Archiwa tagu: 2019

Wigilia 2019

Nie wiadomo kiedy minęło lato, rajd bieszczadzki i Salino…
Jakby chwilę temu odprowadziliśmy konie do stajni,  a już spadły liście z drzew. 
Kolejne mgnienie oka i nagle w sklepach zapłonęły choinki.  Czy to możliwe?

Jeszcze wakacyjne zdjęcia nie zostały wklejone do albumów, a już nadszedł ten wyjątkowy, grudniowy wieczór, gdy spotkaliśmy się na tradycyjnej, wigilijnej wieczerzy. Tego roku frekwencja była rekordowa, pojawiło się  35 osób. Przyjechali goście z bliska i z daleka, nawet z zagranicy.

1.  Wigilijny wieczór Starych Koni 2. Frekwencja była imponująca

 

Miejscem spotkania była restauracja na terenie kompleksu sportowego „Orbita”. Lokal wynalazła Hania Olowa, ale całą organizację wzięła na siebie Jarka. Lokal miał tą główną zaletę, że było dużo miejsca i nie przyjmowano w tym czasie innych gości. Mile zaskoczył wspaniały, świąteczny wystrój, mnogość migających światełkami choinek i rozmaitych stroików. Stoły ustawione w podkowę były pięknie nakryte.

3. Stoły były pięknie nakryte 4. Wystrój lokalu wszystkim się podobał

 

 

Po radosnych powitaniach przeszliśmy do sąsiedniej salki i  stworzyliśmy opłatkowy krąg. Olo  złożył okolicznościowe świąteczne życzenia, po czym Marysia rozdała opłatki z udekorowanego kosza i przystąpiliśmy do życzeń indywidualnych. Padło wiele miłych słów, ale dominowało jedno zasadnicze: „zdrowia”. Tego życzył każdy każdemu, bo co tu dużo mówić… wszystko inne już mamy, a zdrowia o ile jeszcze nie ubywa, to nigdy dość.

5. Marysia rozdała opłatki 6. Popłynęły serdeczne życzenia
7. Zdrowia… 8. Zasiedliśmy do stołów
   
 9. Tegoroczną wigilię zorganizowała Jarka  10. Andrzejowie najwyraźniej zadowoleni

 

Zasiedliśmy do stołów i po chwili kelnerzy zaczęli biegać  z półmiskami, serwując same wspaniałości. Był tradycyjny barszcz z uszkami, karp, kasza gryczana z grzybami, śledziki w różnej postaci, ryba po grecku, dwa rodzaje pierogów, dwie sałatki, kompot z suszonych owoców i deser śliwkowy. Na bocznym stole pachniały pierniki, makowiec i ciasto z bakaliami.  Jak to zwyczajowo bywa, każdy się objadł nieprzyzwoicie. Atmosfera panowała rodzinna i cieszyliśmy się sobą.

11.  Barszczyk z uszkami był wyborny 12. Wszystkim smakowało 

 

Na koniec Olo rozdał piękne kantyczki, które sam w tajemnicy wyprodukował. Bardzo ładną okładkę zaprojektował nasz nieoceniony grafik z Kanady – Marek, a wnętrze śpiewnika okrasiła konikami Tereska, również nasza nadworna graficzka. Z dużą energią popłynęły kolędy, bo z takiej kantyczki aż się chciało śpiewać.

13. Śpiewamy kolędy z nowych kantyczek 14. Koncert kolęd

 

Wieczór przyjemnie trwał, doprawdy, nie chciało się go kończyć.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, oby nie był gorszy… 

Tego życzą Olo i Formisia

 
Tekst opracowanie i wstawienie na stronę: Formisia
Zdjęcia: Formisia 

 

 

 

XVI Rajdobóz Starych Koni, Salino 2019

 

 

 

Tradycyjnie pod koniec sierpnia Stare Konie wyjeżdżają na rajdobóz, a od trzech lat jest to Salino na Kaszubach, ośrodek jeździecki Niczyporuków. Z Wrocławia jest do Salina bardzo daleko, jeśli nie jedzie się autostradą gdańską, to podróż  może trwać nawet 9-10 godzin. Gdy w końcu dociera się na miejsce, to zazwyczaj na „dobry początek” jest jakieś zamieszanie związane z pokojami: a to brakuje gdzieś firanki, a to u kogoś kontakt wylatuje ze ściany, a to szmata gdzieś nie sięgnęła i trzeba dosprzatać. Gdy człowiek jest zmęczony po podróży, to frustruje każdy taki drobiazg. Ale mimo wszystko zagnieździliśmy się w Salinie, zapuściliśmy korzenie. Wychowaliśmy sobie (jak mówił Heniu) gospodarzy, a gospodarze mają nas za „swoich” (podsłuchane). Ostatecznie plusy które w Salinie widzimy przeważają szalę, gdy rozpatrujemy inne propozycje. Ale po kolei…

Zjechaliśmy w piątek 24 sierpnia. Ośrodkiem teraz zawiaduje Michał i jego dziewczyna Patrycja, a naczelny szef Leszek praktycznie się nie pokazuje.  Żaneta wyjechała z rodziną do Niemiec. Kuchnię prowadziła dla nas mama Patrycji, tata pomagał w kuchni i hotelu. Ośrodek był świeżo po remoncie i niektóre pokoje były perfekcyjnie wypieszczone. Ale były też pokoje których nie zdążyli dopieścić i te wywołały trochę nerwowości.

W rajdobozie udział wzięło 17 osób, w tym dwóch tubylców, Wojtek i Lalucha. Chęć jeżdżenia konno zadeklarowało 10 osób. Wobec powyższego Michał przygotował dla nas 5 koni, a jazdy odbywały się na dwie grupy. Pierwsza grupa wyjeżdżała ze stajni ok. 10.00, druga dosiadała rumaków 1,5 godziny później. Po jazdach konsumowaliśmy małe drugie śniadanie i realizowaliśmy zaplanowany na dany dzień punkt programu. Program obozowy był atrakcyjny, Wojtek podobnie jak rok wstecz podszedł do zagadnienia bardzo ambitnie. Niestety naszego wodzireja dopadł tuż przed naszym przybyciem przykry uszczerbek na zdrowiu, więc  realizacja zaplanowanego programu wymagała od niego wysiłku i poświęcenia.  Boleliśmy bardzo że nasz kochany wuja cierpi, ale on oganiał się jak od muchy od tego typu stwierdzeń i nie przyjmował do wiadomości, że mógłby  się dać zwolnić z realizacji któregokolwiek punktu programu, ognisk wieczornych nie wyłączając. Więc wszystko szło jak po sznurku i spędziliśmy w Salinie piękny czas, pełen zabawy, śmiechu i wspaniałych doznań konno-wodno-krajowznawczych.

1. Po długiej podróży jesteśmy w Salinie 2. Na dobry początek spacer do lasu

 

Do jazdy przydzielił Michał dwie tak zwane grubcie i trzy konie sportowe ze swojej stajni (w poprzednich latach konie częściowo pożyczał). Grubcie to siwe, zaprzęgowe Delta i Dracena, nad wyraz spokojne i przez to bardzo kochane. Pozostałe konie to dwie klacze sportowe mające aktualnie źrebaki, Florka i Dynastia, oraz siwy sportowy Bursztyn, dorzucony na okoliczność przyjazdu naszej grupy, ale normalnie działający w sporcie. Dynastii i Bursztyna nie znaliśmy do tej pory. Trzy „sportowce” były delikatnie mówiąc „idące do przodu” i podczas jazd wyrywały ręce ze stawów, ale ponieważ nie płoszyły się i nie miały skłonności wyścigowych, więc dawaliśmy radę.  

W sobotę jazdy miały być lekkie na rozruch i trwały po ok. godzinie. Jednak nieco zaskoczyły dwa długie odcinki galopu, bo z rozruchem bardziej kojarzy się spacer po lesie, niż tyle galopu. Ale galopu każdego dnia było dużo, więc jazdy półtoragodzinne (bo tyle trwały w kolejnych dniach) w zupełności wystarczały. I tak na rajdach bieszczadzkich na ogół galopujemy na krótszych odcinkach. Z kronikarskiej dokładności trzeba tu zaznaczyć, że były też upiornie długie odcinki kłusa, a kłus nie jest zbyt przyjazny dla przepuklin w kręgosłupie. Ale bardzo długie odcinki stępa pozwalały złapać oddech i nacieszyć oczy piękną przyrodą.  

3. Pierwsza, sobotnia jazda 4. Powrót z jazdy

 

Po koniach cześć osób pojechała na szybką kąpiel nad jezioro Choczewskie, a po południu galowo wystrojeni wyprawiliśmy się do Gniewina na dożynki. Jadąc do Gniewina błądziliśmy trochę, a we wsi nie zauważyliśmy żadnych odznak rolniczego święta. Ludzie wręcz nie słyszeli o czymś takim. Ponieważ miał tu dojechać konnym wozem Michał, więc zadzwoniliśmy do niego, gdzie są te dożynki. Koniec końców okazało się, że we wsi odbywa się impreza pod hasłem „zakończenie lata” – zjeżdżalnie dla dzieci, rąbana muzyka, hałas, zero straganów z lokalnymi przetworami, co najwyżej wata na patyku. Totalne nieporozumienie. Wróciliśmy więc do domu i czas do obiadokolacji spędziliśmy na pagórku koło karczmy, ciesząc się sobą i myślą, że dopiero zaczynamy.  

W sobotę odbyło się oficjalne otwarcie obozu, Wojtek przywitał frekwencję i  zaprosił do dobrej zabawy. Szeryfka też przemówiła, a przede wszystkim rozlała geringerówkę własnej produkcji, nie zdradzając z czego i jak ją przyrządziła. W tych  oficjalnych okolicznościach mieliśmy dla szeryfki niespodziankę, a była to nowa/stara gwiazda szeryfa. Nowa – bo jeszcze nie zaistniała w Starych Koniach. Stara  – bo autentycznie powchodzi z lat 60-70tych. Skąd się wzięła… nie wszystko musi  być ujawnione. Tak czy owak zawisła na Marysinej piersi i od tej pory zaczęły się rządy twardej ręki.

5. Marysia częstuje „geringerówką” 6. Szeryfka dostała nową gwiazdę

 

Kolejną niespodzianką jaka miała miejsce podczas wieczoru inauguracyjnego był występ Kacha, który przeczytał limeryk swojego autorstwa, dotyczący akurat Wojtków, ale będący zapowiedzią następnych. Od tej pory codziennie po posiłku Kachu wstawał i czytał kolejne limeryki, nikogo nie pomijając. Limeryk sobotni brzmiał:

Woyt z Laluchą prześliczną,
raczyli się onegdaj poezją liryczną.
Konsumując przesłanie rzekł Wuja:
„a teraz lanie, kochanie”.

 Nagrodziliśmy brawami poetycki wyczyn kolegi i w ramach przedłużenia przyjemnych doznań wybraliśmy się na długi spacer do lasu. Wieczór zakończyliśmy na tarasie za domem, krążyły różne trunki i przegryzki, było bardzo przyjemnie.

W niedzielę po śniadaniu konni pogalopowali w las, a las znowu oczarował. Michał miał ambicję aby nigdy tras nie powtarzać (oczywiście poza wyjazdem i powrotem do stajni), więc wiódł nas po innych ścieżkach niż dnia poprzedniego i innych niż będą w kolejnych dniach. Mijaliśmy dzikie leśne zakamarki, sosnowe bory, nie kończący się busz paproci, falistość moreny. Piaszczyste dukty aż się prosiły o galopy, więc było go w dużej ilości.

7. Lasy kaszubskie są piękne 8. Busz paproci

 

Wróciliśmy do ośrodka i wkrótce gnaliśmy nad morze, bo pogoda była wymarzona. Niestety był to ostatni weekend wakacji i ku naszej rozpaczy na plażę do Lubiatowa przybyły tłumy ludzi, a parking w rejonie plaży jest tylko jeden. Stójkowy nie wpuszczał i odsyłał kolejne samochody z powrotem. Różne osoby różnie sobie radziły w tej sytuacji. Parę osób cofnęło się do Choczewa (6 km) i zakoczowało w smażalni na wspanialej rybie. Ta grupa wróciła po godzinie do Lubiatowa i tym razem dostali się na parking bez problemu. Byli więc na plaży stosunkowo wcześnie. Informacja o zakorkowaniu parkingu rozeszła się komórkami, więc kilka osób w ogóle zrezygnowało z wyjazdu nad morze. Ci poszli pieszo nad jezioro Czarne i zażyli kąpieli w dzikich okolicznościach przyrody. Ale spora grupa odczekała w ośrodku do popołudnia i przybyli na plażę gdy mocno się wyludniło. Nad morzem było pięknie, wiał ciepły wiaterek, drobne fale dekorowały morską toń, po niebie płynęły filmowe cumulusy. Siedzieliśmy do 18.30, gdy nastał czas powrotu na obiad. Konie i morze – wow, czegóż trzeba więcej.

9. Spacer dziką plażą 10. W smażalni na rybce

 

Wieczorem Michał rozpalił nam ognisko, a mając nowe śpiewniki, śpiewaliśmy pełną parą. Wojtek poprzedniego wieczoru gorączkował, ale tego dnia czuł się lepiej, wiec nie tylko odkurzył gitarę, ale nawet przywiózł kolegę tubylca, aby trochę poopowiadał. Jacek Michałowski barwnie i zwięźle przedstawił historię tych ziem, wymieniając różne okoliczne dworki i pałacyki warte zobaczenia, okraszając wystąpienie ciekawostkami na ich temat. Trochę pośpiewał z nami i był to kolejny, miły wieczór. Tego dnia Kach zaprezentował limeryk  dotyczący Olów:

Rzecze Hania do Ola:
„zatańczmy przed snem rockendrolla”.
Olo zaś na to z emfazą
„z ochotą okrutną, lubo inną razą”.

