VII Rajd Bieszczadzki – impresje Ety

 

 No i po Jubileuszowym Rajdzie 2008 i już po przejściach

 

Wygląda na to, że im lepiej bawię się na rajdzie tym ciekawsze mam powroty do Wrocławia.  Jeśli czytaliście moje pierwsze wrażenia po moim poprzednim rajdzie dwa lata temu, to może pamiętacie jak entuzjastycznie się o nim wyrażałam, a mottem sprawozdania było „Hej, w prerii mieć dom….”.   A na koniec nasza fantastyczna podróż powrotna nie klimatyzowanym autobusem z Marycha, która też  już   pewnie znacie.

Trudno sobie to wyobrazić, ale tegoroczny rajd był lepszy.  Lepsza organizacja i zadbanie o Radowiczów, także o konie, lepsze konie, lepsze trasy i wręcz fantastyczny nastrój.  Na pewno pomogło, że mieliśmy dwóch mistrzów gitary i harmonijek ustnych.  Jeden to Wuja Wojt, którego nie musze zachwalać, wszyscy wiemy jakiej klasy jest to muzyk i człowiek. Drugi, Kazio, były gitarzysta Maryli Rodowicz, pojawił się pierwszy raz na Starokońskiej imprezie i bardzo szybko załapał o co tu chodzi.  Mieliśmy wiec wspaniale koncerty i podkłady muzyczne do naszych śpiewnikowych śpiewów.  Po świetnych jazdach, po przepysznym jedzonku, przy szampańskich (lub inno-alkoholowych) humorach, mieliśmy co wieczór konsolidującą imprezą. Mam nadzieje, że wyrażam zdanie wszystkich mówiąc, że rajd naprawdę się udał.

Po rajdzie postanowiłam tym razem nie wracać do Wrocławia, ale zabrać się z Jurkiem do Warszawy i tam parę spraw załatwić. Wcześniej umawialiśmy się, że przynajmniej pierwsza noc spędzę w Zalesiu a potem przeniosę się do koleżanki mieszkającej przy

Al. Jerozolimskich. Przed wyjazdem Jurek wspomniał o jakichś możliwych komplikacjach z noclegiem, ale będąc niepoprawną optymistką uznałam „możliwe” za nieistotne no i pojechaliśmy.  Oczywiście gdzieś w połowie drogi, przy pomocy komórki okazało się, że nocleg u Jurka w ogóle nie wchodzi w rachubę, owszem, cały autobusik Austriaków jest w drodze do niego i oczywiście będą nocowali. Tak więc „zupełnie naturalnie” (dla mnie w każdym razie) zwróciłam się do Hani Warszawianki, która jechała z nami, czy nie mogłaby mnie przyjąć na noc.  Biedna Hania najpierw przeżyła coś w rodzaju szoku, ale jak już się oswoiła z taką możliwością, to nie tylko mnie przyjęła, ale jeszcze okazała ogromną gościnność.  Zapędziła również swoich wspaniałych synów – o rany! Nie tylko przystojni i wysocy, ale na dodatek ogromnie sympatyczni.  Tyle, że za młodzi….  A wiec zapędziła tych synów do pomocy (głównie transport) w moich perypetiach.  No i tu zaczyna się opis perypetii.  Bo pewnie nikt z rajdowiczów nie zdawał sobie sprawy (ja zresztą też nie), że mieli miedzy sobą kryminalistkę, osobę poszukiwaną przez policję za przestępstwo gospodarcze.

