XIV Rajdobóz Starych Koni

Jeszcze w zielone gramy….

 

KRONIKA XIV RAJDOBOZU STARYCH KONI

Spisana przez Ewę Formicką

Salino 19 – 26.08.2017 r.

 

Rajdobóz w roku 2017 był absolutnie rewolucyjny, gdyż zmieniliśmy nie tylko pensjonat, lecz wręcz region Polski. Już od 2 – 3 lat zastanawialiśmy się nad  zmianą miejsca, lecz na dyskusjach się kończyło. Przepiękne sosnowe, rakowskie lasy, znane konie  i bliskość jeziora zdatnego do kąpieli – trudno było z tego zrezygnować. Jednak dwa lata wstecz Stajnia Romana przestała istnieć, okolice Rakowa/Komorza uznaliśmy za całkowicie spenetrowane, a na horyzoncie pojawiło się inne, ciekawe miejsce. Było to Salino na Kaszubach, mieścina zagubiona wśród lasów i jezior. O Salinie napomknął na ubiegłorocznym rajdzie wuja Wojtek, mają tam z Laluchą domek letniskowy. Lecz czy zachęcał za mało, czy żal za Rakowem był jeszcze zbyt duży, dość że nic wtedy z tego nie wyszło. Ale temat był stale drążony i ostatecznie w roku bieżącym postanowiliśmy spróbować nowego.

Salino leży mniej więcej 25 km na południe od wybrzeża Bałtyku, nieco na wschód od linii Łeba – Lębork. W mieścinie jest kilka domów, skromny kościółek i nic więcej.  W okolicy roztaczają się bezkresne lasy, jest kilka pięknych jezior, a nad morze samochodem można dojechać w pół godziny. Wojtek wielokrotnie opowiadał o pięknych Kaszubach, namawiając do wizji lokalnej. Więc w końcu to zrobiliśmy.

 

1. Salino 2. Oficjalne otwarcie rajdobozu

 

Ośrodek jeździecki w Salinie prowadzi rodzina Niczyporuków, z których większość jeździ konno sportowo. Sam szef Leszek ma za sobą bogatą karierę w dyscyplinie WKKW (srebrny medal na Mistrzostwach Polski Seniorów 1992), pełną licznych kontuzji ze złamanym kręgosłupem włącznie. Córka Żaneta, również uprawiająca WKKW,  debiutowała w tym roku w Mistrzostwach Polski idąc w ślady ojca. Sportowo jeździ też młodsza córka i syn Michał, który był naszym przewodnikiem po leśnych bezdrożach. Ośrodek był do tej pory nastawiony na sport, działalnością uboczną był pensjonat dla koni i drobna rekreacja. Taki obóz jak nasz mieli pierwszy raz, więc uczyliśmy się siebie nawzajem.

Jechaliśmy z mieszanymi uczuciami, a droga była bardzo daleka. Jeśli  jedzie się autostradą przez Łódź, nadrabiając 100 km, ale prując 160 km/godz., to można dojechać w 6 godzin. Jadąc tradycyjnie, nie pędząc z szybkością światła i robiąc potrzebne postoje, jechać można nawet 9 godzin. A z Getyngi wręcz 13. Więc jest to duże wyzwanie. Tym niemniej w sobotę o różnych porach zjawiliśmy się w Salinie.

Aby zneutralizować niesmak zmęczenia po podróży, ci którzy dojechali do celu wcześnie, zaraz w sobotę dosiedli koni i ruszyli w przepastne knieje. Reszta miała relacje z pierwszej ręki – koniki są ok., tereny piękne.

Do Salina przyjechało na cały pobyt 18 osób, z tym że Wojtek z Laluchą spali w swoim domku. Na krótszy pobyt w różnym czasie pojawiły się dodatkowo 4 osoby.

Ośrodek w Salinie składa się z dwóch stajni, hoteliku i karczmy. Wszyscy dostali pokoje dwuosobowe, co było warunkiem we wcześniejszych pertraktacjach.  Standard jest nieco niższy niż w Komorzu, ale  wszystkie pokoje na parterze mają własne tarasy, a dwa apartamenty posiadają oprócz dwóch sypialni obszerny pokój dzienny z aneksem kuchennym.  Jadać chodziliśmy do leżącej obok karczmy, a głównym gotowniczym był sam szef Leszek. Pomagała i jadło roznosiła Żaneta, zawsze uśmiechnięta i dokładająca wszelkich starań abyśmy byli zadowoleni. W sobotę na dobry początek podano dziczyznę w rozmaitej postaci.