Było dużo śmiechu.

11. Męskie trio przy ognisku 12. Ogień płonie…

 

W poniedziałek zrobiło się gorąco, ale w lesie panował kojący chłód, więc żałuj Stary Koniu, który nie dosiadłeś konia i nie pogalopowałeś w kaszubskie knieje. Było jak zwykle pięknie, poznaliśmy nowe ścieżki. W kłusie zrobiło się w pewnym momencie zamieszanie, gdyż na drodze leżało zwalone drzewo, przez które jedne konie łaskawie zechciały przeskoczyć, ale niektóre życzyły sobie najpierw powąchać. Było chwilę nerwowo, jakoś jednak jeźdźcy dogadali się z końmi i wszyscy podróżowali dalej. Tego dnia galopy były szczególnie długie i dość szybkie. Nikt się nie odzywał, ale niejednemu tchu brakło.

13. W gorący dzień jedziemy do chłodnego lasu 14. Burmistrz Lęborka czekał na naszą grupę

 

O 15.00 pojechaliśmy kawalkadą do Lęborka, gdzie w ratuszu czekał pan burmistrz, kolega Wojtka. Miłym akcentem była kawa i herbata, którą burmistrz częstował i którą piliśmy w historycznych wnętrzach. Lębork ma bardzo ciekawą historię. Prawa miejskie nadał mu Mistrz Zakonu Krzyżackiego w połowie XIV wieku, a potem przez wieki należał raz do Polski, raz do Niemiec. Ratusz, do którego udaliśmy się w pierwszej kolejności, to nieco ponad stuletni neogotyk, pełen wspaniałych witraży, herbów fundatorów i innych historycznych detali. Pan burmistrz ciekawie opowiadał nie tylko o budynku, ale też o swojej pracy. Historię  budynku w bardziej szczegółowy sposób, jak i historię miasta, przekazał nam pan przewodnik, specjalnie dla naszej grupy „obstalowany”. Przewodnik towarzyszył nam do końca wycieczki i po wyjściu z ratusza zaproponował muzeum. Tam już czekała bardzo sympatyczna pani dyrektor, będąca znanym archeologiem i pasjonatem wykopalisk.  Trudno się rozpisywać, ale zobaczyliśmy najcenniejsze artefakty jakie muzeum posiada, np. kocioł z brązu z roku ok. 200, wydobyty w okolicy z grobu mężczyzny należącego do miejscowej elity, oraz szklaną rybę z podobnego okresu, także z grobu elitarnego, tyle że należącego do młodej kobiety. Oczywiście nie znamy się na tym, garnek do garnka podobny, ale podobne kotły, łącznie z tym lęborskim, znane są tylko trzy na świecie. W przypadku ryby uczeni nie znają w ogóle niczego podobnego, więc w badaniach nie mają się do czego odnieść.  Niestety rybę widzieliśmy tylko na plakacie, gdyż oryginał był akurat wypożyczony. Ryba jest w tak doskonałym stanie, ze niemal wygląda na współczesną. Są hipotezy, że mogła pochodzić z terenów Cesarstwa Rzymskiego, być może z Syrii. Choćby z powodu tej ryby musimy zawitać na Kaszuby ponownie, gdyż liznąwszy temat nie można tego cudu archeologicznego nie zobaczyć w oryginale. Wizyta w muzeum była naprawdę bardzo ekscytująca. Pozytywnie zakręceni poszliśmy z panem przewodnikiem w miasto, które jest bardzo pięknie utrzymane i posiada wiele cennych zabytków. Byliśmy luknąć na zamek, a konkretnie na to, co  z niego zostało, gdyż był wielokrotnie przebudowywany. Powstał w XIV w. i był wtedy siedzibą krzyżackiego wójta miasta. Widzieliśmy młyn z XIV w, stare kamieniczki, średniowieczne mury miejskie, bardzo dobrze zachowane i będące ozdobą miasta, i przede wszystkim gotycki kościół św. Jakuba, posiadający relikwie tegoż świętego. Naładowani historią zadekowaliśmy się na chwilę w eleganckiej kawiarni na lodach i ledwie zdążyliśmy na obiad. A jeść się chciało. Podziękowaliśmy Wojtkowi za tak pięknie przygotowaną wycieczkę, bo życzliwość z jaką nas wszędzie podejmowano była miłym akcentem całości, a Wojtek mimo nie najlepszego samopoczucia uczestniczył w wyprawie i dzielnie wytrzymał tyle godzin.

15. W muzeum w Lęborku 16. Zwiedzamy Lębork

 

Po obiedzie Andrzej wystawił na licytację cztery egzemplarze albumu z tegorocznego rajdu w Dwerniku i trzeba odnotować, że sprzedały się za nie małe pieniądze. Wieczorem siedzieliśmy na tarasie i naszła na nas głupawa ekologiczno-erotyczna, tak że wieczór był bardzo wesoły.

Limeryk usłyszany tego dnia adresowany był do Jagi i Waltera:

Jaga drżąc na Waltera odzieniu,
żarliwością go wprawiła w omdlenie.
Aliści w szale miłości
śmiało parła ku rozkoszy skrajności.

Ach, ten Kachu….

We  wtorek Dynastia i Florka nie poszły na jazdę, gdyż przyjechali inspektorzy do opisu ich źrebiąt. W to miejsce Michał „podstawił” prywatną, wielką i bardzo wygodną Lotną, oraz własnego, jeszcze większego Brego, który szczególnie  przypadł do gustu Gerardowi.  Jazdy konne coraz bardziej się nam podobały, były prowadzone bardzo profesjonalnie. Zazwyczaj na początku był długi stęp, kiedy wszyscy rajdali jak najęci, a Michał rej wodził. Delektowaliśmy się urozmaiconym krajobrazem, robiąc zdjęcia. Potem był kłus, tak długi, ze trzeszczały kręgosłupy, ale nikt nawet nie pisnął. No a jak zaczął się galop, to wydawało się iż nie miał końca, czasem tchu brakowało. Zawsze zapowiedź galopu była taka sama: zrobimy malutki galop… i heja. Doprawdy trudno sobie wyobrazić, co to jest galop nie za bardzo malutki. Ale  nikt nawet nie jęknął, gdyż byłby to obciach. Zresztą co tu dużo mówić – podobało się nam. Mania kiedyś tylko skwitowała: stęp trwa długo, ale jak już jest galop… to się jedzie i jedzie i jedzie. Takie serie < stęp – kłus – galop > były na ogół trzy. Tak, zdecydowanie jazdy były piękne. Do tego dodać należy, że konie salińskie są świetnie utrzymane i dobrze ujeżdżone, mają doskonałą kondycję, a sprzęt jest zadbany i wygodny. Brawo Michał i Patrycja.

17.  Codziennie inne leśne zakamarki  18. Klimatyczny wieczór ma tarasie

 

Po końskich przyjemnościach dopełnieniem szczęścia była wyprawa nad morze. Jedni spacerowali, inni się wylegiwali, a obowiązkowo wszyscy zażyli kąpieli, nie zapominając też o rybce w smażalni i lodach.

Na ten wieczór Wojtek zamówił salę i bowling, niestety nie było chętnych.  W to miejsce szeryfka zarządziła mecz ping-ponga i badmintona, lecz o zgrozo – także nikt się nie zgłosił. No cóż, pesel robi swoje, a tempo przyjęliśmy od początku bardzo intensywne. Nie przeskoczymy peselu, nie wygra się ze zwyczajnym zmęczeniem i nie pomogą prośby i groźby.  Zasiedliśmy więc na tarasie i była sielanka. Siostry Sisters zasponsorowały bardzo dobre białe wino, gdyż rano wyjeżdżały. Sączyliśmy biały eliksir  i inne trunki. A limeryk dla sióstr jest następującej treści:

Majeczka z Anią żabę spotkały na plaży
i zatrwożyły się srodze
niemożnością ogarnięcia całej przyrody.
Skoczyły więc synchronicznie na główkę
Do pobliskiej wody.

W środę przy śniadaniu usłyszeliśmy kolejny limeryk, tym razem skierowany do Reni i Andrzeja:

Mieszając raz ciasto na babkę,
wpadł Andrzej w żądz Reni pułapkę.
Rytm intensywnego mieszania,
zwiększył niewerbalne doznania.

Dzień się wesoło zaczął i konni w dobrych nastrojach ruszyli do stajni. Celem środowej jazdy były wąwozy i bieszczadzko–podobne knieje. Znaliśmy to miejsce z poprzedniego roku, wtedy było dopiero co odkryte. W wąwozie są strome zjazdy i podjazdy, do tego wielokrotne przejazdy przez strumienie na dnie. Na rajdach bieszczadzkich takie tereny to codzienność i normalka, tutaj delikatne sportowe wierzchowce zawsze mają jakieś opory, więc przeprawa jest ekscytująca. Czasem trzeba któregoś mocno prosić żeby pokonał strumień o niewygodnym brzegu, lub żeby zechciał wdrapać się na stromą skarpę, czy też z niej zjechał. Na drugiej jeździe Bora Michała tak się bała stromej ściany, że zaczęła cofkę, spychając konie jadące za nią w dół. Było to niebezpieczne i było trochę strachu. A najpierw przed dojazdem do wąwozu były galopy po rżysku na otwartej przestrzeni, więc też spore emocje. Tym bardziej że michałowe konidła rwą jak rakiety odrzutowe. Ale ileż jest potem wrażeń i jaki człowiek jest dumny, że dał radę. Szkoda, że nie wszyscy mogą doświadczyć tych końskich szałów. Przy temacie końskim można zacytować Kachowy limeryk pod adresem Formisi:

Nie masz nad Ewę niestety
atrakcyjniejszej w siodle kobiety.
kiedy ruszy galopem przed siebie,
chłopców aż żądza kolebie.

Wow….

   
 19. Galopy po rżysku  20. Trudne wąwozy

 

Popołudnie było znowu wycieczkowe – tym razem wuja wymyślił objazd okolicznych pałaców i dworków. Solidnie się do tego przygotował, wydrukował  z internetu historie wszystkich obiektów i sam był naszym przewodnikiem. Pod każdym pałacem czytał jego historię. Wcześniej załatwił zgodę na wejście na teren obiektów, gdyż niektóre były prywatne, a niektóre działały jako jakaś instytucja. Doprawdy, zaskakiwał nas. Najpierw był pięknie utrzymany pałac w Zwartowie, o rodowodzie średniowiecznym, a przez wieki siedziba arystokratycznych rodzin niemieckich. Pałac do czasów wojny dotrwał w dobrym stanie, więc po wojnie był przez jakiś czas użytkowany jako Ośrodek Wypoczynkowo – Szkoleniowy. Obecnie jest to Ośrodek Szkolenia klawiszy, a pensjonariusze zakładów karnych w ramach resocjalizacji zajmują się pielęgnacją ogrodu-parku, którego rodowód sięga XVIII wieku. Mając wielkie rzesze „pracowników” nie dziwota, że ogrody wyglądają przepięknie. Następnie pojechaliśmy do Gardkowic, maleńkiej wioski kaszubskiej, zagubionej wśród lasów i pól. Pałac w Gardkowicach jest dokładnym przeciwieństwem poprzedniego – o ile tamten jest perfekcyjnie wypielęgnowany, o tyle  Gardkowice są ruiną. Nie udało się nawet wejść na podwórze, a wokoło nie było żywej duszy. Wojtek pod bramą przeczytał garść informacji. Pałac jak poprzedni i jak wiele innych na tych terenach był przez wieki własnością arystokratycznych rodzin niemieckich, a jego początki sięgają XIV wieku. Niestety pod koniec wojny totalnie zdewastowali go Rosjanie, a po wojnie mieszkający w pałacu pracownicy Stacji Hodowli Roślin  kontynuowali dzieło zniszczenia. Obecnie  jest własnością prywatną i właściciel (o polskim nazwisku, ale mieszkający zagranicą) ma ambicje przywrócić mu dawną świetność, jednak to co widzieliśmy nie napawa optymizmem. Trudno sobie wyobrazić, że właściciel przebrnie przez gigantyczne remonty, jakich obiekt wymaga, nie mówiąc o zawiłościach biurokracji. Miejsce jest piękne, więc życzymy powodzenia. Z Gardkowic pomknęliśmy do Witkowa, gdzie pałac również jest w rękach prywatnych, ale jego stan jest diametralnie inny niż poprzedniego. Nie uległ tak wielkiej dewastacji jak Gardkowice, gdyż po pierwsze niemieccy właściciele mieszkali tu jeszcze po wojnie, a po drugie miał więcej szczęścia potem, gdy zamieszkujący go pracownicy PGR nie zdążyli  dokonać całkowitego zniszczenia. Obiekt przejął bowiem Zakład Badawczy Produkcji Rolnej i częściowo go wyremontował. Obecny, austriacki właściciel także mocno podciągnął poziom konserwacji, tak że wiele pomieszczeń nadaje się do zamieszkania i wygląda wewnątrz całkiem dobrze. Dzięki Wojtka koneksjom mogliśmy pobuszować w  środku i zobaczyć całkiem ładne wnętrza, o przeznaczeniu hotelowym. Pałac jest młodszy od poprzednich, ma rodowód osiemnastowieczny, a właścicielami były na przemian rodziny niemieckich i polskich wojskowych.

