Wspomnienia Wuja Toma z rajdów AKJ

Wspominki rajdowe

Tomasz Kolańczyk (Wuja Tom)

MÓJ PIERWSZY RAJD Z AKJ-tem

 

Mój pierwszy rajd z AKJ Wrocław obyłem latem 1969 roku. Z BPiT „Almatur” dostałem z Wojtkiem skierowanie na „wczasy w siodle” w postaci rajdu konnego organizowanego przez AKJ Wrocław.
W zaleceniach dla uczestników było dobre przygotowanie jeździeckie, posiadany własny sprzęt, oraz derka dla konia. Ponieważ byłem wówczas czynnym jeźdźcem w LKS „Cwał” Poznań wziąłem derki, buty do konnej jazdy, bryczesy, toczek. Rajd zaczynał się w nad Jeziorem Długim w Starym Drawsku. Pociągiem przez Piłę do Szczecinka, a dalej autobusem dotarliśmy w południe nad jezioro w Starym Drawsku.
Przywitał nas czarniawy, niewysoki facet w kowbojskim kapeluszu, który zmierzył nas groźnym wzrokiem i rzekł „co to za banda Łupaszki????” Tu obowiązuje inny styl.
I
tym oto sposobem zostaliśmy kowbojami.
Szeryfem rajdu był Mirek Soroka i zastępcą Jan Żyłka – weterynarz. Konie jak to było stosowane przez AKJ pochodziły częściowo z własnej stajenki na Osobowicach, a częściowo pożyczane z PGR-ów dolnośląskich.
Trasa tego rajdu miała na celu dotarcie nad morze. Trasę wyznaczał szeryf i wyszukiwał skróty, zwykle dłuższe od zaplanowanej trasy. Od jeziora do jeziora z postojami w lasach wędrowaliśmy na północ. Największym utrapieniem, byli liczni waleci. Wóz taborowy załadowany namiotami, sprzętem biwakowym, podstawowym jedzeniem dla ludzi i koni był powożony przez kolejne wachty mające pod opieką całą ekipę przez 24 godziny. Ponieważ liczba koni była ustalona, wszyscy waleci ładowali się na wóz. I tym sposobem obciążenie wozu było maksymalne. Gdzieś przed Połczynem Zdrojem okazało się, że jedna z felg starego wozu pęka. Dla bezpieczeństwa w pobliskim PGR znalazłem warsztat a w nim dostęp do spawarki. Spawanie się powiodło, niestety spawałem tylko w fartuchu bez koszuli z długim rękawem, więc naświetliłem sobie ramię i bok i byłem łaciaty.
Koło Połczyna na postoju poszliśmy do Berkowa – na piwo. W czasie wojny był to okryty ponurą sławą ośrodek Lebensborn. Piwo było ohydne, tak jak to wówczas w Polsce bywało z piwem. Do najgorszych należało piwo z Elbląga, mawialiśmy, że to mocz hipopotama chorego na nerki. Wędrując w stronę morza gdzieś w okolicach Sianowa jako wachtowy szukałem możliwości kupna siana dla koni. Trafiliśmy do miejscowości złożonej z kilkunastu pustych domów, przy każdym ze sporą oborą a w środku wsi była kiedyś zlewnia mleka. We wsi w mocno zniszczonym domu mieszkała tylko jedna rodzina z gromadką dzieci spłodzonych chyba przy użyciu spermy mieszanej pół na pół z alkoholem. Wokół były rozległe ugory porośnięte tylko kępami zrudziałych badyli szczawiu. Na rozległych polach piaszczystych jak to na Pomorzu były widoczne ślady rowów i co jakiś czas betonowe resztki przepustów. Widać, że za dawnych czasów był to rejon hodowli bydła mlecznego.
O sianie rzecz jasna nie było nawet co marzyć.
Tak się złożyło, że na ostatnim etapie miałem wachtę. Naszą ambicją wachty poznańskiej było szczególnie dobre żywienie rajdu. Dlatego jeszcze na wozie przygotowaliśmy obrane ziemniaki i mizerię, oraz schabowe. Do miejsca noclegowego – ostatniego przed morzem dotarliśmy coś koło północy. Zanim wszyscy się rozlokowali na podwórzu na paru cegłach zaimprowizowaliśmy palenisko i po 20 minutach można było podać schabowego panierowanego z ziemniaczkami i mizerią ze śmietaną. Takie to były nasze fantazje. Następnego ranka wsiedliśmy na konie i pojechaliśmy nad morze, by pogalopować na plaży i w morzu. Był tam jeden koń, który zawsze, gdy wchodził do wody zaraz się kładł. I tym razem pechowego jeźdźca spotkała ta przygoda. Niestety trzeba było wracać do domu. Ale nawiązane przyjaźnie mam honor pielęgnować do dziś.

