XX Wielce Jubileuszowy Rajd Bieszczadzki Starych Koni

W roku 2021 Stare Konie doczekały nieprawdopodobnego jubileuszu,  którego przed laty nikt z pewnością nawet sobie nie wyobrażał –  a mianowicie rajdu dwudziestego. Gdy dwadzieścia lat wstecz zaczynaliśmy zabawę w rajdowanie, wydawało się że będzie to zabawa jednorazowa, no może powtórzymy raz czy dwa. Już wtedy byliśmy przecież mocno dorośli, a PESEL straszył i nieubłaganie nabierał rozpędu. W biegiem lat coraz mocniej strzykało tu i tam, sił ubywało, garść  prochów przy śniadaniu zwiększała objętość. Ale jednocześnie rok po roku organizowaliśmy kolejne rajdy, a każdy działał jak coraz to silniejszy narkotyk i nijak nie dało się z tej formy urlopowania zrezygnować.
Skutkiem czego dotrwaliśmy do magicznej dwudziestki. Jest to tym bardziej godne pochwały, że dwa ostatnie rajdy odbyliśmy w dobie pandemii, gdy możliwość przemieszczania się oraz mniejszy lub większy strach przed wirusem były czynnikami stopującymi różne inicjatywy urlopowe. 

1. Stare Konie zaczynają 20-ty,  mega jubileuszowy rajd. 


Ale bez rajdu cóż wart byłby ten świat….  Więc do Dwernika w piątek 18 czerwca zjechała całkiem pokaźna grupa 23 kowboi. 18 osób zamierzało rajdować w pełnym wymiarze, a 5 osób przyjechało na 3 dni, na główne obchody jubileuszowe. Tych 5 osób to Olo z Olową, Grażyna Krzyśkowa, Jarka też Krzyśkowa, oraz przez cale lata nie widziany Olek żeglarz. Natomiast grupa pełnowymiarowa to: Marysia szeryfa, Reniowie, Rudzi, Wujowie, Dorota, Majka, Zgaga, Stefan, Sławek, Aldona, Krzysiek od Grażynki, Andrzej żeglarz, Maciek warszawski, Ewa Gdańszczanka i Ewa Formisia. Rajdowaliśmy oczywiście z Józkiem, który przywiózł do Dwernika liczne stadko koni, tak że każdy mógł jeździć ile dusza zapragnie. Sporo starych koni ubyło, lecz w to miejsce pojawiły się nowe.  Nie pojawił się Bojar, Berdanka, Weda, Wadera, Celka ani Poligon, natomiast nowe mustangi to 4,5 letnia łaciata Czantoria, 5-letni, również łaciaty Wiarus, 6-letnia Hiacynta, starsza siwa Letycja i poniekąd nowy (bo w zeszłym roku pod naszym kowbojem szedł tylko raz) duży kary Wezyr. Józek poprowadził rajd na nowej, bardzo elektrycznej Melisie. Ze znanych koni był Basior, Eldik, Fikus, Gaskończyk, Emir i Figlarna.
Każdy dzień obfitował w różne wesołe, jubileuszowe akcenty, a nowością jeśli chodzi o trasy naszych wędrówek był wyjazd do tak zwanego Worka Bieszczadzkiego, co się wiązało z dwoma noclegami poza Dwernikiem i dość skomplikowaną logistyką przedsięwzięcia.
W sobotę przy śniadaniu szeryfa rozdała wszystkim uczestnikom piękne kolorowe bandamki. Sama je uszyła, a projekt zrobił Olo wg grafiki naszego nieocenionego nadwornego plastyka z Kanady Marka.
Konie stały w Zatwarnicy, dokąd pojechaliśmy busem. Ściągnięcie ich z odległego pastwiska, przydział nowych koni i dopasowanie sprzętu trwało długo, więc w trasę ruszyliśmy dopiero o 12.30. Jechaliśmy z Zatwarnicy do Dwernika, pokonując  trasę znaną z wcześniejszych lat. Były wysokie zarośla, łąki i piękne widoki. Przekroczyliśmy San przy płytkim stanie wody i spotkaliśmy się w lesie z resztą grupy na biwaku. Po odpoczynku druga grupa podróżowała także znanymi ścieżkami, zaliczając krótką ulewę i pomrukiwania burzy, która na szczęście nas ominęła. Niestety w lesie zdarzył się przykry wypadek, a mianowicie jadący na Wezyrze Sławek nie wytrzymał skoku konia przez dużą kałużę na leśnej drodze i z impetem gruchnął z wierzchowca. Wszystko wyglądało groźnie, gdyż Sławek długo się nie podnosił i nasi lekarze mieli sporo roboty przy „reanimacji”. Ale ostatecznie skończyło się dobrze, Sławek nawet dosiadł w powrotem swojego konia, gdyż byliśmy głęboko w lesie i nie doszedłby pieszo do celu. Jechaliśmy oczywiście wolnym stępem, a nasz upadkowicz  po pierwszym szoku pozbierał się do kupy i jubileuszowy wieczór spędził w dobrej kondycji i z dobrym humorem. Tym niemniej po dwóch dniach opuścił rajd i wrócił do domu.