21. Ogrody w pałacu w Zwartowie 22. Pałac w Witkowie

 

Natłok informacji był tak duży, że w ramach ostudzenia rozgrzanych głów  Wojtek zrobił piękny przerywnik w postaci wyprawy nad niewielkie, dzikie jezioro Żurawieckie. Wjazd z szosy do lasu i dojazd leśną ścieżką do wody był mocno karkołomny, jednak jeziorko „powaliło”. Jest niezwykle urocze, absolutnie bezludne, o krystalicznej wodzie. Entuzjaści doznań wodnych natychmiast pozbyli się odzienia i skoczyli w błękitną toń. Woda była nie tylko czysta jak kryształ, ale podobno też stosunkowo ciepła. Jedni pływali, inni się przyglądali, siedząc pod drzewem lub na jakimś pieńku. Po kąpieli siedzieliśmy nad jeziorem godzinę lub dwie, roztrząsając wiele ważnych, życiowych kwestii. Np. licytowano w czym kobiety są lepsze, a w czym faceci. Różne zalety ma jedna lub druga płeć, ale wszyscy  zgodzili się co do jednego, że jak facet pójdzie na zakupy, to na pewno wszystko źle załatwi. Kupi nie to co trzeba, a jak nawet trafi, to z pewnością jakość towarów nie zadowoli połowicy. Pomijając, ze najczęściej  zapomni po co poszedł. Weźmy np. zakup choinki – czy kto słyszał żeby facet kupił dobrą choinkę? Albo będzie za mała, albo za rzadka, albo nie symetryczna. Śmiechu było co niemiara i właściwie trudno sobie przypomnieć co nas naszło. Ale temat choinki był bardzo a propos, gdyż na wieczór ogłoszono wigilię – wigilię zasadniczej, obozowej imprezy, czyli czwartkowych urodzin Wojtka. Ale zanim  wigilia nastała, zwiedziliśmy jeszcze dworek w Salinie, niezwykłej urody. Dworek pochodzi z XVIII wieku, najdłużej należał do rodu von Rexin, mającego na drzewie genealogicznym niemieckich i polskich przedstawicieli. W wietrzne wieczory po salach dworku snuje się Biała Dama, córka jednego z Rexinów, która wbrew woli polskiej babci poślubiła pruskiego junkra. Babcia broniąca polskości rodu rzuciła klątwę na młodych i kulig weselny  pochłonęła toń jeziora. W zapiskach historycznych dotyczących Salina istnieje wzmianka o kuligu, który utopił się w jeziorze, a w wodach jeziora znaleziono nawet kawałki płóz od sań.  Ale my nic takiego nie zobaczyliśmy, choć chodziliśmy chwilę nad brzegiem jeziora z tyłu dworku, rozglądając się na prawo i lewo.

23. Urocze jeziorko Żurawieckie 24. Kąpiel w krystalicznych wodach jeziora

 

Zakończyliśmy więc sesję krajoznawczą i po odpoczynku ruszyliśmy do karczmy na wigilię.

Co roku na urodziny Wojtka wujowie ustalali hasło, które było mottem imprezy. Bawiliśmy się do hasła „Jeszcze w zielone gramy”, oraz w ubiegłym roku do „Dzikości serca”. Na rok bieżący wujowie wymyślili takie hasło, że każdy się totalnie załamał – było to „Hopsa sa sa, na golasa”. Pomysł wzbudzał na przemian a to popłoch i chęć rezygnacji z wyjazdu na obóz, a to wielotygodniową, intensywną pracę mózgu, aby coś wymyślić. W końcu każdy miał w zanadrzu jakiś pomysł, bo bez tego nie mógłby przyjechać. Pomysłem Andrzeja było coś, co chciał przedstawić w wieczór poprzedzający zasadniczą imprezę, czyli w środę. Więc jak wigilia, to znalazła się prawdziwa choinka, mikołajkowe czapki, girlandy z napisem „Wesołych Świat” itd. Po wieczornym obiedzie główni aktorzy udekorowali salę, postawili dobrą nalewkę i półmiski z przegryzkami, po czym zaprosili do kina. Bo Andrzeja pomysłem był film. Dorota organizowała kino, a Renia częstowała chrupkami. Ale przed projekcją filmu był jeszcze wykład Reni dotyczący analizy semantycznej hasła „hop sa sa sa, na golasa”, bo do tegorocznego hasła dobrze było zrobić wprowadzenie. Renia pokazała jak można to hasło interpretować i rozumieć, odnosząc się do przykładów z literatury. Prelegentka zawiesiła na dwóch taboretach wieszak, a na nim kilka plansz z hasłem przedstawianym w rozmaitych wariantach. Wykład był bardzo uczony. Mózgi nadal trzeba było nadwyrężać, więc zaraz na wejściu poziom naszej zabawy został ustalony na wysokim poziome. Po wykładzie ukłonił się widowni Andrzej, zapraszając na film, którego był reżyserem. Przywiózł z Wrocławia ekran i rzutnik. Artysta ubrany był w fartuszek, na którym widniał wielki aparat fotograficzny, z wielkim obiektywem, umiejscowionym w wiadomo jakim miejscu. Bo jak golas to golas. Film był fantastyczny, żaden opis nie odzwierciedli tego co zobaczyliśmy na ekranie. Twórca był wiosną na greckiej wyspie, gdzie fotografował pelikany. Z tysięcy zdjęć pelikanów zmontował fabułę, pasującą do naszego hasła. Dwa pelikany rozmawiają o Starych Koniach, jeden drugiemu opowiada, co to za oryginały te Stare Konie i jakie miewają pomysły. Przyjeżdżają co roku do Salina i wyprawiają w tym Salinie niesamowite hopsasasy, a w roku bieżącym mają szaleć na golasa. Jeden ptak namawia drugiego, żeby polecieć do Salina i podpatrzyć te ekscesy. W trakcie dialogu ptaków pokazanych jest mnóstwo przepięknych zdjęć. Pokazane jest też z lotu ptaka Salino i jego gospodarze, czyli wujowie. Gdy jest mowa o konkretnych starokońskich hopsasasach, pokazane są zdjęcia z naszych jazd konnych, w tym piękny filmik z galopu po plaży dwa lata wstecz. Na koniec wmontowany jest filmik pokazujący dwóch tancerzy, którzy na golasa, zakryci tylko jednym, wspólnym ręcznikiem kąpielowym, tańczą na scenie jako łabędzie do „Jeziora łabędzi” Czajkowskiego. Bardzo się starają, aby ręcznik nigdy niczego nie odsłonił. Podobno filmik o gołych tancerzach jest dostępny na YouTube, robiąc furorę. Wszystko razem było świetnym pomysłem, śmiechu było co niemiara.  Oskar dla Andrzeja murowany.

25. Analiza semantyczna hasła wg Reni 26. Andrzej zaprasza na film

 

Wieczór zakończyliśmy w super dobrych nastrojach. Siedzieliśmy na tarasie sącząc wino, które zasponsorowała Zgaga, która tego dnia dojechała.

W tym roku nie było w planie wyjazdu konno nad morze, gdyż taka wyprawa robiła organizatorom dużo ambarasu. W czwartek zamiast morza Michał zaproponował jezioro Dąbrówka, które znamy z tego, że w jego wodach robimy szalone galopy. Jest to nie mniejsza przygoda niż plaża. Ze stajni jechaliśmy długi czas stępem, pokonując  bezkresne łąki i zmierzając do szosy. Po pokonaniu szosy posuwaliśmy się lasem wzdłuż jeziora Czarne, na przemian kłusując i galopując. Galopy były tego dnia krótsze niż zwykle, ale zasadniczy spektakl miał się odbyć w wodach jeziora. Gdy pierwsza grupa zbliżała się do jeziora, na pomoście czekali już papparazzi w osobach tych którzy zapisali się na drugą jazdę i tych, którzy nie jeżdżą konno i robili za  publikę. Konni po wjeździe do wody podjechali pod pomost stępem, dając szansę papparazzim przygotować sprzęt fotograficzny. Następnie duże koło zrobiono spektakularnym kłusem, gdy konie podnosiły wysoko nogi i pięknie rozpryskiwały wodę. Wreszcie nastał galop, a było to widowisko niezwykłe. Spod końskich kopyt strzelały w górę prawdziwe fontanny, każdy jeździec wyjechał potem z jeziora mokry. Liczne zdjęcia pokazują, jak to wszystko pięknie wyglądało. Koniska rwały do przodu dziarsko, mimo, że początkowo woda nieco „kłuła” ich w nóżki. Uciecha była wielka. Następnie druga grupa przeżyła to samo, a aparaty fotograficzne na pomoście trzaskały jak szalone.  

27. Kłusem przed widownią 28. Spektakularny galop w wodach jeziora
29. Konie rwały jak torpedy 30. Andrzej galopuje i fotografuje

 

Po południu w planie były Wielkie Urodziny i Wielka Zabawa. W związku z tym czas pomiędzy był wykorzystany na Wielkie Przygotowania. Do domu Wojtków jechaliśmy w ubrankach cywilnych, gdyż każdy do ostatniej chwili nie chciał zdradzić co zaprezentuje. Przebierać się mieliśmy tuz przed występami. Emocje były ogromne.

Wojtkowie jak zwykle przygotowali się wspaniale. Na wejście serwowano ekskluzywne drinki, którymi wszyscy się ululali. Wuja dostał dużo prezentów, niektóre  były dla nich dwojga. Wypiliśmy kolejny toast i zrobiło się bardzo wesoło. W końcu nie dało się więcej zwlekać i zaczęły się występy. Taras z tyłu domu był sceną, poniżej schodów w ogrodzie ustawiono foteliki ogrodowe dla publiki, czyli dla tych, którzy czekali na swoją kolej. Wojtek zadbał o nagłośnienie, więc wszystko odbywało się profesjonalnie.

 
31. Goście wręczają prezenty 32. Toast urodzinowy

 

Pierwsza wystąpiła pani domu, pokazując program, który był pięknym wprowadzeniem. W stroju włóczykija zaśpiewała piosenkę własnego autorstwa, wzorując się na linii melodycznej i parafrazując niejako piosenkę „I rym cym cym” z kabaretu Olgi Lipińskiej. Nauczyła nas refrenu i daliśmy czadu:

Emerytalny nowy czas, wolnością wprost zniewala nas.
Chwytasz już tylko miłą dłoń, a wtedy się nie chmurzy skroń.
W jednym węzełku trzymasz los, nie martwiąc się o ciężki trzos.
Po prostu wolnyś jest nad stan, nie kupi cię już żaden pan.
Nic to, że skromniej jest jak wprzódy, tajniki życia lepsze są.
Wreszcie je możesz poodkrywać, śmiechem kwitując wiedzę swą.
Refren: Więc hopsa sa, na golasa, pląsajmy po łąkach w galopie,
                  Więc hopsa sa, na golasa, bo żyje się raz.
 Choć nam się marszczy brew, choć się gotuje krew,
A w nas wciąż póki dech, wolności wzbiera śmiech.
                 Refren: Więc hopsa sa, na golasa,
                bawimy się z wiatrem w zawody,
               Więc hopsa sa, na golasa, tuptamy w rytm serca do gwiazd.

33. Występy rozpoczęła Lalucha 34. Golizna wg Joli i Gerarda

 

Lalucha z jednej strony nawiązała do wcześniejszego wykładu Reni, pokazując tu jeszcze jedną, metaforyczną wersję hasła, a z drugiej strony była to gloryfikacja naszego etapu życia i podpowiedź, jaką drogą podążać. Przesłanie było bardzo optymistyczne, program artystki bardzo ambitny. Jola i Gerard którzy wystąpili w następnej kolejności pociągnęli niejako temat, aczkolwiek więcej tu było refleksji niż optymizmu. Wystąpili w strojach kowbojskich, Gerard miał na sobie koszulkę ze słynną grafiką Marka Komzy i napisem „Co kowboje robią w słońcu?”. A co robię? Sami odpowiedzieli na to pytanie, prezentując na patyku powiększone zdjęcie z rajdu studenckiego, gdy chłopaki na golasa skaczą do wody w ramach porannej toalety. Było to piękne powiązanie czasów starych i nowych, jak również dosłowne zaprezentowanie hasła „hopsa sa sa, na golasa”, gdyż to właśnie było na zdjęciu. Następnie Jola zaproponowała „identyfikację dupki, za pomocą lupki”,  bo  tym się m.in. stare czasy różnią od nowych, że obecnie bez lupki ani rusz. Było kupę śmiechu. Za prawidłową identyfikację osobników na zdjęciu czekała nagroda w postaci dobrego trunku,  była tez nagroda pocieszenia w postaci nalewki Joli. Nagrodę główną wygrał Olo, bezbłędnie identyfikując golasów na pomoście, za co dostał brawa. No i flaszeczkę. Nagrodę pocieszenia Gerowie przekazali po prostu publiczności.

Zabawa się rozkręcała i już po chwili na scenę weszli kolejni aktorzy, Jaga i Walter. Walter w long-johnie, rozchełstany na piersi, jedna nogawka wyżej, druga niżej, dwie flachy w rękach. Jaga w krótkiej, czerwonej sukience i tenisówkach, obydwoje w czapkach z gazety na głowach. Jako dwa rozmemłane krasnoludki odśpiewali piosenkę zespołu „Wały Jagielońskie” pt: „Krasnoludki spod budki”:

Kiedy rano się budzimy, wokół dawno wre już praca.
Ledwo oczka otworzymy,  rąsia maca cóś na kaca.
Jeszcze w głowie szumi morze, jeszcze oddech taki krótki,
Do zgryzienia twardy orzech macie – Kto my? Krasnoludki!
Ref.  Oja-oja, hopsa-sasa, krasnoludki na golasa,
         Oja-oja, woogie-boogie, wino, śpiew i dwie podrugi
          (Tyż są, jedna dla mnie, druga dla kolegi)
Na polance małej domek mamy pod grzybkiem czerwonym.
Domek przypomina złomek, bo już troszkę jest skiepszczony.
A polanka była cudna,  lecz zostało z niej niewiele.
Dzisiaj jest troszeczkę brudna, tu butelka, tam kapselek – i…
Ref.  Oja-oja, hopsa-sasa, krasnoludki na golasa,
         Oja-oja, woogie-boogie, wino, śpiew i dwie podrugi
         (Tyż są, jedna dla mnie, druga dla kolegi)
Lecz wesoło w muchomorku i czas nam przyjemnie leci.
Utrzymują nas w humorku , to bibeczka, to balecik.
I pomysły świetne mamy, gdy nam już uderzy w czapkę
Babciom nogi podstawiamy, albo nadmuchamy żabkę – i…                                      Refren: Oja-Oja……
I, być może, trochę inna krąży o nas wśród was wersja.
U krasnali rzecz nagminna alkoholizm i perwersja.
By do reszty mit obalić, powiem wam, kochani, krótko:
Ten bałagan wokół cały, zawdzięczacie krasnoludkom….