Otóż mając perspektywę wożenia się z bagażem przez Egipt i Dubai, a potem tanim samolotem z Londynu (limit do 15kg bagażu) wysłałam wszystko co miało mi się przydać na rajdzie paczką do mojego brata we Wrocławiu. Włączając oczywiście bardzo starannie kompletowane przez dwa lata „stroje wyjściowe”. Paczka, owszem, przyszła, ale jak brat już podpisał że ją przyjął, to podsunęli mu papierek z Urzędu Celnego, że coś zostało z paczki wyjęte.  Na to mój brat poprosił o kopie tego papierka, co by mógł się wytłumaczyć przed siostrą, dlaczego czegoś w tej paczce brakuje.  Ponieważ mu odmówili, to skreślił swój podpis i w zamian podpisał papierek, że tej paczki nie przyjmuje..  Następnie napisał list do Poczty żądając wyjaśnień.  A potem został wezwany na Policje w celu złożenia zeznania na temat tej paczki.  Czy wiedział, że siostra wysyła, czy wiedział co wysyła, czy często takie paczki przysyła, a jak często siostra wyjeżdża za granice, a czy on często wyjeżdża za granice itp. W końcu dowiedział się że chodzi o kapelusz, który miał skore i zęby krokodyla, a to jest przemyt, że który obywatele Unii Europejskiej muszą ponieść należną karę.  Wiec nie tylko, że zostałam bez niczego na rajd, bo paczkę odesłali już z powrotem do Australii (nb. jeszcze nie doszła), ale jeszcze są trudności.  Toteż już   po rajdzie, będąc w Warszawie, postanowiłam wpaść do Urzędu Celnego i spróbować coś wyjaśnić. A tu powiedziano mi, że Proszę Pani, sprawa jest już  na Policji i podali mi numer mojej sprawy.  Na Policji pan posadził mnie naprzeciwko siebie i kazał cala historie kapelusza opisać własnymi słowami. Posłusznie powiedziałam dlaczego i po co, że to stary kapelusz i przewoziłam go już   kilka razy przez granice tam i z powrotem i nigdy nic nie było,  wiec dlaczego teraz.  „No bo nasi celnicy nareszcie się uczą”.  Pokazał mi też  paragraf gdzie stało, że do krajów UE nie wolno wwozić żadnych materiałów wskazujących na pochodzenie od zwierząt pod ochroną.  Krokodyle pod ochrona w Australii?!  Przecież to szkodniki i należy rzucać na nie uroki, a nie chronić.  A na kapelusze to mamy krokodyle hodowlane.  A  ma Pani dowód, że to z hodowlanego? No nie mam, ale też kupiłam go w czasach, kiedy takie dowody nikomu nie przychodziły do głowy.  A ma Pani dowód kiedy go Pani kupiła? No też  nie mam, ale przecież ten kapelusz to zwykła krowa i tylko wąski pasek jest z krokodyla. Może i wąski, ale 45cm długi i do tego dochodzi 5 małych kłów.  No tak, bo gdybym zabiła dużego krokodyla, to może byłaby to przynajmniej jakaś chwała, a tu przecież najwyraźniej jakieś ‘baby’.  W takim to duchu przebiegała nam rozmowa i przyznam, że prawie zaprzyjaźniliśmy się z Panem Policjantem.  Na imię miał Artur. Poskarżył mi się, że nie po to poszedł do Policji, żeby walczyć z kapeluszami, tylko żeby łapać przestępców, a ja mu tu na przestępcę nie wyglądam. Zgodziłam się z nim skwapliwie.  Niemniej sprawa została założona i on musi spisać protokół. Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców, nazwisko panieńskie matki, kolor oczu, kolor włosów, wzrost i waga, znaki szczególne, obywatelstwo, adres w Polsce, adres w Australii, telefony itp.  W pewnym momencie powiedziałam, że czuję się tak, jakby mi za chwile mieli zrobić zdjęcie z profilu pod ściana.  Na to usłyszałam, że gdyby to miało miejsce dwa lata temu to nie tylko zrobiliby zdjęcie, ale jeszcze wzięli odciski palców  – ale na szczęście ten wymóg znieśli.  Zaczęłam się zastanawiać, czy może wsadzą mnie do aresztu. Spisaliśmy też moje zeznanie, czyli jeszcze raz wszystko od początku i musze przyznać, że pan Artur bardzo mi pomagał żeby miało wygląd profesjonalny, a ja żebym wyszła na niewinną.  Niemniej jak poszedł zadzwonić do pani Prokurator, żeby zapytać co mi najprawdopodobniej grozi, to wrócił z pytaniem: „Szczoteczkę do zębów Pani ma przy sobie?”  Tym mnie zaskoczył, ale zaraz się roześmiał i powiedział: „ Sześć miesięcy w zawieszeniu na dwa lata i 1000 złotych grzywny”. Też nie najlepiej, ale najpierw musi się odbyć sprawa, a w międzyczasie mogę opuścić kraj.  W razie czego maja mojego brata.  I w tym to przyjacielskim duchu rozstaliśmy się z panem Arturem – on życząc mi umorzenia sprawy, a ja życząc mu awansu na łapacza przestępców.  Jak mnie zasądzą, to wpiszą mi to do akt i jako kryminalistka nie będę mogła w Polsce dostać pracy.  To może ja już zostanę w tej Australii?

A skoro mowa o Australii to przypominam o mojej ofercie zorganizowania rajdu (i nie tylko) u siebie.  Zaproszenie rozszerzam na inne kraje strefy Akajotowej, proszę, zjeżdżajcie do Australii.  Rajd odbędzie się w przyszłym roku (2009) w kwietniu lub październiku, bo to najsympatyczniejsze miesiące. Wkrótce prześlę wstępne informacje i kosztorys, ale już   możecie zacząć się  przygotowywać.  Na razie choruje, bo gdzieś złapałam półpasiec i trochę mnie pomęczył, ale pomału dochodzę do siebie.

Serdeczności – do usłyszenia –Eta