 

CZWÓRKĄ NA RAJDOWYM SZLAKU

(Rajd 1970)

 

Jako westman przyjechałem do Osobowic jeszcze przed ruszeniem rajdu na szlak. Okazało się, że nie mamy gotowego wozu taborowego. W miejscowym PGR na bazie wielkiej platformy z dołożonym dyszlem zbudowałem z wysępionej bednarki i brezentowej opończy „dupny wóz”. Ponieważ odwiecznym problemem „wałach klubów” była zbyt niska wysokość na wozie, tym razem wóz miał 3,10 wysokości. Do wozu były zaprzężone dwa pogrubione konie: deresz i gniada. Bogusia gdzieś spod Wrocławia doprowadziła dwa konie, które poniosły z bryczką kierownika tak, ze został ponoć tylko dyszel. Konie dostały ksywki Nimfetka gniada (bo się nieźle grzała) i Blandyna – rzecz jasna blond kasztanka. 
Jak to zwykle bywało, trzeba było przed wyjazdem w długą drogę skorygować kopyta naszych mustangów, a najlepiej okuć choćby na tył. Takie akcje gromadziły rządną emocji publiczność, kibicującą akcji, gdy w sześciu trzymaliśmy konia by pozwolił podkuwaczowi działać z doskoku.
Na rajdy zgodnie ze swym doświadczeniem zabierałem podstawowy sprzęt rymarski i dokonywałem szeregu napraw.
Jednym z „przekleństw szeryfa” byli waleci, powodujący dodatkowe obciążenie wozu taborowego, oraz będący dodatkowymi gębami do wyżywienia. Dlatego szeryf Soroka  postanowił zawiadomić uczestników rajdu telegraficznie o miejscu i czasie startu i tym razem rajd ruszył z kompletem jeźdźców – ile koni, tyle ludzi (plus woźnica). Co okazało się pułapką. 
Nie wiem jak to się stało, ale gdzieś jeden etap przed Sławą Śląską co najmniej dwójka uczestników musiała nagle wyjechać i zostaliśmy z dwoma wolnymi końmi. Przez jeden etap Wuja Woyt jadąc na swoim koniu prowadził w ręce Nimfetkę, niezbyt przyjaźnie nastawioną do jego wierzchowca. Ja miałem wachtę sam na wozie i postanowiłem zagospodarować Blondynę. Blandyna była równie niechętna względem obcych koni i nie wykazywała chęci by iść przytroczona do prawego dyszlowego. Więc uwiązałem ją za wozem. Szukając siana wjechałem gdzieś na pole. Gdy ruszyłem, poczułem niezwykły opór, a jadący w pobliżu rolnik dawał mi alarmujące znaki. Miałem ręczne lusterko i w nim zobaczyłem, że Blandyna się zapiera, a ja ją wlokę za łeb…..
Tak dalej rajdować się nie dało, dwa wolne konie stanowiły problem. Jakoś dobiliśmy do Sławy Śląskiej. Stacjonowaliśmy w obrębie wielkiego junkierskiego ongiś majątku zabudowanego w czworokąt budynkami gospodarczymi, ze spichlerzem na środku. Nie udało się znaleźć nikogo, kto by chciał nam przechować dwa konie, a żaden walet się nie pojawił.