2.  Konni pokonują San, wozowi czekają z bigosem. 3. Sławek na Wezyrze, za chwilę się z nim rozstanie.


A wieczorem działo się, działo… Najpierw Lalucha powiesiła w jadalni wykonany przez siebie plakat, objaśniając jego treść i wprowadzając niejako w jubileusz. Bo na plakacie przedstawiła nową grupę bieszczadzkich aniołów, powiększając grono tych aniołów, z których Bieszczady słyną. Nad całą grupką wznosił się Nadszeryf Stworzyciel, czyli Henio. Poniżej fruwały Aniołowie Zwierzchności, sprawujący pieczę nad Starymi Końmi, wierzchowcami i terytoriami – czyli Marysia i Józek. Nieco powyżej z lewej fruwali Serafini, czyli aniołowie ognistego prapoczątku rajdów Starych Koni po przejściach – to Olo z Olową. Poniżej aniołów zwierzchności ujrzeliśmy dwa Cherubinki, czyli anioły wspólnoty i piękna, strzegący starokońskiego Drzewa Życia – to Renia i Andrzej. Z prawej strony od Cherubinów kołysał się Anioł Rajskich Ogrodów i ich pamięci – czyli Formisia. Pięknie to Laluszka zrobiła i już na wstępie ubawiliśmy się i wprawiliśmy w dobry nastrój. Ale dalszych punktów programu była mnogość, po zjedzeniu obiadu realizowane były kolejne. Najpierw Olo przemówił, podsumowując całe to przedsięwzięcie jakim są nasze uporczywie trwające tyle lat rajdy. Na okoliczność szacownego Jubileuszu rozdał wspaniałe papeterie, ozdobione grafiką Marka i Teresy. Następnie Renia rozdała wykonany przez siebie śpiewnik „Rajdy wyśpiewane”, który zawiera zbiór hymnów szeryfa (głównie Henia, ale ostatnio też Marysi) i rozmaitych ballad i piosneczek, które powstawały spontanicznie na wszystkich dotychczasowych rajdach i stanowią jego swoistą, rymowaną historię. Autorzy spisywali je na byle czym, wykonywali solo bez prób, często z naszym chórkiem. Wiele z nich miało wykonanie jednorazowe.  Kto był na tych rajdach to wie o co chodzi, a kto nie był to z pewnością odczuł klimat tamtych dni. Łza się w oku kręci.

4. Bieszczadzkie Anioły 5. Olo przemawia


Kolejnym punktem programu było uhonorowanie tych osób, które uczestniczyły we  wszystkich rajdach… lub prawie wszystkich. „Zaliczyć” dwadzieścia, czy nawet osiemnaście lub siedemnaście rajdów to jakby nie patrzyć wyczyn nie lada. Z jednej strony świadczy o niezwykłej determinacji, z drugiej to manifest wyższości poniewierki jaką jest rajd, nad ekskluzywem ciepłych mórz, palm i wygody – z pewnością  należy to docenić. Osobami które były na wszystkich rajdach okazały się Renia z Andrzejem i Formisia. Szeryfa wręczyła „zwycięzcom” prezenty, a były to makiety miasteczka westernowego, pięknie wykonane na zamówienie. Szeryfa zadała sobie wiele trudu i pomysłowości zdobywając je  i niespodzianka była wielka.

6. Ze wzruszeniem słuchamy Ola. 7.  Te osoby były na wszystkich rajdach.
8. Marysia przejeździła 18 rajdów. 9. Aldona przejeździła  17 rajdów. 10. Również Wojtuś przejeździł 17 rajdów.

 

Nie ma osoby, która opuściła tylko jeden rajd i „zaliczyła” ich 19. Natomiast dwie nieobecności, czyli 18 rajdów  przejeździła Marysia, i jej jest drugie miejsce na pudle. Trzema nieobecnościami (przejechanych 17 rajdów) wykazały się dwie osoby, Aldona i Wuja. Wszyscy wymienieni otrzymali medale w postaci własnego rajdowego zdjęcia w dekoracyjnej ramce, z odpowiednim napisem.  Pamiętając że w klasyfikacji sportowej najgorsze jest miejsce poza pudłem, czyli czwarte, a takowe osiągnęła Dorota (mając cztery  nieobecności i 16 przejechanych rajdów) – Dorota także otrzymała zdjęciowy medal, ku wielkiej uciesze. Na tym część oficjalna akademii się zakończyła i przystąpiliśmy do konsumpcji niezwykle dekoracyjnego tortu, upieczonego przez dwernicką Małgosię. Takiego tortu nikt chyba w życiu nie widział – była na nim zielona zagroda, koń za płotem i kwiatki – aż szkoda było kroić. Ale po chwili wsuwaliśmy aż się uszy trzęsły, dobierając ile się dało. Na zagryzkę dostaliśmy upieczone przez Majkę ciasteczka w postaci małych koników, więc po tym obżarstwie pognaliśmy na most na Sanie by  pilnie spalić kalorie. Przy okazji ucieszyliśmy oko niezwykle spektakularnym zachodem słońca nad Sanem.

