XXVII Spęd Starych Koni

 

Minęły już czasy gdy na spędy Starych Koni zjeżdżaliśmy się tłumnie. Nie mniej ostała się wciąż grupka około dwudziestu osób podtrzymującyh starokońskie tradycje – jeżdżą wciąż na rajdy bieszczadzkie, rajdobozy, a gdy nadarza się okazja, organizują od czasu do czasu kilkudniowe spędy. Tak też i było w tym roku. W sumie zebrało się szesnaście osób które w dniu święta narodowego – 3 Maja dojechało do Kudowy. Oprócz stałych bywalców, przyjechała Ruda  Warszawska i przywiozła swoją koleżanakę ze studiów, mieszkającą obecnie w Stanach. Po drodze do Kudowy podziwialiśmy pięknie kwitnące łany rzepaku.

rys. 1  Wszędzie żółte łany rzepaku 

W Czermnej w agroturystyce „Pod Jaworem” zameldowaliśmy się wczesnym przedpołudniem. Pokoiki były ładne, przytulne, choć nie wszystkie z łazienkami. Pogoda nam dopisała, humory tudzież. Ruszyliśmy do Czech by zwiedzić urocze miasteczko graniczne Nachod. Po drodze  zajechaliśmy (obowiązkowo) do Rancho Montana, gdzie na sobotę kilka osób zamówiło sobie jazdę konną (w stylu west). A w Nachodzie, obejrzeliśmy stare miasto, ze stylowym ratuszem, a że nam już dobrze kiszki marsza grały zasiedliśmy na tarasie restauracji „U Beranka” by skonsumować co nieco. Ku naszemu zaskoczeniu nie było typowych czeskich knedlików, nie mniej obiad był smaczny i obfity, a piwo jak to w Czechach świetne. Aby spalić kalorie wybraliśmy się na górę zamkową, by obejrzeć tutejsze zamczysko.

Gród gotycki w Nachodzie został założony w połowie XIII wieku przez rycerza Hrona z rodu Naczeraticów jako fortyfikację broniącą przełęczy z Czech do Kłodzka. Do XVIII wieku obiekt był wielokrotnie przebudowywany w różnych stylach – początkowo w stylu renesansowym, a  ostatecznie  na siedzibę barokową, przez wybitnego architekta włoskiego Carlo Lurago. Interesującym elementem szczytowego baroku jest potężny portal na bramie, prowadzącej z głównego dziedzińca do alei zamkowej.  Rozległy zamek, posiada pięć dziedzińców i okrągłą wieżę, z której oraz z tarasów zwiedzający mogą podziwiać miasto Nachod i okolice. Zamek i wieża  zamkowa robią wrażenie. Kilka osób wyspinało się na wieże by podziwiać widoki okolicznych Gór Stołowych. Ogrody wokół zamku są pięknie utrzymane. Wnętrz nie zwiedzaliśmy. Ponoć w odróżnieniu od innych pałaców w Czechach nic specjalnie ciekawego tam nie ma.

Po zejściu oczywiście należało ochłodzić się lodami i wzmocnić kawą. Do naszego locum dojechaliśmy przed wieczorem.  Na kolację była niespodzianka: Heniutek uraczył nas wyśmienita ratatouille’ą. Oczywiście trunki towarzyszące były też zacne. Porcja była tak obfita, że wszyscy do syta się najedli a z pozostałości Heniu na drugi dzień wyczarował jeszcze na kolację wspaniałe rizotto.

Piątek był dniem górskim. Zajechaliśmy do Karłowa i większość wycieczki wyspinała się na  Szczelinec. Obiad mieliśmy zamówiony w gospodzie „Szczeliniec” na szczęście nie na  szczycie góry a u jej podnóża. Część Towarzystwa odczuwała wyraźny niedosyt górskich wrażeń wobec tego wybrała się na Biała Ściany, podczas gdy pozostali udali się do Kudowy, by posmakować atmosfery kurortu i wód zdrojowych lub lodów. Pogoda wciąż nam dopisywała, a przyroda czarowała pełnym wiosennym rozkwitem. Czasem bratając się z nami.

rys. 2  Motylek upodobał sobie Tadeusza

W sobotę postanowiliśmy zwiedzić „Skalne Miasto” w Teplicach n/Metui. Wcześniej jeszcze konni pojechali na jazdę, a górzyści postanowili w tym czasie obskoczyć resztę Białych Ścian, czego nie zdążyli zrobić poprzedniego dnia. Niestety do Skalnego Miasta nie dostaliśmy się. Kolejka samochodów ciągnęła się wiele kilometrów. Część towarzystwa, która miała już dość wędrówek górskich po Białych Ścianach utknęła w restauracji w Teplicach. Pozostali poszli sobie na Ostasz – też z ładnymi widokami i skałkami wkoło.

 

rys. 3 Skały na Ostaszu

 

 Po zejściu, w restauracji pod Ostaszem były nareszcie knedliki, w dodatku z gulaszem z jelenia.  Po powrocie do naszej agroturystyki i zjedzeniu kaszanki przy grillu, długo siedzieliśmy przy ognisku, śpiewając, popijając rozmaite trunki i dyskutując o tym i owym. Gwiazdy pięknie dekorowały niebo i nie chciało się wracać do pokoi.

W niedziele po śniadaniu trzeba  było opuścić gościnną agroturystykę. Jedni wyjechali wcześnie, bo oczekiwały ich obowiązki lub daleka droga. Pozostali odwiedzili jeszcze Kudową lub pobliski skansen, a jeszcze inni wpadli po drodze do arboretum w Wojsławiach. Niechętnie wracaliśmy do domu po miło spędzonych dniach na łonie natury.  

 

Opracował: Olo
Zdjęcia: Hania

 

P.s. Dostałem tylko kilka zdjęć, gdy otrzymam więcej wstawię do galerii.