Jeszcze w Sławie raczyliśmy się słynną pieprzówką szeryfa. Jako pracownik Wydziału Chemii Politechniki Wrocławskiej w laboratoriach robił z kolegami liczne eksperymenty z poszukiwaniem zawartości cukru w cukrze. Oraz doprawianiem powstałych produktów między innymi na „przepalankę z pinusem”. Był też ekstrakt pieprzu wydobyty na sączku laboratoryjnym wrzącymi oparami spirytusu, w wyniku czego powstawała oleista ciemno zielona ciecz o piekielnej mocy. Razem z Wujem Woytem, Kaziem Plewińskim i szeryfem zażywaliśmy jej w kieliszkach wielkości naparstka, wiedząc o jej mocy. Był tam stróż nocny, który śmiał się z tych naparstków mówiąc, że on spiryt pijał szklankami. Ponieważ nalegał, nalaliśmy mu godziwą porcyjkę i … jak sobie walnął, to mu oczy wyszły jak u ślimaka. Potem przez cała noc słyszeliśmy jak pokasłuje usiłując pokonać piekielną miksturę.
W Sławie zaproponowałem Mirkowi, że skoro mamy nadmiar koni, sprzęgnę czwórkę i niesforne kobyły pójdą w lejc. W miejscowym GS-ie udało się kupić szory robocze na parę i dodatkowe lejce na pojedynkę. Przy pomocy swego sprzętu rymarskiego dorobiłem przelotki do ogłowia dyszlowych, a u miejscowego kowala odkułem hak na dyszel, by możliwe było założenie wagi gdzieś zorganizowanej przez kolegów. Dla fasonu kupiłem bat i rękawice motocyklowe z szerokimi mankietami. Pozostało pytanie, czy taki zaprzęg ruszy i czy  kobyły nie będą bić zadami w dyszlowe. Dla bezpieczeństwa najpierw założyłem arkan tak, by waga była daleko od dyszla, a potem redukując odległość patrzyliśmy co się stanie. Każdy z koni był trzymany przy uździe przez asystenta. Okazało się, że nic się nie dzieje. Z duszą na ramieniu musiałem wejść i założyć wagę na hak. Do jazdy próbnej wóz został wyładowany i na kozioł wlazłem sam. Asystenci odeszli, a ja zachęcałem cmokaniem by zaprzęg ruszył. Ponieważ nic się nie działo, śmignąłem z lekka batem i … dyliżans rajdowy ruszył najpierw kłusa, a potem galopem. Po okrążeniu spichlerza konie się unormowały, wobec czego postanowiliśmy ruszyć na miasto. Jadąc przez Sławę nagle przed końmi pojawił się patrol MO na motocyklu K750 z przyczepką. Wyhamowałem z trudem, a lejcowe prawie wlazły do przyczepki. Groźny sierżant podszedł i pyta : „co, Cyganie????” „Nie, my studenci!!”. „Ale nie wolno jeździć w cztery konie po drogach!!!!”
Jednak nas łaskawie puścił. Tym niemniej jasnym było, że coś trzeba wymyślić na przyszłość, bo nie jedna droga przed nami.  
W biurze PGR wystukaliśmy na maszynie „dokument”:

Niniejszym zaświadcza się, że obywatel Tomasz Kolańczyk ukończył wyższy kurs powożenia zaprzęgami czterokonnymi.
Podpisano

Prezes  

i szeryf postawił gwiazdę w miejsce pieczęci.