Nasze krasnale, którym już nieco szumiało w głowie, odśpiewali swój numer z pamięci, co już samo w sobie było wyczynem. Podrygując do taktu i wymachując butelkami  świetnie pasowali do prezentowanego tekstu.  Wyglądali fantastycznie. Zabawa szła na cały gwizdek.

35. Krasnoludki spod budki 36. Święta  turecka

 

Po krasnalach weszła na scenę Święta Turecka w osobie Formisi. Zakutana od stóp do głów przedstawiła się jako „goła, jak święty turecki”, dodając, że hopsasasów oczekuję doświadczyć na tej oto imprezie. Póki co dwa kółka podskoków wykonała na scenie, na wypadek, gdyby nie było innych. Golizna przedstawiona w tak szczelny sposób zyskała też duży aplauz.

Potem wturlał się na deski dorodny banan, by w rytm „Bananowego songu” grupy „Vox”, gdy pękła skórka, z banana obnażyła się Marysia. Obnażanie dokonywało się  niesamowitymi, wężowymi ruchami, śmiechu było co niemiara. Pomyśleć, ileż to odsłon mieć może golizna. Ale to wciąż nie był koniec.  Oto na scenie zobaczyliśmy wielką, czarną małpę (Stefan), która zacytowała kilka słów z „Wesela” Wyspiańskiego, brzmiące: „pod spód na się nic nie wdziewam, od razu się lepiej miewam”. Aby to stwierdzenie udokumentować małpa wypięła się na publikę i uchyliła klapkę na pupie, chcąc pokazać goły zadek. Był to jedyny numer związany z golizną dosłownie. Niestety trawa którą małpa była opasana przykryła dosłowność, ale… wyobraźnia pracowała. Wesołość rosła, do czego też mocno się przyczynił nasz obozowy poeta. We frywolnym fartuszku pojawił się na scenie i zadeklamować swój kolejny limeryk – tym razem pod adresem Dorotki:

I ściskając twe najsłodsze ciało,
śniąc bym pijany szczęścia trunkiem,
mógł Dorotko pokryć ciebie całą,
jednym, jedynym pocałunkiem.

Dorotka płonąc z wrażenia, w równie seksownym fartuszku wbiegła na scenę i byliśmy świadkami bardzo soczystego pocałunku. Potem był jeszcze jeden limeryk, dotyczący Maćka:

…a Macieja nagabują dziewczęta:
„zdejmij spodnie i wypnij się do cholery,
Uwielbiamy twoje cztery litery”.

Było to nawiązanie do golizny, która się zdarzyła Maćkowi na rajdzie bieszczadzkim. Kto wiedział o co chodzi, miał dobrą zabawę. Większość wiedziała. Nadmienić tu należy, że kilka innych limeryków także związanych jest z jakąś konkretną, zaistniałą wcześniej sytuacją, więc nie wszystkie są dla wszystkich zrozumiałe. Ale o talentach poetyckich naszego kolegi chyba nikt nie wątpi.

37.  Mania się obnaża z banana 38. Naga małpa
39. A to kto? 40. Te krasnale też dały czadu…

 

Emocje rosły, wydawało się, że już nic nie przebije dotychczasowych pokazów. Ale przebiło.  Bo oto przed publiką pojawił się Naczelny Golas Rzeczy Pospolitej. W niemodnym garniturku i bereciku z antenką, w nieco zużytych butach i z wieżowcem na plecach, zszedł sobie cichutko ze schodów i skromnie zasiadł na stołeczku. Zaskoczenie było pełne, ale po chwili zadudnił śmiech jak dzwon. Kobiety rywalizowały by móc usiąść jak najbliżej, lub choćby tylko móc uścisnąć dłoń. Zamieszanie było duże, ale po chwili zostało opanowane, gdyż na scenie pojawiły się dwa kolejne krasnoludki, czyli Olowie. Przedstawili tą samą piosenkę co Rudzi, tyle, że w innej aranżacji. Piosenka popłynęła co prawda ze sprzętu grającego, ale krasnale wystąpiły w bardzo gołych ubrankach i podrygiwały do rytmu w niezwykle zabawny sposób. Świetnie zaprezentowali swój numer i uciecha trwała. Następnie szalone pląsy wykonała Zgaga, która przyjechała na obóz w połowie jego trwania i nie miała żadnego kostiumu. Wirowała jednak po scenie z plakacikiem na plecach: „Hopsa sa sa do lasa, niekoniecznie na golasa”. Wtórowały jej trzy artystki z poprzednich numerów, którym w głowach nieźle szumiało (drinków gospodarze nie żałowali) i odwagi przybyło. Całe artystyczne przedsięwzięcie zakończył Tomek, również w „gołym” fartuszku, prezentując limeryk jaki ułożył na cześć Kacha:

Kaszek każdego towarzystwa ozdobą,
w dodatku do poezji całkiem jasna głowa
Swym humorem rozbawia całą frekwencję,
oczekując w napięciu na weny zadęcie.

41. Podskoki Zgagi 42. Limeryk ułożył też Tomek
43. Obozowy poeta 44. Podano do stołu

 

Tym zabawnym akcentem część artystyczna dobiegła końca i wszyscy odczuliśmy błogi odpływ adrenaliny. Przez jakiś czas leniwie snuliśmy się po ogrodzie, a parę osób skorzystało z możliwości nauki golfa, bo mini-golf był kolejną propozycją gospodarzy. Po chwili zaproszono do stołu i na przystawkę uraczono nas wspaniałymi, wędzonymi pstrągami.  Potem były inne, smakowite dania, trunki polewano i świętowaliśmy wesoło. W międzyczasie dojechał tzw. „Stocznia”, przyjaciel Henia i Marysi. Okazało się, że facet posiada nietuzinkowe talenty, umie robić sztuczki, że niech się profesjonalny cyrk chowa. W ubraniu rasowego prestidigitatora Stocznia zademonstrował kilka swoich numerów i dosłownie „szczeny opadły”. Widząc takie kuglarstwo z daleka w cyrku lub w telewizji zawsze tli się w głowie myśl, że pokaz jest wspomagany niewidocznymi trickami technicznymi typu fotomontaż, lub coś w tym rodzaju. A tu na żywo zobaczyliśmy jak coś znikało, lub się pojawiało z niebytu – szok.

45. Prestidigitator 46. Ognisko u Wojtków

 

Wieczór pięknie mijał, bawiliśmy się doskonale. Na koniec na stół wjechał sernik i ogromny tort, a wuja mimo nie najlepszej formy fizycznej zdmuchnął świeczki w oka mgnieniu. Ciężko było wepchnąć w siebie te wspaniałości, ale jakoś się udało. W błogim nastroju przeszliśmy go ogniska i przy gitarze zakończyliśmy ten zaczarowany wieczór.

Piątek to rutynowe działania, jazda konna i wycieczka. Tym razem pojechaliśmy do latarni morskiej w Stilo, a w drodze powrotnej zawadzono o ośrodek jeździecki, który można by wziąć pod uwagę, gdyby chcieć coś w przyszłości zmienić. Ale ośrodek nikomu się nie spodobał i coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że nic nie chcemy zmieniać. W Salinie wielkim plusem jest wysoka jakość usługi końskiej, bliskość morza, zżycie się z szefostwem ośrodka jeździeckiego, to, że jesteśmy sami na obiekcie i co tu dużo mówić – wolno się nam trochę „szarogęsić”. Któregoś dnia w stajni na pytanie kto jakiego konia bierze Michał jęknął ze śmiechem: ja już nad tym nie panuję, sami się rządzicie. Komentarz zbędny (choć oczywiście Michał bardzo dobrze nad wszystkim panuje). No i w Salinie mamy Wojtków. Trzeba ich tylko odciążyć z wielu zadań, głównie rozrywkowych – i po licha „nowa miotła”. Że o rybie w lęborskim muzeum nie wspomnę, trzeba ją zobaczyć na żywo.  

Limeryk piątkowy to:

Stefan z Maleństwem odwiedzili Bieszczady;
ale,
nawet patrząc z perspektywy wertykalnej,
na podobne klimaty w Warszawie,
nie mieli szansy marnej.

47.  To już ostatnia jazda 48. Sielanka

 

W sobotę Michał ustalił jazdy konne na godzinę 7.00 rano pierwsza grupa i na 8.00 druga.  On z Patrycją wyjeżdżali na zawody, więc musieliśmy jeździć o świcie. Tylko baby stawiły się w komplecie, aż trzech facetów zrejterowało. Na pierwszej jeździe Michał testował nowy teren i zaserwował galopy z góry, co wywołało popłoch i bunt. Na drugiej jeździe zrezygnował z tych eksperymentów i było jak zwykle. Czyli cudnie.  Śniadanie jedliśmy po jazdach. Potem zrobiło się zamieszanie, gdyż szeryfka zarządziła wyjazd całej grupy nad jezioro, ale kilka osób wybrało wbrew rozkazowi morze. Więc zrobiło się nerwowo, szczególnie przy ustalaniu jak się podzielić samochodami, skoro grupa się rozczłonkowuje. Jezioro bardziej się nadaje do pływania, bo nad morzem stale mieliśmy niewielką falę. Ale tego dnia morze było gładkie jak stół i większość osób która tam pojechała, mogła pływać do woli. A ci co wybrali jezioro i tak w końcu dotarli nad morze i ostatecznie wszyscy kończyliśmy rajdobóz na plaży w Lubiatowie. Ludzi na plaży była już garstka i  spędziliśmy tam naprawdę wspaniałe chwile. Żal było wyjeżdżać, ale cóż, taka jest kolej rzeczy. Zjedliśmy rybkę w smażalni i późnym popołudniem zjechaliśmy do „Niczyporówki”.

49. Ostatni wypad na plażę 50. Popływać trzeba na zapas

 

Wieczorem w pełnej gali zakończyliśmy obóz, śpiewając  „Zdrowie konia” i szykując się do dalekiej drogi następnego dnia. Dziękowaliśmy dzielnemu Wojtusiowi, który będąc w niemocy poświęcił nam tyle czasu, dziękowaliśmy Lalusze, która mając chorego w domu tak serdecznie sprawowała rolę gospodyni. Dziękowaliśmy Michałowi i Patrycji za cierpliwość i piękne jazdy konne, za konie, które dały tyle radości. Czas pokaże jak będzie w przyszłości, a że biegnie szybko, przyszłość nadejdzie w oka mgnieniu. Póki co pielęgnujmy zdrowie.

51. Pożegnalna kolacja 52. Na koniec Zdrowie Konia

 

Teks : Ewa Formicka
Zdjęcia: Ewa, Hania, Andrzej
Opracowała i wstawiła na stronę:  Ewa Formicka

Rajd XVIII, 2019 r.

 

Osiemnasty bieszczadzki rajd Starych Koni był kojąco podobny do wszystkich poprzednich – ten sam przewodnik stada Józek, w większości te same, znane konie, te same Bieszczady. Jednak był też dramatycznie inny od wszystkich, gdyż zabrakło na nim Henia, naszego charyzmatycznego szeryfa. Heniu odszedł wiosną, pogalopował samotnie na niebieskie łąki (do ostatnich chwil dosiadał konia). Na rajdzie rok wcześniej brylował jak zawsze i nikt wtedy nie przypuszczał, że mógłby nas opuścić. On czy ktokolwiek. Ale się stało… nasze szeregi zaczynają się przerzedzać.

Tym niemniej nie braliśmy pod uwagę rezygnacji z rajdu, sprawy organizacyjne były daleko posunięte. A w jakimś sensie Heniu był z nami cały czas – był jego kapelusz, jego gwiazda szeryfa, były myśli i wspominki, a nawet ostanie łyki  „geringerówki”.  Ponieważ nie pozostawił receptury swojej słynnej nalewki, więc łyki były naprawdę ostatnie. Jednak będziemy kultywować różne zapoczątkowane wspólnie inicjatywy, a do rajdu dwudziestego bardzo chcielibyśmy dotrwać.

Na rajd przyjechało aż 19 osób, a spotkaliśmy się ponownie w Dwerniku u Gosi i Jarka, gdzie bardzo nam się podoba. Gospodarze wybudowali nowy, mały pensjonat, więc warunki lokalowe były dużo lepsze niż dwa lata wstecz. W nowym domu przybyła też obszerna stołówka, więc skończyła się ciasnota biesiadna pod wiatą, a obsługa nie musiała ganiać z półmiskami przez całe podwórze, czasem w deszczu. Trochę żal było tej wiaty, ale zasiadaliśmy pod nią przy ogniskach, więc niczego nie ubyło.

Na rajd przybyli: Reniowie, Wujowie, Staszkowie, Gerowie, Rudzi, Marysia, Dorota, Aldona, Maciek warszawski, Formisia, Olowie – Andrzej po raz drugi, Hania pierwszy raz i także po raz pierwszy Stefan z córką. Koni Józek przywiózł tyle, że każdy kto chciał mógł jeździć na dwie zmiany, natomiast ciasno zrobiło się na wozie. Do tego jednak trzeba się przyzwyczajać, na  wóz będzie coraz więcej chętnych.