Ustalił się taki porządek dnia, że śniadanie było codziennie o godz. 9.00, po czym szóstka jeźdźców na godzinę 10.00 pędziła do stajni. Koni było do dyspozycji 6, a jeźdźców 12. Więc sześciu śmiałków wskakiwało w siodła, a po biwaku dosiadała ich pozostała szóstka. Na wniosek Wojtka, który nigdy nie był w Rakowie i nie wiedział jakie tam panowały porządki, codziennie był biwak w lesie, coraz to w innym miejscu. Dowożono lunch i po posiłku druga grupa wracała konno tą samą drogą. Zmiana jeźdźców w lesie pozwalała oddalać się daleko od stajni i spenetrować rozleglejsze kaszubskie zakamarki. Jednak był to pewien problem dla osób nie jeżdżących konno, jak również dla drugiej grupy. Bo jakoś musieli się dostać na biwakowe miejsce, leżące zawsze gdzieś w odległej głuszy leśnej. Jeźdźcy w butach do konnej jazdy musieli dotrzeć tam samochodami, ale dla pozostałych spędzanie urlopu w samochodzie i nadwyrężanie własnego pojazdu na wertepach i bezdrożach nie budziło entuzjazmu. W niedzielę przy śniadaniu odbyła się debata na ten temat i było sporo zamieszania. Ale ostatecznie wszystko się poukładało, gdy Renia i Hanka stwierdziły, że na biwaki będą wędrować pieszo. Przecież na co dzień tak mało mamy ruchu, a  obcowanie z naturą to sama przyjemność, nie mówiąc o tym, że nie ma nic do roboty. Pozostali podchwycili ten pomysł i też chodzili pieszo, aczkolwiek nie obeszło się beż żartów na temat zupy, po zjedzenie której należało przelecieć się  lasem 2-3 km. Należy tu nadmienić, że zupa w lesie nie była obowiązkiem, kto nie chciał, mógł ją potem dostać w karczmie. Ale chodziło o to aby czas spędzać razem, a leśne wędrówki dawały okazję nie tylko do zachłyśnięcia się świeżym powietrzem i widokami, ale też do wielu ciekawych dyskusji – piechurzy z zapałem przerabiali różne tematy, polityka, film, rodzina, plotki. Leśne marsze były ostatecznie dużą przyjemnością. Piechurzy dostawali dokładne mapy i dokładne instrukcje i ruszali  jakiś czas po jeźdźcach.

 

3. Piesze wdrówki po zupę 4. Leśnie biwaki

 

Natomiast jeźdźcy drugiej grupy zabierali się do lasu albo samochodem organizatora wiozącym jedzenie, albo jeepem Wojtka, który Wojtek udostępnił.

W niedzielę o świcie na łąkach darły się żurawie i nie dały się wyspać. Po śniadaniu odbyło się tradycyjnie ustalenie kolejności jazdy i tradycyjnie wszyscy pchali się na pierwszą jazdę. Heniu, choć nie był oficjalnie szeryfem, wyznaczał po uważaniu kto ma jechać najpierw, a kto zaś.

Jazdy prowadził zawsze Michał, syn Leszka. Sam dosiadał pięknego ogiera Puaro, a grupa miała do dyspozycji same klacze. Więc ogier od początku był bardzo nabuzowany, ale nie miało to na szczęście negatywnych skutków, poza niemożnością robienia przez Michała zdjęć. Nie mógł w czasie jazdy do nikogo podjechać aby wziąć aparat i musieliśmy radzić sobie sami. Co okazało się dość trudne, bo konie nie chciały współpracować. Ale jakieś fotki powstały, nawet jeśli marnej jakości.

Tak więc po śniadaniu ruszyliśmy do lasu, na czele grzejący się ogier, za nim grzejąca się Florka i za nimi reszta. Okolice Salina  porastają w większości stare lasy liściaste i jest w nich duża różnorodność przyrodnicza. Chwilami jechaliśmy przez niezwykle gęsty i rozległy busz paproci, było to bardzo piękne. Przekroczyliśmy szosę i wjechaliśmy na regularny szlak konny zwany „Szlak Dwóch Jezior”. W większości wiedzie on dookoła jeziora Czarne, które widzieliśmy cały czas między drzewami, a chwilami podjeżdżaliśmy bliżej. Jakiś czas jechaliśmy ścieżką wśród bardzo starych, ogromnych  dębów. Pogoda była optymalna,  słonecznie bez upału. Były długie odcinki kłusa i galopu, czasem temu i owemu brakowało tchu.

Wyznakowane na Kaszubach trasy konne zahaczają  o tak zwane Leśne Stajnie. Są to wiaty, w których można zrobić przerwę, uwiązać konie, coś zjeść przy drewnianych, zadaszonych stołach.  Do niedzielnej  Leśnej Stajni nad jeziorem Czarnym doszli po jakimś czasie piechurzy, dojechali też organizatorzy z lunchem.  Dostaliśmy żurek uwarzony przez Leszka, do tego pieczywo i napoje. Nowością w stosunku do rajdu, jak również do biwaków rakowskich było to, że nie wiązaliśmy koni i nie rozsiodływaliśmy ich. Po popuszczeniu popręgów trzymali je ci, którzy akurat nie jedli. Bo najszybciej mieli zjeść jeźdźcy drugiej grupy, tak, aby w miarę szybko przejąć konie i pojechać tą samą trasą z powrotem. Ci którzy skończyli jazdę plus piechurzy mieli możliwość posiedzieć dłużej, ale generalnie biwaki nie były zbyt długie. Natomiast wszystkie były w bardzo urokliwych miejscach, a każdego dnia jechaliśmy w inna stronę świata.