No i takim oto sposobem gdy zatrzymywał mnie patrol MO mogłem udowodnić swoje uprawnienia. Tak było między innymi w Zbąszyniu i jeszcze w paru innych miejscach. 
Jeden z biwaków był nad jeziorem w pobliżu lotniska w Babimoście. Do jeziora zjeżdżało się pochyłą drogą przez łąkę, na której rozbite było obozowisko.
Wyjeżdżałem i zjeżdżałem tam parę razy. Postój w tym miejscu trwał ze dwa – trzy dni. Postanowiliśmy nakręcić film pt: „Napad na dyliżans”. Ja ze swoją czwórką byłem dyliżansem, a reszta miała wyskoczyć z krzaków i galopem mnie gonić. Nie przewidziałem jednak, że konie zapamiętały zjazd do obozu i w galopie skoczyły wprost w kierunku obozu. Udało mi się zahamować w ostatniej chwili, przyznaję, że wtedy najadłem się niezłego stracha. 
Do końca udziału w tym turnusie nikt nie chciał powozić, a na kolejnych turnusach liczba uczestników pozwoliła na jazdę Nimfetką i Blondyną wierzchem. Gdy Bogusia odprowadzała wymienione kobyły do rodzimego PGR kierownik zapytał: „i co, dały wam w dupę????” „Ależ skąd, szły w lejc w czwórce” – i wtedy chyba zbaraniał. 

Uwaga redakcyjna

„Przepalanka z pinusem” w przywiezionym z Wrocławia gąsiorku napełnionym naukowo opracowanym w digestorium roztworze dodawało się przy ognisku przyprawę. Na kromce chleba sypany był cukier, a następnie podpalało się koniec. Topiące się krople spływały do gąsiorka ubarwiając smak. Na koniec dodawana była garstka igieł sosnowych i po starannym wymieszaniu można było puszczać gąsiorek w obieg, przy czym szeryf podawał komendę „po trzy gulki”.

–*–

Moi drodzy Kowboje,

zgodnie z życzeniem przesyłam wspomnienia rajdowe w zupełnie innym stylu, ale ich pomysł zawdzieczam wyłącznie inspiracji i iluminacji uzyskanej na niezapomnianych rajdach letnich AKJ Wrocław.
Być może zechcecie w swej niczym nieograniczonej łaskawości podłączyć je do strony Starych Koni w sekcji „archeologia”, jako dowód na przemożny wpływ AKJ na jeździecki ruch studencki, co prawda w słusznie minionych czasach. Ale to dziś już historia mająca 50 lat!
Pozdrawiam serdecznie Wuja Tom

 

TRASY KONNE RAJDÓW ZACHODNICH AKJ Poznań

 