1. Dwernik – nasza nowa siedziba 2. Wieczór inauguracyjny

 

Na majowym spędzie gremialnie wybraliśmy na nowego szeryfa Marysię i tak oto w piątek wieczorem, zaraz po przyjeździe do Dwernika, szeryf Maria otworzyła oficjalnie rajd. Zapowiedziała że łatwo z nią nie będzie, ale zaraz polała „geringerówki”, więc zrobiło się swojsko. Kapelusz Henia leżał na widocznym miejscu, gwiazda szeryfa błyszczała na marysinej piersi i było jak zawsze.

Jak zawsze było też zamieszanie przy ustalaniu kolejności jazd w sobotę rano. Tradycyjnie każdy chce jechać na pierwszą zmianę, zawsze jest harmider i trudno się połapać jak w końcu ma być. Co prawda jest proste rozwiązanie tej łamigłówki, wystarczy na stałe przydzielić konia do dwóch ludzi i niech sobie sami sterują kto kiedy jedzie. Na jednym rajdzie tak było i panował idealny porządek. Ale byłoby to złamaniem odwiecznej zasady, że po śniadaniu szeryf wyznacza kolejność i że musi być zadyma. Więc była zadyma, ale jakoś się uporaliśmy i ruszyliśmy w bieszczadzkie knieje.

Kochamy ranczo „U szeryfa” w Dwerniku, ale zarówno Dwernik jak i Zatwarnica znajdują się głęboko w Bieszczadach i wszędzie wkoło są strome góry. Jeździ się więc góra – dół po zarośniętych stokach, a atrakcją są nie zapierające dech widoki i niekończące się galopy, lecz trudne, zalesione zbocza górskie, pełne zwalonych drzew, chaszczy, potoków i dziur. Na takim terenie nie ma możliwości wymyślania nowych tras, najczęściej istnieje jeden wariant bezpiecznego przejazdu do określonego celu, a galopy zdarzają się tylko od czasu do czasu. Taki teren daje oczywiście dużo satysfakcji, jednak co tu dużo mówić – chciałoby się zobaczyć więcej rozległych panoram i zaznać więcej szumu w uszach podczas ekscytujących galopów.

3.  W Bieszczadach jest zawsze pod górę 4. Ale bywają urokliwe łąki i piękne panoramy

 

O ile w Osławicy, gdzie byliśmy trzykrotnie, 80% terenów do jazdy to widokowe, pofalowane  łąki i 20% to zwarta dżungla, o tyle trzy ostatnie rajdy mają proporcje odwrotne – 80 % przedzierania się przez busz i  20% widokowych łąk. Łąki dają nieograniczoną możliwość wyboru ścieżek, więc stale jest coś nowego. Panoramy są coraz inne i galopować można bez końca. Natomiast na stromych, zarośniętych zboczach walczy się o życie, przemieszczanie odbywa się stępem, a trasy są co roku te same, bo zazwyczaj istnieje tylko jeden wariant dotarcia do określonego celu. Jednym słowem w tym roku jeździliśmy po mniej więcej tych samych trasach co w ciągu dwóch ostatnich lat. Tyle że mało kto się zorientował, a może nikt. Bieszczady są bezkresne i tylko czujne oko wyśledzi, że się powtarzamy. Józek czasem wykombinował jakąś nową ścieżkę, czasem pobłądził, a biwaki organizował w innych miejscach, których jeszcze nie znaliśmy, więc tyle było  innowacji. 

W sobotę pojechaliśmy do wsi Nasiczne, ważnego miejsca w topografii Bieszczadów, skąd wychodzą liczne szlaki turystyczne. Konni jechali lasem po prawej stronie potoku Nasiczniańskiego, wóz jechał szosą. Jazda konna miała być lekkim rozruchem, jednak okazała się niezłym hard-corem. Zaraz na wstępie było błądzenie, skutkiem czego trafiliśmy na  potok o bardzo stromym brzegu, gdzie zarówno wjazd  jak i wyjazd z wody był bardzo trudny.  Chwilę potem na mokrych wybojach, w wysokim zielsku, leżało niewidoczne zwalone drzewo, a za nim następne. Konie nie widząc przeszkody i nie wyczuwając jej wsześniej zakotłowały się na tych niespodziewankach i cudem  nikt się nie wywalił. Wszędzie panowała nieprzebyta, mokra, parująca roślinność,  aż dziw że w tym upalnym czerwcu gdzieś na świecie było tak wilgotno. Bieliło się parzydło leśne, zapachy odurzały. Po 2,5 godzinie konni dotarli do miejsca biwaku, spóźniając się godzinę. Na biwaku zastaliśmy chmarę innych turystów i sporo samochodów. Zarekwirowaliśmy całą wiatę, ale nie siedzieliśmy długo, gdyż gwar przytłaczał. W drodze powrotnej obyło się bez błądzenia, tym samym ominęliśmy najtrudniejsze miejsca i były nawet trzy krótkie galopy. W leśnych prześwitach pyszniła się Magura Stuposiańska i Połonina Caryńska. Niestety dla sprawiedliwości  drugiej grupie trafiła się ulewa. Niektórzy szybko poubierali peleryny, inni sądząc że się nie opłaca nie zrobili tego. Tych zlało totalnie.

5. Gęsty bieszczadzki busz  6. Most na Sanie w Dwerniku

 

O zmierzchu zrobiliśmy wieczór poświęcony Heniowi. Formisia przygotowała pokaz zdjęć w power point, Andrzej przywiózł z domu rzutnik i ekran. Wiele osób bało się tego pokazu, tym bardziej że łzy się lały w mniej wrażliwych sytuacjach. Ale zgodnie z intencją autorki wszystko odbyło się w atmosferze umiarkowanie wesołej – nasz nieodżałowany szeryf przedstawiony został jako postać nie tylko  charyzmatyczna, ale też jako wielki kawalarz, główny obozowy zapiewajło, inicjator wielu zabawnych pomysłów i świetnie się bawiący pomysłami innych. Pokaz nie inspirował do mazania się, wręcz przeciwnie, mówił, że z Heniem mazać się nie wolno. Zdjęcia zachęciły do wspomnień, głos zabierało wiele osób. Mieliśmy poczucie, że ten wieczór był nam wszystkim potrzebny i był to wentyl dla ujścia długo tłumionego żalu.

W niedzielę znowu była zadyma przy organizowaniu jazd i można powiedzieć, że tą tradycję usilnie pielęgnowaliśmy. O godzinie 10.00, z uwiązami w dłoniach, ruszyliśmy na pastwisko po konie. Braliśmy ich każdego dnia tyle, ile było potrzeba, przeważnie 3-4 zostawały na pastwisku. Gdyby zostać miały tylko jeden lub dwa, Józek zabierał je w trasę i szły luzem. Bywało też tak, że jakiś koń nie miał jeźdźca na drugą zmianę. Wtedy siodło zabierał z biwaku samochód aprowizacyjny i koń szedł luzem z powrotem do domu.

Tego dnia wyprawiliśmy się do wiaty pod Zatwarnicą usytuowanej koło mostu na Sanie. Jak poprzedniego dnia jechaliśmy trasą znaną z dwóch poprzednich lat, ale chyba nikt tego nie zauważył. Trasę można podsumować krótko: niemożliwe błoto, stromo, prześwity z ładnymi widokami, zwarta roślinność wymagająca Józkowej maczety, wilgotny, pachnący busz, dużo parzydła i starych jodeł, ekstremalnie stromy zjazd do Zatwarnicy. Gdy trafiała się szutrowa droga, poboczem kłusowaliśmy i czasem galopowaliśmy.

7. Łąki gdzieś nad Chmielem 8. Wiata koło Zatwarnicy

 

Na biwak przyjechał wspaniały krupnik, a dodatkowo tego roku do każdego  lunchu  serwowano kosz soczystych jabłek. Były wszelkie napoje, w tym skrzynka piwa i nie rzadko Gosia podrzucała blachę drożdżowego ciasta. Panowało miłe rozleniwienie, pobrzmiewały pogaduszki w podgrupach, a pojedyncze osoby znajdywały kawałek starej ławki lub kopkę siana na szybką drzemkę. Biwaki były zawsze elementem integracyjnym i przyczyniały się do pogłębiania niemal rodzinnych więzi w grupie. Były to piękne chwile.

Ale w Dwerniku też było sielsko i rodzinnie. Tego dnia po jak zwykle wspaniałym i zbyt obfitym obiedzie wjechał na stół wielki arbuz udekorowany polnymi kwiatami i po chwili zapłonęły na nim sztuczne ognie. Była to forma tortu dla jednej z kowbojek, która planowała ukryć swój ważny jubileusz – ale się nie udało. Jubilatka dłuższą chwilę nie orientowała się o co chodzi, lecz gdy  popłynęły ciepłe życzenia… popłynęły też łez strumienie. Oprócz arbuzowego tortu był prezent w postaci okolicznościowej koszulki, przy której tworzeniu pracowało wcześniej kilka osób. Lał się szampan i spędziliśmy piękny wieczór.

9. To była niespodzianka… 10. Leje się szampan

 

Jednak impreza imprezą, ale nic nie zwalniało od spaceru na most na Sanie, dokąd  ganialiśmy co wieczór. Do mostu mieliśmy ok. 0,7 km i był to ważny punkt codziennego programu, gdyż na rajdzie obżeraliśmy się niemożliwie. Spalanie kalorii było koniecznością. Poza tym dopiero na moście łapaliśmy zasięg komórkowy, międzymiastowa na pobliskim „krowim mostku” w tym roku nie działała.  A jak tu żyć bez komórki przy uchu, niepodobieństwo.

Poniedziałek był dniem wycieczki, zwyczajowym dniem bez konia. Ale najpierw, zaraz po śniadaniu, byliśmy świadkami miłej uroczystości. Otóż dwóch ośmioletnich chłopców miało wręczone odznaki konnej turystyki górskiej, a był to syn gospodarzy Miłosz i syn znanej nam z poprzednich lat Kasi – Kacper. Odznaki wręczał Józek, mający uprawnienia w tym zakresie, a my stanowiliśmy publikę. Józek ładnie przemówił, chłopcy byli bardzo przejęci. Wymogi  zdobycia takiej odznaki są ambitne, więc fakt iż zdobyły je takie małe kajtki zrobił wielkie wrażenie. Gratulowaliśmy szczerze, a każdy z chłopców wziął potem udział w jednej naszej wyprawie, udowadniając swoje umiejętności.   

11. Degustacja piwa w browarze w Uhercach Mineralnych 12. Park Miniatur w Myczkowcach

 

W tym roku na wycieczkę pojechaliśmy w kilka ciekawych miejsc, ale głównym celem była pętla bieszczadzka, którą przejechaliśmy prawie w całości.  Trasa wiodła przez Smolnik, Lutowiska, Czarną, Równię, Olszanicę, Uherce, Myczkowce, Bóbrkę, Solinę, Berezkę, Średnią Wieś, Nowosiółki, Baligród, Cisną, Wetlinę, Brzegi Górne i Nasiczne. Z satysfakcją należy odnotować, że we wszystkich tych miejscach byliśmy konno w poprzednich latach. Oczywiście podróżowaliśmy wtedy po drogach i bezdrożach ponad wymienionymi punktami, ale zajeżdżaliśmy do nich na biwaki. Bieszczady mamy więc dość gruntownie spenetrowane, są to jednak tereny tak rozległe, że z pewnością czeka na nas jeszcze mnóstwo nieznanych miejsc. Tym razem brakowało ważnego elementu wycieczki, a mianowicie przewodnika, który by w czasie jazdy busem relacjonował którędy jedziemy i co widzimy. Z pewnością nie wszyscy się zorientowali na czym polegał sens tej podróży. Na szczęście było też  zwiedzanie różnych ciekawych miejsc, więc wycieczka się podobała. Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy w Uhercach Mineralnych, gdzie znajduje się słynny browar Ursa Maior, ciekawie przygotowany dla turystów. Jest możliwość degustacji piw, których produkuje się tutaj mnogość, ale są bardzo drogie. Można obejrzeć krotki film na temat produkcji piwa, są też sklepiki pełne dobra wszelakiego, również nadwyrężającego portfele. Posiedzieliśmy w browarze spory czas, mocno się nadwyrężając. Następnie pojechaliśmy do wsi Myczkowce, do Centrum Kultury Ekumenicznej. Na terenie Centrum znajdują się liczne atrakcje dla turystów – wystawy, mini zoo, mały ośrodek jeździecki – ale my zwiedziliśmy dwa najważniejsze miejsca, a mianowicie Ogród Biblijny i Park Miniatur. Ogród Biblijny to przedstawienie starego i nowego testamentu poprzez rośliny i poprzez cytaty z biblii nawiązujące do konkretnego gatunku. Tego typu ogrody powstają na całym świecie, w Polsce jest ich kilka, ale ten jest największy. Nasadzenia zaprojektowała pani doktor z Uniwersytetu Przyrodniczego w Krakowie. Podziwiać tu można ponad 100 gatunków roślin na kilku poletkach, nawiązujących do różnych ważnych zdarzeń biblijnych. Oprócz roślin  z naszej strefy geograficznej w ogrodzie zobaczyć można  oliwkę, figę, granat, palmę daktylową, lentyszek, szarańczyn i inne nieznane gatunki. Naszą grupę oprowadzała pani przewodnik, ale można też chodzić po ogrodzie samemu. Ogród wzbudził kontrowersje, jednym się podobał, innym nie. Na pewno jest to ciekawe rozwiązanie parkowe i warto było zobaczyć. Natomiast ciekawszym był Park Miniatur, gdzie w różnych parkowych alejkach znajduje się ok. 140 miniatur drewnianych kościółków i cerkiewek Polski, Ukrainy i Słowacji, skomasowanych wg grup etnograficznych, które te obiekty użytkowały. Nas szczególnie interesowały te obiekty, które poznaliśmy w czasie kolejnych rajdów. Są to: Średnia Wieś, Równia, Chmiel, Smolnik, Stefkowa, Wisłok i inne. Miło było pomyśleć, że po licznych zawieruchach historii ostało się jeszcze tak wiele pięknych cerkiewek, bo wiadomym jest, że bardzo dużo zostało zniszczonych.