11.  Wspaniały jubileuszowy tort 12. Zachód słońca nad Sanem


Na tym wieczór się nie skończył, po powrocie do jadalni zasiedliśmy do wspomnień. Oglądaliśmy pokaz slajdów o naszych 20-tu rajdach autorstwa Formisi, zatytułowany  „gdzieśmy byli, cośmy widzieli”. Temu i owemu spadała od czasu do czasu głowa od nadmiaru wrażeń i świeżego powietrza (że o whiskey nie wspomnę), ale generalnie publika reagowała emocjonalnie, a przede wszystkim po raz kolejny doznawaliśmy zdziwienia: „myśmy naprawdę to wszystko przeżyli…”?  
W niedzielę pojechaliśmy na piknik do Nasicznego. Trasę tą pokonaliśmy już parę razy, można jedynie wspomnieć, że w tym roku była jeszcze bardziej niż zwykle  zarośnięta, pełna wiatrołomów, gałęzi i patyków na ścieżce, a w jednym miejscu zatarasowana ciężkim sprzętem do zrywki drewna, co wymagało trudnego objazdu przez nieprzyjazny busz. Józek używał swojej maczety do udrażniania trasy wiele razy.  

13.  Józek maczetą udrażnia trasę. 14. Z trudem omijamy ciężki sprzęt w lesie.


Natomiast wieczorem obrzędów jubileuszowych  trwał ciąg dalszy. Mottem przewodnim wieczoru, niejako w nawiązaniu do naszego kultowego „śniadania na trawie” w 2006 roku, było „objadanie się na sianie”. Renia zadbała o pokrycie stołu pod wiatą sianem i sporą ilością kolorowych ziół, a do objadania miał służyć baran pieczony na rożnie, czym zajęli się Józek z Jarkiem. Baran dochodził i dochodził, nie mogliśmy się doczekać. Ślinka ciekła, więc popijaliśmy różne trunki, a wesołość wzrastała. Ostatecznie baran doszedł i wyżerka była wielka. Chłopaki obgryzali kosteczki do ostatniego kęsa.  

15. Będzie objadanie się na sianie. 16. Na rożnie piecze się baran.


Nasze pamiętne „śniadanie na trawie” odbyło się w ekskluzywnej bieliźnie z epoki, kobitki w pantalonach z koronkami, faceci w kowbojskich kalesonach. Teraz nie mogło zabraknąć tych akcesoriów. Gdy temperatura wesołości była już odpowiednio wysoka, te dziewczyny które miały pantalony pod spódnicami pozbyły się spódnic i wskoczyły na stół by trochę na nim podokazywać. Wuja przygrywał do podrygów, reszta towarzystwa zagrzewała do boju i podskoki na stole szły na cały gwizdek.  

17. Trzeba ogryźć każdą kosteczkę. 18. Tańce w pantalonach na stole.


Na koniec wieczoru Andrzej pokazał piękny, nostalgiczny film o naszych rajdach, będący montażem jego filmów kręconych w różnych latach, co było wspaniałym podsumowaniem Jubileuszu. Film był pokazany pod wiatą jako kino letnie,  Renia rozdawała popcorn. Niezmiernie się wzruszyliśmy.  
W poniedziałek rozpoczęliśmy przygodę, która była sednem tegorocznego rajdowania. Wyruszyliśmy w świat. Celem ostatecznym była Tarnawa Niżna w Worku Bieszczadzkim, ale oczywiście dotarliśmy tam etapami. W poniedziałek pojechaliśmy końmi do Stuposian, gdzie one wraz ze sprzętem zostały na noc, a nas przywiózł autobus na nocleg z powrotem do Dwernika.  