Wykorzystując doświadczenia zgromadzone na rajdach wrocławskich, postanowiłem również zorganizować nasze poznańskie rajdy. Główną imprezą klubową były letnie obozy w PSO Sieraków, dlatego letnia formuła kowbojska była nie do wykonania, tym bardziej, że w Sierakowie jeździliśmy na ogierach. Ale był jeszcze Ośrodek Treningowy Koni na Woli, w którym byłem członkiem LZS „Cwał”. Pod okiem trenera Jana Mickunasa trenowałem w grupie z Wojtkem Mickunasem i Jackiem Wierzchowieckim, więc byłem znany kierownictwu Ośrodka. Z oczywistych względów byłem najmniej zaawansowanym jeźdźcem, ale ośrodek udostępniał nam konie na różne imprezy w mieście, w tym na Juwenalia. W czasie Juwenalii występowaliśmy w mundurach ułanów napoleońskich, no może raczej stylizowanych na te czasy wypożyczanych z Opery Poznańskiej, w której pracowałem jako statysta. Ważną instytucją studencką były też rajdy, w tym rajdy zachodnie gromadzące czasem i do 1000 uczestników. Pierwszy rajd, na który zorganizowałem trasę konną był Rajd Zachodni do Jastrowia. Ponieważ na Wale Pomorskim odbyła się ostatnia szarża ułanów regularnego Wojska Polskiego, zaproponowałem udział sekcji kawaleryjskiej w historycznych mundurach.
Tak się składało, że mundury ze starych sortów identyczne z będącymi na wyposażeniu I Samodzielnej Brygady Kawalerii LWP – ostatniej wielkiej jednostki kawaleryjskiej Wojska Polskiego – były używane w Studiów Wojskowym Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu. Konie były siodłane rzędami wojskowymi wypożyczonymi ze Stada Ogierów w Sierakowie. W rajdzie brało udział 15-16 koni wypożyczonych z Zakładu Treningowego Koni na Woli w Poznaniu. Wszelkie zgody i poparcie uzyskaliśmy używając argumentu, że bierzemy udział w patriotycznej imprezie na Ziemiach Odzyskanych. Nie było mowy o przywoływaniu tradycji 15 Pułku Ułanów Poznańskich, wielce zasłużonego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Uważałem jednak i uważam nadal, że wszelki wysiłek zbrojny w walce z okupantem opłacony krwią wymaga szacunku i upamiętnienia. Oczywiście dotyczy to w pierwszym rzędzie szeregowych ułanów, a nie narzuconej sowieckiej kadry.
Koniom towarzyszył wóz taborowy wypożyczany z Naramowic. Przed rajdem wyznaczana była dokładna trasa, a na miejsca noclegowe była rozwożona pasza dla koni pobrana z Woli. Prowadzący jechał na siwym koniu, w poczcie wieziona była lanca z proporcem.
Przemarsze były realizowane według regulaminu kawalerii. W każdym rajdzie brało udział około 20-24 osób.
W czasie przemarszów uczestnicy spotykali się z wręcz entuzjastycznym przyjęciem i wielką życzliwością miejscowej ludności.
Ten sam modus operandi dotyczył kolejnych dwóch rajdów.
Powrót został zaplanowany pociągiem specjalnym zabierającym z Jastrowia do Poznania piechurów. Do składu miały być dołączone wagony towarowe dla ludzi i koni oraz platforma dla wozu konnego.

 

XIV RAJD ZACHODNI „Jastrowie 1969”
13-19.10.1969

Poznań Wola – Objezierze – Oleśnica – Głubczyn – Jastrowie – powrót pociągiem
180 km

Trasa wiodła malowniczą doliną Samicy Kierskiej. W okolicy Wsi Sobota napotkaliśmy na wiejski pogrzeb – na wozie jechała trumna. Ustawieni w szyku oddaliśmy hołd. W samym Objezierzu konieczne było udzielenie pomocy miejscowemu kierownikowi PGR, bo obsługa zwierząt (krów) oparta była na pracy więźniów z miejscowego ośrodka pracy więźniów, dla których akurat zdarzyła się amnestia i PGR został bez rąk do pracy.
Starym mostem przeszliśmy Wartę w Obornikach, by potem wzdłuż szosy przez Ryczywół dotrzeć do Gontyńca, najwyższego wzniesienia w okolicach Chodzieży. Przed Oleśnicą minęliśmy nieistniejącą już leśniczówkę Papiernia położoną u stóp rezerwatu bukowego. Widok był oszałamiający – buki w złotych liściach na stoku jaru. Prowadząc orszak opadającym stokiem zwykle rozgadana ekipa zamilkła podziwiając złote liście zachodzącym słońcu. Przez Kaczory przeszliśmy do Doliny Noteci i polnymi drogami dotarliśmy do PGR Głubczyn. Jeden z koni miał objawy lekkiego ochwatu, ale życzliwy kierownik PGR wezwał weterynarza z Krajenki i po niezbędnych zabiegach mogliśmy kontynuować marsz. Przed Jastrowiem minęliśmy zawalony w czasie wojny wiadukt kolejowy. W szyku marszowym trójkowym wkroczyliśmy na teren ośrodka sportowego, gdzie odbyło się uroczyste zakończenie rajdu. W Jastrowiu stacjonowaliśmy na terenie miejscowego tartaku blisko dworca kolejowego. Z mety rajdu w zwartym szyku przemaszerowaliśmy przez miasto na dworzec kolejowy. Tam czekał na uczestników rajdu pociąg specjalny z dodatkowymi wagonami towarowymi dla koni i wozu taborowego. Załadunek większości koni przebiegł sprawnie z wyjątkiem jednego opornego. Po ponad dwudziestu minutach walki używając pasów mundurowych udało nam się go „wnieść” do wagonu. W nocy dotarliśmy do Poznania. Poprosiłem kolejarzy, by przetoczyli nasze wagony na Wolne Tory, tam używając bramy zdemontowanej z jakiegoś magazynu rozładowaliśmy się i przemaszerowaliśmy w zwartym szyku przez miasto przez Sołacz i Rusałkę na Wolę. Zdumiony tym widokiem w nocy patricyjny w radiowozie o mało nie staranował latarni…..