Nasyciwszy się ekumenicznie pojechaliśmy na lunch do Nowosiółek, gdzie oprócz posiłku w sympatycznym barze, w programie było zwiedzanie Muzeum Łowiectwa. W Nowosiółkach byliśmy na jednym z poprzednich rajdów, także w tym muzeum. Więc kilka osób zrezygnowało z oglądania wypchanych zwierząt, rekompensując sobie czas piwem lub herbatą. W końcu wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy do Dwernika. W mijanych wioskach widzieliśmy niekończące się szpalery jaśminu, oraz imponujące ilości zasiedlonych bocianich gniazd. Był to bardzo miły  akcent wycieczki.  

13. Jubilatka serwuje tort owocowy 14. Wieczorem śpiewamy pod wiatą

 

Tego dnia szeryf zarządziła wieczór wiankowy, ale przyjechaliśmy tak skonani, że wianki zostały odwołane. Na każdym rajdzie Heniu kilkakrotnie zarządzał i odwoływał wianki, więc tradycję tę podtrzymaliśmy. Natomiast dla osłodzenia umęczonych wycieczką organizmów jubilatka zasponsorowała wspaniały owocowy tort, upieczony oczywiście przez Gosię. Było to pełne zaskoczenie i z wielką ochotą ruszyliśmy do boju. A bój nie był łatwy, bo na obiad dostaliśmy sycącą, wspaniałą golonkę z młodą kapustą, więc dać radę tortowi nie było łatwo. Ale udało się, jak zwykle zresztą. Tym bardziej spacer na most był konieczny i prawie wszyscy pognali.

We wtorek pojechaliśmy do Białej Stajni, gdzie tradycyjnie konie miały zostać na jedną noc. Nas odwieziono do domu busem i w środę rano busem pojechaliśmy do koni. Trick z zostawieniem koni w Białej Stajni daje możliwość pobuszowania po łąkach w rejonie Smolnika i Lutowisk, czyli innymi słowy nadrabiamy wtedy galopy, których w rejonie Dwernika nie ma za dużo. Natomiast wcześniejsza trasa konna z Dwernika do Smolnika jest dość upiorna, choć trzeba przyznać że jest mocno przetarta w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy dwa lata wstecz. Wtedy był to mega hard-core, teraz po prostu hard-core. Jest to gęsty busz, zwalone drzewa w trawie ścielą się gęsto, często niewidoczne. Wszędzie pełno nierówności, dziur i kamieni. Józek cały czas wymachuje maczetą i wycina przejezdny tunel. Są bardzo strome zjazdy i podjazdy. W jednym miejscu Wadera tak się zbiesiła, że jadąca na niej kowbojka musiała zeskoczyć z siodła i konieczna była pomoc Józka i jego perswazje, aby kobyła zechciała pokonać przeszkodę. W powrotnej drodze (następnego dnia) inny kowboj miał ten sam problem i też zeskakiwał z siodła. Osłodą tej upiornej trasy był San, który przekraczaliśmy trzykrotnie. Wreszcie po wyjeździe na łąki  łapiemy oddech, lecz  odkrywamy na nich tyle rowów, że poszaleć się nie da. Dwa lata wstecz na takim rowie glebę zaliczyła Dorota, w tym roku Lalucha. Natomiast koń Wojtka postanowił skakać przez rowy i raz w takim skoku wuja dostał w dziób gałęzią zwisającą nisko i prawie został oskalpowany. Dla osłody po tych ciężkich przeżyciach Józek wymyślił biwak nie pod cerkwią, jak ostatnio, tylko w bardzo klimatycznej karczmie „Wilcza Jama” w Smolniku. Karczma bardzo się podobała, a zimne lokalne piwo wskrzesiło nadwątlone siły. Na lunch dostaliśmy naleśniki z serem i powidłami, udekorowane kwiatami rumianku. Spędziliśmy miły czas i nudne będzie stwierdzenie, że nie chciało się jechać dalej.  

15. Jedziemy 16. W karczmie „Wilcza Jama” w Smolniku

 

Ale dalej też było super. Druga zmiana jechała bezkresnymi łąkami, galopując ile się dało i mając w końcu piękne widoki. Galopowaliśmy w tak wysokiej trawie, że napór trawy wyciskał stopy ze strzemion. W tym roku zastaliśmy na rajdzie późniejszą wegetację, lecz i tak kwiecia wszelkiego było bez liku. Czarowały dzwonki, margaretki, ślaz, komonica, bodziszki, wyka, wiązówka i wszechobecny podagrycznik. Trasę opisywałam dwa lata temu, więc dodać tylko można, że przed samą Białą Stajnią Józek pobłądził w bezkresie traw, przedłużając nieco podróż. Generalnie błądzenia było w tym roku znacznie mniej niż zwykle, ale buszować po Bieszczadach całkowicie bez błądzenia się nie da.

Po konnych ekscesach wróciliśmy busem do Dwernika i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na zbiór kwiatów, jako że wieczór  wiankowy miał być nieodwołalny. Czasu mieliśmy mało, więc tylko nieliczni pletli prawdziwe wianki, większość osób poprzyczepiała kwiaty do kapeluszy. Ale efekt był wspaniały i na obiad przybyło towarzystwo pięknie ukwiecone. Po obiedzie zjedliśmy urodzinowy arbuz i ruszyliśmy na most celem zwodowania wianków. Pojawiły się rozmaite nalewki, a Stefan  zaskoczył wszystkich elegancką zastawą do trunków, która wzbogaciła smak nalewanych płynów. Zrobiło się bardzo wesoło, tak że widząc nadjeżdżający samochód, ruszyliśmy szturmem w jego kierunku, domagając się myta za prawo przejazdu. Wystraszony kierowca wyciągnął portfel, pytając ile się należy. „Nie drogi panie, żadne takie – zaszczebiotała Marysia – dzieci zaśpiewają piosenkę”. W samochodzie nastąpiła konsternacja i po chwili dzieciaki z tylnego siedzenia  zakwiliły cienkimi głosami, ratując tym samym rodzinkę przed nocowaniem na moście. W tej radosnej atmosferze wianki poszybowały w nurt wieczornego Sanu i z satysfakcją obserwowaliśmy, że dziarsko zmierzają do morza. Był z nami Miłosz,  który z wielkim przejęciem zwodował własnoręcznie upleciony wianek i  cieszył się niezmiernie, ze jego kwiatki bez obciachu popłynęły tam gdzie trzeba, czyli prosto do Bałtyku. Spełniwszy tradycyjny obowiązek wróciliśmy do domu i zasiedliśmy przy ogniu pod wiatą. Tego roku mieliśmy nowe śpiewniki, wykonane wiosną przez Ola przy pomocy kilku osób, udekorowane okładką naszego nieocenionego grafika z Kanady Marka. Mając tą cenną kantyczkę śpiewaliśmy   dziarsko, idąc strona po stronie, niczego nie pomijając.

17. Szeryf Marysia z Heniowym kapeluszem i nalewką w eleganckiej zastawie 18. Za chwilę wianki popłyną do morza

 

W środę od rana panował wielki upał, a gzy cały dzień dokuczały szczególnie zjadliwie. Pojechaliśmy busem do Białej Stajni i ruszyliśmy w busz szukać koni, które miały do dyspozycji ogromny teren. Wydłubaliśmy je z krzaków, odkrywając przy okazji że Poligon się rozkuł, a Berdanka rozdarła gdzieś na gałęzi skórę na grzbiecie i nie nadawała się do użytku. Poligona Józek ekspresowo okuł, a Berdi dostała wolne, dając szansę jeżdżącej na niej Formisi przejechać się wozem (czego w/w ostatnimi laty nie doświadczała). Józek w tym roku przysposabiał do rajdów nowego trzylatka, który jeszcze nie nadawał się na czołowego. Jeśli na trzylatku jechał on sam, to prowadzącą była znana nam Kasia z Krakowa, dosiadająca Waderę. Jeśli Józek jechał na Waderze, to Kasia dosiadała trzylatka i jechała druga. Jednak Kasia już wyjechała, a Józek tego dnia zamierzał dosiąść trzylatka, bo tak mu pasowało. Zrobił więc prowadzącą Dorotę na Bojarze, gdyż Bojar się nadawał. Sam jechał za Dorotą i kierował „z tylnego siodła” którędy jechać. Dorota miała wielki dzień. Jazda pierwszej grupy była piękna, cały czas widokowe łąki pełne kwiatów, na horyzoncie główne Bieszczady, sporo galopu. Konni zaznali przygód podnoszących poziom adrenaliny – najpierw minęli kości obgryzionego przez wilki  jelenia, gdzie konie się spłoszyły, następnie Berdanka idąca luzem padła nagle w gąszcz trawy by się wytarzać i też spłoszyła konie. Na szczęście nikt nie spadł.

19. Piesze wędrówki to rajdowa specjalność 20. Biwak u podnóża Otrytu

 

Wozowi tez mieli fun, jechali skrajem tych samych pięknych łąk i też widzieli połoniny i główne szczyty. Powożący wozem Jarek zganiał od czasu do czasu towarzystwo z wozu, aby ulżyć koniom jadącym pod górę, lub gdy było za bardzo z góry. Wędrówki piesze są stałym elementem rajdów konnych, a niektórzy nawet gdy nie trzeba lubią pedałować za wozem, bo aktywności fizycznej nigdy za dużo. Na wozie było jak zawsze wesoło, a Wojtek grał na harmonijce ustnej.

Biwak mieliśmy w okolicy Białej Stajni, w wiacie, której jeszcze nie znaliśmy. Przyjechała fasolka po bretońsku i drożdżowe ciasto. Gzy gryzły niemiłosiernie, upał zwalał z nóg. Ale to wszystko było niczym wobec faktu, że tego dnia zginęła Heniowa gwiazda szeryfa. Marysia nosiła ją przypiętą do swojej kamizelki, ale po powrocie do Dwernika odkryła jej brak. Szukanie gwiazdy było rozpaczliwe, łzy się lały, lecz nic nie pomogło, zniknęła jak kamfora. Analizowaliśmy kiedy to się mogło stać i gdzie, lecz wniosek z całej akcji poszukiwawczej był nieubłagany – gwiazda chciała zostać w Bieszczadach. Wszystkim było przykro, ale cóż… skoro nie Heniowa  pierś,  to niech żyje wolność.

Wieczorem oglądaliśmy stare zdjęcia i filmy, jeszcze z czasów studenckich. Przed seansem jak co dzień odbył się spacer na most, a świetlików latały całe roje.

W czwartek prognozy pogody były tak  złe, że Józek zdecydował się na krótką  trasę, bez otwartych przestrzeni. Oczywiście nic się nie sprawdziło i można było pojechać ambitniej, ale jest się mądrym po fakcie. Pojechaliśmy do znanego miejsca sprzed dwóch lat, leżącego ponad wsią Chmiel, jadąc cały czas gęstym lasem, cały czas góra – dół. Słyszeliśmy burzę gdzieś w oddali, ale nas nie dopadła. Na biwaku otwarliśmy Objazdowy Dom Kultury.

Dzień wcześniej Staszka ze Stefanem pojechali samochodem na objazd Dwernika, w poszukiwaniu sadyby Józka Soszyńskiego, który ponoć gdzieś tu mieszka. Józek to artysta plastyk, stary AKJ-towiec, kolega innego artysty, Grzesia Zyndwalewicza. Grześ także przez lata pomieszkiwał w Dwerniku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Józek  był uczestnikiem pierwszego rajdu AKJ w 1966 roku, figuruje na wielu zdjęciach. Mieszka w Dwerniku na stałe i Staszka go znalazła. Okazało się, że oprócz swojej głównej artystycznej działalności wydał też książkę, a teraz podarował Staszce dziewiczy maszynopis trzech swoich opowiadań dotyczących koni. I właśnie jedno z tych opowiadań zaczął czytać na biwaku Stefan, dyplomowany aktor. Zagnieździliśmy się wszyscy na wozie, bo nie było gdzie usiąść i słuchaliśmy opowiadania o koniu Mietku. Jedni wcisnęli się na wóz do środka, inni z braku miejsca wisieli na zewnętrznych burtach i tak oto w głębokim lesie oddawaliśmy się kulturze. Czytanie dowolnego tekstu przez profesjonalistę ma  szczególny smak, więc zapadliśmy w kulturalny letarg, okraszany od czasu do czasu salwą śmiechu. Niestety czas gonił i nie dało się doczytać do końca, ale Stefan kontynuował czytanie wieczorem pod wiatą. Po Mietku było drugie opowiadanie, a przy trzecim o wdzięcznym tytule „Koń Ciąbora” płakaliśmy ze śmiechu i wiata aż trzęsła się w posadach. Tekst jest niesamowity, ale sposób czytania miał tu wielkie znaczenie. Stefan robił to fantastycznie. Wieczór był odlotowy, zakończony Wielkim Śpiewaniem.