19. Biwak w środku lasu, gdzieś między Dwernikiem a Stuposianami.


Pierwsza grupa jechała rozświetlonym, kolorowym, rozśpiewanym lasem, ale po tak mokrych ścieżkach, że często w koleinach stała woda. Konie w mokrej trawie zapadały się po pęciny. Dorodnych niezapominajek, dzwonków i jaskrów ścieliły się całe łany. Pod koniec wyjechaliśmy na piękną równą drogę leśną wśród wysokich rzadkich sosen, między którymi podziwialiśmy pas Magury Stuposiańskiej. Gdzieś w lesie pomiędzy Dwernikiem a Stuposianami był biwak, Małgosia nakarmiła nas makaronem z serem. Po odpoczynku druga grupa ruszyła w drogę. Najpierw trudnym, stromym zjazdem w lesie, po wertepach i głębokich koleinach,  dotarliśmy do szosy. Wzdłuż szosy galopowaliśmy po miękkiej, przyjaznej łące, mimo że na szosie był całkiem spory ruch. W ten sposób dotarliśmy do Stuposian, gdzie Józek z Jarkiem przygotowali pastwisko przy szosie i gdzie konie mieliśmy zostawić.  Pastwisko zostało stworzone poprzez ogrodzenie kawałka łąki przenośnym ogrodzeniem i elektrycznym pastuchem. Obok pastwiska zostały na noc siodła, zabezpieczone tylko wielką plandeką. Oczy nam wychodziły na wierzch widząc w jakich warunkach Józek chce zostawić konie i sprzęt, ale być może miał opłaconego stróża, który pilnował dobytku w nocy. Tymczasem popijając piwo czekaliśmy na autobus. Gdy ten nadjechał wróciliśmy do Dwernika. 

20. W Stuposianach przy szosie konie zostaną na noc. 21. Stuposiany – czekamy na autobus, który odwiezie nas do Dwernika.


Tego wieczoru czekała nas kolejna zabawa. Szeryfa zapowiedziała wieczór gender i każdy miał się przebrać za osobnika płci przeciwnej. Dziewczynom było względnie łatwo, wystarczyło wskoczyć w spodnie i domalować sobie wąsy. Niektóre wypchały sobie brzuchy poduszkami. Natomiast facetom było trochę trudniej, szczególnie tym, których jest dużo. Ale dali radę. Powstały tak komiczne persony, że śmiechu było co niemiara. W tych nowych osobowościach powędrowaliśmy na most, gdyż nadmiar wesołości wymagał aktywnego jej upuszczenia. Uciechę miało parę przypadkowych osób, które widziały naszą zabawę.  

23. Wieczór gender 24. Gendery na moście na Sanie


We wtorek po śniadaniu każdy spakował trochę dobytku, gdyż dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Tarnawie. Nasze bagaże pojechały samochodem, a my znowu autobusem do Stuposian. Tego dnia było niemiłosiernie gorąco, dosłownie żar lal się z nieba. Wyjechaliśmy ze Stuposian wąską drogą asfaltową n-tej kategorii, którą nic  nie jeździło. Upał powalał, tylko czasem trafił się lekki wiaterek. Gdy się dało wjeżdżaliśmy do lasu. Niezwykle dorodne i w wielkiej ilości firletki i jaskry cieszyły oko. Minęliśmy znane retorty pod Mucznem i Józek skierował nas w wąską przecinkę w lesie pod trakcją elektryczną. Przecinka opuszczała się w dół, na dno niecki, z której wychodziła po drugiej stronie do góry. Więc na początku całą ją widzieliśmy. Miała jakieś 2 – 3 km. Co niektórzy spodziewali się, że jak znajdziemy się na dnie niecki to na pewno będzie galop, po przyjaźnie wyglądającej trawie. Ale nic bardziej mylnego, była to śmiertelna wręcz pułapka. Przede wszystkim przecinka usiana była głębokimi rowami, każdy słup elektryczny stał na wyniesieniu terenu, między którymi były nawet nie tyle  rowy, co  głębokie wykopy. Nasze koniska dzielnie te dziury w ziemi pokonywały, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Otóż dno niecki okazało się głębokim bagnem, w które najpierw wpadła Melisa pod Józkiem, a za nią Hiacynta pod Formisią. Reszta jeźdźców przystanęła widząc co się dzieje, choć jeszcze na parę kroków w bajoro zanurzyła się Lalucha na Figlarnej, na szczęście szybko się wycofały. Tymczasem Melisa i Hiacynta utopione w bagnie po brzuchy walczyły o równowagę, przechylając się z lewa na prawo i próbując rozpaczliwymi susami wyskoczyć z mazi która je więziła, ale nie miały szans porządnie się odbić. To że żadna się w tej sytuacji nie przewróciła to prawdziwy cud. Jeźdźców gibało na wszystkie strony, najczęściej  nie na tą stronę, na którą w tym momencie przechylał się koń. Józek przyznał się potem, że miał taki moment, gdy czuł iż jest poza koniem. Formisia miała podobne odczucia, więc w obu wypadkach anioły stróże dobrze wywiązały się ze swej opiekuńczej roli. Rozstanie się z koniem w tych warunkach nie dawałoby szans jeźdźcom na wydostanie się bez pomocy z bagna, a kto niby miałby pomóc. Józek próbował poprowadzić konia w bok w stronę lasu (na ile w tym szaleństwie w ogóle dało się koniem powodować), gdyż nie miał pojęcia jak długie jest bagno, a z boku las był dość blisko. Trwało to bez końca. Wreszcie konie poczuły stabilne dno i ostatecznie wygrzebały się z bagna do lasu, a wraz z nimi pokonała tą pułapkę idąca luzem Letycja. W gęstym lesie Józek zostawił Formisię z trzema końmi i wystraszony pobiegł poszukać pozostałym jeźdźcom jakiejś drogi omijającej bagno. Trzy pozostawione konie kręciły się i były bardzo niespokojne. Józek jakoś wyprowadził grupę z niebezpiecznego rewiru i po chwili przedarli się przez gęstwinę do samotnie czekającej Formisi. Wszyscy razem wróciliśmy na wcześniejszą przecinkę, przedzierając się przez bardzo trudny teren. Na szczęście ani w lesie, ani na przecince nie było już dramatycznych niespodzianek i szczęśliwie dotarliśmy do miejsca biwaku.  Dopiero tam można było złapać oddech i zebrać myśli. Józek opowiedział Jarkowi czego doświadczyliśmy i podsumował: takie ekstremum tylko z siedemdziesięciolatkami można przeżyć. Pośmialiśmy się, ale przygoda naprawdę mroziła krew z żyłach.  