 

XV RAJD ZACHODNI „Milicz 1970”
12-10-20.10.1070

Poznań Wola – Sowiniec – Wieszczyczyn – Pępowo – Milicz-Pępowo -Wieszczyczyn-Sowiniec – Poznań Wola
280 km

Kolejny rajd był bardziej wymagający, ponieważ nie udało się zorganizować kolejowego transportu powrotnego. Ale co to dla ułanów? Z Woli przez Wiry – przekraczając szosę do Wrocławia w Komornikach dotarliśmy do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Popas był nad Jeziorem Góreckim. Nocleg zaplanowany był w PGR Sowiniec. Potem wzdłuż Warty dotarliśmy do Śremu, gdzie był popas. Drogami polnymi dotarliśmy do Wieszczyczyna. Następnego dnia trasa wiodła do Pępowa, ale ze względów zoohigienicznych nie zatrzymaliśmy się w Stadninie Koni, lecz we wsi na obrzeżach. Poprzez Jutrosin dotarliśmy do Milicza i zarówno na trasie, jak i na mecie rajdu w Miliczu jak zwykle wzbudzaliśmy sensację szykiem kawaleryjskim mundurami, z proporcem na lancy. Powrót był tą samą trasą.

 

XVI RAJD ZACHODNI „Zbąszyń 1971”
(Podtrasa poznańska)

Poznań-Wola – Biedrusko – Kociałkowa Górka – Iwno – Rujsca – Kociałkowa Górka -Biedrusko – Poznań Wola
120 km

Ponieważ ze względu na odległość nie było żadnej szansy na udział w rajdzie w Zbąszyniu, trasa konna była „pod trasą ” poznańską. Przez Poligon w Biedrusku dotarliśmy do Kociałkowej Górki. Następnego dnia przez Iwno trasa wiodła do Rujscy gdzie w lesie pokazałem uczestnikom tzw. Szwedzki Okop. Lasami i polami powróciliśmy do Kociałkowej Górki by następnego dnia przez Biedrusko wrócić na Wolę. Noclegi były z końmi w stodołach – rano na kałużach pojawił się już lód, więc udział w rajdzie wymagał od uczestników sporego hartu ducha. Nieocenione okazały się sukienne płaszcze wojskowe. W tych czasach mało kto dysponował porządnym śpiworem, do dyspozycji były też tylko szare wojskowe koce używane jako derki pod siodło. Niestety nie dawały zbyt dużej ochrony, bo pod siodłem były mocno zawilgocone. Więc noce bywały bardzo chłodne……
Przy koniach trzeba było w nocy pełnić dyżury.

Zawsze po powrocie konie były poddawane przeglądowi – kierownik Woli inż. Janusz Nowak stwierdził, że konie wracały w lepszej kondycji niż wyszły i rajdy były dla nich korzystne. Dlatego nie było problemu z uzyskaniem zgody na ich udostępnienie.
Dla zachowania „fasonu kawaleryjskiego” konie były dobierane trójkami według maści.
Ponieważ brakowało nam pieniędzy ubezpieczaliśmy po jednym koniu z każdej maści.

EPSON MFP image

Wjazd do Milicza (na siwku prowadzi Wuja Tom)