21. Kolejny dzień – znowu pod górę 22. Objazdowy Dom Kultury

 

W piątek przyjemnie się ochłodziło, pogoda nastała filmowa – błękitne niebo, białe chmurki, mało nachalne słońce. Pochowały się dokuczliwe gzy. Prognoza była dobra i pewna, więc pojechaliśmy na Przełęcz Nasiczniańską i dalej do nieistniejącej wsi Caryńskie. Przełęcz Nasiczniańska to jedno z najładniejszych miejsc w skali wszystkich rajdów, to także najgłębiej w Bieszczadach położony punkt, do którego się końmi wyprawialiśmy. Aby tam dojechać trzeba najpierw pokonać uciążliwą drogę w głębokim lesie, pełną stromizn, potoków, leżących na drodze drzew i kamieni – ale efekt ostateczny jest powalający. Byliśmy tu w roku 2017, lecz można by tę trasę powtarzać wiele razy. Na Przełęczy widać całe Bieszczady jak na dłoni, z jednej strony Bukowe Berdo, Tarnica, Halicz, z drugiej Połonina Wetlińska,  Magura Nasiczańska, Wysoki Wierch, szczyt Caryńska. Oczywiście wymienione szczyty widujemy na wielu trasach, ale na Przełęczy Nasiczniańskiej jesteśmy najbliżej nich, jesteśmy tam w samym sercu tego korca. Emocje są ogromne, tym bardziej że po nasyceniu oczu Józek zarządza ekscytujący galop.  Mamy wielkie fun. A zjazd do wsi Caryńskie (lub raczej do miejsca, gdzie wieś kiedyś była) jest także wielką przygodą. Świat jest tam tak rozległy, a trawy i inne zielsko tak bujne i wysokie, że tego dnia na dole „we wsi” trzy ostatnie konie zgubiły się w tym labiryncie. Jechaliśmy w dużych odległościach między końmi i w pewnym momencie  ostatni jeźdźcy nie zauważyli gdzie pojechali poprzednicy. Było trochę nerwów i kto wie jak by się skończyło, ale sokole oko Marysi wypatrzyło gdzieś ponad trawami kapelusz kowbojski – był to Jarek, który stał w pewnym miejscu jako czujka. Bo wóz dojechał wcześniej do celu i Jarek wyszedł konnym naprzeciw, by wskazać drogę. Zaparkowaliśmy nad brzegiem Potoku Nasiczniańskiego, pod dumnym szyldem „Bieszczadzki Park Narodowy”. Przyjechał lunch w postaci pysznych nudli z grzybami, było zimne piwo i szczęście było pełne.

23. Zjeżdżamy do miejsca  gdzie kiedyś była wieś Caryńskie 24. Na biwaku były nudle z grzybami, pycha

 

W trakcie biwaku szwendaliśmy się trochę po dolinie, ale też było sporo leniwego relaksu. Wracaliśmy potem tak samo. Wóz jechał regularnym szlakiem turystycznym, więc też ambitnie.

25. Przełęcz Nasiczniańska 26. Trudny zjazd z góry

 

Wieczór znowu był wesoły. Śpiewaliśmy pod wiatą, a Stefan zarządził aby pomiędzy śpiewanie wrzucać jakieś wesołe dykteryjki z życia rajdowego, także z rajdów studenckich, aby coś się działo. Sam opowiedział dykteryjkę sprzed paru godzin: „jadę sobie pod  górę, jest bardzo stromo. Józek jedzie na przedzie, a oczu z tyłu przecież nie ma. Między nami jest kilka koni. Nagle ni z tego, ni z owego odwraca się i mówi wprost do mnie – zjechało ci siodło, zejdź i przesiodłaj konia. Skąd skubaniec wiedział że zsunęło mi się siodło?” Ponieważ opowiastka wykonana została po aktorsku, więc łzy się lały ze śmiechu. Józek siedział z nami i też pękał ze śmiechu. Oczywiście zdradził skąd wiedział, ale niech to zostanie rajdową tajemnicą. Po chwili Dorota zrelacjonowała swoje przeżycia, a konkretnie przejazd nad przepaścią nad Potokiem Nasiczniańskim. Jest tam bardzo wąska ścieżka pełna kolein i gałęzi, z prawej strony teren opada zalesionym zboczem pionowo do potoku. Znamy to miejsce sprzed dwóch lat, wtedy też napędziło strachu. Każdy próbuje zmusić konia aby szedł środkiem ścieżki, ale te bestie nie chcą się plątać w gałęziach i błocie i z uporem maniaka wybierają skraj urwiska, wywołując nasze palpitacje serca. Dorotka relacjonuje: „mówię do Bojara – no idźże koniu środkiem, przecież zlecimy na dół. Koń nie słucha, wybiera skraj przepaści. Po wielu próbach pasuję – no dobra, nie będę się wtrącać”. Ta prosta, szczera relacja z trudnej drogi wywołała kolejne salwy śmiechu. Zachęciły innych do wesołych anegdot. W między czasie krążyły różne trunki, głównie whisky. Pod koniec wieczoru zrobiło się rzewnie, spontanicznie zaczęły się rozmaite podziękowania, ten i ów za coś komuś dziękował. Wieczór był niezapomniany.

W sobotę odbyliśmy ostatnią jazdę i ostatni biwak. Miało być light, ale jak Józek powie że light, to wychodzi odwrotnie. Jedziemy wzdłuż Sanu, znanym trudnym szlakiem. Szlak jest wyjątkowo gęsto usiany zwalonymi drzewami, niewidocznymi w trawie. Są też bardzo strome momenty, jak również trudne przejazdy przez potoki i dużo głazów i śliskiego błota. Przez zwalone drzewa konie przechodzą lub skaczą (często z dużym zapasem), ale zdarza się, że niektóre nie chcą pokonać przeszkody w żaden sposób. Wtedy jeździec schodzi z konia i przywołany Józek (który jadąc z przodu nie widzi tej sytuacji) rusza do pomocy. Tym razem zeszły z konia aż trzy osoby. A ci, których konie skaczą przez powalone drzewa, najczęściej dostają konarami po głowie. Bardzo też trzeba uważać na kolana, bo łatwo je rozbić między drzewami, gdzie jest najczęściej bardzo ciasno. Około godziny trwa ten horror, ale na koniec wyjechaliśmy na ukwiecone łąki i galop zrekompensował wszystko. Niestety parking koński miał miejsce w bardzo niedostępnym miejscu, na stromym, gęsto zalesionym zboczu. Trudno tam było konia wprowadzić i trudno było stamtąd samemu wyjść. Poszukanie drzewa do przywiązania konia w plątaninie gałęzi, rozsiodłanie, zabezpieczenie sprzętu tak, aby konie go nie podeptały, po czym wyjście z gęstwiny na łąkę było bardzo męczące.

27. Mega trudności 28. Konie piją San
29. Trudny parking 30. Cudny biwak

 

W tym czasie wozowi jechali pięknym lasem, widzieli świeże ślady wilka i misia.

Miejsce na biwak było najładniejsze ze wszystkich na tym rajdzie, była to widokowa łąka ponad wsią Dwerniczek, przy wiacie oplecionej krzakami róż. Do jedzenia dostaliśmy pieczoną kiełbasę z cebulką, było piwo, kawa i herbata. Siedzieliśmy długo, rozkoszując się urokiem widocznych wkoło gór i łąk. Nieubłagana była myśl, że jest to koniec rajdu, więc tym bardziej nie chciało się nigdzie jechać. Ale kiedyś ten moment nastał.

Druga grupa nie miała galopu na tej łące na której galopowała pierwsza, gdyż łąka w powrotną stronę miała spadek w dół. Józek chcąc wynagrodzić „drugim” stratę, przed samym Dwernikiem odbił w prawo i wyprowadził grupę na łąki ponad wsią, aby tam pogalopować. Wdrapaliśmy się na wysoko położoną łąkę z tyłu naszej hacjendy i przegalopowaliśmy ją ze świstem w uszach. Galop mógłby trwać o wiele dłużej, jednak nagle pojawiło się nie wiadomo skąd obce stado koni i „napadło” na nasze. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyliśmy. Oba stada zaczęły się obwąchiwać i fuczeć  na siebie, ale na wielkie szczęście nie doszło do żadnego starcia i agresji. Józek szybko wykonał telefon do Dwernika wzywając pomocy, ale w razie draki Jarek nie zdążyłby dobiec, odległość była za duża. Tak że sytuacja rozstrzygała się sama, ku wielkiej uldze pozytywnie. Tego dnia był z nami w trasie  Jarka syn Miłosz – to on poznał napotkane konie jako konie taty i pocieszył wszystkich: „to nasze konie, one są wykastrowane, więc będą spokojne”. Konie Jarkowe jakoś po swojemu poznały że nasze wierzchowce pochodzą z jednego podwórka, więc nie poszły z nimi na wojnę – i vice versa. Odetchnęliśmy z ulgą i po chwili wspólnego obwąchiwania udało się  powoli stepem odjechać, a stado Jarkowe zostało w górach. A swoją drogą to ciekawe, co one tam robiły, same w tych górach, na nie ogrodzonym terenie.

A na deser zobaczyliśmy w oddali misia, siedział sobie na środku zatoczki śródleśnej i gapił się na nas. Po krótkiej chwili pogalopował do lasu. Było to niezwykłe przeżycie, szkoda, że nikt nie zrobił zdjęcia, takie spotkanie zdarza się raz w życiu, a wielu ludziom  nigdy.  

Niezwykłe przeżycia ostatniej jazdy zmąciło niestety zdarzenie nieprzyjemne. Po rozsiodłaniu koni i próbie odprowadzenia ich na pastwisko, Fikus spłoszył się i przegalopował po  Dzidce, córce Stefana. Co prawda Dzidka podniosła się szybko i nie wykazywała uszczerbku na ciele, lecz wyglądało to paskudnie. Zdarzenie dało do myślenia i było potem drobiazgowo analizowane. Wniosek jest jeden – koń to żywioł, nigdy nie wolno popaść w rutynę i zawiesić czujności na kołku.

 

31. Napadło nas obce stado koni 32. Mamy gości

 

Tego wieczoru wystroiliśmy się galowo, bo był to wieczór pożegnalny, a poza tym spodziewaliśmy się gości w osobach Józka Soszyńskiego wraz z małżonką. Maciek zasponsorował tort, gdyż radość z odbytego rajdu po prostu go rozpierała. Goście przybyli na obiad, potem siedzieli z nami chwilę przy ognisku. Wspominaliśmy stare czasy, wspólnych znajomych. Józek podpisywał swoją książkę osobom, które ją zakupiły. Po odjeździe gości siedzieliśmy nadal pod wiatą próbując śpiewać – ale szło kiepsko. Widocznie każdy żył już myślą o podróży następnego dnia. Stefan się zdenerwował i skrytykował naszą marną, wokalną werwę: „życia, więcej życia, co tak ledwie mruczycie pod nosem”. Skutek był taki, że przy kolejnej zwrotce, pomiędzy  wersami, Gerard huknął dla wzmocnienia rytmu: „jeb…” – co wywołało salwy śmiechu. Od tej pory poszło trochę lepiej, ale nie do końca, bo jak tu być wesołym, gdy rajd dobiegł końca.  

Wcześniej przy obiedzie dziękowaliśmy organizatorom, Józkowi, Gosi, Jarkowi, mieliśmy jak zwykle prezenty. Gosia z Jarkiem dostali ładnie oprawione zdjęcie naszej grupy, w ramach znaczenia terenu, bo na ścianach wiszą zdjęcia innych grup, więc musimy tu także zawisnąć.  Józek dostał album pt: „Rajdy Starych Koni”, ze zdjęciami i tekstem o wszystkich naszych wspólnych rajdach, przy czym na zdjęciach on sam gęsto występuję. Dołożyliśmy ponadto elegancki kantarek z uwiązem, bo sprzętu jeździeckiego nigdy za dużo. Józek też wygłosił ładną mowę okolicznościową i wszyscy mamy nadzieję, że za rok się spotkamy.

Więc drogie Stare Konie, pielęgnujmy zdrowie, bo zadanie jest coraz ambitniejsze. Do dwudziestki nie daleko, wypadałoby dotrwać. Poza tym – rok bez rajdu, to rok stracony. Czas nam się kurczy, nie marnujmy go…

33. Pożegnalne ognisko 34. Ostatnie klimatyczne chwile

 

Tekst: Formisia
Zdjęcia: Formisia, Hania Olowa, Andrzej L.
Opracowała i wstawiła na stronę Formisia przy udziale Ola

 

Napisz do autorki Napisz do autorki artykułu

XXIX Spęd Starych Koni

 

Tegoroczny XXIX Spęd odbył się w Trzcinowym Zakątku. Byliśmy tam po raz drugi zauroczeni tym miejscem. Ubiegłoroczny Spęd Starych Koni zorganizowaliśmy tamże; a ponadto wielu z nas upodobało sobie to miejsce i od czasu do czasu tam przyjeżdżało. Tym razem jednak było specjalnie, bowiem pogoda nam dopisała, było ciepło choć nie upalnie, drzewa, krzewy i wszelka roślinność była w pełnym rozkwicie, a bocian pilnował ze swojego gniada, na przeciwko naszych okien, by wszystko szło właściwym trybem. Niestety był to pierwszy spęd bez Henia, którego wielokrotnie tu wspominaliśmy.

 

   

1.  Trzcinowy zakątek w wiosennej krasie

2. Bociek pilnuje porządku

 

W piątek towarzystwo zaczęło się zjeżdżać już od wczesnego przedpołudnia  bo na godzinę szesnastą była wyznaczona pierwsza jazda konna. Trzeba przyznać, ze Trzcinowy Zakątek jest istnym rajem dla amatorów jeździectwa. Konie są przyjazne, dobrze ułożone. Gospodarz prowadzi jazdy w pięknym terenie, wśród lasów i jezior, a czas trwania jazdy zależy w gruncie rzeczy od ochoty dosiadających konie (opłata jest za jazdę nie za określony czas).

Tereny tutejsze są niektórym znajome. Wszak prowadziły tędy szlaki naszych AKJtowskich rajdów konnych jak również wyprawy „Lando color” z roku 1972. Miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy (Brenno, Górsko, Kaszczor,   Wieleń, Olejnica, gdzie nasz przyjaciel ś. p. Jurek Hempel prowadził obozy jeździeckie dla AWF-u), nie przypominają tych z przed lat, nie mniej ich nazwy przywołują wspomnienia z okresu naszej młodości. Brzegi jezior Dominickiego, Białego, Wieleńskiego które były kiedyś miejscami naszych biwaków na rajdach, dziś są dość dokładnie obstawione domkami kempingowymi lub zgoła „wypasionymi” daczami. Taka kolej rzeczy. Nie mniej miło nam było tu znów zawitać.

