się w podobnych okolicznościach, po kilku sekundach do towarzystwa dołączyła Marycha. Wszystkie konie generalnie poszły w rozsypkę, ale nie było czasu na zastanowienie, trzeba było szybko połapać te będące luzem. Na szczęście nieustający stan paniki nie spowodował ich ucieczki, wiec łapanie okazało się łatwe, w przeciwieństwie do wejścia na nie. To już nie było łatwe, a nikt nie mógł pomóc. Ale jakoś dokonałyśmy tego i po chwili galopowaliśmy znowu, tym razem z powrotem, Czas gonił, jeszcze galopy musiała odbyć druga grupa, a do 10.00 zostało parę minut. Więc dopędziliśmy szczęśliwie do naszych ludzi, jeszcze wspólne fotki i po chwili, na uspokojonych już koniach galopowali zmiennicy. W sumie była to piękna, podnosząca adrenalinę przygoda, narobiliśmy mnóstwo zdjęć. Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Po chwili zjechaliśmy za wydmę na zasłużone śniadanie, które przyjechało z Salina.

 

12a. Niezapomniany galop po plaży, kwintesencja morskiej przygody.

 

Siedzieliśmy w miłym błogostanie pod wiatą, obie grupy miały już plażę za sobą. Mogliśmy pokontemplować i cieszyć się  nowym doświadczeniem. Powoli zaczęliśmy się zbierać do powrotu, a tu jeden koń został bez przydziału, coś źle policzyliśmy. Wcześniej z jazd zrezygnowała Lalucha, gdyż po wypadku samochodowym zaczęło jej strzykać w kręgosłupie. W jej miejsce od poniedziałku na dwie zmiany jeździła Dorota. W środę z gry wypadła Jola, też z powodu dolegliwości kręgosłupa. W stajni nie ustalono kto pojedzie za Jolę, więc na biwaku nastąpiła konsternacja, nie było jednego jeźdźca.  Już Żaneta pogodziła się z myślą iż będzie musiała  wskoczyć w siodło, mimo że w butach na obcasie i wyjściowych spodniach. Tylko kto miałby pojechać jej samochodem z kuchnią,  nikt nie miał przy sobie prawa jazdy. Więc ostatecznie na jazdę powrotną zgłosiła się kronikarka, co bardzo organizatorów ucieszyło.  Tym sposobem dwie osoby jechały tego dnia 6 godzin, w tym 3 godziny po upadku z konia. Biorąc pod uwagę nasze pesele to ho, ho, ho…

 

13. Morska przygoda 14. Na Kaszubach jest pięknie

 

Ale tereny kaszubskie są tak piękne, że warte są każdego wysiłku. Jechaliśmy tą samą drogą, przez wioski Osieki, Lublewko, Perlino, Gardkowice. W Perlinie stanęliśmy pod sklepem na piwo, gdyż było bardzo ciepło i zaschło w gardłach. Galopowaliśmy potem po rżysku i wzdłuż jeziora Choczewskiego.

Był to piękny  dzień i mieliśmy dużo przyjemności. Dopełnieniem był obiad na dworze przy pięknie udekorowanym ziołami stole, a do jedzenie dostaliśmy wspaniałą kaszankę z grilla i grillowanie kiełbaski.

 

15. Obiadek na świeżym powietrzu 16. Klimatyczny, zielony wieczor

 

Ale to nadal nie był koniec przyjemności. Z powodu wieczornego chłodu usadowiliśmy się u Henia i początkowo czas mijał na kawałach i wesołości.  Potem Andrzej puścił z laptopa płytę dla Wojtka z zielonymi piosenkami. Dziewczyny wyjęły przywiezione z Monachium przez Jurka lampiony, udekorowaliśmy pokój, zgasiliśmy światło i w zielonym półmroku śpiewaliśmy cichutko zielone piosenki razem z płytą. Był to zaczarowany wieczór, szkoda było iść spać. Spontanicznie zaczęliśmy się uczyć piosenki Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”, planując odśpiewać ją na przyjęciu, o ile jako tako się nauczymy. Ale przed północą szło nam całkiem nieźle.

W czwartek z powodu party jazdy trwały tylko po godzinie i nie było biwaku, tylko zmiana jeźdźców pod stajnią. Atrakcją pierwszej jazdy było przejechanie całkiem blisko obok grupki żurawi baraszkujących na śródleśnej łączce.

 

17. Oczekiwanie na wejście na party 18. Wejście ze śpiewem na party

 

Po koniach mieliśmy sporo czasu na regenerację sił i wyfiokowanie się na przyjęcie. O 15.30 Michał zaprosił wszystkich pod karczmę, gdzie zapowiedział niespodziankę. Wyciągnęli z Leszkiem wielką armatę, która do tej pory stanowiła dekorację karczmy i jubilat miał sobie z okazji urodzin odpalić na wiwat. Huk z armaty był wielki i kto nie zatkał uszu, miał przejściowe problemy. Ale uciecha też była wielka, nigdy nie strzelaliśmy z armaty. Potem była kolejna niespodzianka – Michał zawiózł nas na imprezę wozem konnym, na dwie grupy, najpierw każdą grupę wożąc po pół godziny po lesie. Wóz ciągnęły nasze wierzchówki Delfa i Dracena, pięknie zaplecione. Pierwsza grupa oczekiwała na drugą nad jeziorem Salińskim, spędzając czas bardzo wesoło, wyśpiewując piosenki z czasów odległego dzieciństwa. Gdy „drudzy” nadjechali, zrobiliśmy wspólne wejście na posesję jubilata. Każdy dzierżył w dłoni zielonego konika na patyku, każdy miał przypiętą gdzieś zieloną kokardkę lub zielony otok na kapeluszu, śpiewaliśmy gromko „Konie zielone, przebiegły galopem”. Jubilat wystroił się po kowbojsku, a Lalucha  wystąpiła jako Jesień. Wręczyliśmy prezenty, po czym odśpiewaliśmy „Sto lat”. Było dużo śmiechu i od początku ustalił się wesoły nastrój. Gospodarze zaprosili na toast szampanem, po czym zaprosili do stołu. A stół nakryty był na tarasie, pięknie udekorowany, u pułapu wisiały kolorowe baloniki. Do jedzenia dostaliśmy dziczyznę, przyrządzoną i serwowaną przez Leszka, a podawała do stołu Żanetka. Oprócz dzika były jeszcze inne smakołyki, ale część kulinarna nie trwała zbyt długo, gdyż program party był bogaty. Po krótkim odpoczynku od jedzenia, po wspólnej fotce i pobaraszkowaniu w ogrodzie, wróciliśmy na taras i zaczął się niezwykły koncert. Wiedzieliśmy wcześniej, że Wojtek gra sobie w wolnych chwilach na gitarze z trzema zaprzyjaźnionymi gitarzystami i  oto teraz jego kapela zagrała dla nas. Chłopcy ubrani po kowbojsku zagrali wiązankę  kowbojskich standardów, koncert był fantastyczny. Słuchaliśmy z wielką przyjemnością, bisom nie było końca. A po koncercie, kontynuując wieczór z kulturą, łatwo  przeszliśmy do poezji. Najpierw odśpiewaliśmy gospodarzom szykowaną wcześniej piosenkę Młynarskiego „Jeszcze zielone gramy”, której treść była inspiracją do urodzinowego spotkania.