Konie które organizatorzy przeznaczyli dla naszej grupy to 4 klacze organizatora i 2 pożyczone po sąsiedzku. Te własne to wielka i bardzo grzeczna Lotna, z racji gabarytów przeznaczona dla dużych facetów, dwie grube klacze zaprzęgowe, bardzo miłe i spokojne, aczkolwiek jedna o mało wygodnym kłusie, oraz „narowista” Florka, do niedawna klacz wysoko-sportowa, obecnie matka hodowlana, bardzo ciągnąca w galopie (w kłusie niewiele mniej). Dwie pożyczone to wielka, spokojna Genewa, także dawana tylko dużym facetom, oraz  mała, srokata Bejbi, bardzo grzeczna, ale ekstremalnie niewygodna. Generalnie wszystkie polubiliśmy i poza kolejnością jazdy, losowaną po śniadaniu, nie było problemów kto na której jedzie.

 

5.  Wyruszamy 6. Jezioro Czarne

 

Jazda niedzielna dobrze nastroiła i rajdobóz dobrze się zaczął. Jazdy trwały po ok. 2 godziny. Po południu część osób pojechała na spacer nad morze do Lubiatowa, a wieczorem po obiedzie nastąpiło oficjalne otwarcie obozu. Wszyscy się wystroili w stroje organizacyjne, a Heniu  tradycyjnie wzniósł toast geringerówką. Leszek trochę z nami posiedział, zaś Żanetka latała jak fryga między stołem a kuchnią i okraszała całość promiennym uśmiechem. Niestety w karczmie minusem była kiepska akustyka, jeden koniec stołu nie słyszał drugiego końca. Więc przenieśliśmy się do apartamentu Henia, pousiadaliśmy gdzie kto mógł, Wojtek odpalił gitarę i pośpiewaliśmy z wielką energią. Odwiedził nas Kachu z żoną, posiedzieli na obozie kilka dni.

W nocy i w poniedziałek rano lało i dość mocno się ochłodziło. Po śniadaniu zrobiło się jednak ładnie i konni ruszyli w knieje. Tym razem jechaliśmy „Trasą Dębową”. Słońce wdzierało się w każdą szczelinę między gęstymi gałęziami, odbijało się w licznych kałużach, których po deszczach było w lesie sporo. Przez kałuże galopowaliśmy  pełnym galopem, a błoto pryskało jak fontanny. Mijaliśmy też spore połacie lasu iglastego, mknęliśmy miękkimi duktami w szpalerach wrzosu. Z wielką przyjemnością odkrywaliśmy, że lasy kaszubskie nie ustępują urokiem rakowskim, a nawet charakteryzują się większą różnorodnością biologiczną. Czego przykładem było miejsce biwakowe nad niezwykłym bagnem, pełnym rozmaitych roślin bagiennych, w tym chronionej  czermieni błotnej.

Po południu pojechaliśmy do Białogóry oglądać ośrodek jeździecki, który Wojtek brał pod uwagę zamiennie za Salino. Przywitał nas bardzo sympatyczny szef obiektu, jednak zaraz pognał prowadzić jazdę i chodziliśmy po ogromnym obiekcie sami. Podobno mają tam ok. 80 koni, a jazdy w rozmaitych grupach trwają od rana do wieczora. Przez ośrodek przewijało się mnóstwo ludzi, głównie dzieci. Ośrodek ma zarówno elegancki hotel z restauracją, jak i domki kampingowe z drewnianą karczmą. Oprócz koni w ośrodku pełno innych zwierząt, rozmaite świnki, pieski, papugi, a nawet majestatyczny żuraw. Do morza jest pół godziny marszu pieszo, co jest dużym atutem tego ośrodka. Jednak co tu dużo mówić, to kombinat. To kombinat w którym nie chcielibyśmy spędzać urlopu, przynajmniej spora część osób zadeklarowała takie stanowisko. Więc po spacerze nad morze bez żalu wróciliśmy na „własne śmiecie”.

 

7. Kaszubskie knieje 8. Radość rozpiera

 

We wtorek pogoda rano był niepewna, więc Michał planował zrobić dwie odrębne jazdy ze zmianą jeźdźców w stajni. Czyli miało być bez biwaku w lesie, bez marszu po zupę. Piechurzy mieli szansę na dzień wolny.   Ale nagle wyszło słońce i  powróciliśmy do pierwotnego modelu. Pojechaliśmy do wsi Dąbrówka nad jezioro Dąbrze, a piechurzy znowu pognali tam pieszo. Las jak zwykle urzekał urodą, dużo było paproci, wrzosów i świerków. Nad jeziorem piechurzy plus ci co przyjechali samochodami usadowili się na pomoście, a jeźdźcy wjechali do  jeziora po przeciwnej stronie. Gdy paparazzi powyjmowali aparaty fotograficzne, jeźdźcy ruszyli przez wody jeziora kłusem, rozbryzgując  spektakularne fontanny. Frajdę mieli jedni i drudzy, było to piękne widowisko. Druga grupa po lunchu doświadczyła tych samych emocji. Jezioro Dąbrze jest bardzo duże, ma czystą wodę i nadaje się do kąpieli. Od Salina jest do niego nieco ponad 4 km, ale nigdy nie skorzystaliśmy z plażowania, gdyż po prostu nie było czasu, a i temperatura nie zachęcała. Teraz jeźdźcy mieli wielką przyjemność baraszkować po jego wodach i zatoczkach.

 

9. Kolejnego dnia… 10. Jezioro Dąbrze

 

Równie przyjemny był biwak nieopodal. Do jedzenia dostaliśmy gorące jeszcze serdelki, które na świeżym powietrzu smakowały wybornie. Było wesoło i sympatycznie, aczkolwiek zwyczajowo nie siedzieliśmy zbyt długo.

Po powrocie do domu siedzieliśmy na tarasie przygotowując się powoli do party. Zaproszenie na urodziny Wojtka dostali wszyscy jakiś miesiąc wcześniej i dowiedzieliśmy się wtedy, że hasłem imprezy będą słowa z piosenki Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy…”. Słowa piosenki poniekąd mówią o nas,  więc hasło było doskonałym mottem obozu. Należało się przygotować na zielono, w szerokim aspekcie. Szykowaliśmy zielone prezenty, zielone stroje i drobne zielone gadżety. Prezentem zasadniczym był album/książka pod tym samym tytułem, a zawierający zdjęcia Wojtków ze wszystkich rajdów, na których byli razem. Album wykonała Formista w rekordowo krótkim czasie. Jak na dostojną pamiątkę przystało, album miał być podany na tacy, który w dekupażu wykonała Jaga. Do tego dołożyliśmy płytę z zielonymi piosenkami, wyszukanymi i nagranymi przez Reniów. Ponieważ na imprezę bez wiechcia przychodzić nie wypada, przygotowaliśmy jeszcze sadzonki krzewów do ogrodu, zakupione we Wrocławiu przez Dorotę. Jurek mieszkający daleko i nie wtajemniczony w szczegóły przygotowań nawiózł cały worek zielonych gadżetów w postaci: zielone lampiony i motylki, zielony sznurek na pranie, zielone serwetki papierowe i zielone plastikowe sztućce, zielone skarpeteczki dla Ali i zieloną wełnę na zrobienie zielonego berecika dla ukochanego, zielony wyciskacz do cytryny i prawdziwe, zielone piwo. Renia kupiła ponad 20 m zielonej wstążki, wręczyła każdemu metr i zarządziła udekorowanie własnych strojów. Ale jako że apetyt zawsze wzrasta w miarę jedzenia, dwa dni przed wyjazdem Renia wymyśliła jeszcze,  abyśmy zaopatrzyli się z zielone koniki na patyku i weszli na imprezę śpiewając „Konie zielone…”. Sylwetki koni zorganizowała Formista, a teraz zasiedliśmy na tarasie i zabraliśmy się do roboty przy obróbce koników. Trzeba je było powycinać, odrysować na zielonym, samoprzylepnym papierze przywiezionym przez Ola i ponaklejać na tekturowe podkładki. Robota przyjemnie wrzała, było kupę śmiechu i miłych pogaduszek. Jeszcze tylko potrzebne były patyki, ale zostawiliśmy to na inny dzień.

Bo nadszedł czas obiadu, gdzie szykowaliśmy kolejną, przyjemną uroczystość. Wyśledziliśmy mianowicie, że właśnie siedemdziesiątkę skończył Stefan. Nie obnosił się co prawda z tym wydarzeniem, ale byliśmy przygotowani i wręczyliśmy jubilatowi małe co nieco. Jubilat był zaskoczony, więc się wzruszył i wygłosił krótkie przemówienie na temat przekroczenia magicznej bariery. Którą przekroczył tracąc  po drodze wiele spotkań z nami, ale bardzo chce to nadrobić. Więc zrobiło się rzewnie. Spontanicznie wystąpiła Jola z wyznaniem, że w bieżącym roku także przekroczyła tą barierę. Niestety nie mieliśmy dla Joli prezentów, ale Heniu wyrażając intencje wszystkich życzył Joli szczęścia bez miary, a szczególnie chmary krasnoludków (było to nawiązanie do Joli problemu z kręgosłupem, uzjadliwionym w Salinie), które będą ją wspomagać we wszystkim, czyszczenia  butów nie wyłączając.

 

11. Biwak w Dąbrówce 12. Szykujemy dekoracje na party

 

Dobrze nastrojeni przystąpiliśmy do tradycyjnej czynności, to jest losowania kolejności jazd w środę. Każdego dnia było z tym kupę emocji, ale jakoś dawaliśmy radę. Jednak tego wieczoru nie dało się dogadać, na pierwszą jazdę uparcie pchało się więcej osób niż było koni. W końcu po perswazjach zostało siedem osób, czyli o jedną za dużo. Heniu zarządził losowanie, które rozgrzało do białości. Ale wyłoniło szczęśliwą szóstkę.

A w środę o bardzo bladym świcie ruszaliśmy na główną wyprawę, czyli konno nad morze. Plan był taki, że szczęśliwa szóstka miała przyjść do karczmy o 5.55 na szybką herbatę, o 6.00 stawić się w stajni i koło 6.20 ruszyć w drogę. Nad morze jedzie się konno ok. 3 godziny, a tylko do godziny 10.00 wolno wjechać końmi na plażę. Biorąc pod uwagę że druga grupa  też musiała zdążyć, jasnym się stało, że pośpiech był rygorystyczny. Natomiast pozostałe osoby miały koło 9.00 wsiąść do samochodów, na czczo pojechać na plażę we wskazane miejsce, porobić zdjęcia i potem wszyscy razem mieliśmy zasiąść do śniadania na pikniku za wydmą. Plan był precyzyjny i wymagający dyscypliny. Przygoda się udała, a wrażeń dostaliśmy w nadmiarze.

Gdy pierwsza szóstka przyszła do stajni, na okolicznych łąkach podnosiły się spektakularne mgły i wstawał świt. Było pięknie jak w bajce. Jakiś czas jechaliśmy stępem, słońce podświetlało krople rosy na trawach i przeźroczyste koraliki na pajęczynach. Jechaliśmy przez mokre zagajniki, zarastające łąki, rżyska na rozległych polach, szosy asfaltowe i małe, kolorowe wioski. Dotarliśmy do jeziora Choczewskiego, jadąc jego skrajem jakiś czas i galopując gdy tylko się dało. W pewnym momencie dał się słyszeć krzyk z tyłu, to Stefan zgubił kapelusz. Zsiadł z konia by go podnieść, lecz próba wdrapania się na Lotną poskutkowała obsunięciem się siodła pod brzuch. Trzeba było konia przesiedlać, co okazało się nie takie proste, gdyż konie kręciły się niespokojne, a nabzdyczony ogier negatywnie podkręcał koniunkturę. Uciekło trochę cennego czasu. Straciliśmy też czas na szosach, gdyż Michał nie ryzykował wjazdu na nieznane pola, gdy nie miał pewności czy będzie z nich wyjazd. Tak że gdy dotarliśmy do nadbrzeżnego lasu sosnowego Michał zarządził morderczy kłus celem nadrobienia czasu, a było tego kłusa ok. 5 km. Nawet najtwardsi czuli w końcu wnętrzności w gardle, ale na ile się dało, siedzieliśmy  cicho.  Aż Heniu jęknął z tyłu, że już starczy.  Michał  skwitował te jęki: „już dawno czekałem aż ktoś krzyknie, i tak dzielni jesteście”. Więc przeszliśmy do stępa i po chwili wjechaliśmy na plażę. A tam…. dech zaparło. Widok był iście filmowy: sztorm na morzu i wspaniałe białe grzywy fal, niebieskie niebo, pędzące po nim białe cumulusy. Zachwyty nie trwały jednak długo, gdyż po chwili wystąpiły trudności. To niewiarygodne i nikt o czymś takim nie słyszał, ale konie po prostu doznały szoku. Podjechały niepewnie do wody, ale albo stały jak wryte, albo kręciły się w kółko lub cofały do tyłu. Żaden nie chciał wyjść na czoło, nie wyłączając ogiera i sportowej Florki. Fale rozbijające się na końskich kończynach wywoływały panikę. Spory czas trwało, zanim udało się towarzystwo spacyfikować i ruszyć do przodu. Michał się zaparł i w końcu ruszyliśmy  kłusem, a wreszcie upragnionym galopem. Pędziliśmy między wodą a piaskiem, fale tłukły o nadpęcia  i  powodowały, że co strachliwsze uskakiwały. Póki jednak ogier dawał dobry przykład, wszystko szło dobrze. Galop zyskał na tempie, aż tu nagle jak spod ziemi wyskoczyły z boku dwa białe, tureckie namioty. Tego było za dużo dla bojaźliwych, końskich serc,  ogier uskoczył w bok z wielkim impetem, a pędząca za nim Florka zaryła kopytami w piach i Formista pogalopowała dalej sama. Inaczej mówiąc zaryła w piach z szybkością światła, co po chwili spotkało też Dorotę. Gdy amazonki z wielkim zdziwieniem zobaczyły się w podobnych okolicznościach, po kilku sekundach do towarzystwa dołączyła Marycha. Wszystkie konie generalnie poszły w rozsypkę, ale nie było czasu na zastanowienie, trzeba było szybko połapać te będące luzem. Na szczęście nieustający stan paniki nie spowodował ich ucieczki, wiec łapanie okazało się łatwe, w przeciwieństwie do wejścia na nie. To już nie było łatwe, a nikt nie mógł pomóc. Ale jakoś dokonałyśmy tego i po chwili galopowaliśmy znowu, tym razem z powrotem, Czas gonił, jeszcze galopy musiała odbyć druga grupa, a do 10.00 zostało parę minut. Więc dopędziliśmy szczęśliwie do naszych ludzi, jeszcze wspólne fotki i po chwili, na uspokojonych już koniach galopowali zmiennicy. W sumie była to piękna, podnosząca adrenalinę przygoda, narobiliśmy mnóstwo zdjęć. Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Po chwili zjechaliśmy za wydmę na zasłużone śniadanie, które przyjechało z Salina.

 

12a. Niezapomniany galop po plaży, kwintesencja morskiej przygody.

 

Siedzieliśmy w miłym błogostanie pod wiatą, obie grupy miały już plażę za sobą. Mogliśmy pokontemplować i cieszyć się  nowym doświadczeniem. Powoli zaczęliśmy się zbierać do powrotu, a tu jeden koń został bez przydziału, coś źle policzyliśmy. Wcześniej z jazd zrezygnowała Lalucha, gdyż po wypadku samochodowym zaczęło jej strzykać w kręgosłupie. W jej miejsce od poniedziałku na dwie zmiany jeździła Dorota. W środę z gry wypadła Jola, też z powodu dolegliwości kręgosłupa. W stajni nie ustalono kto pojedzie za Jolę, więc na biwaku nastąpiła konsternacja, nie było jednego jeźdźca.  Już Żaneta pogodziła się z myślą iż będzie musiała  wskoczyć w siodło, mimo że w butach na obcasie i wyjściowych spodniach. Tylko kto miałby pojechać jej samochodem z kuchnią,  nikt nie miał przy sobie prawa jazdy. Więc ostatecznie na jazdę powrotną zgłosiła się kronikarka, co bardzo organizatorów ucieszyło.  Tym sposobem dwie osoby jechały tego dnia 6 godzin, w tym 3 godziny po upadku z konia. Biorąc pod uwagę nasze pesele to ho, ho, ho…

 

13. Morska przygoda 14. Na Kaszubach jest pięknie

 

Ale tereny kaszubskie są tak piękne, że warte są każdego wysiłku. Jechaliśmy tą samą drogą, przez wioski Osieki, Lublewko, Perlino, Gardkowice. W Perlinie stanęliśmy pod sklepem na piwo, gdyż było bardzo ciepło i zaschło w gardłach. Galopowaliśmy potem po rżysku i wzdłuż jeziora Choczewskiego.

Był to piękny  dzień i mieliśmy dużo przyjemności. Dopełnieniem był obiad na dworze przy pięknie udekorowanym ziołami stole, a do jedzenie dostaliśmy wspaniałą kaszankę z grilla i grillowanie kiełbaski.

 

15. Obiadek na świeżym powietrzu 16. Klimatyczny, zielony wieczor

 

Ale to nadal nie był koniec przyjemności. Z powodu wieczornego chłodu usadowiliśmy się u Henia i początkowo czas mijał na kawałach i wesołości.  Potem Andrzej puścił z laptopa płytę dla Wojtka z zielonymi piosenkami. Dziewczyny wyjęły przywiezione z Monachium przez Jurka lampiony, udekorowaliśmy pokój, zgasiliśmy światło i w zielonym półmroku śpiewaliśmy cichutko zielone piosenki razem z płytą. Był to zaczarowany wieczór, szkoda było iść spać. Spontanicznie zaczęliśmy się uczyć piosenki Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”, planując odśpiewać ją na przyjęciu, o ile jako tako się nauczymy. Ale przed północą szło nam całkiem nieźle.

W czwartek z powodu party jazdy trwały tylko po godzinie i nie było biwaku, tylko zmiana jeźdźców pod stajnią. Atrakcją pierwszej jazdy było przejechanie całkiem blisko obok grupki żurawi baraszkujących na śródleśnej łączce.

 

17. Oczekiwanie na wejście na party 18. Wejście ze śpiewem na party

 

Po koniach mieliśmy sporo czasu na regenerację sił i wyfiokowanie się na przyjęcie. O 15.30 Michał zaprosił wszystkich pod karczmę, gdzie zapowiedział niespodziankę. Wyciągnęli z Leszkiem wielką armatę, która do tej pory stanowiła dekorację karczmy i jubilat miał sobie z okazji urodzin odpalić na wiwat. Huk z armaty był wielki i kto nie zatkał uszu, miał przejściowe problemy. Ale uciecha też była wielka, nigdy nie strzelaliśmy z armaty. Potem była kolejna niespodzianka – Michał zawiózł nas na imprezę wozem konnym, na dwie grupy, najpierw każdą grupę wożąc po pół godziny po lesie. Wóz ciągnęły nasze wierzchówki Delfa i Dracena, pięknie zaplecione. Pierwsza grupa oczekiwała na drugą nad jeziorem Salińskim, spędzając czas bardzo wesoło, wyśpiewując piosenki z czasów odległego dzieciństwa. Gdy „drudzy” nadjechali, zrobiliśmy wspólne wejście na posesję jubilata. Każdy dzierżył w dłoni zielonego konika na patyku, każdy miał przypiętą gdzieś zieloną kokardkę lub zielony otok na kapeluszu, śpiewaliśmy gromko „Konie zielone, przebiegły galopem”. Jubilat wystroił się po kowbojsku, a Lalucha  wystąpiła jako Jesień. Wręczyliśmy prezenty, po czym odśpiewaliśmy „Sto lat”. Było dużo śmiechu i od początku ustalił się wesoły nastrój. Gospodarze zaprosili na toast szampanem, po czym zaprosili do stołu. A stół nakryty był na tarasie, pięknie udekorowany, u pułapu wisiały kolorowe baloniki. Do jedzenia dostaliśmy dziczyznę, przyrządzoną i serwowaną przez Leszka, a podawała do stołu Żanetka. Oprócz dzika były jeszcze inne smakołyki, ale część kulinarna nie trwała zbyt długo, gdyż program party był bogaty. Po krótkim odpoczynku od jedzenia, po wspólnej fotce i pobaraszkowaniu w ogrodzie, wróciliśmy na taras i zaczął się niezwykły koncert. Wiedzieliśmy wcześniej, że Wojtek gra sobie w wolnych chwilach na gitarze z trzema zaprzyjaźnionymi gitarzystami i  oto teraz jego kapela zagrała dla nas. Chłopcy ubrani po kowbojsku zagrali wiązankę  kowbojskich standardów, koncert był fantastyczny. Słuchaliśmy z wielką przyjemnością, bisom nie było końca. A po koncercie, kontynuując wieczór z kulturą, łatwo  przeszliśmy do poezji. Najpierw odśpiewaliśmy gospodarzom szykowaną wcześniej piosenkę Młynarskiego „Jeszcze zielone gramy”, której treść była inspiracją do urodzinowego spotkania.

 

19. Toast szampanem 20. Śpiewamy Jeszcze W Zielone Gramy

 

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia, plany.
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom,
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją.
Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła.
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie,
Jeszcze nie, długo nie.

 

Śpiewanie nie wyszło nam tak dobrze jak na próbie, ale najważniejsze było przesłanie, a nie technika. Następnie wyszedł przed publikę Heniu i odśpiewał własnej produkcji Hymn Dla Jubilata, do Wojtkowej przygrywki rzecz jasna (jak na rajdach).

Zielony walczyk raz, dwa trzy, kto go nie umie, niech patrzy,
A kto go umie niech tańczy, zielony walczyk, raz, dwa, trzy.
Był se raz Wuja na koniu, jeździł po Polsce w noc i w dniu,
Patrzył na rogi dziczyzny, pukawkę miał jak mężczyzna.
Trzy razy puknął z sukcesem, potem przytupnął obcasem,
Na morskim koniu i z gardą, nawiedził w Oslo Haralda.
Zew krwi zadziałał, Bieszczady, Lalucha, kumple, biesiady,
Domek w Salinie, dzik w lesie, niechaj mu dobrze się wiedzie.

 

Aplauz był wielki, a tu już stali w kolejce do występów następni recytatorzy, Jola i Gerard. Wygłosili nieco podrasowany wierszyk Kazimierza Wierzyńskiego:

Zielono masz w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach twych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało ci duszę błękitną
I które ci świeci bez trosk i zachodu.

Obnosisz po ludziach swój śmiech i bukiety
Rozdajesz wokoło i jesteś radosną
Wichurą  zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

 

Zebrali także wielkie brawa, ale nie był to bynajmniej koniec, oto na „scenę” wchodziła Lalucha. Odczytała piękną prozę Pawła Potoroczyna, świetnie opisującą jesień życia w różnych jej odsłonach, w której to jesieni życia właśnie jesteśmy, w tym także jubilat (tekst na końcu kroniki). Występ Lalucha zakończyła życzeniami:  „kochany jubilacie, Wojtusiu! Chociaż jesteś świadom przywar jesieni, przyjmujesz je z przymrużeniem oka. Dajesz nam przykład, jak można ciągle po swojemu grać w zielone, nawet z bliskimi, których także owiewa już babie lato. Tak trzymaj”. Nic dodać, nic ująć. Lalucha zebrała wielkie brawa. Nafaszerowani sztuką ani się nie obejrzeliśmy, gdy na stół wjechał urodzinowy tort. Był wspaniały, każdy domagał się grubszej porcji. Niestety nie dało się toru naciągnąć, ale były jeszcze inne słodkości, więc każdy się dosłodził. Czas tak pięknie, ale też szybko płynął, że nie starczyło go by zakosztować innych atrakcji, a mianowicie postrzelać do tarczy czy popróbować mini-golfa. Tylko pojedyncze osoby popróbowały, wkrótce zrobiło się ciemno. Rozwiesiliśmy wtedy na drzewach przyniesione lampiony, a Wojtek rozpalił ognisko. Na drewnianym stole obok stały rozmaite trunki i przegryzki, m.in. wspaniałe kiełbasy z dziczyzny. Ale nie dało się już nic jeść, więc spalaliśmy kalorie śpiewając do gitary. Był to piękny wieczór, przysłowiowa wisienka na torcie do  salińskiego rajdobozu.

 

21. Party u Wojtków

 

W piątek część osób jeździła ostatni raz konno po kaszubskich kniejach, inna grupa wybrała się nad morze, by jeszcze się nim nacieszyć. Był duży sztorm, fale huczały i z  impetem rozbijały się o plażę. Piach niesiony z  wielką siłą ciął po nogach jak żyletki. Spacer  plażą nieźle wymaglował, ale było pięknie.

Nie był to koniec atrakcji – po obiedzie organizatorzy przygotowali jeszcze pokazy konne. Najpierw na swojej 20-letniej klaczy Borta wyjechał na hipodrom Leszek i trochę pojeździł, skacząc niewielkie przeszkody. Na klaczy tej uczestniczył przed laty w Mistrzostwach Europy, startowała też na niej w zawodach juniorskich młodsza córka, także Michał. Po chwili podszedł Michał, zdjął klaczy ogłowie i Leszek bez ogłowia pokazał kłus, galop i małe skoki. Zebrał burzę oklasków. Potem wyjechała Żaneta na swojej podstawowej sportowej klaczy Burza i pokazała profesjonalne skoki przez przeszkody, sporej wysokości. Ale przede wszystkim pokazała skoki przez wąskie fronty, najpierw przez dwa krzesła, potem przez jedno. Krzesło jak wiadomo nie ma dużej wysokości, ale skok przez wąski front jest bardzo trudny i świadczy o dużym zaufaniu konia i o wzorcowym porozumieniu z jeźdźcem.  Więc brawa też były wielkie i był to miły akcent na koniec obozu.

Bo kolejnego dnia rozjeżdżaliśmy się do swoich domów.  Pożegnanie było bardzo czułe, bo mimo drobnych niedociągnięć czuliśmy się tu bardzo dobrze i pobyt dobrze zapisze się w pamięci. Żaneta z mężem zamierzają zająć się prowadzeniem obozów jeździeckich, więc wyraziła zadowolenie, iż na początek trafiła jej się taka fajna grupa. My również doceniamy serdeczność gospodarzy i ich wysiłki, aby nas zadowolić. Więc zobaczymy co czas przyniesie, całkiem możliwe, że za rok przyjedziemy do Salina znowu.

 

22. Spacer dziką plażą 23. Baj baj Salino

 

Jesień w prozie Pawła Potoroczyna

„Niby ładna, ale pełna żółci, niby spokojna, ale czerwona ze złości, niby rzewna, ale tak zgorzkniała, że ze wszystkich pór roku to właśnie ją będą pamiętali, tak jak z życia najlepiej pamięta się jesień życia. Bo wiosny, lata i zimy, jeśli tylko nie przyniosły kataklizmu, to przychodzą i odchodzą, wydarzają się i mijają, a jesień jest, bo tak ma, że jej skłonności poetyckie są największe i możliwości symboliczne najbliższe życiu samemu, w którym nie sztuka przeminąć, tyle to każdy potrafi, sztuka  b y ć  przemijaniem, a to potrafi tylko prawdziwa jesień.
(…)
To nie w urodziny posuwamy się w latach, bo metryki blakną, giną i płoną, a już na pewno nie w Nowy Rok, kiedy na liczydłach przeskakuje jedna cyferka, bo to tylko kawałek drewna nanizany na drut, co sam z siebie nic nie pojmuje ani pojąć nie ułatwia. To jesienią człowiekowi przybywa lat, rozumu i doświadczenia, a ubywa życia, energii i pasji. Przybywa Nobli, ubywa endorfin.

Tylko pierdolony idiota mógł wymyślić, żeby wiek podawać w wiosnach, bo to się może i sprawdza, ale tylko przez chwilę. Wiosen wypada mieć kilka, kilkanaście, no może dwadzieścia, ale nie więcej, bo nie da się sensownie powiedzieć „było jej czterdzieści wiosen” albo „w pięćdziesiątej wiośnie życia…”. Od pewnego momentu nie da się liczyć wieku za pomocą czegoś tak hormonalnego, krotochwilnego i błahego jak „wiosna”.

I dopiero jesień jest wiarygodną jednostką miary czasu. Problem, kurwa, tkwi w ułamkach. Dla młodzieńca i panny rok stanowi 1/20 życia. Potem ułamek już tylko maleje, wszystko się skraca i przyspiesza, aż do zawyżonej wartości jesiennych mianowników, których jest nieproporcjonalnie więcej niż tych wiosennych. I myśli człek, jak to, kurwa? Cztery pory roku, rok cały, a to tylko 1/70?(A.K: lub 1/71?)Chujowy jakiś ten algorytm.

(…)

Wiosna kochanków pogańska, bosa i ślepa. Lato małżonków, takie zaradne, kopie studnie, buduje domy i spichrze. Zima wdów. A jesień? Niecierpliwa jest, niełaskawa jest. Zazdrości, szuka poklasku, unosi się pychą; dopuszcza się bezwstydu, szuka swego, unosi się gniewem, pamięta złe; cieszy się z niesprawiedliwości, nie współweseli z prawdą. Wszystkiego nie znosi, niczemu nie wierzy, w niczym nie pokłada nadziei, niczego nie przetrzyma. I tak dalej. Wiara, nadzieja, jesień.”

Paweł Potoroczyn, „Ludzka rzecz”

 

24. Koncert Wojtka i jego gitarzystów
 
 
Tekst: Formisia
Zdjecia: Formisia i inni
Wstawił na stronę: Olo