Program spędu  był podobny do poprzedniego, choć wiele się od tego czasu zmieniło. Nie było już z nami Henia. Rozpoczęcie spędu tradycyjnym kieliszkiem „geringerówki”  (jeszcze Jego produkcji)  zainaugurowała więc Maria. Była to uroczystość bardzo nostalgiczna. Po tym wstępie Kapituła Starokońska wybrała nowego Szeryfa. Jednomyślnie godność tę powierzono Marii, która, jak uznano, najlepiej się do  tego nadaje, bo przesiąkła geringerowską tradycją, jest młoda i energiczna. Dorocie zaś nadano tytuł  „Dobra narodowego”

   

3. Tradycyjny kieliszek geringerówki na początek  i chwila zadumy

4. Mianowanie Marysi na Szeryfa

 

Po tej uroczystości zasiedliśmy przy  ognisku do konsumpcji miejscowych przysmaków, a jak to w Wielkopolsce, było czym się raczyć. Słodkości zaś zafundowała nam Dorota. Tego wieczora śpiewów nie było. Jakoś nie mieliśmy do tego weny, mimo, że śpiewniki zostały dostarczone w koniecznej ilości. Jeden tylko incydent sprawił, że humory się nieco  zważyły. Wuja Tom zasłabł i konieczna była zewnętrzna pomoc lekarska. Wszystko skończyło się szczęśliwie Długie rozmowy ciągnęły się niemal do świtania.  

 

   

5. Czyż tu nie jest pięknie?

6. A jakie smakołyki dla nasz szykują!

 

W sobotę czekał nas bardzo bogaty program. Zaraz po śniadaniu towarzystwo wyruszyło na spływ kajakowy. Kajaki miały duże powodzenie, bo pogoda była piękna, a jezior tu pod dostatkiem. Niektórzy nawet niedostatecznie namaścili swoje ciała, co poskutkowało później zbytnią opalenizna, koloru niekoniecznie brązowego.

 

   

7. konie czekają pod wiatą

8. Wyjazd na kolejna jazdę

   

9. Na kajakach

10. Ostatnie wiatraki nad jeziorem Breneńskim w Wielkopolsce 

 

Gdy kajakarze powrócili ze spływu zaserwowano nam świetną zupkę, którą spałaszowaliśmy z apetytem. Następnie konni z miejsca  dosiedli rumaków i pognali w teren, nieliczni zaś spieszeni podążyli na spacery po okolicy w pola i lasy. W tym roku żyto pięknie wyrosło, gdzieniegdzie sięgając dwóch metrów wysokości. Kto zaś jeszcze nie widział ptaszków pana Murka i jego ilustracji rzeźbiarskich do Pana Tadeusza, podążył do pobliskiego Górska. Niestety nic tam się nie zmieniło od naszej ostatniej bytności, gdyż pan Murek musiał  się zająć produkcją rzeźbionych mebli, bowiem  z samej galerii nie dało się wyżyć. Stąd całkowicie zaniechał swojej pasji – a szkoda wielka. Widać nie miał dostatecznej siły przebicia by uzyskać jakieś państwowe dotacje przyznawane twórcom.

 

11. Galeria pana Murka w Górsku

 

Po wieczornej kolacji i małym odpoczynku, jeszcze jedna niewielka grupa uznała, że dopóki jasno należy skorzystać. Dosiadła rumaków i pognała w dal. Wieczór przy zimnym bufecie mieliśmy spędzić pod dachem. Wszakże pogoda była tak piękna, że postanowiliśmy się przesiąść do ogniska i tam kontynuować wieczór na rozmowach, wspominkach i opowiadaniach. Trzeba też było omówić sprawy rajdu i rajdobozu w Salinie. O godzinie 23. Szeryf zakomunikowała, że jest już północ, więc pora wypić  zdrowie konia. Czemu wszyscy ochoczo przyklasnęli. Po hucznym toaście towarzystwo zaczęło się powoli rozchodzić.  Nazajutrz niektórych czekała daleka droga. Wszyscy też pamiętali, że trzeba zdążyć na głosowanie.

 W niedzielę po śniadaniu Warszawiacy i Ślązacy wyruszyli w drogę, pozostali zaliczyli jeszcze przed wyjazdem piękna jazdę w terenie. Żal było żegnać się z tak pięknym miejscem i miłym towarzystwem. Ten spęd pokazał jak bardzo jesteśmy ze sobą zżyci i jak nam potrzeba tego rodzaju kontaktów.       

 

  Tekst i opracowanie: Olo
  Zdjęcia: Zbyszek i  Hania Olowa
  Na stronę wstawił: Olo

Pożegnanie Heniutka

 

Mowa pożegnalna, którą wygłosił na pogrzebie Henia w imieniu „Starych Koni” Wuja Woyt

 

   

 

Pożegnanie człowieka jest zawsze trudne, szczególnie gdy odchodzi ktoś kogo się dobrze znało i komu się wiele zawdzięcza.

W takiej chwili sięgamy pamięcią do chwil spędzonych razem, do wspomnień które zmarły pozostawił w naszej pamięci.

Myślimy o przyszłości, rozważając skutki dla naszego życia wynikłe z utraty przyjaciela.

Myślimy też o cechach charakteru zmarłego i o tym, jak jego życie wpłynęło na nas samych.

Refleksje te mają nam pomóc pogodzić się z losem i pustką, której wypełnienie wydaje się niemożliwe. Swój ból najbliżsi i przyjaciele próbują ukoić łzami. Nie powstrzymujmy ich, w majestacie śmierci są one potrzebne i oczyszczają zbolałe serca.

Śmierć Henia, poprzedzona wielomiesięczną, heroiczną walką o przezwyciężenie choroby nowotworowej, dotknęła boleśnie grono Starych Koni, któremu od przeszło dwudziestu lat przewodził, będąc animatorem i organizatorem corocznych rajdów konnych, rajdoobozów i spędów.

Henia poznałem pięćdziesiąt lat temu w 1969 roku na moim pierwszym rajdzie wrocławskim. Do udziału w tym rajdzie zostali zaproszeni przedstawiciele kilku działających wówczas Akademickich Klubów Jeździeckich. Ich reprezentanci podzieleni zostali na odrębne wachty, do odpowiedzialności których należał odpas koni i przygotowanie posiłków dla wszystkich uczestników. Heniu dowodził wachtą wrocławską. Tak się złożyło, że na jego dyżurze doszło do katastrofy, polegającej na przypaleniu wielkiego gara makaronu. Dla rozładowania atmosfery napięcia, towarzyszącej tej stracie, zaproponowaliśmy zorganizowanie uroczystego pogrzebu makaronu. Orszak żałobników wyprowadził ceremonialnie garnek poza teren obozowiska, gdzie dokonaliśmy pochówku przy wtórze żałobnych pieśni i przemówień.

Przytaczam dzisiaj tą anegdotę nie bez kozery. Żegnamy bowiem Przyjaciela, któremu zawdzięczamy tysiące chwil wypełnionych śmiechem i beztroską zabawą.

Po latach przerwy w kontaktach, z inicjatywy Andrzeja Olszowskiego spotkaliśmy się ponownie w gronie uczestników wrocławskich rajdów. Na tym spotkaniu zrodziła się idea zorganizowania rajdu Starych Koni. Pierwszy z nich stał się możliwy dzięki kontaktom zawodowym Henia i pomocy Stadniny Koni Huculskich w Odrzechowej. Szeryfem został Heniu, który odtąd szefował wszystkim kolejnym edycjom tej imprezy.

Był wielkim Szeryfem, facetem z fasonem, obdarzonym niezwykłą charyzmą, zmysłem wnikliwej obserwacji oraz poczucia humoru, demonstrowanych zwłaszcza w kupletach układanych i śpiewanych na zakończenie rajdów.

Urodzony i wychowany w ziemiańskiej rodzinie zawsze zachowywał elegancję oczekiwaną u osób noszących z dumą rodzinny sygnet na palcu. Nawet żartując, nie pozwalał sobie na zachowania prostackie, choć w naszym środowisku granice przyzwoitości bywają mocno poluzowane.

Jak każdy Szeryf Heniu cieszył się niepodważalnym autorytetem. To pozwalało mu na ucinanie zbędnych dyskusji i podejmowanie decyzji, które – choć czasami po cichu kontestowane – miały moc sprawczą. Najzabawniejsza była procedura wyznaczania kolejności jazd. Co prawda pytał kto ma ochotę jechać na pierwszą, a kto na drugą zmianę, po czym – licząc zgłoszenia od prawej albo lewej strony – według trudnych do odgadnięcia kryteriów decydował o przydziale. Zawiedzionym pozostawały tylko „śmichy, chichy”. Sam zwykle wybierał jazdę w pierwszej grupie, obejmując w niej odpowiedzialną rolę jeźdźca „na zameczku”.

Jeźdźcem był bardzo doświadczonym. Mimo licznych, ciężkich urazów doznanych podczas uprawiania tej dyscypliny, nigdy nie zrezygnował z dosiadania wierzchowca. Całkiem ostatnio, na kilka tygodni przed odejściem, pomimo ogromnego osłabienia chorobą i przechodzenia chemioterapii, siadł na konia i sprawdzał swoje przygotowanie do tegorocznego rajdu.

Heniu był znawcą nie tylko hodowli koni ich ras i genetyki, ale znał się także na innych zwierzętach gospodarskich. Patrząc na stada krów wypasanych na bieszczadzkich połoninach mawiał, że są to „najszczęśliwsze krowy na świecie”. Objaśniał nam gatunki spotykanych owiec, a i o trzodzie chlewnej mógł wygłaszać referaty.

Obecność Henia zwalniała nas z myślenia, kogo powitać lub pożegnać, komu i za co należy podziękować. Robił to z właściwą mu elegancją i stylem, który ceniliśmy.

Lubił ogniskowe śpiewy. Często je inicjował, zwłaszcza że sam był doskonałym śpiewakiem. Kanon jego ulubionych pieśni został włączony do świeżo, opracowanego, jeszcze z jego udziałem, śpiewnika.

Niestety nasz wspaniały Szeryf „Heniutek” nie zaśpiewa już z nami ani jego ulubionych Amarantów, ani Carramby. Już nigdy na rajdach nie usłyszymy jego zawołania „Śniadanko…!”, nie wypijemy powitalnej „Geringerówki”. Zachowamy za to we wdzięcznej pamięci wspomnienie przyjaciela i kompana wielu radosnych, wspólnych przeżyć.

Żegnaj Heniutku! Twój duch pozostanie z nami do końca naszych dni, podczas wszystkich kolejnych rajdów, spędów, ognisk i starokońskich spotkań, które wierni Twoim inicjatywom będziemy kontynuować.

 

 

Henio odszedł od nas, ale pozostaje w naszej  pamięci. Jeśli ktoś chciałby podzielić się swoimi wspomnieniami lub refleksjami z Nim związanymi, niech napisze, a opublikuję na tym miejscu.

***

Najpiękniejsze lata w moim życiu  wiążą się z Osobą HGd’O a w szczególności dwa bardzo znaczące dla mnie wydarzenia
– Henio przyjął mnie do AKJ W-w jako prezes w 1967 roku co  pozwoliło mi przeżyć multum znakomitych przygód,
– w 2007 roku natomiast bardzo serdecznie kibicował przez   całe CDIO WROCŁAW mojej córce Marysi, która zdobyła wtedy   mistrzostwo Polski juniorów.

K.A.Ch.

***

Jesteśmy w głębokim smutku po śmierci Henia. Straciliśmy bliską nam osobę.Bedziemy z naszymi myślami i modlitwą na jego pogrzebie. 

Jola i Gerard

***

Wczoraj, późnym wieczorem, otrzymałem bardzo smutna wiadomość o Heniu. Wiedzialem juz wczesniej ze mial pancreatic cancer, stage four. Niestety to jest terminal zwłaszcza metastatic , no i stało się;  wielka strata. Żal mi też Marychy, o ile nie mylę się, oni byli małżeństwem tylko 9 lat, byłem na ślubie.
Proszę Cię o zamieszczenie poniższego na stronie:

Rest in Peace Heniu; legend never dies ….
R.I.P.
yankee

***

Dzisiaj dobiegły mnie smutne wieści o Szeryfie…Jestem zdruzgotana. Nie wyobrażam sobie co mogą przeżywać teraz członkowie grupy Stare Konie… Łączę wyrazy najserdeczniejszego współczucia i proszę o przesłanie Żonie Pana Henia moje najszczersze kondolencje.

Z wyrazami szacunku,
Żaneta Niczyporuk

***

Marysiu, składam Ci tą drogą szczere kondolencje. W ostatnich dniach  wspominam Henia i Ciebie i wszystkie spotkania w których miałam szczęście brać udział. Byliście wspaniali Jestem wdzięczna losowi że miałam okazję poznać Henia. On był niesamowity. I Ty też.
Trzymaj się, buziaki
Grażyna Formicka

 ***

Stare Konie, tak bardzo mi przykro z powodu Waszej straty. Pamiętam że Henio był duszą towarzystwa, i zdecydowanie będzie go brakować. Dobrze, że tak często można go zobaczyć  na zdjęciach i przeczytać o nim w kronikach!.
Julia Tabor

 

***

 

„Odejście Henia to wielka strata dla Starych Koni…. i także dla źrebaków.  Zawsze zapamiętam Heniowe poczucie humoru – kawę w Katedrze Hodowli Koni na UP, na którą wpadałam czasem i było bardzo wesoło, przemówienie z okazji topienia mojego wianka na rajdzie – jak ja się  wtedy uśmiałam…

Karolina Królikowska