 

19. Toast szampanem 20. Śpiewamy Jeszcze W Zielone Gramy

 

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia, plany.
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom,
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją.
Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła.
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie,
Jeszcze nie, długo nie.

 

Śpiewanie nie wyszło nam tak dobrze jak na próbie, ale najważniejsze było przesłanie, a nie technika. Następnie wyszedł przed publikę Heniu i odśpiewał własnej produkcji Hymn Dla Jubilata, do Wojtkowej przygrywki rzecz jasna (jak na rajdach).

Zielony walczyk raz, dwa trzy, kto go nie umie, niech patrzy,
A kto go umie niech tańczy, zielony walczyk, raz, dwa, trzy.
Był se raz Wuja na koniu, jeździł po Polsce w noc i w dniu,
Patrzył na rogi dziczyzny, pukawkę miał jak mężczyzna.
Trzy razy puknął z sukcesem, potem przytupnął obcasem,
Na morskim koniu i z gardą, nawiedził w Oslo Haralda.
Zew krwi zadziałał, Bieszczady, Lalucha, kumple, biesiady,
Domek w Salinie, dzik w lesie, niechaj mu dobrze się wiedzie.

 

Aplauz był wielki, a tu już stali w kolejce do występów następni recytatorzy, Jola i Gerard. Wygłosili nieco podrasowany wierszyk Kazimierza Wierzyńskiego:

Zielono masz w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach twych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało ci duszę błękitną
I które ci świeci bez trosk i zachodu.

Obnosisz po ludziach swój śmiech i bukiety
Rozdajesz wokoło i jesteś radosną
Wichurą  zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

 

Zebrali także wielkie brawa, ale nie był to bynajmniej koniec, oto na „scenę” wchodziła Lalucha. Odczytała piękną prozę Pawła Potoroczyna, świetnie opisującą jesień życia w różnych jej odsłonach, w której to jesieni życia właśnie jesteśmy, w tym także jubilat (tekst na końcu kroniki). Występ Lalucha zakończyła życzeniami:  „kochany jubilacie, Wojtusiu! Chociaż jesteś świadom przywar jesieni, przyjmujesz je z przymrużeniem oka. Dajesz nam przykład, jak można ciągle po swojemu grać w zielone, nawet z bliskimi, których także owiewa już babie lato. Tak trzymaj”. Nic dodać, nic ująć. Lalucha zebrała wielkie brawa. Nafaszerowani sztuką ani się nie obejrzeliśmy, gdy na stół wjechał urodzinowy tort. Był wspaniały, każdy domagał się grubszej porcji. Niestety nie dało się toru naciągnąć, ale były jeszcze inne słodkości, więc każdy się dosłodził. Czas tak pięknie, ale też szybko płynął, że nie starczyło go by zakosztować innych atrakcji, a mianowicie postrzelać do tarczy czy popróbować mini-golfa. Tylko pojedyncze osoby popróbowały, wkrótce zrobiło się ciemno. Rozwiesiliśmy wtedy na drzewach przyniesione lampiony, a Wojtek rozpalił ognisko. Na drewnianym stole obok stały rozmaite trunki i przegryzki, m.in. wspaniałe kiełbasy z dziczyzny. Ale nie dało się już nic jeść, więc spalaliśmy kalorie śpiewając do gitary. Był to piękny wieczór, przysłowiowa wisienka na torcie do  salińskiego rajdobozu.

 

21. Party u Wojtków

 

W piątek część osób jeździła ostatni raz konno po kaszubskich kniejach, inna grupa wybrała się nad morze, by jeszcze się nim nacieszyć. Był duży sztorm, fale huczały i z  impetem rozbijały się o plażę. Piach niesiony z  wielką siłą ciął po nogach jak żyletki. Spacer  plażą nieźle wymaglował, ale było pięknie.

Nie był to koniec atrakcji – po obiedzie organizatorzy przygotowali jeszcze pokazy konne. Najpierw na swojej 20-letniej klaczy Borta wyjechał na hipodrom Leszek i trochę pojeździł, skacząc niewielkie przeszkody. Na klaczy tej uczestniczył przed laty w Mistrzostwach Europy, startowała też na niej w zawodach juniorskich młodsza córka, także Michał. Po chwili podszedł Michał, zdjął klaczy ogłowie i Leszek bez ogłowia pokazał kłus, galop i małe skoki. Zebrał burzę oklasków. Potem wyjechała Żaneta na swojej podstawowej sportowej klaczy Burza i pokazała profesjonalne skoki przez przeszkody, sporej wysokości. Ale przede wszystkim pokazała skoki przez wąskie fronty, najpierw przez dwa krzesła, potem przez jedno. Krzesło jak wiadomo nie ma dużej wysokości, ale skok przez wąski front jest bardzo trudny i świadczy o dużym zaufaniu konia i o wzorcowym porozumieniu z jeźdźcem.  Więc brawa też były wielkie i był to miły akcent na koniec obozu.

Bo kolejnego dnia rozjeżdżaliśmy się do swoich domów.  Pożegnanie było bardzo czułe, bo mimo drobnych niedociągnięć czuliśmy się tu bardzo dobrze i pobyt dobrze zapisze się w pamięci. Żaneta z mężem zamierzają zająć się prowadzeniem obozów jeździeckich, więc wyraziła zadowolenie, iż na początek trafiła jej się taka fajna grupa. My również doceniamy serdeczność gospodarzy i ich wysiłki, aby nas zadowolić. Więc zobaczymy co czas przyniesie, całkiem możliwe, że za rok przyjedziemy do Salina znowu.

 

22. Spacer dziką plażą 23. Baj baj Salino

 

Jesień w prozie Pawła Potoroczyna

„Niby ładna, ale pełna żółci, niby spokojna, ale czerwona ze złości, niby rzewna, ale tak zgorzkniała, że ze wszystkich pór roku to właśnie ją będą pamiętali, tak jak z życia najlepiej pamięta się jesień życia. Bo wiosny, lata i zimy, jeśli tylko nie przyniosły kataklizmu, to przychodzą i odchodzą, wydarzają się i mijają, a jesień jest, bo tak ma, że jej skłonności poetyckie są największe i możliwości symboliczne najbliższe życiu samemu, w którym nie sztuka przeminąć, tyle to każdy potrafi, sztuka  b y ć  przemijaniem, a to potrafi tylko prawdziwa jesień.
(…)
To nie w urodziny posuwamy się w latach, bo metryki blakną, giną i płoną, a już na pewno nie w Nowy Rok, kiedy na liczydłach przeskakuje jedna cyferka, bo to tylko kawałek drewna nanizany na drut, co sam z siebie nic nie pojmuje ani pojąć nie ułatwia. To jesienią człowiekowi przybywa lat, rozumu i doświadczenia, a ubywa życia, energii i pasji. Przybywa Nobli, ubywa endorfin.

Tylko pierdolony idiota mógł wymyślić, żeby wiek podawać w wiosnach, bo to się może i sprawdza, ale tylko przez chwilę. Wiosen wypada mieć kilka, kilkanaście, no może dwadzieścia, ale nie więcej, bo nie da się sensownie powiedzieć „było jej czterdzieści wiosen” albo „w pięćdziesiątej wiośnie życia…”. Od pewnego momentu nie da się liczyć wieku za pomocą czegoś tak hormonalnego, krotochwilnego i błahego jak „wiosna”.