25. Niewinnie wyglądająca przecinka leśna 26. Na tej niewinnej przecince o mało nie postradaliśmy życia.


Posiedzieliśmy na trawie, przyjechało leczo do jedzenia, a nas jadły kleszcze. W dalszej drodze było sporo galopu po cudnych od kwiatów ścieżkach, przekraczaliśmy też kilkakrotnie meandrujący potok Muczny. Spotkaliśmy się z wozami i razem przejechaliśmy Muczne, które stało się bardzo ludnym kurortem. Muczne było przed wojną małą wioską, która pod koniec wojny całkowicie przestała istnieć. Część ludzi wymordowała UPA, część wysiedlono do ZSRR. Na początku lat 70-tych powstała tutaj mała osada dla pracowników leśnych, jednak w roku 1975 przejął to miejsce Urząd Rady Ministrów jako tereny łowieckie dla władców PRL-u i ich zagranicznych gości. Obok Łańska i Arłamowa był to trzeci myśliwski ośrodek  dla polskich VIP-ów. Tutaj Jaroszewicz ustrzelił niedźwiedzia, tutaj bywał Gierek, Tito i tym podobne towarzystwo. Dopiero w 1981 roku pod naciskiem Solidarności bieszczadzkiej Muczne wróciło pod zarząd służby leśnej. Obecnie jest tam hotel ogólnie dostępny, muzeum, karczma, itd. I kupa ludzi.  

27. Przejeżdżamy przez Muczne. 28. Dojechaliśmy do Tarnawy Niżnej.


Jadąc dalej pięknymi terenami ostatecznie dojechaliśmy do Tarnawy, którą można uznać za koniec świata, gdyż dalej nie ma już żadnych wiosek ani żadnej cywilizacji, nie licząc wiaty turystycznej w Bukowcu. W Tarnawie w pozostałościach po Igloopolu mieści się ośrodek jeździecki gdzie ulokowaliśmy nasze konie, natomiast obok w barakach bazy turystycznej ulokowano nas. Szefuje bazie bardzo fajny koleś Radek. Pokoje mają standard PRL-owski, m.in. wspólne łazienki na korytarzach, jednak jest czysto, a stołówka serwuje bardzo smaczne, swojskie jedzenie. Jest też mały bar-sklepik, gdzie można nabyć lokalne piwo Duch Sanu, oraz drugie o nazwie TSU – na cześć słynnej onegdaj grupy rockowej o tej nazwie, wywodzącej się z Ustrzyk Dolnych. Są też mapy, pamiątki, lody, itd. Początkowo baliśmy się tej tarnawskiej poniewierki, jednak goszczono nas wylewnie, Radek i panie z kuchni bardzo się starały i niczego nam nie brakowało. Wieczorem z tyłu za ośrodkiem rozpalono nam ognisko i na dziarskim śpiewaniu upłynął bardzo przyjemny wieczór. Dojechała Kasia i tradycyjnie grała na skrzypcach.  

29.  Szef bazy turystycznej Radek to fajny koleś. 30. Wieczorne ognisko w Tarnawie.


W środę na śniadanie przyjechały jeszcze ciepłe bułeczki z jakiejś okolicznej piekarni, były swojskie wędliny i dużo różnych różności. Niestety żar lał się z nieba i psuł obraz całości. Za dnia było 33 stopnie. Celem wyprawy były Sokoliki Górskie, najdziksze miejsce w okolicy i dla nas już totalnie niedostępne z buta. Cała trasa prowadziła wzdłuż Sanu, za którym rozciągała się Ukraina. Co parę metrów stały słupki graniczne. San jest tam wąską rzeczułką, gdyż wypływa zaledwie kilkanaście km dalej z Sianek. Jechaliśmy chwilami wąską drogą z płyt betonowych, chwilami bezkresnymi łąkami mieniącymi się kolorami kwietnych dywanów. Na nie tak bardzo dalekim horyzoncie widać było Halicz i inne szczyty głównego pasma bieszczadzkiego. Gdzie się dało galopowaliśmy, ale też często przekraczaliśmy różne niegroźne rowy, które wymagały przystopowania. Na jednym takim pozornie banalnym rowie rozstał się z koniem Stefan i trochę się poturbował. Podobno pękły wodze i jego Letycja „nie wyrobiła się” na rowie i fiknęła kozła.  

31. Za Tarnawą rozciąga się panorama całego pasma Biesczadów Wysokich. 32. Stefan rozstał się z Letycją.


Mimo drobnych minusów (upał, rowy, bardzo wysoka trawa, chwilami betonowa ścieżka) świat był zachwycający.  Dojechaliśmy do Sokolików, gdzie spędziliśmy przyjemny, leniwy, senny biwak, ciesząc się pobytem w miejscu leżącym bardzo daleko od cywilizacji. Sokoliki były przed wojną niemałą wioską i modnym letniskiem. Do dziś atrakcją jest pięknie meandrujący tutaj San i stojąca po drugiej stronie, już na Ukrainie, cerkiew. Wioska ukraińska także niemal nie istnieje, podobno 2 km od cerkwi jest kilka domów, ale z Polski nie widocznych. Nigdzie nie było żywej duszy, ale podobno żyją tu niedźwiedzie, jelenie, cenne jaszczurki i motyle, jest to także istny ogród botaniczny. Miejsce z przyrodniczego punktu widzenia jest bezcenne.  

33. Dojeżdżamy do Sokolików Górskich, zero cywilizacji. 34. Meandrujący San i cerkiew już po stronie ukraińskiej.


W drodze powrotnej spotkała nas niezwykła przygoda – nadzialiśmy się na zamknięty na głucho szlaban, który w  tamtą stronę był otwarty. Zrobił się problem dla wozu, bo zjazd na łąkę uniemożliwiały po obu stronach  rowy. Józek z Jarkiem dumali chwilę, złoszcząc się na tych, którzy szlaban zamknęli – ponoć latem gdy działają tu rajdy konne szlabany mają być otwarte. Wymyślili aby zasypać rów belkami ściętego drewna, gdyż na szczęście obok wypatrzyli pryzmę takiego drewna. Kto nie siedział na koniu ruszył do noszenia belek i zasypywania rowu. Tym sposobem wóz mógł w końcu objechać łąką szlaban i jechać dalej, a konni czekający na zakończenie operacji pogalopowali  spokojnie do Tarnawy. Panoramy wkoło były bardzo rozległe i piękne. Miejscami wielkie połacie łąk porośnięte były wysoką trybulą. Józek chcąc uatrakcyjnić jazdę zarządził galop w tej roślinności sięgającej końskich brzuchów, co nie było zbyt rozsądne, gdyż w takim buszu nie widać co jest pod nogami. I skończyło się tak, że w buszu leżała płyta betonowa, której Melisa się wystraszyła i zrobiła stopę, a Józek „dal na beret”.  Żeby Józek rozstał się z koniem to jak świat światem się nie zdarzyło, ale do rajdu bardzo jubileuszowego takie niezwykłe zdarzenie bardzo pasowało. Galop był także podyktowany tym, że pohukiwała burza i w końcu do nas przyszła. Ale byliśmy już bezpiecznie na miejscu. Wieczór spędziliśmy przy ognisku.  

35. Zasypujemy rów belkami, aby wóz mógł objechać  zamknięty szlaban. 36. Galopujemy przez busz trybuli, tutaj Józek rozstał się z Melisą.