I dopiero jesień jest wiarygodną jednostką miary czasu. Problem, kurwa, tkwi w ułamkach. Dla młodzieńca i panny rok stanowi 1/20 życia. Potem ułamek już tylko maleje, wszystko się skraca i przyspiesza, aż do zawyżonej wartości jesiennych mianowników, których jest nieproporcjonalnie więcej niż tych wiosennych. I myśli człek, jak to, kurwa? Cztery pory roku, rok cały, a to tylko 1/70?(A.K: lub 1/71?)Chujowy jakiś ten algorytm.

(…)

Wiosna kochanków pogańska, bosa i ślepa. Lato małżonków, takie zaradne, kopie studnie, buduje domy i spichrze. Zima wdów. A jesień? Niecierpliwa jest, niełaskawa jest. Zazdrości, szuka poklasku, unosi się pychą; dopuszcza się bezwstydu, szuka swego, unosi się gniewem, pamięta złe; cieszy się z niesprawiedliwości, nie współweseli z prawdą. Wszystkiego nie znosi, niczemu nie wierzy, w niczym nie pokłada nadziei, niczego nie przetrzyma. I tak dalej. Wiara, nadzieja, jesień.”

Paweł Potoroczyn, „Ludzka rzecz”

 

24. Koncert Wojtka i jego gitarzystów
 
 
Tekst: Formisia
Zdjecia: Formisia i inni
Wstawił na stronę: Olo 

 

XVI Rajd Starych Koni

       

… na końcu drogi, wierne jak pies,
   czekają czerwcowe Bieszczady
                                                 SDM  (prawie)

 

 

Ewa Formicka

Kronika XVI Rajdu Starych Koni,
Bieszczady 16 – 25.06. 2017 r.

 

 

W ubiegłym roku obchodziliśmy hucznie jubileusz piętnastu lat starokońskiego rajdowania, a tu kolejny jubileusz – dziesiąty rajd z Józkiem. Nie do wiary, jak to szybko zleciało.
Trudno powiedzieć czy Józek pamiętał o tej rocznicy i czy pod ten fakt układała trasę, ale to co wymyślił było fascynujące i pod wieloma względami wyjątkowe. Bo po pierwsze zawlókł nas najgłębiej w Bieszczady w porównaniu do wszystkich wcześniejszych rajdów, a po drugie wynalazł miejsce niezwykle klimatyczne, mimo standardu nieco siermiężnego. Był to Dwernik u podnóża Otrytu, a stanęliśmy w drewnianej chałupie zwanej „U Szeryfa”, u Gosi i Jarka.
Rajd zaczął się 16 czerwca w piątek i miał charakter gwiaździsty. Staliśmy w jednym miejscu, wyruszając codziennie w różne, niezwykłe zakamarki Bieszczadów i wracając późnym popołudniem do bazy.
Mieszkaliśmy w różnych budynkach, ale w obrębie jednego podwórza. Część ludzi mieszkała w budynku głównym, w pokojach wygodnych i przestronnych, ale mając dwie wspólne łazienki na 10 osób. Pozostali mieszkali w dwóch barakowozach, gdzie do spania przeznaczono ciaśniutkie i akustyczne kajutki, a każdy wóz posiadał jedną łazienkę na 5-6 osób. Te baraki wywołały początkowo konsternację i u niektórych panikę, ale wkrótce się okazało, że było tam bardzo przytulnie. Kajutki spalne były co prawda wąskie i ciasne, a dykta pomiędzy nimi nie kasowała wrażeń akustycznych z zewnątrz, jednak każdy barak miał przyjemny, obszerny pokój dzienny, a na zewnątrz zadaszony drewniany taras ze stołem i ogrodowymi fotelami. Charakter kampingowy i piękne widoki wkoło przebiły niedogodności i zwielokrotniły klimat urlopowy. Ostatecznie w jednym baraku zamieszkało 5 osób, w drugim 4 osoby.
Największym jednak atutem Dwernika byli nasi gospodarze, Gosia i Jarek. To młodzi ludzie mieszkający w Bieszczadach od zawsze. Żyją z agroturystyki, mają swoje konie, krowy, psy, a także dużo energii i dobrego humoru. Swoją charyzmą nadają domostwu swoisty klimat, który sprawia, że standard pomieszczeń schodzi całkowicie na dalszy plan. Gosia nie tylko świetnie gotuje i wypieka równie wspaniałe ciasta, ale robi też smaczne sery z mleka własnych ekologicznych krów. Sery te dostawaliśmy codziennie na śniadanie, a na koniec nakupiliśmy spore ilości do domu. Generalnie czuliśmy się tu bardzo dobrze, a humor którym Gosia emanowała udzielał się wszystkim i kasował wszelkie przejściowe spadki krzywej.
Józek przywiózł konie które znaliśmy, a było ich tyle, że każdy kto chciał, mógł jeździć na dwie tury. Konie miały do dyspozycji ogromne pastwisko, na którym codziennie zostawialiśmy te, które nie szły w trasę.
Spotkaliśmy się wszyscy w piątek na wieczornym obiedzie, po bardzo długiej i bardzo męczącej podróży. Do Dwernika jest znacznie dalej niż do miejsc bazowych poprzednich rajdów. Ale tego dnia Lalucha miała imieniny i przywiozła dobre ciasta, więc osłodziła trudy dnia i mieliśmy bardzo dobry początek. Przyjechało 19 osób, a byli to: Heniu, Marysia, Renia, Andrzej, Staszka, Włodek, Lalucha, Wojtek, Aldona, Jadwiga, Jola, Gerard, Ewa Gdańszczanka, Jurek-media, Dorota, Majka, Sławek, Formisia i źrebak Karolina.

 01.  Szesnasty rajd,  Dwernik

 

  02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i

02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i Karina

02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i Karina

Rajd zaczęliśmy deszczowo, w sobotę od rana lało. Z powodu chłodu śniadanie spożyliśmy w domowej jadalni, gdzie stołować dało się jedynie na raty – najpierw dom, potem baraki. W związku z aurą upchaliśmy się po śniadaniu wszyscy w jadalni i mimo dżdżu za oknem spędziliśmy miło czas wśród ogólnej wesołości. Heniu wydał komunikat nr 1 – czekamy aż przestanie padać do 12.00, a gdy nie przestanie, do 14.00. Gdy nadal będzie padać czekamy do 16.00, a gdy o 16.00 nie przestanie padać, po prostu jedziemy. Było też losowanie kolejności jazd, jak zwykle pełne emocji. Zamęt zrobił się tak wielki, że właściwie trudno było dociec kto kiedy ma jechać – ale nie miało to większego znaczenia. Nikt nie wierzył że padać przestanie i że gdziekolwiek pojedziemy. Natomiast w trakcie dnia poszedł po pokojach komunikat Heniowy nr 2, kasujący wszystkie poprzednie ustalenia. Brzmiał on: o 14.00 jest obiad, a o 15.00 jedziemy bez względu na pogodę. Komunikat nr 3 sprostował godzinę jazdy na 15.30, ale stale nie było mowy aby jazda konna mogła się nie odbyć, na co w skrytości ducha liczyliśmy.

Tak że punktualnie o 15.30, opatuleni w peleryny, stawiliśmy się pod stajnią. W trakcie siodłania deszcz ustał, więc pozdejmowaliśmy peleryny. Jedni dokonali tego jeszcze z ziemi, inni z konia. Dorotka rozdziewając się w siodle wywołała szeleszczącą peleryną taką panikę u swego konia Bojara, że ruszył w cwał i latał jak pershing wkoło podwórza. Kowbojka cudem utrzymała się w siodle, ale od tej pory codziennie przy siodłaniu pytaliśmy jaki program cyrkowy ma w planie, aby się ewentualnie przygotować. Bo szał jednego konia udziela się innym, więc lepiej być gotowym. Ale więcej tego typu atrakcji nie było.

Z powodu późnej pory i bezsensu organizowania biwaku na trasie Józek z Jarkiem postanowili, że będzie jedna wspólna jazda, a poranne losowanie kolejności nie ma zastosowania. Brakujące konie Jarek miał uzupełnić swoimi, ale 3 osoby zrejterowały, więc tym bardziej koni starczyło.

Odbyliśmy piękną deszczową jazdę, którą scharakteryzować można: mgły, góry, łąki, cisza, nostalgia. Prowadził Jarek, a wiódł nas po okolicach Dwernika, jeździliśmy 2 godziny. Z powodu błota był głównie stęp, trochę kłusa. Gdy tak sobie leniwie jechaliśmy i podziwialiśmy widoki, nagle lunęło jak z cebra i rozpętał się istny Armagedon. Zrobiliśmy szybki postój na ubranie peleryn, ale i tak zmokliśmy do majtek. Wróciliśmy jak przysłowiowe zmokłe kury, ale chyba nikt nie żałował.

 

  02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i Karina

 

03. Deszczowa jazda.

04. Leje!!!

Z powodu zimna kolacja znowu była w domu, czyli znowu na dwie tury. Przy odprowadzaniu koni na pastwisko padła informacja o strojach wykwintnych na posiłek, ale nie wszyscy to słyszeli. Więc jedni się wystroili w stroje galowe, inni w suche stroje robocze, co wywołało  początkowo dysonans.  Ale w końcu nie suknia zdobi człowieka, więc dość szybko nastała wspaniała atmosfera. Formisia przypomniała na wstępie, że aktualny rajd jest co prawda szesnastym, ale dziesiątym z Józkiem, więc znowu obchodzimy szacowny jubileusz. Wszyscy uczestnicy rajdu otrzymali  wybite na tą okoliczność medale, a Józek dostał obraz na desce pt „Józek na Eldiku”. Heniu dokonał oficjalnego otwarcia rajdu, polał geringerówki i zabawa zaczęła się na całego. Innymi słowy wuja odpalił gitarę i przerobiliśmy cały śpiewnik kowbojski i nie tylko. W naszym budynku urlopowała Kasia z Krakowa, mająca jak się okazało wiele talentów. Tego wieczora dołączyła do nas, odpaliła skrzypce i dzielnie wtórowała. Jolcia i Ewcia postawiły tradycyjnie ciasta imieninowo-urodzinowe, więc oprawa wieczoru była pełna.

 

 05. oficjalne otwarcie rajdu

  06. Dziesiąty  rajd z Józkiem – zdrowie Konia.

Niestety kolejnego dnia, tj. w niedzielę, nadal było pochmurno i dżdżysto, co nie nastrajało optymistycznie. Śniadanie zjedliśmy w budynku i ruszyliśmy łowić konie na odległym pastwisku. Jazda konna to obowiązkowy składnik rajdowania i aura nie ma nic do rzeczy. Przywdzialiśmy peleryny i ruszyliśmy do boju. Wyjechaliśmy do góry ponad Dwernik, gdzie Józek szukał właściwych ścieżek, aby w końcu osiągnąć szlak konny. Potem szlakiem czerwonym dydaktycznym i ostatecznie zielonym dydaktycznym podróżowaliśmy do Zatwarnicy. Posuwaliśmy się sennym, mglistym lasem, było mokro i pięknie. Widzieliśmy młodego koziołka i dorodną łanię. Przed samą wsią przystanęliśmy nad wodospadem Hylaty, niewielkim, ale urokliwym i robiącym dużo hałasu. W Zatwarnicy kiedyś nocowaliśmy, teraz stanęliśmy biwakiem pod znanym nam ośrodkiem. Pościągaliśmy z koni siodła, a z siebie peleryny i cieplejsze okrycia, gdyż zrobiło się słonecznie i ciepło. W stołówce dostaliśmy smaczny bogracz, a zimne piwko dopełniło szczęścia.

Na biwaku nie siedzieliśmy długo, gdyż pogoda była niepewna – ciemne chmury straszyły na obrzeżach nieba. Tym niemniej droga powrotna upłynęła w słonecznej aurze, a dywany dzwonków i storczyków czarowały. Trasa powrotna była miejscami inna niż poprzednia, więc osoby jadące drugi raz miały fuksa. A takich osób które w bieżącym roku jeździły na dwie tury było cztery.

Widzieliśmy z daleka Magurę Stuposiańską i Połoninę Caryńską.

 

 07.  Jedziemy do Zatwarnicy

 08. Biwak w Zatwarnicy

Wozem w tym roku powoził Mateusz, kolega Józka, a kobyłki wozowe to grube Karina i Walentyna. Na wozie było nieco ciasno, więc szeryf wydał rozkaz, aby nie zabierać w trasę żadnych tobołków, prawdziwemu westmanowi powinno wystarczyć to, co zmieści w siodle lub w kieszeni. Na szczęście czapraki jak co roku miały po dwie sakwy, więc upychaliśmy tam peleryny i co kto potrzebował, a sklepów i tak nie było po drodze, wiec nic się nie kupowało. Skrzynki piwa dowoził na biwak Jarek samochodem, tam gdzie było to możliwe.

Wieczorem ponownie wystroiliśmy się galowo i po kolacji posiedzieliśmy trochę przy ognisku, śpiewając i śmiejąc się. Był też spacer na most na Sanie, dokąd mieliśmy jakieś pół kilometra i dokąd biegaliśmy potem co wieczór. Ale kto biegał, ten biegał (na ogół małe damskie grupki). Wiosną po szosie dwernickiej regularnie spacerował niedźwiedź, więc usilnie pragnęliśmy go spotkać. Ale zdaniem Jarka misiu wyczuł, ze nastał czas turystów i szosę wyeliminował z trasy swoich spacerów.

Chata „U szeryfa” w Dwerniku to granica zasięgu komórkowego. W chacie już tego zasięgu nie ma, trzeba wyjść na szosę, a jeszcze lepiej na „krowi mostek”. Ganiając na most na Sanie zawsze zahaczaliśmy o krowi mostek i zawsze był tam ruch w interesie, międzymiastowa hulała pełną parą.

Poniedziałek to punkt kulminacyjny rajdu, nasza najważniejsza wyprawa. Wprawdzie piękne widoki mieliśmy każdego dnia, jednak w poniedziałek wyprawiliśmy się najgłębiej w Bieszczady, najdalej od cywilizacji. Celem była nieistniejąca wieś Caryńskie i schronisko „Koliba” na Przysłupie Caryńskim. Pogoda od rana była piękna, więc nastroje panowały bardzo dobre. Przejechaliśmy przez Dwernik szosą, potem Józek poprowadził w las i posuwaliśmy się do przodu raz prawym, raz lewym brzegiem Potoku Nasiczniańskiego. Powoli wznosiliśmy się coraz wyżej, Potok zostawał w dole i czarował szumem wartkiego nurtu. Po drodze było dużo błota pod nogami i różnych trudnych rowów i innych wertepów, ale Przełęcz Nasiczniańska, na którą w końcu wjechaliśmy, zachwyciła i dech zaparło. Pogalopowaliśmy chwilę, ale w końcu stanęliśmy zachwyceni, by do woli nacieszyć oczy widokami. Byliśmy w sercu Bieszczadów i było na co patrzyć. Po prawej na wyciągnięcie dłoni pyszniła się Połonina Wetlińska, także Jawornik i Holica, po lewej zielenił się wał Magury Stuposiańskiej, a w dali gniazdo Tarnicy z nią samą plus Bukowe Berdo i przyległości. Zieleń gór była niezwykle soczysta, niebo niebieskie, a białe chmurki stanowiły istne wisienki na torcie. Zachwytom nie było końca, ale do celu mieliśmy jeszcze kawał drogi, więc ruszyliśmy dalej. Zjechaliśmy w dół do miejsca po wsi Caryńskie i drogą szutrową jechaliśmy „wsią”, galopując na obrzeżnych łąkach. W sumie po dwóch godzinach dotarliśmy do schroniska. Przez chwilę nie mogliśmy znaleźć dobrego miejsca na parking, a w gardłach wyschło i każdemu było pilno do baru. Gdy jakoś powiązaliśmy konie i porozkładaliśmy derki i koce do wyschnięcia, pognaliśmy spragnieni do schroniska. A tam… dramat, nie ma piwa. Nad barem wisiała informacja, że władze Politechniki Warszawskiej, do której schronisko należy, wstrzymały sprzedaż piwa w tym miejscu i wszelkie skargi można kierować do j.m. rektora. Trudno było przełknąć to rozczarowanie, ale od tego dnia na kolejne biwaki woziliśmy wozem własne piwo. A póki co ratowaliśmy się wodą mineralną, ciesząc się urodą miejsca i błogim odpoczynkiem. Droga powrotna wyglądała tak samo, aczkolwiek galopów było nieco mniej, gdyż stale jechaliśmy w dół.


 09. Głęboke rowy byly co rusz

 10. Przełęcz  Nasiczniańska, najpiękniejsza trasa rajdu

 

 11. Koliba na Przysłupie Caryńskim 

12. Galopem przez połoninę

 Po obiedzie były spacery na most, była międzymiastowa na „krowim mostku”. Pojawiły się pierwsze robaczki świętojańskie, aczkolwiek w niewielkich ilościach. Misiu stale nie chciał wrócić na szosę, ale nie traciliśmy nadziei.

Na koniec dnia rozpaliliśmy ognisko i siedzieliśmy relatywnie długo, śpiewając i wygłupiając się ile wlezie. Tego dnia dojechała Marysia, która tuż przed rajdem doznała złamania szczęki i naruszenia żeber wpadając pod rolki ukochanej wnuczki. Marysia reanimowała się w tempie ekspresowym i udało jej się z opóźnieniem przybyć, ale nie dosiadała konia, nosiła gorset na szyi i napoje przyjmowała tylko przez rurkę. Gadać natomiast mogła bez ograniczeń, a bez Marysi szczebiotu rajd byłby nie pełny.

We wtorek po śniadaniu opuścił nas Jurek medialny i pozostaliśmy z nadzieją, że nakręcone kadry zobaczymy w niedługim czasie, ba, że w ogóle kiedyś je zobaczymy. Póki co najedliśmy się serów i innych dobrych rzeczy i ruszyliśmy do koni. Jak zwykle trzeba je było ściągnąć z odległego pastwiska, po czym ruszyliśmy w trasę. Tego dnia jechaliśmy początkowo ścieżkami wśród wysokich zarośli – leszczyny, czarnego bzu i wierzbowych zagajników. Było bardzo dużo błota, dziur i nierówności, ale zapach bzu i mięty rozkosznie odurzał. Wyjechaliśmy na wielką łąkę, gdzie z kolei zapach skoszonej trawy rywalizował z innymi aromatami. Pogalopowaliśmy, bo należało, po czym wjechaliśmy w wysoki las, by w końcu wyjechać na drogę szutrową i piąć się nią uparcie do góry. Tego dnia biwakowaliśmy w wiacie turystycznej na zboczach góry Dwernik Kamień. Na miejsce biwaku Jarek dowiózł ciepłe jeszcze ciasto drożdżowe i skrzynkę piwa, a kiełbaski w ognisku sami sobie upiekliśmy, mimo upału. Mieliśmy piękną ucztę, a że czas urlopowy to czas light, więc bajdurzyliśmy o dzyndzlu, dziurach z wlotem i wylotem i tym podobnych dyrdymałkach. Aż szkoda było wracać. Ale najbardziej lajtowy obóz ma swój program, więc w końcu trzeba było dosiąść koni i ruszyć w drogę powrotną. Jechaliśmy tak samo jak poprzednia grupa, z tą tylko różnicą, że widzieliśmy na drodze świeże ślady łap niedźwiedzia, a na skoszonej łące siedział sobie lis i w ogóle mu nie przeszkadzaliśmy. Obie jazdy trwały po około 1,5 godziny.

 

 13. Znowu w drodze  

 14. Biwak pod górą Dwernik Kamień

15. Potok Dwernik

16. Karolina rzuca wianek, Heniu stosownie przemawia

 Na obiad Gosia zaserwowała grochówkę i gulasz z kaszą gryczaną, a wszystko było pyszne nad wyraz. Buraczki wędrowały z jednego stołu na drugi i stale ich komuś brakowało. Kuchnia donosiła i donosiła.

Im obfitszy był obiad tym bardziej wymuszał spacery na most, ale tego dnia okoliczność była szczególna. Karolina opuszczająca obóz następnego ranka uplotła sobie wianek na biwaku i zamierzała go zwodować. W przedsięwzięciu tym postanowili wszyscy wziąć udział, więc na most na Sanie ruszyli nawet ci, którzy do tej pory migali się od spacerów. Na moście Heniu wygłosił stosowne przemówienie, po czym wianek poszybował w nurt rzeki. San jest rzeką płytką i leniwą, ale miejscami miewa nurt bardziej wartki. W takie miejsce Karolina przycelowała, więc wianek popłynął zdecydowanie, prosto do morza. Karolina w ramach oczepin dostała na głowę gustowny czepiec z łopianu, do którego Heniu przemówił ponownie. Było kupę śmiechu i bawiliśmy się świetnie.

Środa okazała się być dniem bez konia. Na większości rajdów mieliśmy dzień bezkonny, przeznaczony na zwiedzanie różnych ciekawych miejsc – w tym roku popadło na dolinę górnego Sanu. Po śniadaniu podjechał autokar i pojechaliśmy w kierunku Mucznego. Zwiedziliśmy po drodze pokazowe retorty do wypału węgla drzewnego, a dalej żubrowisko. Żubry na pokazowym wybiegu przebywają tylko jakiś czas, są na nim z jakiegoś określonego powodu, po ustaniu którego wychodzą do puszczy na wolność. Popatrzyliśmy na miłe zwierzątka z niedalekiej odległości i pojechaliśmy do Mucznego. Muczne było przed wojną małą osadą, zniszczoną zupełnie pod koniec wojny (mordy UPA, wysiedlenia). Na początku lat 70-tych powstała tutaj ponownie mała osada leśna, przejęta w 1975 przez Urząd Rady Ministrów dla swoich VIP-ów. Polowali tu na grubego zwierza premier i jego świta, był to po Łańsku i Arłamowie trzeci tego typu ośrodek w Polsce. Ponieważ ośrodek znajduje się tuż koło granicy ukraińskiej, czyli w strefie nadgranicznej, więc w tamtych czasach nikt VIP-om nie przeszkadzał. Obecnie nadal jest to głęboka głusza leśna, ale ośrodek jest dostępny dla ogółu turystów i nawiedzany latem przez tabuny plecakowiczów i zmotoryzowanych. W dawnym ośrodku mieści się elegancki hotel, a w budynku obok muzeum przyrodnicze. Gdzie pan leśniczy pokazał nam jego zawartość, czyli wypchane zwierzęta żyjące w Bieszczadach, eksponowane w kontekście czterech pór roku. Na koniec wędrówki po muzealnych ścieżkach z przyjemnością przeczytaliśmy informację, że żadne z pokazanych zwierząt nie straciło życia dla celów muzealnych, wszystkie pochodzą z wypadków i innych nieszczęśliwych zdarzeń.

W Mucznem zwiedziliśmy też drewniany kościółek, o którego losach ciekawie opowiadał bardzo zaangażowany przewodnik-tubylec. Kościółek ma nieco ponad 2 lata, ale jest niezwykle piękny, a jego historia ciekawa. Na koniec pobytu w Mucznem zacumowaliśmy w regionalnej karczmie, najedliśmy się wspaniałej kwaśnicy i popiliśmy lokalnego piwa. 

 

    17. Muczne, kiedyś ośrodek rządowy


18. Karczma w Mucznem

Ten element wycieczki bardzo się wszystkim podobał, ale był to zaledwie początek. Następnie pojechaliśmy do nieistniejącej wsi Tarnawa Wyżna. Na odcinku pomiędzy małą mieściną Tarnawa Niżna a nieistniejącą Wyżną jechaliśmy wzdłuż Sanu, będącego jednocześnie granicą z Ukrainą. Mieliśmy więc kawał Ukrainy na wyciągnięcie dłoni i żartowaliśmy sobie: „na tej Ukrainie toczka w toczkę jak u nas, drzewa, kwiaty i góry takie same”. Natomiast w miejscu Tarnawy Wyżnej nie ma śladu po wsi, a przyroda tak się odnowiła, że jest to teraz  rezerwat torfowiskowy. Jeden jego płat ma 6 ha, drugi 20 ha. Pomiędzy nimi rozlane jest bobrowe rozlewisko, a po torfowiskach rzucone są kładki dla turystów, którymi wędrując  ogląda się roślinność torfowiskową typu: bagno zwyczajne, borówka bagienna, żurawina błotna, wełnianka pochwowata, bagienny bór sosnowy itd. Nie mówiąc o rosiczce, której niestety nie widzieliśmy. Uchodziliśmy się nie mało, ale to stale nie był koniec. Pojechaliśmy dalej, do miejsca zwanego Bukowiec, gdzie również swego czasu była wieś. Teraz to jedynie parking i wiaty dla turystów. Bo z tego miejsca pedałuje się ok. 3 godzin do grobu Hrabiny w Siankach, o czym była mowa w którejś wcześniejszej kronice. Z dawnych, przedwojennych Sianek nic po polskiej stronie nie zostało, jedynie resztki starego cmentarza, a na nim grób właścicieli Sianek Stroińskich. Po wojnie wędrówka do grobu hrabiny była bardzo ambitnym wyzwaniem, gdyż wopiści polowali na turystów jak na kaczki (strefa nadgraniczna) i mało komu udało się tego wyczynu dokonać. Obecnie do hrabiny może iść każdy kto chce, tyle, że  potrzeba na to całego dnia, a my tego czasu nie mieliśmy (nie mówiąc o możliwościach kondycyjnych).

 

19.  Torfowisko Tarnawa

  20.  Miesie grasują w całych Bieszczadach

Ogólnie wycieczka bardzo się wszystkim podobała, aczkolwiek niektórych zmęczyła bardziej niż jazda konna. Dla poratowania sił Gosia zaserwowała barszcz ukraiński i pierogi ruskie, wszystko pycha. A na deser odwiedził nas Artur. Przyjechał okuć miejscowego konia, bo tym się też para, a przy okazji posiedział z nami wieczorem przy ognisku i pogadaliśmy. Dowiedzieliśmy się, że odeszli z Eweliną ze Smolnika, dokąd przeszli 2 lata temu z Wojsławicy. Ich losy różnie się układały, ale obecnie kupili kawałek ziemi i zaczęli budowę własnej sadyby. Być może kiedyś ją zobaczymy?

W czwartek śniadaliśmy znowu pod wiatą, licytując się co lepszego jest na drugim stole. „Czy można prosić pomidorki z tamtego stołu, bo u nas nie ma”? Tak że pomidorki, serki i inne wiktuały przemieszczały się ze stołu na stół (jadaliśmy przy dwóch złączonych stołach), choć tak naprawdę wszystko wszędzie było, tylko trochę fruwało. Mieliśmy z tym kupę zabawy i każdy dzień wesoło się zaczynał.

Tego dnia celem wyprawy był Smolnik nad Sanem, a konkretnie stara cerkiew poza wsią, będąca na liście UNESCO i robiąca aktualnie za kościół katolicki. Tam planowany był biwak, a celem ostatecznym była tak zwana Biała Stajnia na zboczach Otrytu, własność naszych gospodarzy. Grupa konna pojechała najpierw szlakiem konnym wzdłuż Sanu, ale tak nieprzejezdnym, że aż trudno uwierzyć, iż jest to jakikolwiek szlak. Błoto, chaszcze, nierówności terenu przeszły wszystko czego na tym rajdzie i na wielu innych doświadczyliśmy. Czasem trawa sięgała końskich brzuchów, czasem łopian sięgał strzemion, a błoto i kamienie w licznych rowach nie dawały wytchnienia. Było i tak, że Józek musiał zeskoczyć z siodła i połamać gałęzie zagradzające drogę, ale zdarzały się kawałki „zwyczajnego” lasu, dającego chwilę odpoczynku. Godzinę trwała utarczka z buszem, ale nie dało się zaprzeczyć, że był on tyleż niewygodny co piękny. W końcu po godzinie przekroczyliśmy San i wyjechaliśmy na widokowe łąki pełne kwiatów. Galopowaliśmy na każdym zdatnym do tego odcinku, ale co rusz trafiał się głęboki rów, z wodą lub bez. Tego dnia Dorotka podróżowała na nowej, młodziutkiej arabce Lince, która nie akceptowała jeszcze rowów i skakała przez nie, jak to każdemu koniowi, nie znającemu jeszcze rzemiosła rajdowego wypada zrobić. Na jednym takim rowie zostawiła Dorotkę na podłodze, wyrywając w szalonych susach do przodu. Na szczęśnie nic się nie stało, a na upadek z konia była już najwyższa pora.

   21.  Józek przeciera trasę

   22.  Przeprawa przez San

 Dojechaliśmy ostatecznie pod cerkiew, w sumie jazda trwała 2 godziny. Wozu jeszcze nie było, więc nie było co jeść i pić. Był za to czas na zachwyty nad cerkwią, a jest co podziwiać. Cerkiew w Smolniku, działająca od 40 lat jako kościół, jest jedyną w Bieszczadach i jedną z trzech w Polsce cerkwią typu bojkowskiego. Pochodzi z końca XVIII w. i jest wpisana na listę UNESCO wśród zaledwie ośmiu innych cerkwi polskich. Jest pierwszą cerkwią z listy UNESCO, którą w naszych wędrówkach po Bieszczadach i Beskidzie Niskim dane nam było zobaczyć (swego czasu zwiedzaliśmy drewniany kościółek z  listy UNESCO w Bliznem). Cerkiew była co prawda zamknięta, ale najważniejsze jej walory to wygląd zewnętrzny. Był to przyjemny akcent biwaku i całego rajdu, niestety wkrótce nastąpiło zdarzenie przykre, kładące się głębokim cieniem na przyjemnościach dnia. Zakolkowała mianowicie wozowa Walentyna i długo trwało, zanim sprawy przybrały względnie dobry obrót. Nie obeszło się bez pomocy weterynaryjnej, a jeszcze wcześniej odpowiednie leki podał jej w iniekcji Józek, posiłkując się też pół litrem wódki podarowanej przez harlejowców, którzy chwilę wcześniej nadjechali. Z godzinnym opóźnieniem konni ruszyli w dalszą trasę, a wozowi wrócili do domu podstawionym busem, bo zabiegi medyczne przy koniu trwały jeszcze długo. 

  23. Cerkiew w Smolniku, obecnie kościół, lista UNESCO

     24. Biała Stajnia na zboczach Otryt

Konni uroczymi łąkami w rejonie Smolnika dotarli do celu podróży, a była to Biała Stajnia w lasach Otrytu, gdzieś pomiędzy Smolnikiem a Lutowiskami. Na łąkach było dużo galopu, bo wreszcie było się gdzie rozpędzić. Widzieliśmy sarny i nie kończące się łany dzwonków i storczyków. Młoda Linka płoszyła się kilka razy, czasem podpuszczona przez Józkową Waderę, która też do odważnych nie należy. Naładowani emocjami dotarliśmy do celu, gdzie wkrótce podjechał bus i zabrał nas do Dwernika. Konie zostały w Białej Stajni na dwie noce, a my przez kolejne dni podróżowaliśmy na odcinku Biała Stajnia – Dwernik busem, co było pewną nowością na rajdzie. W ten sposób mogliśmy każdego dnia pojechać konno znacznie dalej niż byłoby to możliwe z Dwernika. Pierwsza jazda trwała 2 godziny, druga 1,5 godziny.

Tego dnia na wieczorny obiad był ryż z truskawkami, a po obiedzie odbyła się degustacja Gosiowych serów, które zamierzaliśmy na odchodnym zakupić do domu. Obżarstwo było wielkie, a gdy tak objadaliśmy się, na podwórko wjechał nasz wóz ciągniony przez Walentynkę i Karinę. Wskazywało to na cudowne ozdrowienie Walentynki i wszyscy wydali głośne „hurra”, wznosząc adekwatne toasty. Zabiegi medyczne pod cerkwią trwały długo, ale najwyraźniej odniosły pozytywny skutek, skoro kobyłka o własnych siłach wróciła do domu. Szczerze się cieszyliśmy.

Po wyżerce parę osób pobiegło na San, a przy ognisku nie było śpiewania, gdyż wuja nadwyrężył sobie paluszki i miał je całe w bąblach. Zażenowany przyznał, że przed rajdem za mało ćwiczył. Ale Dorotka postawiła upadkowe, znalazły się też inne trunki i ogólnie przy ogniu było bardzo wesoło.

W piętek o świcie lało, przeszła nawet burza, jednak do śniadania zrobiło się ładnie. Walentyna tego dnia została w stajni, więc chwilę trwało zgrywanie z Kariną innego, zapasowego konia. Wozowi musieli poczekać, natomiast konnych do Białej Stajni zawiózł busem „Dziadek”. Dziadek to tata Gosi, wulkan energii i gadulstwa. Jadąc z nim ok. 10 km do koni zawsze mieliśmy niezłą zabawę. A co daje tyle energii? Mocna kawa i „cygar”, potem można góry przewalać.

Poranny deszcz umył konie, co okazało się cenne, bo Józek zapomniał zabrać szczotki. Ale dwa konie wytaplały się w świeżym błocie i te wymagały szorowania. Zaradziła temu miotła ryżowa do zamiatania chałupy znalezione na ganku. Tak że wyrychtowana załoga po chwili ruszyła w trasę. Pojechaliśmy najpierw lasem, a potem łąkami w stronę Lutowisk. Zasadniczym punktem programu było zobaczenie miejsc, gdzie rozgrywały się ważne sceny filmu „Pan Wołodyjowski”. Były to po pierwsze łąki nad Lutowiskami robiące w filmie za Dzikie Pola, po drugie miejsce gdzie postawiono dla celów filmowych drewnianą wieś Chreptiów. Narobiliśmy tam mnóstwo zdjęć i zataczając duże koło, galopując za wszystkie czasy, wróciliśmy do Białej Stajni. Po biwaku II grupa miała odbyć taką samą marszrutę.

Pierwsze 4 dni rajdu pod kątem walorów geograficznych były bardzo ambitne, byliśmy głęboko w Bieszczadach, widzieliśmy piękne panoramy i wiele ważnych szczytów. Ale jeździło się „góra – dół”, więc automatycznie nie było za wiele galopów. Ostatnie trzy dni to z kolei bezkres łąk i spore dawki galopów, ale jednocześnie to buszowanie w pobliżu cywilizacji – szczególnie w piątek. Łąki czarowały, widoki też były fascynujące, jednak co rusz ukazała się a to szosa i pędzące nią samochody, a to słupy energetyczne wśród morza traw i kable nad głową. Więc na zasadzie „dla każdego coś miłego” Józek tak ułożył trasy, że satysfakcję mieli raz górzyści, a raz galopiści.

  25. Dzikie Pola z filmu o Wołodyjowskim

   26. Zaczęło lać

W piątek na biwaku dostaliśmy wspaniałe łazanki i znane już, równie wspaniałe drożdżowe ciasto. Gdy opychaliśmy się z lubością, zaczęło lać i wkrótce przyszła burza. Ci którzy jazdę mieli za sobą, patrzyli na deszcz bez emocji. Ci co właśnie mieli wskoczyć w siodła, patrzyli z przestrachem i nadzieją, że albo przestanie padać, albo da się nie pojechać. Deszcz przeszedł w ulewę, siedzieliśmy pod wiatą i ze współczuciem patrzyliśmy na konie uwiązane w krzakach. W końcu Jaga odważyła się poruszyć drażliwy temat i po chwili, nieśmiało, zaczęliśmy rozpatrywać możliwość rezygnacji z jazdy. Konie i tak miały zostać na noc w tym miejscu, więc nie było argumentu, że trzeba je gdzieś przeflancować. Tylko jaki obciach, zrezygnować z jazdy! Józek miał ponadto dylemat moralny, gdyż bardzo przestrzegał, żeby obie grupy jeździły sprawiedliwie. Ale sam widział co się dzieje. Przetrzymał nas do 16.30 i wtedy zamówił busa i jazdę odwołał. Uczciwie trzeba przyznać, że prawie wszyscy się ucieszyli. Tym bardziej, że był to wieczór wiankowy i mieliśmy jeszcze dużo roboty.

Przyjechał Dziadek i na dwie zmiany odwiózł nas do domu. Gdy pierwsza zmiana dotarła do Dwernika, wyszło piękne słońce i zupełnie się przejaśniło. Można to uznać za złośliwość rzeczy martwych, ale o 16.30 i tak byłoby za późno siadać na konia, zważywszy, że jazda miała trwać 2 godziny. Więc w ładnej aurze ruszyliśmy na zbiór kwiatów i jak zwykle powstały dzieła sztuki.

     27.  Wieczór wiankowy

  28. Wianki były piękne

Na obiad były pyszne pstrągi i wkrótce po konsumpcji poszliśmy na most zwodować wianki. Przed obiadem przyszła smutna wiadomość, że Walentynka ma nawrót dolegliwości, że przyjechała pani doktor i robi sondę żołądka. Powiało smutkiem, ale każdy koniarz nie jedną kolkę widział, więc mimo wszystko byliśmy dobrej myśli. Zasiedliśmy pod wiatą, a ponieważ wujowi bąble z palców zeszły, więc było też trochę śpiewania. Ogień uparcie nie chciał się rozpalić i uparcie czyniono próby jego wskrzeszenia. Ostatecznie wkrótce po 23.00 rozeszliśmy się, gdyż zmęczenie wymieszane ze smętkiem nie nastrajało do długiej nasiadówki.
W sobotę rano przeleciała przez pokoje wiadomość, że reanimacja Walentynki trwała długo, ale Walentynka przegrała tą walkę. Z pewnością było to coś poważniejszego niż kolka, w innym miejscu niż Bieszczady koń odstawiony byłby do szpitala. Wdaliśmy się w dłuższą dyskusję z Józkiem na temat mizernej opieki weterynaryjnej w Bieszczadach. Nie w tym rzecz, że działający tu lekarze są niedouczeni. Rzecz w tym, że ich nie ma. Ten ogromny teren obsługuje ich garstka, a najbliższy szpital jest w Lublinie lub Warszawie.
Temat Walentynki to dwa odrębne problemy. To smutny los zwierzęcia, ale to też wielka strata dla Mateusza, który koniem nie tylko pracował, ale był z nim związany jak z psem – on i cała jego rodzina. Opowiadał o niej ciepło i bardzo się nią cieszył. Byliśmy tak poruszeni zdarzeniem, że podczas śniadania wstał wuja i zaproponował zbiórkę pieniędzy na pomoc dla Mateusza. Proponował dobrowolną stawkę, ale nadmienił, że oni z Laluchą dają 500 zł. Wyartykułowanie tej kwoty było nieco kontrowersyjnym posunięciem, jednak ustaliło od początku pewien pułap na którym wypada się poruszać i ostatecznie wszyscy to zrozumieli i przyklasnęli. Mieliśmy czas do wieczora, gdyż niektórzy musieli skoczyć do Lutowisk do bankomatu.
Z powodu braku drugiej jazdy poprzedniego dnia, Józek obiecał sobotnią pierwszą jazdę wydłużyć. Radził osobom „pokrzywdzonym” załapać się na pierwszą grupę. Ale tylko Andrzej to zrobił. Inni albo nie usłyszeli, albo im nie zależało. Tak czy owak pierwsza sobotnia jazda, z Białej Stajni do Smolnika, była dwukrotnie dłuższa niż analogiczna 2 dni wcześniej. Ujeździliśmy się po pięknych łąkach, a widoki z jednej z nich były zapierające dech w piersiach. Widzieliśmy niebieskie pasma gór na horyzoncie, morze wysokich traw pod nogami, zdarzył się kawałek przyjemnego, świerkowego lasu. Piękny świat był balsamem na duszę, balsamem było uczucie, że ten świat to real, a nie komputerowe animacje.

29. W tle Bieszczady jak malowane

 30. Ostatni biwak

Po biwaku pod cerkwią w Smolniku ruszyliśmy w ostatnia trasę, był to słynny busz wzdłuż Sanu. Tym samym rajd niestety się zakończył.
Na obiad stawiliśmy się pod wiatą w strojach galowych i na wstępie wuja przemówił. Do naszego stołu był poproszony Mateusz, który zazwyczaj jadał z gospodarzami. Wuja w imieniu wszystkich wyraził współczucie z powodu zaistniałego zdarzenia, podkreślając, że i dla nas była to wielka przykrość. Spontanicznie postanowiliśmy więc pomóc i niniejszym chcemy się dołożyć do kupna jak najszybciej nowego konia. Wymienił kwotę która była w kopercie, a była to całkiem nie mała kwota 3000 zł. Mateusz zaniemówił, nie wiedział co zrobić. Po chwili po prostu zaczął płakać, a za nim my wszyscy. Chlipaliśmy bardziej lub mniej jawnie, chwila była niezmiernie wzruszająca. Mateusz zdołał jedynie wydusić z siebie, że nigdy jeszcze nikt mu nic nie dał. Więc chlipanie się wzmogło. Potem przy pożegnaniach Mateusz zapewniał, że jak najszybciej ruszy kupować konia i że w następnym roku będzie nas nim woził. Nie pozostaje więc nic innego, jak w przyszłym roku zawitać do Dwernika. Józek poruszony chwilą zaczął na szybko wymyślać trasy, które będziemy w przyszłym roku realizować.

 

 31. Heniu śpiewa hymn rajdowy 

32. Pożegnalne ognisko

Więc mimo smętku powiało optymizmem. Heniu odśpiewał hymn rajdowy, ułożony jak zwykle w godzinkę i jak zwykle bardzo wszystkich ubawił. Tak że rozchmurzyliśmy lica i zakończyliśmy rajd dobrymi, wesołymi akcentami. Na koniec siedzieliśmy przy ognisku śpiewając, a początek kolejnego rajdu został ustalony na 16 czerwca 2018.
A więc see you.

 

 

Tekst: Formisia
Zdjecia: Formisia, Henio, Kasia
Opracował: Olo 

 

Więcej zdjęć z XVI Rajdu znajdziesz w galerii, a jeszcze kilkanaście dodatkowych ujęć  gdy klikniesz tu

 

 

 

 

 

  02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i

 

  02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i

 

  02. Nowa załoga wozu, Mateusz, Walentyna i