W czwartek od rana grzało jak z gorącego piekarnika, perspektywa  siadania na konia przerażała. Tego dnia wracaliśmy do Stuposian i co tu dużo gadać – żal było wyjeżdżać. Tarnawa mimo że siermiężna, okazała się fajnym miejscem. Radek na odjezdnym życzył nam kolejnego dwudziestego jubileuszu, a niezależnie od jubileuszu ponownego szybkiego przyjazdu w jego progi.  
Poszliśmy złowić konie i podczas tej czynności i tym bardziej podczas późniejszego siodłania każdy zrobił się mokry jakby wyszedł spod prysznica. Ale w dalszej drodze nie było źle, góry to góry, nawet w upalnej aurze powieje czasem wiaterek i generalnie jest czym oddychać.  Droga była cudnej urody i nadal wiodła przez dziki, pusty świat. Jechaliśmy do byłej wsi Dźwiniacz Górny, po której aktualnie prawie nie ma śladu, a która przed wojną liczyła prawie 1500 osób. W 1946 roku tereny po wsi zostały podzielone między Polskę i Ukrainę. Obecnie jako resztki wsi  widnieją  w trawie dwa samotne krzyże, a wśród drzew ostały się dwa stare cmentarzyki, na których widać znikomą ilość nagrobków. Teren jest niezwykle rozległy i widokowy, a niekończące się łąki porasta wysoka biała trybula, w  której konie topiły się aż po siodła. Były też po drodze łąki żółte (jaskry), fioletowe (dzwonki) i różowe (firletka), a nawet miejscami pomarańczowe od rzadkiego kwiatka jastrzębiec pomarańczowy. Sprawniejsze oko wypatrzyło bardzo rzadki wieczornik śnieżny, występujący wyłącznie w Bieszczadach, a także bodziszka żałobnego i kalinę koralową, również nie częste. Po łąkach galopowaliśmy gdy tylko się dało. Były to przepiękne chwile, radość tak rozpierała, że wuja z Kaśką wyciągnęli harmonijki ustne i jadąc przygrywali do marszu. Upał na łąkach nie dokuczał,  dokuczył dopiero gdy wyjechaliśmy na szutrową drogę bez żadnej osłony w lesie jodłowo – świerkowym. Tutaj żarówa wycisnęła ostatnie soki, na szczęście za chwilę wjechaliśmy w chłodny las  liściasty, co dało wytchnienie. Dojechaliśmy na biwak do retort koło Mucznego i każdy padł gdzie mógł starając się zregenerować nadwątlone siły.  

37. Cudny pusty świat. 38. Tu był kiedyś Dźwiniacz Górny.
39. Czasem jechaliśmy razem z wozem – łąki między Dźwiniaczem a Mucznem. 40. Biwak koło Mucznego, każdy padł gdzie mógł.


Jazda drugiej  grupy była dość krótka, generalnie były to poplątane ścieżki typu góra-dół, w lesie gęstym i w miarę chłodnym, miejscami pełnym błota. Czasem żadnych ścieżek nie było i Józek improwizował, wierząc iż „kierunek jest dobry”. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w lesie podobno w rejonie Stuposian (totalne odludzie), gdzie chłopaki w wysokiej trawie wykroili sporą przestrzeń na pastwisko i elektrycznym pastuchem zagrodzili ją. Znowu siodła zostały zapakowane w wielką plandekę i wszystko łącznie z wozem zostało pozostawione w tym lesie do dnia następnego, a my wydostaliśmy się na szosę i wkrótce przyjechał po nas autobus i odholował nas do Dwernika.  Byliśmy totalnie wykończeni, gdyż upał powalał, a wszelkie czynności przy zaopiekowaniu koni i noszeniu siodeł z miejsca na miejsce po kilku godzinach spędzonych w siodle wykończyły  każdego. Dlatego wieczorem nie planowaliśmy żadnej aktywności, kiedyś należało odpocząć. O zmierzchu spotkaliśmy się pod wiatą i był to wieczór pisania listów. Mieliśmy piękną papeterię, tekst ułożył Stefan i  dyktował go głośno, a wszyscy siedzieli wkoło stołu i każdy pisał do wyznaczonej osoby. Pisaliśmy do naszych przyjaciół, którzy bywali kiedyś na rajdach, ale w tym roku nie mogli przyjechać. Był to bardzo przyjemny wieczór, gdyż wspominaliśmy te osoby, jak również różne zdarzenia z nimi związane.  
W piątek autobusem pojechaliśmy do Stuposian po konie, spędzając kolejny dzień w siodle, ciesząc się urokami lasu, panoram i przeprawy przez San. Z kronikarskiej dokładności należy odnotować że tego dnia rozstał się z koniem Krzysiek. Przyczyną była ponoć rozciągnięta guma (?) – interpretacja dowolna.  

41. Czy to real, czy obraz malowany? 42. Krzysiek za chwilę rozstanie się z Czantorią.


Tego dnia szeryfa zarządziła „wianki”, jako że był to ostatni wieczór kiedy można było ten obrzęd przeprowadzić. Kalendarzowa noc świętojańska była co prawda 3 dni wstecz, jednak na rajdach szeryf nie przejmuje się kalendarzem i ustala noc świętojańską wtedy kiedy pasuje. W tym roku popadło na piątek.  
Jak zwykle było bardzo mało czasu na zbiór kwiatów i plecenie wianków, a o odpoczynku po jeździe należało zapomnieć. Wszyscy uwijali się jak w ukropie. Ostatecznie jakoś zdążyliśmy i na obiad stawiliśmy się pięknie ukwieceni. W takiej dekoracji wszystko smakuje podwójnie, aczkolwiek na rajdzie na brak apetytu nikt nie narzeka i wręcz objadamy się niemożliwie. Stąd konieczność wieczornego biegania na most na Sanie, co tego wieczoru także wykonaliśmy, tym bardziej, że należało wianki zwodować. Wianki mają popłynąć do morza, co jak wiadomo wróży szczęścia bez liku. Nie każdego roku grzecznie odpływają,  nie zawsze jest tyle wody w tej czy innej rzece ile trzeba. Ale przez lata więcej było odpłynięć niż stagnacji, więc opiekę niebios mamy zapewnioną, o czym świadczy choćby to, że spotkaliśmy się na 20-tym rajdzie.   
W tym jubileuszowym roku popłynęły dość dziarsko.  

43. Nie jest łatwo rozstać się z wiankiem… 44. …ale kiedyś trzeba to zrobić.


Na moście wypiliśmy parę guli dobrego trunku, więc humory się poprawiły i przystąpiliśmy do pobierania myta od przejeżdżających samochodów. W tym roku  w Dwerniku był tak duży ruch, że samochody jeździły po tej maleńkiej, zagubionej w lesie wiosce niemal bez przerwy – czegoś takiego nigdy nie było. Zatrzymywaliśmy wiele samochodów, ale tylko w trzech pasażerowie zechcieli przyłączyć się do zabawy.  Za pozwolenie na przejazd żądaliśmy wierszyka, piosenki lub zatańczenia na szosie. Jeden z kierowców wykonał parę podskoków, pasażerka innego samochodu zadeklamowała wierszyk, a jeszcze jeden kierowca zaśpiewał nam „sto lat”. Wszyscy dobrze się bawili, a tradycji stało się zadość. Usatysfakcjonowani wróciliśmy pod wiatę i siedzieliśmy przy ognisku ile kto mógł.  
Jubileuszowy rajd upływał w fantastycznej atmosferze, ale nadmienić trzeba że wyjątkowo dużo osób  miało kontakt z kleszczem i miejmy nadzieję że nikogo nie dotkną przykre konsekwencje. 
W sobotę rano czekała na nas kolejna niespodzianka – Józek obdarował wszystkich uczestników koszulkami z logo 20-tego rajdu. Było to miłe i oczywiście na jazdę wystroiliśmy się w te koszulki. A jazda była piękna jak zwykle. Jeździliśmy stale w górę lub w dół, las był świeży i pachnący, a panoramy na łąkach zachwycały. Postraszył trochę deszcz i na kilkanaście minut wskoczyliśmy w peleryny, ale wkrótce wyszło słońce i znowu zrobiło się kolorowo. Przez godzinę kręciliśmy się po łąkach i lasach dwernickich, by potem na kolejną godzinę przekroczyć szosę i pobuszować po drugiej stronie, po ścieżkach gdzie nigdy nie byliśmy. Po nocnym deszczu w lesie było bardzo mokro i na stromych błotnistych zboczach koniom rozjeżdżały się nogi. Wcześniej na łąkach pogalopowaliśmy trochę, aczkolwiek ostrożnie, gdyż było bardzo ślisko. Tego dnia jazda była wspólna bez biwaku, by mieć popołudnie wolne na odpoczynek i pakowanie przed podróżą. Żal serce ściskał, ale rajd dobiegł końca. Jakby dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba było szykować się do odlotu.  

45. Dostaliśmy koszulki z logo 20-tego rajdu. 46. Koszulkowa jazda po dwernickich łąkach.


Po obiedzie spotkaliśmy się pod wiatą, gdzie rozpalono grilla i piekliśmy kiełbasę i kaszankę. Śpiewaliśmy też i gawędziliśmy. Doszedł Józek, także Gosia z Jarkiem. Obdarowaliśmy naszych miłych gospodarzy prezentem, którego nie odpakowali, ale było to popiersie konia na postumencie z grawerowaną tabliczką.  Józek dostał duży kalendarz na następny rok, zrobiony ze wszystkich koni, które z nami rajdowały przez 14 lat. Bardzo się wzruszył i ucieszył, tym bardziej że kilka z tych koni opuściło już padół ziemski i pozostaną tylko na zdjęciach. 
Wydawało się kiedyś, że na 20-tym rajdzie na pewno poprzestaniemy. Rwie się dusza do raju, ale rozsądek podpowiada coś innego. Jednak w następnym roku byłby 15-ty rajd z Józkiem. Czy takiego jubileuszu wolno zaniechać? Cóż, trzeba będzie zimą przetrawić to pytanie i na wszelki wypadek pielęgnować zdrowie i kondycję, bo najprawdopodobniej znowu ruszymy w Bieszczady.

47. Szefowie Dwernika na ostatnim ognisku. 48. Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 49. Szeryfa śpiewa hymn rajdu.

 

Do zobaczenia….

50. Pożegnania nadszedł czas… 51. Czy za rok ruszymy w Bieszczady?

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć.