Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

Nowinka 6 – 8.05.2022 r.

 

 

W dniach 6 – 8 maja 2022 r. odbył się kolejny spęd „Starych Koni”, gdyż Stare Konie mają  co prawda w nazwie „stare”, ale jak każdy widzi są wiecznie młode i wiecznie spragnione aktywności. Nikt z tego grona nie zamierza zagnieździć się w fotelu, oglądać seriale i biadolić gdzie strzyka. Wiadomo że strzyka wszędzie, ale wiadomo też, że na wszelkie bolączki najlepszy jest ruch, świeże powietrze i dobre towarzystwo. Więc po wcale też nie leniwej zimie (narty, wędrówki), postanowiliśmy się spotkać w szerszym gronie.
Na miejsce spędu ponownie wybraliśmy „Nowinkę”  w Masywie Śnieżnika, gdyż „Nowinka” nie mając co prawda pięciu gwiazdek jest klimatyczna i bezpieczna. A szefowa Kasia i jej załoga są tak charyzmatyczni, że chętnie się do nich przyjeżdża.

1. Znowu w Nowince 2. Tu byliśmy

 

Tym razem przybyło 16 osób, w tym aż 5 źrebaków/wnuków, co było nowością. Dostaliśmy wygodne pokoje jedno- i dwuosobowe z łazienkami, a Kasia dobrze nas karmiła, improwizując w kuchni i tworząc ciekawe dania.

3. Zwierzęta w Nowince są bardzo przylepne 4. Wszędzie pieski 5. Kolejna przylepa się przylepiła

 

Jak napisano w poprzedniej relacji z „Nowinki”, jest tam dużo wszelkich zwierząt – kotów, psów, kóz i koni rzecz jasna – ale tym razem trochę tej menażerii było pochowanej ze względu na naszych alergików. Tym niemniej i tak w końcu plątało się pod nogami sporo zwierzyny. Było też więcej niż zwykle dzieci, gdyż Kasia od marca przygarniała uchodźców ukraińskich i w czasie naszego pobytu była ich jeszcze liczna gromadka. Były to głównie kobiety z dziećmi. Kobiety dzielnie pomagały w porządkach i w kuchni, wyręczając szefową z wielu zajęć. Z naszych dzieci były trzy wnuczki Reni i Andrzeja oraz dwoje wnuków Marysi.
Trafiliśmy na piękną pogodę,  więc używaliśmy powietrza i słońca bez ograniczeń. A koniki czekały.

6. Przyjechaliście? 7. Na pastwisku pod górami 8. Błogi spokój

 

W piątek ludzie zjeżdżali się do późnego popołudnia, ale kilka osób przyjechało wcześniej i te osoby zaraz po wyjściu z samochodu wskoczyły w siodła i ruszyły w  majowe góry i kwitnące dróżki. Doznali chwili grozy, gdyż jeden z koni o mało nie rozdeptał żmii wygrzewającej się na środku polnej drogi, a opisany był  kiedyś przypadek, że żmija uśmierciła konia swoim jadem. Tym razem nic się nie stało, ale w wędrówkach nie lekceważmy tego zagrożenia.
Pod wieczór poszliśmy na spacer do starego kamieniołomu.

9. Jazda piątkowa 10. Spacer do kamieniołomu

 

W sobotę po śniadaniu odbyły się dwie jazdy konne. Pierwsze jazda była zorganizowana pod kątem wnuczek Reniowych, które bardzo chciały przejechać się w prawdziwy teren. Organizator musi najpierw przetestować umiejętności klienta, więc zrobili dziewczynkom odrębną jazdę, w towarzystwie obstawy. Grupa pojechała  łąkami wkoło wsi, głównie stępem i troszkę kłusem.

11. Wnuczce trzeba zaimponować 12. W sobotę rusza w teren pierwsza grupa

 

Po powrocie pierwszej grupy koni dosiadł zasadniczy skład starokoński, w towarzystwie prowadzącej Emilki i obstawiającej tyły Wiktorii. Jazda była piękna, gdyż świat był piękny. A koniki nowińskie są spokojne i bezpieczne, więc nic, tylko się zachwycać widokami i cieszyć galopem po żółtych od mniszka łąkach.

13. Bezkresne łąki 14. W majowym lesie

 

Druga jazda trwała ponad dwie godziny. Najpierw pojechaliśmy leśnymi dróżkami w stronę Goworowa, chwilami wspinając się mocno do góry. Widzieliśmy Goworów w dole, a dalej Góry Bystrzyckie. Potem trochę plątaliśmy się po różnych nieznanych ścieżkach, mniej lub  bardziej przejezdnych, by ostatecznie zjechać z powrotem na łąki i przez kolejną godzinę buszować po nich, galopując ile się dało.

15.  W dole zostawiamy Goworów 16. Miły relaks po jeździe

 

Osoby nie jeżdżące konno zażywały leniwego relaksu przed domem, ciesząc się swoim towarzystwem w wiosennych okolicznościach przyrody. Po jeździe Kasia przygotowała „coś na ząb”, gdyż do obiadokolacji nie dotrwalibyśmy, a w Nowince nie ma ani sklepu, ani tym bardziej jakiejkolwiek jadłodajni. Dostaliśmy kanapki, ciasto, owoce i napoje. Posiedzieliśmy godzinkę w ogrodzie i posileni ruszyliśmy realizować kolejny punkt programu, czyli wyprawę do kaskad Nowinki. Nowinka to tak naprawdę mała rzeczka płynąca przez wieś, bo wieś nazywa się Nowa Wieś. W lesie ponad wsią Nowinka spływa z gór tworząc w pewnym miejscu urocze kaskady, ale najpierw trzeba przemaszerować godzinę od skraju lasu, cały czas łagodnie pod górę. Ponieważ czas był napięty, do skraju lasu podjechaliśmy samochodami, by nie tracić czasu na marsz asfaltem po wsi. Wędrówka majowym lasem była sama w sobie dużą przyjemnością, gdyż maj jest jak wiadomo najpiękniejszym miesiącem w roku, wszystko wkoło śpiewa i pachnie. A szum strumienia to balsam na duszę, więc osiągnięcie celu nie było bezwzględnie wymagane – każdy uszedł tyle ile chciał i mógł. Natomiast do kaskad dotarło  siedem osób, więc wynik całkiem  dobry.   

17. Idziemy na wyprawę 18. Urokliwa Nowinka
19. Kaskady Nowinki 20. Cel wyprawy osiągnięty

 

Po powrocie do domu zalecany był pośpiech, gdyż do obiadu zostało pół godziny, a wyprawialiśmy imieniny Olowi i trzeba się było wystroić i nie spóźnić. Więc odpoczywania nie było, ale na naszych spotkaniach to bynajmniej nic nowego.
Olo nie był uprzedzony co knujemy, więc miał całkowitą niespodziankę. Były prezenty i przemówienie Marysi, odpalono szampana i życzyliśmy Olowi i sobie przewodniej roli naszego Pasterza po wieczność. Był to bardzo miły wieczór, okraszony smacznym i oryginalnym obiadem. Udało się wreszcie opróżnić ostatniego szampana z grupy tych, które zjeździły z nami już kilka imprez od rajdu poczynając i „nie chciały się wypić”. Wreszcie ostatniego wypiliśmy.

21. Imieniny Ola 22. Goście dopisali
23. Solenizantowi życzymy wszystkiego najlepszego 24. Spędziliśmy piękny wieczór

 

W dobrych nastrojach przenieśliśmy się do ogniska, które w międzyczasie zapłonęło, a kiełbaski czekały. Ogień i zapach dymu to także miód na duszę, tym bardziej że niebo zaroiło się od gwiazd i powiało wakacjami. Można by tak siedzieć bez końca, niestety chłód zaczął eskalować i przed  23.00  było już zbyt zimno aby siedzieć dłużej.

25. Wieczorne ognisko 26. Ogniskowy dym to balsam na duszę

 

W niedzielę organizatorzy zaryzykowali i zezwolili na jedną wspólną jazdę, czyli na wyjazd w teren grupy łącznie z wnuczkami. Jedna z dziewczynek radzi sobie w siodle całkiem nieźle, ale druga nie jeździła jeszcze w teren. Prowadząca jazdę Emilka miała decydować na bieżąco ile będzie kłusa i czy da się zagalopować. Powstał jednak inny problem – czy starczy koni. Chętnych do jazdy naliczyliśmy 10 osób. W Nowince jest co prawda koni w bród, ale koń koniowi nie równy. Więc Kasia z Emilką głowiły się chwilę które konie pójdą i które trzeba ściągnąć z pastwiska. Ostatecznie każdy chętny dostał wierzchowca i ruszyliśmy w świat. Pojechaliśmy łąkami w stronę Międzygórza, mając cały czas otwarte panoramy przed oczami i wiele kwitnących drzew po drodze. Zagalopować się nie udało, koń jednej z dziewczynek okazał się zbyt aktywny. Jednak jazda dała wszystkim dużo przyjemności, a trwała ok. 1,5 godziny. Radzili sobie i starzy i całkiem młodzi, a zupełnym ewenementem było iż koło siebie jechała i babcia i wnuczek.

27. Babcia podąża za wnuczkiem 28. Świat jest piękny, szczególnie z końskiego grzbietu
29. Młodzi, młodsi i najmłodsi w siodle…
30. Chwilo trwaj… 31. Po jeździe na pastwisku

 

Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejne spotkanie starokońskie. Doładowaliśmy akumulatory i bez żalu można było wracać do domu. Jedni odjeżdżali zaraz po jeździe, inni posiedzieli jeszcze trochę w ogrodzie przy herbacie i kawie, nie śpiesząc się zbytnio. Pięć osób pojechało jeszcze na obiad do ciekawego Vegan House w Nagodzicach, gdzie jak nazwa mówi karmią wegańsko, dania są oryginalne i bardzo smaczne.

32. Miłe chwile w Nowince 33. Ciekawe miejsce – Vegan House

 

Kolejny spęd Starych Koni przeszedł do historii.

33. Baj baj koniki

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć.

Tekst i większość zdjęć: Formisia

 

 

 

 

 

Wigilia Starych Koni 2021

     Opłatek 2021      

 

Mimo pandemii koronawirusa nękającej świat od ponad roku, nauczyliśmy się żyć w nowej rzeczywistości, a negatywne emocje które początkowo mocno  definiowały nasze poczynania, zostały raczej okiełznane. Stare Konie zaszczepiły się zgodnie z zaleceniami i choć nie zrezygnowały z przestrzegania wymaganych zasad bezpieczeństwa, wróciły jednak do jakiej takiej normalności. Czego efektem było między innymi doprowadzenie do skutku spotkania opłatkowego przed świętami.

1. Goście się schodzą 2. Smakołyki czekają
2. Salka ciasna ale własna 4. Zasiadamy do stołu

 

Miejscem spotkania była restauracja „Orbita” przy kompleksie sportowym na ulicy Wejherowskiej, gdzie spędzaliśmy wigilię dwa lata temu. Wtedy mieliśmy do dyspozycji obszerną salę na parterze pięknie udekorowaną, która niestety w tym roku była niedostępna. Z konieczności biesiadowaliśmy w małej salce na piętrze, której poziom wytworności odbiegał mocno od tamtej, ale szybko stworzyliśmy sobie radosny, świąteczny klimat i spędziliśmy razem przyjemny czas. Wartością nadrzędną naszych opłatkowych spotkań jest to, że pojawiają się osoby nie widziane cały rok, które z różnych powodów nie jeżdżą na rajdy ani spędy, a jednak chcą stale być w tej magicznej strukturze jaką są Stare Konie – i to jest piękne.

 

5. Przybyliśmy z własnymi opłatkami 6. Oczekiwanie…
7. Marysia składa życzenia 8. Olo składa życzenia

 

W tym roku na wigilijne spotkanie przybyły 23 osoby. Wcześniej zapowiedziano, że każdy uczestnik pojawia się z własnym opłatkiem, odeszliśmy też od zwyczaju składania życzeń każdy każdemu. Ogólne życzenia całej grupie złożyła najpierw Marysia, potem Olo. Natomiast miłą innowacją był pomysł aby następnie każdy po kolei wstał i dedykował życzenia wszystkim na zasadzie co komu w duszy gra. Jak łatwo się domyślić najbardziej popularne były życzenia zdrowia, co w obecnych czasach ma szczególny wymiar. Ponadto płynęły życzenia pomyślności wszelkiej, a także nie kończącej się ochoty do aktywności i dalszych spotkań, z koniem w tle i bez konia, a przede wszystkim szybkiego odwrotu wirusa, co będzie gwarantem realizacji wszelkich życzeń. Jednak najbardziej akcentowanym życzeniem było abyśmy za rok spotkali się w gronie nie mniejszym… aby nikogo nie ubyło.

 

9. Czerek życzy… 10. Andrzej życzy…
11. Maja życzy… 12. Jurcyś życzy…

 

Mając nadzieję na spełnienie tych życzeń przystąpiliśmy do konsumpcji, gdyż panie z kuchni pownosiły w międzyczasie półmiski pełne pyszności. Były ryby w różnych postaciach, sałatki, pierogi i barszczyk, a na koniec deser makowy i ciasto. W przyjemnej i wesołej atmosferze zajadaliśmy, wspominając co mijający rok przyniósł dobrego, ale także robiąc nieśmiałe plany na przyszłość.

 

13.  Łyczek geringerówki musi być 14. Czas miło płynął

 

Hania starym zwyczajem częstowała swoimi pierniczkami, a także zastępując Mikołaja wręczyła każdemu nietuzinkowy i zaskakujący drobiazg z postaci zapalniczki z konikiem (bo takie akurat gdzieś na mieście wypatrzyła). Nabyty sprzęt  zaraz znalazł zastosowanie  – pozwolił wykonać „światełko do nieba”.  

 

15. Światełko do nieba 16. Rozświetlamy nasze życzenia

 

Może tym gestem rozświetliliśmy nasze życzenia? Nasze marzenia?

Zobaczymy co rok przyniesie.

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć

Tekst i zdjęcia: Formisia
Wstawiła na stronę: Formisia 

 

 

Pamięci Krzysia Dworowskiego

Kochany Krzysiu, żegnamy Cię dziś z bólem, wielkim żalem i niedowierzaniem!
Trudno jest pisać o przyjacielu, który tak niespodziewanie nas opuścił. Napiszę więc tak, jak Cię spostrzegaliśmy w naszym gronie.
 Byłeś zawsze wesoły, pełen werwy i pomysłów. Uczestniczyłeś aktywnie w życiu klubowym jeszcze za studenckich czasów w AKJ-cie, wprowadzając wesołą atmosferę, okraszając dowcipami każde spotkanie – czy to bal klubowy, obóz, czy rajd konny. Byłeś świetnym jeźdźcem.
Po latach gdy powstało stowarzyszenie „Starych Koni” – byłych członków AkJ-tu wrocławskiego, przystałeś do nas natychmiast. Organizowałeś „spędy”, bale  Brałeś udział w rajdach huculskich, a gdy stwierdziłeś, że konie huculskie są za niskie, wymyśliłeś „Rajdobozy”, czyli obozy jeździeckie na normalnych koniach na Pojezierzu Drawski, początkowo w Rakowie, a później w Komorzu. Prowadziłeś je przez osiemnaście lat. Byłeś ich „superszeryfem”.  Dbałeś nie tylko o stroną jeździecką, ale i o życie towarzyskie. Byłeś autorem i pomysłodawcą nieskończonej ilości imprez, które realizowałeś, wraz z Grażynką, z właściwą sobie fantazją, czym zaskarbiłeś wdzięczność wszystkich uczestników. Jesteśmy Ci za to niepomiernie wdzięczni i aż trudno nam sobie wyobrazić, że w przyszłam roku już nas nie poprowadzisz po lasach i jeziorach Pojezierza Drawskiego.     Odszedłeś niespodziewanie wprawiając nas w szok i osłupienie. Opuściłeś swoich przyjaciół nagle. Wciąż nie potrafimy się z tym pogodzić.
Spoczywaj spokojnie na Niebieskich Pastwiskach. Będziemy zawsze o Tobie pamiętać. 

Olo  

***

 

Cześć Olo, przekaż proszę w moim imieniu rodzinie Krzysia wyrazy współczucia. I tak się kończy pomału AKJ jak i wszystko raz ma swój koniec. Smutne, ale prawdziwe. Dziękuję ci jak zawsze za wszystkie wiadomości. Terror, który się łagodnie mówi:„obostrzenia” szerzy się na całego wszędzie i uniemożliwia jakiekolwiek plany. Ściskam serdecznie 
Tomek de Lubomirz Treter

***

Przykro. I trzeba wspominać. Pozdrawiam serdecznie.
Aleksander Mazelisz

***

Co za okropna wiadomość !
Był okazem zdrowia, niewyczerpanej  energii, optymizmu,  licznych talentow i sukcesów ! Jak to możliwe ? 
Łączę się w bólu z Rodziną, Bliskimi, wszystkimi, Starymi Końmi
Maria Lewicka

***

O Boże, Andrzej co się stało?!
Eta

***

Drogi Olo, napisz proszę trochę więcej co się stało, co poprzedziło, czy co spowodowało odejście Krzysia Chudzika.Myśmy zaczynali razem, dużo razem było potem. Miałem z Krzysiem szczególny i wyjątkowy  kontakt.Ten  sam wiek, aż mi krew odpłynęła.
Dziękuję,to wyczerpująca informacja, choć muszę ci się przyznać, że niecierpliwiąc  się tą moją niewiedzą, zadzwoniłem do Jagódki Bartelmusowej i już mi odpowiedziała na moje pytania.
Nie zmienia to mojego szoku i smutku, bo czułem się bardzo bliski Krzysiowi. Pozostaje modlić się za niego.
Marek Komza

 

***

Tak mi przykro , że odszedł Pan Krzysztof. To takie smutne. Jeszcze dzieje się to w rocznicę śmierci mamy. Jakoś tak to wszystko musi być poukładane niestety. Jutro pogadam z Tatą, powiem mu. Dzisiaj wieczorem , jak to przeczytałam , to już nie będę go zasmucała tak na noc . Pozdrawiam Pana serdecznie , choć sprawa taka smutna , 
KasiaPM (córka Czarka Proniewskieego).

***

Mam serdeczna prośbę. Aby umieścić na stronie Starych Koni wielkie podziękowanie ode mnie za wsparcie  i udział w pożegnaniu Krzysia.
Całuję Was mocno Grażyna

XX Wielce Jubileuszowy Rajd Bieszczadzki Starych Koni

W roku 2021 Stare Konie doczekały nieprawdopodobnego jubileuszu,  którego przed laty nikt z pewnością nawet sobie nie wyobrażał –  a mianowicie rajdu dwudziestego. Gdy dwadzieścia lat wstecz zaczynaliśmy zabawę w rajdowanie, wydawało się że będzie to zabawa jednorazowa, no może powtórzymy raz czy dwa. Już wtedy byliśmy przecież mocno dorośli, a PESEL straszył i nieubłaganie nabierał rozpędu. W biegiem lat coraz mocniej strzykało tu i tam, sił ubywało, garść  prochów przy śniadaniu zwiększała objętość. Ale jednocześnie rok po roku organizowaliśmy kolejne rajdy, a każdy działał jak coraz to silniejszy narkotyk i nijak nie dało się z tej formy urlopowania zrezygnować.
Skutkiem czego dotrwaliśmy do magicznej dwudziestki. Jest to tym bardziej godne pochwały, że dwa ostatnie rajdy odbyliśmy w dobie pandemii, gdy możliwość przemieszczania się oraz mniejszy lub większy strach przed wirusem były czynnikami stopującymi różne inicjatywy urlopowe. 

1. Stare Konie zaczynają 20-ty,  mega jubileuszowy rajd. 


Ale bez rajdu cóż wart byłby ten świat….  Więc do Dwernika w piątek 18 czerwca zjechała całkiem pokaźna grupa 23 kowboi. 18 osób zamierzało rajdować w pełnym wymiarze, a 5 osób przyjechało na 3 dni, na główne obchody jubileuszowe. Tych 5 osób to Olo z Olową, Grażyna Krzyśkowa, Jarka też Krzyśkowa, oraz przez cale lata nie widziany Olek żeglarz. Natomiast grupa pełnowymiarowa to: Marysia szeryfa, Reniowie, Rudzi, Wujowie, Dorota, Majka, Zgaga, Stefan, Sławek, Aldona, Krzysiek od Grażynki, Andrzej żeglarz, Maciek warszawski, Ewa Gdańszczanka i Ewa Formisia. Rajdowaliśmy oczywiście z Józkiem, który przywiózł do Dwernika liczne stadko koni, tak że każdy mógł jeździć ile dusza zapragnie. Sporo starych koni ubyło, lecz w to miejsce pojawiły się nowe.  Nie pojawił się Bojar, Berdanka, Weda, Wadera, Celka ani Poligon, natomiast nowe mustangi to 4,5 letnia łaciata Czantoria, 5-letni, również łaciaty Wiarus, 6-letnia Hiacynta, starsza siwa Letycja i poniekąd nowy (bo w zeszłym roku pod naszym kowbojem szedł tylko raz) duży kary Wezyr. Józek poprowadził rajd na nowej, bardzo elektrycznej Melisie. Ze znanych koni był Basior, Eldik, Fikus, Gaskończyk, Emir i Figlarna.
Każdy dzień obfitował w różne wesołe, jubileuszowe akcenty, a nowością jeśli chodzi o trasy naszych wędrówek był wyjazd do tak zwanego Worka Bieszczadzkiego, co się wiązało z dwoma noclegami poza Dwernikiem i dość skomplikowaną logistyką przedsięwzięcia.
W sobotę przy śniadaniu szeryfa rozdała wszystkim uczestnikom piękne kolorowe bandamki. Sama je uszyła, a projekt zrobił Olo wg grafiki naszego nieocenionego nadwornego plastyka z Kanady Marka.
Konie stały w Zatwarnicy, dokąd pojechaliśmy busem. Ściągnięcie ich z odległego pastwiska, przydział nowych koni i dopasowanie sprzętu trwało długo, więc w trasę ruszyliśmy dopiero o 12.30. Jechaliśmy z Zatwarnicy do Dwernika, pokonując  trasę znaną z wcześniejszych lat. Były wysokie zarośla, łąki i piękne widoki. Przekroczyliśmy San przy płytkim stanie wody i spotkaliśmy się w lesie z resztą grupy na biwaku. Po odpoczynku druga grupa podróżowała także znanymi ścieżkami, zaliczając krótką ulewę i pomrukiwania burzy, która na szczęście nas ominęła. Niestety w lesie zdarzył się przykry wypadek, a mianowicie jadący na Wezyrze Sławek nie wytrzymał skoku konia przez dużą kałużę na leśnej drodze i z impetem gruchnął z wierzchowca. Wszystko wyglądało groźnie, gdyż Sławek długo się nie podnosił i nasi lekarze mieli sporo roboty przy „reanimacji”. Ale ostatecznie skończyło się dobrze, Sławek nawet dosiadł w powrotem swojego konia, gdyż byliśmy głęboko w lesie i nie doszedłby pieszo do celu. Jechaliśmy oczywiście wolnym stępem, a nasz upadkowicz  po pierwszym szoku pozbierał się do kupy i jubileuszowy wieczór spędził w dobrej kondycji i z dobrym humorem. Tym niemniej po dwóch dniach opuścił rajd i wrócił do domu.

2.  Konni pokonują San, wozowi czekają z bigosem. 3. Sławek na Wezyrze, za chwilę się z nim rozstanie.


A wieczorem działo się, działo… Najpierw Lalucha powiesiła w jadalni wykonany przez siebie plakat, objaśniając jego treść i wprowadzając niejako w jubileusz. Bo na plakacie przedstawiła nową grupę bieszczadzkich aniołów, powiększając grono tych aniołów, z których Bieszczady słyną. Nad całą grupką wznosił się Nadszeryf Stworzyciel, czyli Henio. Poniżej fruwały Aniołowie Zwierzchności, sprawujący pieczę nad Starymi Końmi, wierzchowcami i terytoriami – czyli Marysia i Józek. Nieco powyżej z lewej fruwali Serafini, czyli aniołowie ognistego prapoczątku rajdów Starych Koni po przejściach – to Olo z Olową. Poniżej aniołów zwierzchności ujrzeliśmy dwa Cherubinki, czyli anioły wspólnoty i piękna, strzegący starokońskiego Drzewa Życia – to Renia i Andrzej. Z prawej strony od Cherubinów kołysał się Anioł Rajskich Ogrodów i ich pamięci – czyli Formisia. Pięknie to Laluszka zrobiła i już na wstępie ubawiliśmy się i wprawiliśmy w dobry nastrój. Ale dalszych punktów programu była mnogość, po zjedzeniu obiadu realizowane były kolejne. Najpierw Olo przemówił, podsumowując całe to przedsięwzięcie jakim są nasze uporczywie trwające tyle lat rajdy. Na okoliczność szacownego Jubileuszu rozdał wspaniałe papeterie, ozdobione grafiką Marka i Teresy. Następnie Renia rozdała wykonany przez siebie śpiewnik „Rajdy wyśpiewane”, który zawiera zbiór hymnów szeryfa (głównie Henia, ale ostatnio też Marysi) i rozmaitych ballad i piosneczek, które powstawały spontanicznie na wszystkich dotychczasowych rajdach i stanowią jego swoistą, rymowaną historię. Autorzy spisywali je na byle czym, wykonywali solo bez prób, często z naszym chórkiem. Wiele z nich miało wykonanie jednorazowe.  Kto był na tych rajdach to wie o co chodzi, a kto nie był to z pewnością odczuł klimat tamtych dni. Łza się w oku kręci.

4. Bieszczadzkie Anioły 5. Olo przemawia


Kolejnym punktem programu było uhonorowanie tych osób, które uczestniczyły we  wszystkich rajdach… lub prawie wszystkich. „Zaliczyć” dwadzieścia, czy nawet osiemnaście lub siedemnaście rajdów to jakby nie patrzyć wyczyn nie lada. Z jednej strony świadczy o niezwykłej determinacji, z drugiej to manifest wyższości poniewierki jaką jest rajd, nad ekskluzywem ciepłych mórz, palm i wygody – z pewnością  należy to docenić. Osobami które były na wszystkich rajdach okazały się Renia z Andrzejem i Formisia. Szeryfa wręczyła „zwycięzcom” prezenty, a były to makiety miasteczka westernowego, pięknie wykonane na zamówienie. Szeryfa zadała sobie wiele trudu i pomysłowości zdobywając je  i niespodzianka była wielka.

6. Ze wzruszeniem słuchamy Ola. 7.  Te osoby były na wszystkich rajdach.
8. Marysia przejeździła 18 rajdów. 9. Aldona przejeździła  17 rajdów. 10. Również Wojtuś przejeździł 17 rajdów.

 

Nie ma osoby, która opuściła tylko jeden rajd i „zaliczyła” ich 19. Natomiast dwie nieobecności, czyli 18 rajdów  przejeździła Marysia, i jej jest drugie miejsce na pudle. Trzema nieobecnościami (przejechanych 17 rajdów) wykazały się dwie osoby, Aldona i Wuja. Wszyscy wymienieni otrzymali medale w postaci własnego rajdowego zdjęcia w dekoracyjnej ramce, z odpowiednim napisem.  Pamiętając że w klasyfikacji sportowej najgorsze jest miejsce poza pudłem, czyli czwarte, a takowe osiągnęła Dorota (mając cztery  nieobecności i 16 przejechanych rajdów) – Dorota także otrzymała zdjęciowy medal, ku wielkiej uciesze. Na tym część oficjalna akademii się zakończyła i przystąpiliśmy do konsumpcji niezwykle dekoracyjnego tortu, upieczonego przez dwernicką Małgosię. Takiego tortu nikt chyba w życiu nie widział – była na nim zielona zagroda, koń za płotem i kwiatki – aż szkoda było kroić. Ale po chwili wsuwaliśmy aż się uszy trzęsły, dobierając ile się dało. Na zagryzkę dostaliśmy upieczone przez Majkę ciasteczka w postaci małych koników, więc po tym obżarstwie pognaliśmy na most na Sanie by  pilnie spalić kalorie. Przy okazji ucieszyliśmy oko niezwykle spektakularnym zachodem słońca nad Sanem.

11.  Wspaniały jubileuszowy tort 12. Zachód słońca nad Sanem


Na tym wieczór się nie skończył, po powrocie do jadalni zasiedliśmy do wspomnień. Oglądaliśmy pokaz slajdów o naszych 20-tu rajdach autorstwa Formisi, zatytułowany  „gdzieśmy byli, cośmy widzieli”. Temu i owemu spadała od czasu do czasu głowa od nadmiaru wrażeń i świeżego powietrza (że o whiskey nie wspomnę), ale generalnie publika reagowała emocjonalnie, a przede wszystkim po raz kolejny doznawaliśmy zdziwienia: „myśmy naprawdę to wszystko przeżyli…”?  
W niedzielę pojechaliśmy na piknik do Nasicznego. Trasę tą pokonaliśmy już parę razy, można jedynie wspomnieć, że w tym roku była jeszcze bardziej niż zwykle  zarośnięta, pełna wiatrołomów, gałęzi i patyków na ścieżce, a w jednym miejscu zatarasowana ciężkim sprzętem do zrywki drewna, co wymagało trudnego objazdu przez nieprzyjazny busz. Józek używał swojej maczety do udrażniania trasy wiele razy.  

13.  Józek maczetą udrażnia trasę. 14. Z trudem omijamy ciężki sprzęt w lesie.


Natomiast wieczorem obrzędów jubileuszowych  trwał ciąg dalszy. Mottem przewodnim wieczoru, niejako w nawiązaniu do naszego kultowego „śniadania na trawie” w 2006 roku, było „objadanie się na sianie”. Renia zadbała o pokrycie stołu pod wiatą sianem i sporą ilością kolorowych ziół, a do objadania miał służyć baran pieczony na rożnie, czym zajęli się Józek z Jarkiem. Baran dochodził i dochodził, nie mogliśmy się doczekać. Ślinka ciekła, więc popijaliśmy różne trunki, a wesołość wzrastała. Ostatecznie baran doszedł i wyżerka była wielka. Chłopaki obgryzali kosteczki do ostatniego kęsa.  

15. Będzie objadanie się na sianie. 16. Na rożnie piecze się baran.


Nasze pamiętne „śniadanie na trawie” odbyło się w ekskluzywnej bieliźnie z epoki, kobitki w pantalonach z koronkami, faceci w kowbojskich kalesonach. Teraz nie mogło zabraknąć tych akcesoriów. Gdy temperatura wesołości była już odpowiednio wysoka, te dziewczyny które miały pantalony pod spódnicami pozbyły się spódnic i wskoczyły na stół by trochę na nim podokazywać. Wuja przygrywał do podrygów, reszta towarzystwa zagrzewała do boju i podskoki na stole szły na cały gwizdek.  

17. Trzeba ogryźć każdą kosteczkę. 18. Tańce w pantalonach na stole.


Na koniec wieczoru Andrzej pokazał piękny, nostalgiczny film o naszych rajdach, będący montażem jego filmów kręconych w różnych latach, co było wspaniałym podsumowaniem Jubileuszu. Film był pokazany pod wiatą jako kino letnie,  Renia rozdawała popcorn. Niezmiernie się wzruszyliśmy.  
W poniedziałek rozpoczęliśmy przygodę, która była sednem tegorocznego rajdowania. Wyruszyliśmy w świat. Celem ostatecznym była Tarnawa Niżna w Worku Bieszczadzkim, ale oczywiście dotarliśmy tam etapami. W poniedziałek pojechaliśmy końmi do Stuposian, gdzie one wraz ze sprzętem zostały na noc, a nas przywiózł autobus na nocleg z powrotem do Dwernika.  

19. Biwak w środku lasu, gdzieś między Dwernikiem a Stuposianami.


Pierwsza grupa jechała rozświetlonym, kolorowym, rozśpiewanym lasem, ale po tak mokrych ścieżkach, że często w koleinach stała woda. Konie w mokrej trawie zapadały się po pęciny. Dorodnych niezapominajek, dzwonków i jaskrów ścieliły się całe łany. Pod koniec wyjechaliśmy na piękną równą drogę leśną wśród wysokich rzadkich sosen, między którymi podziwialiśmy pas Magury Stuposiańskiej. Gdzieś w lesie pomiędzy Dwernikiem a Stuposianami był biwak, Małgosia nakarmiła nas makaronem z serem. Po odpoczynku druga grupa ruszyła w drogę. Najpierw trudnym, stromym zjazdem w lesie, po wertepach i głębokich koleinach,  dotarliśmy do szosy. Wzdłuż szosy galopowaliśmy po miękkiej, przyjaznej łące, mimo że na szosie był całkiem spory ruch. W ten sposób dotarliśmy do Stuposian, gdzie Józek z Jarkiem przygotowali pastwisko przy szosie i gdzie konie mieliśmy zostawić.  Pastwisko zostało stworzone poprzez ogrodzenie kawałka łąki przenośnym ogrodzeniem i elektrycznym pastuchem. Obok pastwiska zostały na noc siodła, zabezpieczone tylko wielką plandeką. Oczy nam wychodziły na wierzch widząc w jakich warunkach Józek chce zostawić konie i sprzęt, ale być może miał opłaconego stróża, który pilnował dobytku w nocy. Tymczasem popijając piwo czekaliśmy na autobus. Gdy ten nadjechał wróciliśmy do Dwernika. 

20. W Stuposianach przy szosie konie zostaną na noc. 21. Stuposiany – czekamy na autobus, który odwiezie nas do Dwernika.


Tego wieczoru czekała nas kolejna zabawa. Szeryfa zapowiedziała wieczór gender i każdy miał się przebrać za osobnika płci przeciwnej. Dziewczynom było względnie łatwo, wystarczyło wskoczyć w spodnie i domalować sobie wąsy. Niektóre wypchały sobie brzuchy poduszkami. Natomiast facetom było trochę trudniej, szczególnie tym, których jest dużo. Ale dali radę. Powstały tak komiczne persony, że śmiechu było co niemiara. W tych nowych osobowościach powędrowaliśmy na most, gdyż nadmiar wesołości wymagał aktywnego jej upuszczenia. Uciechę miało parę przypadkowych osób, które widziały naszą zabawę.  

23. Wieczór gender 24. Gendery na moście na Sanie


We wtorek po śniadaniu każdy spakował trochę dobytku, gdyż dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Tarnawie. Nasze bagaże pojechały samochodem, a my znowu autobusem do Stuposian. Tego dnia było niemiłosiernie gorąco, dosłownie żar lal się z nieba. Wyjechaliśmy ze Stuposian wąską drogą asfaltową n-tej kategorii, którą nic  nie jeździło. Upał powalał, tylko czasem trafił się lekki wiaterek. Gdy się dało wjeżdżaliśmy do lasu. Niezwykle dorodne i w wielkiej ilości firletki i jaskry cieszyły oko. Minęliśmy znane retorty pod Mucznem i Józek skierował nas w wąską przecinkę w lesie pod trakcją elektryczną. Przecinka opuszczała się w dół, na dno niecki, z której wychodziła po drugiej stronie do góry. Więc na początku całą ją widzieliśmy. Miała jakieś 2 – 3 km. Co niektórzy spodziewali się, że jak znajdziemy się na dnie niecki to na pewno będzie galop, po przyjaźnie wyglądającej trawie. Ale nic bardziej mylnego, była to śmiertelna wręcz pułapka. Przede wszystkim przecinka usiana była głębokimi rowami, każdy słup elektryczny stał na wyniesieniu terenu, między którymi były nawet nie tyle  rowy, co  głębokie wykopy. Nasze koniska dzielnie te dziury w ziemi pokonywały, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Otóż dno niecki okazało się głębokim bagnem, w które najpierw wpadła Melisa pod Józkiem, a za nią Hiacynta pod Formisią. Reszta jeźdźców przystanęła widząc co się dzieje, choć jeszcze na parę kroków w bajoro zanurzyła się Lalucha na Figlarnej, na szczęście szybko się wycofały. Tymczasem Melisa i Hiacynta utopione w bagnie po brzuchy walczyły o równowagę, przechylając się z lewa na prawo i próbując rozpaczliwymi susami wyskoczyć z mazi która je więziła, ale nie miały szans porządnie się odbić. To że żadna się w tej sytuacji nie przewróciła to prawdziwy cud. Jeźdźców gibało na wszystkie strony, najczęściej  nie na tą stronę, na którą w tym momencie przechylał się koń. Józek przyznał się potem, że miał taki moment, gdy czuł iż jest poza koniem. Formisia miała podobne odczucia, więc w obu wypadkach anioły stróże dobrze wywiązały się ze swej opiekuńczej roli. Rozstanie się z koniem w tych warunkach nie dawałoby szans jeźdźcom na wydostanie się bez pomocy z bagna, a kto niby miałby pomóc. Józek próbował poprowadzić konia w bok w stronę lasu (na ile w tym szaleństwie w ogóle dało się koniem powodować), gdyż nie miał pojęcia jak długie jest bagno, a z boku las był dość blisko. Trwało to bez końca. Wreszcie konie poczuły stabilne dno i ostatecznie wygrzebały się z bagna do lasu, a wraz z nimi pokonała tą pułapkę idąca luzem Letycja. W gęstym lesie Józek zostawił Formisię z trzema końmi i wystraszony pobiegł poszukać pozostałym jeźdźcom jakiejś drogi omijającej bagno. Trzy pozostawione konie kręciły się i były bardzo niespokojne. Józek jakoś wyprowadził grupę z niebezpiecznego rewiru i po chwili przedarli się przez gęstwinę do samotnie czekającej Formisi. Wszyscy razem wróciliśmy na wcześniejszą przecinkę, przedzierając się przez bardzo trudny teren. Na szczęście ani w lesie, ani na przecince nie było już dramatycznych niespodzianek i szczęśliwie dotarliśmy do miejsca biwaku.  Dopiero tam można było złapać oddech i zebrać myśli. Józek opowiedział Jarkowi czego doświadczyliśmy i podsumował: takie ekstremum tylko z siedemdziesięciolatkami można przeżyć. Pośmialiśmy się, ale przygoda naprawdę mroziła krew z żyłach.  

25. Niewinnie wyglądająca przecinka leśna 26. Na tej niewinnej przecince o mało nie postradaliśmy życia.


Posiedzieliśmy na trawie, przyjechało leczo do jedzenia, a nas jadły kleszcze. W dalszej drodze było sporo galopu po cudnych od kwiatów ścieżkach, przekraczaliśmy też kilkakrotnie meandrujący potok Muczny. Spotkaliśmy się z wozem i razem przejechaliśmy Muczne, które stało się bardzo ludnym kurortem. Muczne było przed wojną małą wioską, która pod koniec wojny całkowicie przestała istnieć. Część ludzi wymordowała UPA, część wysiedlono do ZSRR. Na początku lat 70-tych powstała tutaj mała osada dla pracowników leśnych, jednak w roku 1975 przejął to miejsce Urząd Rady Ministrów jako tereny łowieckie dla władców PRL-u i ich zagranicznych gości. Obok Łańska i Arłamowa był to trzeci myśliwski ośrodek  dla polskich VIP-ów. Tutaj Jaroszewicz ustrzelił niedźwiedzia, tutaj bywał Gierek, Tito i tym podobne towarzystwo. Dopiero w 1981 roku pod naciskiem Solidarności bieszczadzkiej Muczne wróciło pod zarząd służby leśnej. Obecnie jest tam hotel ogólnie dostępny, muzeum, karczma, itd. I kupa ludzi.  

27. Przejeżdżamy przez Muczne. 28. Dojechaliśmy do Tarnawy Niżnej.


Jadąc dalej pięknymi terenami ostatecznie dojechaliśmy do Tarnawy, którą można uznać za koniec świata, gdyż dalej nie ma już żadnych wiosek ani żadnej cywilizacji, nie licząc wiaty turystycznej w Bukowcu. W Tarnawie w pozostałościach po Igloopolu mieści się ośrodek jeździecki gdzie ulokowaliśmy nasze konie, natomiast obok w barakach bazy turystycznej ulokowano nas. Szefuje bazie bardzo fajny koleś Radek. Pokoje mają standard PRL-owski, m.in. wspólne łazienki na korytarzach, jednak jest czysto, a stołówka serwuje bardzo smaczne, swojskie jedzenie. Jest też mały bar-sklepik, gdzie można nabyć lokalne piwo Duch Sanu, oraz drugie o nazwie TSU – na cześć słynnej onegdaj grupy rockowej o tej nazwie, wywodzącej się z Ustrzyk Dolnych. Są też mapy, pamiątki, lody, itd. Początkowo baliśmy się tej tarnawskiej poniewierki, jednak goszczono nas wylewnie, Radek i panie z kuchni bardzo się starały i niczego nam nie brakowało. Wieczorem z tyłu za ośrodkiem rozpalono nam ognisko i na dziarskim śpiewaniu upłynął bardzo przyjemny wieczór. Dojechała Kasia i tradycyjnie grała na skrzypcach.  

29.  Szef bazy turystycznej Radek to fajny koleś. 30. Wieczorne ognisko w Tarnawie.


W środę na śniadanie przyjechały jeszcze ciepłe bułeczki z jakiejś okolicznej piekarni, były swojskie wędliny i dużo różnych różności. Niestety żar lał się z nieba i psuł obraz całości. Za dnia było 33 stopnie. Celem wyprawy były Sokoliki Górskie, najdziksze miejsce w okolicy i dla nas już totalnie niedostępne z buta. Cała trasa prowadziła wzdłuż Sanu, za którym rozciągała się Ukraina. Co parę metrów stały słupki graniczne. San jest tam wąską rzeczułką, gdyż wypływa zaledwie kilkanaście km dalej z Sianek. Jechaliśmy chwilami wąską drogą z płyt betonowych, chwilami bezkresnymi łąkami mieniącymi się kolorami kwietnych dywanów. Na nie tak bardzo dalekim horyzoncie widać było Halicz i inne szczyty głównego pasma bieszczadzkiego. Gdzie się dało galopowaliśmy, ale też często przekraczaliśmy różne niegroźne rowy, które wymagały przystopowania. Na jednym takim pozornie banalnym rowie rozstał się z koniem Stefan i trochę się poturbował. Podobno pękły wodze i jego Letycja „nie wyrobiła się” na rowie i fiknęła kozła.  

31. Za Tarnawą rozciąga się panorama całego pasma Bieszczadów Wysokich. 32. Stefan rozstał się z Letycją.


Mimo drobnych minusów (upał, rowy, bardzo wysoka trawa, chwilami betonowa ścieżka) świat był zachwycający.  Dojechaliśmy do Sokolików, gdzie spędziliśmy przyjemny, leniwy, senny biwak, ciesząc się pobytem w miejscu leżącym bardzo daleko od cywilizacji. Sokoliki były przed wojną niemałą wioską i modnym letniskiem. Do dziś atrakcją jest pięknie meandrujący tutaj San i stojąca po drugiej stronie, już na Ukrainie, cerkiew. Wioska ukraińska także niemal nie istnieje, podobno 2 km od cerkwi jest kilka domów, ale z Polski nie widocznych. Nigdzie nie było żywej duszy, ale podobno żyją tu niedźwiedzie, jelenie, cenne jaszczurki i motyle, jest to także istny ogród botaniczny. Miejsce z przyrodniczego punktu widzenia jest bezcenne.  

33. Dojeżdżamy do Sokolików Górskich, zero cywilizacji. 34. Meandrujący San i cerkiew już po stronie ukraińskiej.


W drodze powrotnej spotkała nas niezwykła przygoda – nadzialiśmy się na zamknięty na głucho szlaban, który zagradzał betonowe płyty, po których jechał wóz. W   tamtą stronę szlaban był otwarty. Zrobił się problem dla wozu, bo zjazd na łąkę uniemożliwiały po obu stronach  rowy. Józek z Jarkiem dumali chwilę, złoszcząc się na tych, którzy szlaban zamknęli – ponoć latem gdy działają tu rajdy konne szlabany mają być otwarte. Wymyślili aby zasypać rów belkami ściętego drewna, gdyż na szczęście obok wypatrzyli pryzmę takiego drewna. Kto nie siedział na koniu ruszył do noszenia belek i zasypywania rowu. Tym sposobem wóz mógł w końcu objechać łąką szlaban i jechać dalej, a konni czekający na zakończenie operacji pogalopowali  spokojnie do Tarnawy. Panoramy wkoło były bardzo rozległe i piękne. Miejscami wielkie połacie łąk porośnięte były wysoką trybulą. Józek chcąc uatrakcyjnić jazdę zarządził galop w tej roślinności sięgającej końskich brzuchów, co nie było zbyt rozsądne, gdyż w takim buszu nie widać co jest pod nogami. I skończyło się tak, że w buszu leżała płyta betonowa, której Melisa się wystraszyła i zrobiła stopę, a Józek „dal na beret”.  Żeby Józek rozstał się z koniem to jak świat światem się nie zdarzyło, ale do rajdu bardzo jubileuszowego takie niezwykłe zdarzenie bardzo pasowało. Galop był także podyktowany tym, że pohukiwała burza i w końcu do nas przyszła. Ale byliśmy już bezpiecznie na miejscu. Wieczór spędziliśmy przy ognisku.  

35. Zasypujemy rów belkami, aby wóz mógł objechać  zamknięty szlaban. 36. Galopujemy przez busz trybuli, tutaj Józek rozstał się z Melisą.


W czwartek od rana grzało jak z gorącego piekarnika, perspektywa  siadania na konia przerażała. Tego dnia wracaliśmy do Stuposian i co tu dużo gadać – żal było wyjeżdżać. Tarnawa mimo że siermiężna, okazała się fajnym miejscem. Radek na odjezdnym życzył nam kolejnego dwudziestego jubileuszu, a niezależnie od jubileuszu ponownego szybkiego przyjazdu w jego progi.  
Poszliśmy złowić konie i podczas tej czynności i tym bardziej podczas późniejszego siodłania każdy zrobił się mokry jakby wyszedł spod prysznica. Ale w dalszej drodze nie było źle, góry to góry, nawet w upalnej aurze powieje czasem wiaterek i generalnie jest czym oddychać.  Droga była cudnej urody i nadal wiodła przez dziki, pusty świat. Jechaliśmy do byłej wsi Dźwiniacz Górny, po której aktualnie prawie nie ma śladu, a która przed wojną liczyła prawie 1500 osób. W 1946 roku tereny po wsi zostały podzielone między Polskę i Ukrainę. Obecnie jako resztki wsi  widnieją  w trawie dwa samotne krzyże, a wśród drzew ostały się dwa stare cmentarzyki, na których widać znikomą ilość nagrobków. Teren jest niezwykle rozległy i widokowy, a niekończące się łąki porasta wysoka biała trybula, w  której konie topiły się aż po siodła. Były też po drodze łąki żółte (jaskry), fioletowe (dzwonki) i różowe (firletka), a nawet miejscami pomarańczowe od rzadkiego kwiatka jastrzębiec pomarańczowy. Sprawniejsze oko wypatrzyło bardzo rzadki wieczornik śnieżny, występujący wyłącznie w Bieszczadach, a także bodziszka żałobnego i kalinę koralową, również nie częste. Po łąkach galopowaliśmy gdy tylko się dało. Były to przepiękne chwile, radość tak rozpierała, że wuja z Kaśką wyciągnęli harmonijki ustne i jadąc przygrywali do marszu. Upał na łąkach nie dokuczał,  dokuczył dopiero gdy wyjechaliśmy na szutrową drogę bez żadnej osłony w lesie jodłowo – świerkowym. Tutaj żarówa wycisnęła ostatnie soki, na szczęście za chwilę wjechaliśmy w chłodny las  liściasty, co dało wytchnienie. Dojechaliśmy na biwak do retort koło Mucznego i każdy padł gdzie mógł starając się zregenerować nadwątlone siły.  

37. Cudny pusty świat. 38. Tu był kiedyś Dźwiniacz Górny.
39. Czasem jechaliśmy razem z wozem – łąki między Dźwiniaczem a Mucznem. 40. Biwak koło Mucznego, każdy padł gdzie mógł.


Jazda drugiej  grupy była dość krótka, generalnie były to poplątane ścieżki typu góra-dół, w lesie gęstym i w miarę chłodnym, miejscami pełnym błota. Czasem żadnych ścieżek nie było i Józek improwizował, wierząc iż „kierunek jest dobry”. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w lesie podobno w rejonie Stuposian (totalne odludzie), gdzie chłopaki w wysokiej trawie wykroili sporą przestrzeń na pastwisko i elektrycznym pastuchem zagrodzili ją. Znowu siodła zostały zapakowane w wielką plandekę i wszystko łącznie z wozem zostało pozostawione w tym lesie do dnia następnego, a my wydostaliśmy się na szosę i wkrótce przyjechał po nas autobus i odholował nas do Dwernika.  Byliśmy totalnie wykończeni, gdyż upał powalał, a wszelkie czynności przy zaopiekowaniu koni i noszeniu siodeł z miejsca na miejsce po kilku godzinach spędzonych w siodle wykończyły  każdego. Dlatego wieczorem nie planowaliśmy żadnej aktywności, kiedyś należało odpocząć. O zmierzchu spotkaliśmy się pod wiatą i był to wieczór pisania listów. Mieliśmy piękną papeterię, tekst ułożył Stefan i  dyktował go głośno, a wszyscy siedzieli wkoło stołu i każdy pisał do wyznaczonej osoby. Pisaliśmy do naszych przyjaciół, którzy bywali kiedyś na rajdach, ale w tym roku nie mogli przyjechać. Był to bardzo przyjemny wieczór, gdyż wspominaliśmy te osoby, jak również różne zdarzenia z nimi związane.  
W piątek autobusem pojechaliśmy do Stuposian po konie, spędzając kolejny dzień w siodle, ciesząc się urokami lasu, panoram i przeprawy przez San. Z kronikarskiej dokładności należy odnotować że tego dnia rozstał się z koniem Krzysiek. Przyczyną była ponoć rozciągnięta guma (?) – interpretacja dowolna.  

41. Czy to real, czy obraz malowany? 42. Krzysiek za chwilę rozstanie się z Czantorią.


Tego dnia szeryfa zarządziła „wianki”, jako że był to ostatni wieczór kiedy można było ten obrzęd przeprowadzić. Kalendarzowa noc świętojańska była co prawda 3 dni wstecz, jednak na rajdach szeryf nie przejmuje się kalendarzem i ustala noc świętojańską wtedy kiedy pasuje. W tym roku popadło na piątek.  
Jak zwykle było bardzo mało czasu na zbiór kwiatów i plecenie wianków, a o odpoczynku po jeździe należało zapomnieć. Wszyscy uwijali się jak w ukropie. Ostatecznie jakoś zdążyliśmy i na obiad stawiliśmy się pięknie ukwieceni. W takiej dekoracji wszystko smakuje podwójnie, aczkolwiek na rajdzie na brak apetytu nikt nie narzeka i wręcz objadamy się niemożliwie. Stąd konieczność wieczornego biegania na most na Sanie, co tego wieczoru także wykonaliśmy, tym bardziej, że należało wianki zwodować. Wianki mają popłynąć do morza, co jak wiadomo wróży szczęścia bez liku. Nie każdego roku grzecznie odpływają,  nie zawsze jest tyle wody w tej czy innej rzece ile trzeba. Ale przez lata więcej było odpłynięć niż stagnacji, więc opiekę niebios mamy zapewnioną, o czym świadczy choćby to, że spotkaliśmy się na 20-tym rajdzie.   
W tym jubileuszowym roku popłynęły dość dziarsko.  

43. Nie jest łatwo rozstać się z wiankiem… 44. …ale kiedyś trzeba to zrobić.


Na moście wypiliśmy parę guli dobrego trunku, więc humory się poprawiły i przystąpiliśmy do pobierania myta od przejeżdżających samochodów. W tym roku  w Dwerniku był tak duży ruch, że samochody jeździły po tej maleńkiej, zagubionej w lesie wiosce niemal bez przerwy – czegoś takiego nigdy nie było. Zatrzymywaliśmy wiele samochodów, ale tylko w trzech pasażerowie zechcieli przyłączyć się do zabawy.  Za pozwolenie na przejazd żądaliśmy wierszyka, piosenki lub zatańczenia na szosie. Jeden z kierowców wykonał parę podskoków, pasażerka innego samochodu zadeklamowała wierszyk, a jeszcze jeden kierowca zaśpiewał nam „sto lat”. Wszyscy dobrze się bawili, a tradycji stało się zadość. Usatysfakcjonowani wróciliśmy pod wiatę i siedzieliśmy przy ognisku ile kto mógł.  
Jubileuszowy rajd upływał w fantastycznej atmosferze, ale nadmienić trzeba że wyjątkowo dużo osób  miało kontakt z kleszczem i miejmy nadzieję że nikogo nie dotkną przykre konsekwencje. 
W sobotę rano czekała na nas kolejna niespodzianka – Józek obdarował wszystkich uczestników koszulkami z logo 20-tego rajdu. Było to miłe i oczywiście na jazdę wystroiliśmy się w te koszulki. A jazda była piękna jak zwykle. Jeździliśmy stale w górę lub w dół, las był świeży i pachnący, a panoramy na łąkach zachwycały. Postraszył trochę deszcz i na kilkanaście minut wskoczyliśmy w peleryny, ale wkrótce wyszło słońce i znowu zrobiło się kolorowo. Przez godzinę kręciliśmy się po łąkach i lasach dwernickich, by potem na kolejną godzinę przekroczyć szosę i pobuszować po drugiej stronie, po ścieżkach gdzie nigdy nie byliśmy. Po nocnym deszczu w lesie było bardzo mokro i na stromych błotnistych zboczach koniom rozjeżdżały się nogi. Wcześniej na łąkach pogalopowaliśmy trochę, aczkolwiek ostrożnie, gdyż było bardzo ślisko. Tego dnia jazda była wspólna bez biwaku, by mieć popołudnie wolne na odpoczynek i pakowanie przed podróżą. Żal serce ściskał, ale rajd dobiegł końca. Jakby dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba było szykować się do odlotu.  

45. Dostaliśmy koszulki z logo 20-tego rajdu. 46. Koszulkowa jazda po dwernickich łąkach.


Po obiedzie spotkaliśmy się pod wiatą, gdzie rozpalono grilla i piekliśmy kiełbasę i kaszankę. Śpiewaliśmy też i gawędziliśmy. Doszedł Józek, także Gosia z Jarkiem. Obdarowaliśmy naszych miłych gospodarzy prezentem, którego nie odpakowali, ale było to popiersie konia na postumencie z grawerowaną tabliczką.  Józek dostał duży kalendarz na następny rok, zrobiony ze wszystkich koni, które z nami rajdowały przez 14 lat. Bardzo się wzruszył i ucieszył, tym bardziej że kilka z tych koni opuściło już padół ziemski i pozostaną tylko na zdjęciach. 
Wydawało się kiedyś, że na 20-tym rajdzie na pewno poprzestaniemy. Rwie się dusza do raju, ale rozsądek podpowiada coś innego. Jednak w następnym roku byłby 15-ty rajd z Józkiem. Czy takiego jubileuszu wolno zaniechać? Cóż, trzeba będzie zimą przetrawić to pytanie i na wszelki wypadek pielęgnować zdrowie i kondycję, bo najprawdopodobniej znowu ruszymy w Bieszczady.

47. Szefowie Dwernika na ostatnim ognisku. 48. Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 49. Szeryfa śpiewa hymn rajdu.

 

Do zobaczenia….

50. Pożegnania nadszedł czas… 51. Czy za rok ruszymy w Bieszczady?

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć.

 

 

Mega Jubileuszowy XXX Spęd Starych Koni

Nowinka 15 – 17.10.2021 r.

1. Nowinka, wioska której nie ma na wielu mapach, ale kościół widać z wielu kilometrów. 2. Konie nowińskie koszą trawę w całej wsi.

 

Minęło wiele lat od kiedy najstarsi członkowie Akademickiego Klubu Jeździeckiego ukończyli studia i rozpierzchli się po świecie.
Minął kolejny szmat czasu, gdy po latach pracy zawodowej i funkcjonowania w założonych rodzinach, z dala od koni, spotkaliśmy się ponownie.  Spotkanie to w roku 1997 zainicjował Olo. 
Spontanicznie postanowiliśmy spotykać się częściej, nazywając te spotkania Spędami Starych Koni. Minęło wiele kolejnych lat, spędy stały się cykliczne i były wyczekiwane i niezwykle barwne. Ale z czasem nie tylko spędy – były bale, spotkania opłatkowe, hubertusy, a w końcu nawet rajdy konne i rajdobozy, gdzie dosiadaliśmy koni jak za starych dobrych czasów.   
Przeżyliśmy różne wspaniałe i szalone jubileusze – było 40-lecie AKJ-tu, 50-lecie AKJ-tu,  20-lecie Starych Koni, a także „lecia” kolejnych rajdów i rajdobozów. 
Nieformalne Stowarzyszenie Starych Koni mocno się przez lata rozrosło i przewinęło się przez nie mnóstwo ludzi. Do ruchu włączyli się z czasem mężowie dziewczyn z  dawnego AKJ-tu i żony chłopaków z tegoż studenckiego klubu. Tylko przez rajdy przewinęło się ponad 50 osób, a przez wszystkie imprezy jest to liczba wielokrotnie większa.    
Powstała strona internetowa, gdzie pojawiały się i pojawiają nadal relacje z wszystkich imprez które organizujemy, a także  wiele innych informacji.     
Bawiliśmy się świetnie, przeżyliśmy wspaniałe chwile i przygody, uwiecznione na setkach zdjęć. Wspomnień nikt nam nie odbierze.  
Niestety czas płynął nieubłaganie i impet naszych działań zaczął tracić moc. Na co wpływ miały przede wszystkim prawa biologii, innymi słowy PESEL, ale także pandemia koronawirusa, która spadła na świat jak grom z jasnego nieba i określiła charakter  wielu działań, spotkań i uroczystości.  Wpłynęła m.in. na jakość XXX Spędu Starych Koni.  
Organizacja tej imprezy nie napotykała wprawdzie na szczególne trudności, jednak frekwencja okazała się być najmniejszą z wszystkich dotychczasowych jubileuszy. 

Ale po kolei…    
Na początku roku 2020 powstał pomysł zorganizowania XXX Spędu w Zakrzowie u Andrzeja Sałackiego i rozmowy były już mocno zaawansowane. Z pewnością oprawa imprezy byłaby  wspaniała, a frekwencja duża. Niestety przyszedł wirus i sprawa upadła. Sądziliśmy że tylko przekładamy imprezę do jesieni, ale jesienią wirus panoszył się uparcie i nadal duże zgromadzenia nie wchodziły w rachubę. Nauczyliśmy się żyć z obostrzeniami, w okresowo mniejszej lub większej izolacji, a przede wszystkim pogodziliśmy się z  zakazem dużych zgromadzeń.   
Wiosną 2021 sytuacja nie uległa radykalnej poprawie, więc tylko czasem ktoś coś zamruczał o XXX Spędzie, ale o konkretach nie było mowy. Spodziewaliśmy się  poprawy sytuacji latem, co rzeczywiście nastąpiło, ale temat jubileuszu jakoś się rozmył.        
Jednocześnie autorka niniejszej relacji udostępniła małej grupie Starych Koni zdjęcia z konnych letnich eskapad w rejonie Masywu Śnieżnika, co zaowocowało decyzją: „jedziemy pod Śnieżnik na spotkanie porajdowe”. Miejsce zostało zaklepane i  organizacja ruszyła pełną parą.  
Ale nagle przypomnieliśmy sobie o jubileuszu i natychmiast Olo rzucił w Internet wiadomość, aby wieść dotarła do jak największej ilości osób.  Miejsce spędu wydawało się mało ekskluzywne jak na wielki jubileusz, jednak machina ruszyła i nie było już czasu na szukanie czegoś innego. A w  końcu chodzi o fajny czas w fajnym towarzystwie, a jeśli z dala od cywilizacji i mało ekskluzywnie – no cóż, raz byłoby inaczej. Postanowiliśmy iść tą drogą.        
Chętnych szybko przybywało, przez chwilę było 25 osób, a  kolejne osoby poważnie rozważały wyjazd w góry. Jednak gdy termin wyjazdu się zbliżał, codziennie ktoś zgłaszał rezygnację. Powodem nie były fochy, brak energii do spakowania się i odbycia podróży, ani nagłe zdarzenia  – powodem były najczęściej problemy zdrowotne. Bardzo to zasmuca i pokazuje gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.       
Ale pokazuje też, że nie należy się poddawać i tracić wiary. Spęd pokazał jak stale potrafimy się dobrze bawić, ile mamy jeszcze pary i pomysłów. Ciągle dajemy radę wędrówkom po lesie, galopom po łąkach, śpiewom przy ognisku. Kolejny raz przekonaliśmy się, że śmiechoterapia jest najlepszym lekiem na wszystko.

3. Kasia, szefowa „Nowinki” 4. Koni w „Nowince” jest w bród,  żyją cały rok na pastwiskach

 

Miejscem spędu był ośrodek „Nowinka” w Nowej Wsi koło Międzylesia, wśród lasów i łąk u podnóży Śnieżnika. Wieś składa się zaledwie z kilku domów i nie ma jej na wielu mapach. Ośrodek prowadzi Kasia z rodziną, osoba niezwykła. Przed laty zaczynała przygodę z końmi we wrocławskim klubie jeździeckim WKS Śląsk przy ulicy Mieszczańskiej, była najlepszą luzaczką słynnego wtedy wrocławskiego jeźdźca Jacka Pękalskiego. Obecnie ma 40 koni, dużo psów, kotów, własnych dzieci i wnuków, jest osobą niezwykle ciepłą, preferującą spokojne, bezstresowe życie z dala od cywilizacji, maksymalnie zgodne z prawami ekologii. Wnuki ganiają boso po podwórzu nawet gdy jest przymrozek, dzieciaki podobno kąpią się w rzece nawet zimą, w skromności nie nazywając tego  bynajmniej morsowaniem. Konie cały rok żyją na bezkresnych pastwiskach, nie mając żadnej stajni. Wyglądają świetnie, są wyjątkowo spokojne i ufne, w dobrej kondycji, o suchych ścięgnach, mimo górskiego podłoża po którym wożą turystów. Cała rodzina emanuje spokojem, uśmiechem, nie przywiązując żadnej wagi do spraw mało ważnych – jak to że dziecko lata boso w piżamce po jesiennym błocie, że pies z kotem wylegują się na kanapie przeznaczonej dla gości i pewnie narzuta będzie pełna kłaków, że wyposażeniem kuchni są przypalone garnki, wymagające  wymiany (ale po co). Gdy trzeba wyznaczone do jazdy konie sprowadzić z pastwiska, a goście są jeszcze nie ogarnięci, po zwierzęta idą całkiem małe dzieci, przyprowadzając na sznurkach pokaźny tabun i ochoczo pomagając potem je czyścić. Bez strachu włażą pod końskie brzuchy by odbłocić kopyta. Kasia czasem jedzie z gośćmi w teren, ale czasem musi stanąć przy garach i wtedy jazdę prowadzi któraś jej latorośl. A gdy już szefowa staje przy garach, powstają bardzo smaczne specjały, najczęściej  improwizowane. Gdy Kasia nie kręci się przy koniach, ani nie gotuje akurat zupy, lata z mopem i wyciera zabłocone podłogi, lub piecze na szybko pyszne drożdżowe ciasto ze śliwkami.

5. W Nowince żyje się bezstresowo. 6. Zwierząt wszelkich jest dostatek… 7.  … i są one szczęśliwe.

 

Nasza przygoda zaczęła się w piątek po południu. Obiad był zamówiony najpierw na 18.00, potem ta godzina była stale przesuwana, gdyż ciągle kogoś brakowało. Ostatecznie jedliśmy zupę nie bardzo ciepłą, ale była pyszna. Tego dnia Jaga miała imieniny, więc najpierw została obdarowana prezentami, a po obiedzie postawiła wspaniałą szarlotkę i dobre wino. Na spęd ostatecznie dotarło 15 osób, więc panowała kameralna, rodzinna atmosfera.  Siedzieliśmy sobie przy wspólnym stole i było bardzo miło. Wieczorem Andrzej ustawił przywieziony sprzęt audiowizualny i pokazał migawki z różnych poprzednich spędów, ubarwiając tym jubileuszowy wieczór. Zobaczyliśmy jacy piękni byliśmy kiedyś…. ale bez paniki, jesteśmy teraz piękni inaczej. Cały trzydniowy pobyt to pokazał, a program był jak zwykle napięty. 

8.  Solenizantka Jaga przyjmuje życzenia i  prezenty. 9.  Spełniamy toast.
10.  Jeść się chce. 11.  Kasia dobrze nas karmiła.

 

W sobotę po obfitym śniadaniu poszliśmy do koni, które wcześniej z pastwiska przyprowadziły liczne w Nowince dzieciaki. Kasia przydzieliła każdemu pasującego wierzchowca, kierując się sobie wiadomym kluczem, ale trochę podpytując wcześniej o różne szczegóły. Na jazdę konną zapisało się 6 osób. U Kasi większość koni jest siwa. Są to albo czyste araby, albo mieszańce arabów,  jako że przed laty działał tu siwy ogier, który naprodukował dużo dzieci. Koniki są niewysokie, więc już z tego tytułu budzą zaufanie. Osoby nie jeżdżące asystowały przy siodłaniu, pomagając potrzymać konia czy dopiąć popręg. Potem ruszyli w las na długi spacer, a celem pieszych było znalezienie łąki pełnej zimowitów, co im się udało. Zimowity miesiąc wcześniej pokrywały łąki szczelnym kobiercem, ale teraz było ich znacznie mniej i wyraźnie przekwitały. Tym niemniej było to niezwykłe znalezisko.

12. Zimowitowa łąka 13. Piesi wędrują.  14. Zimowity poczekały na nasz przyjazd.

 

Natomiast konni odbyli ponad dwugodzinną jazdę w przepięknym górskim terenie, jadąc raz skrajem lasu, raz otwartymi łąkami. Przez większość czasu widać było  sam Śnieżnik Wielki, ale także masyw Małego Śnieżnika z Goworkiem, Trójmorski Wierch, a także inne pomniejsze górki, nie zdiagnozowane na szybko. Przejeżdżaliśmy przez małe wioski, polne drogi i ścierniska, po których było całkiem sporo galopu. Koniki na otwartych przestrzeniach wykazywały niezwykłe zdyscyplinowanie i nie próbowały się ścigać. Pogoda był piękna, świeciło słońce i lasy mamiły kolorami. Jazda była wspaniała i każdy dostał ogromną ilość endorfin.

15. Przed sobotnią jazdą.
16. Ruszamy…

 

17.  W Masywie Śnieżnika. 18. W dali  widać Góry Bystrzyckie.
19.  Świat był piękny. 20.  Pogoda dopisała, choć się nie zapowiadało.
21.  Czasem jechaliśmy przez niekończące się łąki… 22.  … a czasem brzegiem lasów.
23. Lasy były niezwykle kolorowe. 24. Po jeździe koniki znowu na swoim pastwisku.
   
   

Po jeździe Kasia zaserwowała bigos, który spałaszowaliśmy z wielką przyjemnością, gdyż na powietrzu każdy zgłodniał.    
Kolejnym punktem programu była niespodzianka. Była ona anonsowana we wcześniejszych ogłoszeniach i budziła spore emocje. Wiele osób usilnie próbowało wysondować w czym rzecz, zakładając z góry, że prawdopodobnie nie będą chcieli brać udziału w przedsięwzięciu. Z tej przyczyny niespodzianka do końca trzymana była w tajemnicy.  Tak że po lunchu wsiedliśmy w swoje konie mechaniczne i niezwykle piękną droga leśną pojechaliśmy w nieznane.        
Niespodzianką były warsztaty ceramiczne w bardzo ciekawej pracowni ceramicznej  „Rezerwat” w Pisarach, wsi oddalonej o około 15 km od Nowinki. Było to coś całkiem nowego, coś, czego nigdy nie doświadczyliśmy, więc pasowało jako akcent ubarwiający szczególny jubileusz. Tym bardziej że w programie warsztatów było własnoręczne wykonanie jakiegoś gadżetu, który każdy sobie zabierze jako pamiątkę XXX spędu.

25. Warsztaty ceramiczne okazały się niezłą zabawą. 26. Wszyscy spróbowali swoich sił w ceramicznym rzemiośle.
27. Pojawiły się nowe talenty. 28.  Instruktor pokazał też działanie  koła garncarskiego.

 

Gdy już zaparkowaliśmy pod pracownią i wydało się co jest tą niespodzianką, nastąpiła pewna konsternacja. Prawdopodobnie parę osób wiedząc wcześniej o co chodzi nie zechciałoby przyjechać. Ale warsztaty okazały się nie tylko ciekawe, lecz także niezwykle wciągające. Nasz instruktor interesująco je prowadził, pokazując co i jak możemy sami zrobić, zachęcając by spróbować swoich sił w tym artystycznym rzemiośle.  Nie było żadnego obowiązku, ale prawie wszyscy przystąpili do twórczych wyczynów. Instruktor przygotował różne formy z których można było skorzystać, ale niektóre osoby kleiły swoje gadżety bez wspomagania się foremką i wychodziło im całkiem dobrze. Marysia ulepiła konika bez foremki, a Andrzej kieliszek na jajko, wzbogacając kolekcję Reni. W drugiej części warsztatów instruktor uruchomił koło garncarskie i także każdy mógł spróbować pracy na tym kole. Kasia na wyjezdnym zaopatrzyła nas w blachę ciasta drożdżowego ze śliwkami, więc w czasie pracy podjadaliśmy ciasto prosto z blachy, ciesząc się nim nie mniej niż własnym talentem. W pracowni spędziliśmy bardzo fajny czas i z pewnością nikt nie żałował że tam pojechał. Ledwie zdążyliśmy na późny obiad. Natomiast nasze dzieła pozostały w pracowni, gdyż muszą być jeszcze wypalone w odpowiednim piecu. Po około dwóch tygodniach podobno dostaniemy je, dodatkowo z drobnymi prezentami od firmy – co nam obiecano.

29. Praca wre. 30. Wyższy stopień wtajemniczenia. 31. Jurek bardzo przejęty. 32. Dorotka zaabsorbowana.

 

Po dobrym obiedzie spożytym w strojach organizacyjnych, siedzieliśmy jakiś czas przy stole popijając dobre wino i celebrując Wielki Jubileusz. Ten czas pozwolił nieco odpocząć i po prostu w miłym klimacie pobyć ze sobą.

33. W sobotę celebrowaliśmy XXX  Jubileuszowy Spęd. 34. Olo stosownie przemówił.
35. Olo życzył kolejnych 30-tu spędów. 36. Dobrze się bawiliśmy.

 

W międzyczasie gospodarze rozpalili ognisko i wkrótce przenieśliśmy się do ognia. Piekliśmy kiełbaski, śpiewaliśmy, śmialiśmy się, a dym rozkosznie okadzał. Była połowa października, więc pora mało ogniskowa, ale dni były bardzo ciepłe, toteż mieliśmy poczucie przedłużonych wakacji. Tym niemniej zimna noc w końcu nadeszła i wygoniła towarzystwo w ciepłe pielesze.

37.  Wieczór spędziliśmy przy ognisku.  38.  O późnej godzinie zrobiło się zimno.

 

W niedzielę planowana była wycieczka, a nawet dwie, w zależności od potrzeb. Można było pojechać do Międzygórza, albo wybrać się do kaskad rzeki Nowinki, które podobno są bardzo piękne. Jednak jeźdźcom tak się spodobała jazda konna poprzedniego dnia, że postanowili ją powtórzyć. Więc grupa podzieliła się i piesi znowu poszli penetrować teren po swojemu, a konni ruszyli po swojemu. Piesi nie omieszkali zahaczyć o bardzo spektakularne wyrobisko po dawnym kamieniołomie tuż za wsią, a także zwiedzić  niezwykły, barokowy kościół z 1715 roku, który robi wielkie wrażenie. A to dlatego, że z jednej strony jest jednym z największych kościołów Dolnego Śląska, a z drugiej leży nieomal na pustkowiu, w maleńkiej wsi u podnóża puszczy śnieżnickiej, wśród zaledwie kilku domostw. Robi niesamowite wrażenie, budowla widoczna jest z odległości wielu kilometrów.

39.  Spektakularne stare wyrobisko 40.  Kolory jesieni

 

Konni  ruszyli najpierw drogą leśną, potem wyjechali na bezkresne łąki i pola, gdzie galopowali bez końca. Wkoło roztaczały się górskie panoramy, co niezwykle ubarwiało eskapadę. Co rusz z krzaków wyskakiwały sarny, a raz pojawił się na polach ogromny rogacz w towarzystwie kilku łani, specjalnie nie stresując  się  jeźdźcami. Był to bardzo piękny akcent jesiennej przejażdżki.

 

41. Niedzielna jazda. 42. Dorodny rogacz z wianuszkiem panienek.
43. Żegnajcie koniki, jeszcze was odwiedzimy. 44. Po odprowadzeniu koni na pastwisko żegnamy Nowinkę.

 

Na tym spęd się zakończył. Przed powrotem do domu wypiliśmy jeszcze herbatę i zaczęliśmy się rozjeżdżać. Jubileuszowy Spęd XXX był zupełnie niepodobny do innych, ale bardzo się wszystkim podobał i wracaliśmy do domów pozytywnie zakręceni.

Kliknij na zdjęcie, aby go powiększyć.

Tekst: Formisia. 
Zdjęcia: Andrzej Lisowski, Formisia, Hania, Dorota, Renia.
Wstawił na stronę:  Olo
Zdjęcia w galerii: Elżbieta Szelińska (Ruda Warszwska)

 

 

 

 

 

 

 

XVIII Rajdobóz Starych Koni, Komorze 28 VIII – 5 IX 2021

(28 VIII) W niedzielę Komorze przywitało nas ładną pogodą. Słoneczko świeciło, lekki wiaterek powiewał, upał zanadto nie dokuczał. Towarzystwo zaczęło zjeżdżać się od wczesnego popołudnia. Część ruszyła od razu nad jezioro wykąpać się. Był to dobry wybór, gdyż jeszcze tylko raz pogoda pozwoliła nam na pluskanie się w jeziorze. Inni odpoczywali po podróży.
Przyjechali jak zwykle Krzyś komorski szeryf z Grażynką, Walterowie, Andrzejowie, Wujostwo Woytowie, Kornel z Elą, Maciej z Kachem, Dorota, Pani Zgaga i Olowie, którzy jak zwykle byli pierwsi (Maria tym razem dojechała dopiero w poniedziałek). Kupa przyjechał z wesela swojego  syna i przywiózł prócz whisky całą baterię win i znakomitego bawarskiego piwa. Kolacja  powitalna (jeszcze nie w strojach organizacyjnych) rozpoczęła się o godz. 18, dzięki Kupie była suto zakrapiana. A wszyscy  podziwiali, na licznych zdjęciach, urodę synowej Kupy, rodowitej Bawarki.

1. wybieramy się do stajni w deszczu. 2. Konie się pasą i czekają na nas.

 

(29 VIII) Niestety następnego dnia od rana obficie padało. Po porannej gimnastyce, którą codziennie  o 8. rano prowadził Wuja Woyt, większość towarzystwa  udała się do Bornego  Sulinowa na „Święto chleba i miodu”. Wrócili z bogatymi zakupami, bo nie masz to jak miody  drahimskie i inne tutejsze smakołyki. Przygrywała orkiestra dęta występowały zespoły regionalne, więc było  wesoło. Ponieważ deszcz wciąż padał jazdę odwołano, ale  pod parasolami przespacerowaliśmy się  do stajni, by choć przywitać się z końmi. Po uroczystej kolacji był wyświetlany w telewizji „film szkoleniowy”   – western „Pat Garett & Bil Kid”. Oczywiście trzeba było go obejrzeć.

3. Przed pierwszą jazdą – szeryfa 4. Przed pierwszą jazdą – Dorota

 

(30 VIII) W poniedziałek deszcz nieco ustał. Wobec tego po porannej gimnastyce i śniadaniu konni udali się do stajni. Jak to zwykle bywa podzielili się na dwie grupy: rangersi w osobach Krzysia i Kupy pognali swoimi drogami, a pozostali pod dowództwem samego Gabriela Kowalskiego pojechali  na jazdę lżejszą, jakkolwiek z długimi galopami. Niejeżdżący (głównie panie) udali się do Czaplinka by odwiedzić liczne tam  „domy mody”. Oczywiście panie wróciły ze świetnymi zakupami w dużych ilościach.  Po kolacji Pani Zgaga zrobiła nam wykład na temat jazdy typu „west” ilustrując go licznymi przeźroczami i filmami. W odróżnieniu od klasycznego sportu jeździeckiego w sporcie „west” jest pond 80 różnych konkurencji. Pani Zgaga uprawia kilka z nich i może się pochwalić  wieloma zdobytymi medalami z Mistrzostwem Polski włącznie. Wszyscy z zaciekawieniem słuchali i dyskutowali.

(31 VIII) Rano padało, więc gimnastyka odbyła się pod dachem. Jazdę przełożono na popołudnie, a po śniadaniu wybrano się początkowo do Połczyna, by obejrzeć wystawę fotograficzną pt. „Bestie”, lecz gdy się okazało że do Połczyna nijak nie można dojechać (drogi w remoncie), udali się do Siemczyna. Tamtejszy pałac, znany nam z poprzednich pobytów w Komorzu jako ruina, jest już częściowo odremontowany i można go zwiedzać. Jest to  typowe muzeum wnętrz. Wieczorem się wypogodziło, więc była stosowna pora by zasiąść przy ognisku i pośpiewać przy akompaniamencie wujowej gitary.

5. Siemczyno – wystawa na poddaszu 6. Siemczyno – aleja grabowa
7. Nareszcie ognisko 8. Śpiewamy przy ognisku

 

(1 IX) Środa była dniem wypełnionym wieloma atrakcjami. Zarządzono śniadanie wcześniej, bo trzeba było zdążyć na piknik nad jeziorem Czarne Wielkie, gdzie już dawnymi czasy piknikowaliśmy. Konni ruszyli zaraz po śniadaniu, a pozostali dojechali później samochodami. Żona Kowalskiego przygotowała bardzo smaczny bigos, było też ciasto, a my zadbaliśmy o odpowiednie trunki. Pogoda dopisała, słońce na przemian z chmurkami okraszały niebo. Było bardzo  sympatycznie, choć zbyt chłodno by się wykąpać.

9. Przyjazd na piknik 10.  Piknik nad jeziorem Czarnym

 

Po powrocie i wcześniejszym obiedzie nastąpił najważniejszy punkt programu każdego Rajdobozu – balanga, tym razem z hasłem przewodnim „wiejski głupek”. Pani Zgaga przygotowała odpowiednią scenografię i jako pierwsza wystąpiła  przedstawiając wraz z Renią „Idzie  Grześ przez wieś, worek piasku niesie”. Potem wystąpili Ela z Kornelem  w skeczu pt. „Dyskurs idioty z kretynką”. Walterowie zaprezentowali  wspólnie z Panią Zgagą fragment z kabaretu Olgi Lipińskiej, świetnie dopasowany do tematu. Inni wykorzystali teksty różnych poetów m.in. Tuwima i  Waligórskiego. Wuja  oczywiście wystąpił z gitarą parafrazując znaną piosenkę Chyły. Pozostali ograniczyli się do odpowiedniego przebrania sugerującego zadane hasło. Gdy występy dobiegły końca i zasiadaliśmy do stołu by się trochę posilić, wówczas, po krótkiej naradzie z prawnikiem (Wuja  Woyt) Hania elegancko ubrana  zarządziła reasumpcję całego programu i przerwę do  godzinie 23.30, ponieważ został zgłoszony protest, gdyż nastąpiła dwuznaczność pomiędzy określeniami „wiejski głupek” i „wioskowy głupek”. Niestety po tak pełnym  wydarzeń dniu nie dotrwaliśmy do 23.30 i wcześniej rozeszliśmy się po pokojach, posileni jadłem przygotowanym przez nasze panie i trunkami dostarczonymi przez panów.

11.  Idzie Grześ przez wieś. 12. Występ  Krzysia i Grażynki
13. Dyskurs idioty z kretynką. 14. Zdjęcie grupowe z balangi 15. Reasumpcja

 

(2.IX) We czwartek opuścili nas Maciej i Kach.  Bardzo żałowaliśmy, ale cóż, mieli ważne sprawy do załatwienia.  Po jeździe konnej o godz. 13.30 był zaplanowany wyjazd do Czaplinka, by katamaranem opłynąć jezioro  Drawskie. Wycieczka jak zwykle udała się, jakkolwiek dwie osoby pomyliły godziny i w sumie impreza z konieczności przesunęła się w czasie. Po spóźnionej kolacji zasiedliśmy na pięterku, by pogwarzyć. Dyskusje były długie i suto zakrapiane rozmaitymi trunkami.      

(3 IX) W tym dniu zaplanowany był spływ kajakowy – 13 km rzeką Piławą.  Impreza zawsze oczekiwana. Śniadanie było o 8.30, a o 9.30 wyjechaliśmy na spływ. Pogoda dopisała, ale wody w rzece  było nieco mało, więc coraz to ktoś osiadał  na mieliźnie, albo musiał okrążać zwalony pień lub wystający kamień. Wszyscy jednak dopłynęli bez szwanku, bardzo zadowoleni. Pogoda dopisywała przez cały spływ. Pod koniec trochę zawiodła logistyka, przez co przyjazd do domu, na raty, znacznie się opóźnił. W efekcie po spóźnionej kolacji  jazda konna odbywała się już niemal po  zmroku. Wszakże wszyscy wrócili ze stajni zadowoleni z niecodziennej nocnej jazdy.

16.  Malownicza rzeka Piława 17. Wąski przesmyk pomiędzy kamieniami

 

(4 IX) Rano wreszcie zrobiła się piękna pogoda, wobec tego zaraz po jeździe całe towarzystwo wyległo na plażę. Wielu zażywało kąpieli w jeziorze, gdyż woda jeszcze była dość ciepła. Po południu wpadliśmy na dożynki do Kluczewa.

18.  Na dożynkach w Kluczewie 19.  Na dożynkach – próbujemy miejscowych specjałów

 

Na kolacji żegnaliśmy uroczyście Krzysia z Grażynką (musieli wcześniej wyjechać), dziękując im za świetnie zorganizowany Rajdobóz. Wypiliśmy też „Zdrowie Konia”. Tego wieczoru nie rozpaliliśmy ogniska, a zebraliśmy się na pięterku by pośpiewać przy wujowej gitarze i trochę porozmawiać. Postanowiliśmy też, że jeszcze w tym roku  należy zorganizować „Spęd Starych Koni” w takim miejscu, by wujostwo też mogli dojechać bez większego problemu. Głównie brano pod uwagę Trzcinowy Zakątek. Poszliśmy spać dość wcześnie, bo Maria i Kupa wyjeżdżali nad ranem następnego dnia, a my też musieliśmy się wstępnie popakować przed wyjazdem.

20. Zdrowie konia 21. Dyskusje na pięterku

 

(5 IX) Z żalem opuszczaliśmy pensjonat Kalina w Komorzu i obiecywaliśmy sobie, że w przyszłym roku  znów tu przyjedziemy, bo gdzie nam będzie lepiej jak nie tu. Jadący do Wrocławia odwiedzili po drodze w Poznaniu Wuja Toma, który przyjął nas jak zwykle bardzo gościnnie. Nakarmił towarzystwo wspaniałymi gołąbkami własnej roboty w dwóch sosach do wyboru (pomidorowym lub kminkowym), oraz pyszną szarlotką, dziełem towarzyszki Toma. Nie brakło również napojów, tym razem bezalkoholowych, bo jeszcze długa droga była przed nami. Podziwialiśmy też wujowy ogród, pięknie zadbany. Pora była jednak wracać, więc  po serdecznych pożegnaniach wsiedliśmy w samochody i ruszyliśmy do domu.

22. Przyjęcie u Wuja Toma 23. Wuj Tom prezentuje kapustę, z której robił gołąbki.

 

Tak to zakończył się XVIII Rajdobóz Starych Koni. Wszyscy mają nadzieję, że za rok spotkamy się na XIX Rajdobozie. A do dwudziestego – jubileuszowego – już nie daleko.

 

Opisał: Olo
zdjęcia: Hania i wielu innych
na stronę wstawiła: Formisia

 

 

XX Wielce Jubileuszowy Rajd Bieszczadzki Starych Koni

W roku 2021 Stare Konie doczekały nieprawdopodobnego jubileuszu,  którego przed laty nikt z pewnością nawet sobie nie wyobrażał –  a mianowicie rajdu dwudziestego. Gdy dwadzieścia lat wstecz zaczynaliśmy zabawę w rajdowanie, wydawało się że będzie to zabawa jednorazowa, no może powtórzymy raz czy dwa. Już wtedy byliśmy przecież mocno dorośli, a PESEL straszył i nieubłaganie nabierał rozpędu. W biegiem lat coraz mocniej strzykało tu i tam, sił ubywało, garść  prochów przy śniadaniu zwiększała objętość. Ale jednocześnie rok po roku organizowaliśmy kolejne rajdy, a każdy działał jak coraz to silniejszy narkotyk i nijak nie dało się z tej formy urlopowania zrezygnować.
Skutkiem czego dotrwaliśmy do magicznej dwudziestki. Jest to tym bardziej godne pochwały, że dwa ostatnie rajdy odbyliśmy w dobie pandemii, gdy możliwość przemieszczania się oraz mniejszy lub większy strach przed wirusem były czynnikami stopującymi różne inicjatywy urlopowe. 

1. Stare Konie zaczynają 20-ty,  mega jubileuszowy rajd. 


Ale bez rajdu cóż wart byłby ten świat….  Więc do Dwernika w piątek 18 czerwca zjechała całkiem pokaźna grupa 23 kowboi. 18 osób zamierzało rajdować w pełnym wymiarze, a 5 osób przyjechało na 3 dni, na główne obchody jubileuszowe. Tych 5 osób to Olo z Olową, Grażyna Krzyśkowa, Jarka też Krzyśkowa, oraz przez cale lata nie widziany Olek żeglarz. Natomiast grupa pełnowymiarowa to: Marysia szeryfa, Reniowie, Rudzi, Wujowie, Dorota, Majka, Zgaga, Stefan, Sławek, Aldona, Krzysiek od Grażynki, Andrzej żeglarz, Maciek warszawski, Ewa Gdańszczanka i Ewa Formisia. Rajdowaliśmy oczywiście z Józkiem, który przywiózł do Dwernika liczne stadko koni, tak że każdy mógł jeździć ile dusza zapragnie. Sporo starych koni ubyło, lecz w to miejsce pojawiły się nowe.  Nie pojawił się Bojar, Berdanka, Weda, Wadera, Celka ani Poligon, natomiast nowe mustangi to 4,5 letnia łaciata Czantoria, 5-letni, również łaciaty Wiarus, 6-letnia Hiacynta, starsza siwa Letycja i poniekąd nowy (bo w zeszłym roku pod naszym kowbojem szedł tylko raz) duży kary Wezyr. Józek poprowadził rajd na nowej, bardzo elektrycznej Melisie. Ze znanych koni był Basior, Eldik, Fikus, Gaskończyk, Emir i Figlarna.
Każdy dzień obfitował w różne wesołe, jubileuszowe akcenty, a nowością jeśli chodzi o trasy naszych wędrówek był wyjazd do tak zwanego Worka Bieszczadzkiego, co się wiązało z dwoma noclegami poza Dwernikiem i dość skomplikowaną logistyką przedsięwzięcia.
W sobotę przy śniadaniu szeryfa rozdała wszystkim uczestnikom piękne kolorowe bandamki. Sama je uszyła, a projekt zrobił Olo wg grafiki naszego nieocenionego nadwornego plastyka z Kanady Marka.
Konie stały w Zatwarnicy, dokąd pojechaliśmy busem. Ściągnięcie ich z odległego pastwiska, przydział nowych koni i dopasowanie sprzętu trwało długo, więc w trasę ruszyliśmy dopiero o 12.30. Jechaliśmy z Zatwarnicy do Dwernika, pokonując  trasę znaną z wcześniejszych lat. Były wysokie zarośla, łąki i piękne widoki. Przekroczyliśmy San przy płytkim stanie wody i spotkaliśmy się w lesie z resztą grupy na biwaku. Po odpoczynku druga grupa podróżowała także znanymi ścieżkami, zaliczając krótką ulewę i pomrukiwania burzy, która na szczęście nas ominęła. Niestety w lesie zdarzył się przykry wypadek, a mianowicie jadący na Wezyrze Sławek nie wytrzymał skoku konia przez dużą kałużę na leśnej drodze i z impetem gruchnął z wierzchowca. Wszystko wyglądało groźnie, gdyż Sławek długo się nie podnosił i nasi lekarze mieli sporo roboty przy „reanimacji”. Ale ostatecznie skończyło się dobrze, Sławek nawet dosiadł w powrotem swojego konia, gdyż byliśmy głęboko w lesie i nie doszedłby pieszo do celu. Jechaliśmy oczywiście wolnym stępem, a nasz upadkowicz  po pierwszym szoku pozbierał się do kupy i jubileuszowy wieczór spędził w dobrej kondycji i z dobrym humorem. Tym niemniej po dwóch dniach opuścił rajd i wrócił do domu.

2.  Konni pokonują San, wozowi czekają z bigosem. 3. Sławek na Wezyrze, za chwilę się z nim rozstanie.


A wieczorem działo się, działo… Najpierw Lalucha powiesiła w jadalni wykonany przez siebie plakat, objaśniając jego treść i wprowadzając niejako w jubileusz. Bo na plakacie przedstawiła nową grupę bieszczadzkich aniołów, powiększając grono tych aniołów, z których Bieszczady słyną. Nad całą grupką wznosił się Nadszeryf Stworzyciel, czyli Henio. Poniżej fruwały Aniołowie Zwierzchności, sprawujący pieczę nad Starymi Końmi, wierzchowcami i terytoriami – czyli Marysia i Józek. Nieco powyżej z lewej fruwali Serafini, czyli aniołowie ognistego prapoczątku rajdów Starych Koni po przejściach – to Olo z Olową. Poniżej aniołów zwierzchności ujrzeliśmy dwa Cherubinki, czyli anioły wspólnoty i piękna, strzegący starokońskiego Drzewa Życia – to Renia i Andrzej. Z prawej strony od Cherubinów kołysał się Anioł Rajskich Ogrodów i ich pamięci – czyli Formisia. Pięknie to Laluszka zrobiła i już na wstępie ubawiliśmy się i wprawiliśmy w dobry nastrój. Ale dalszych punktów programu była mnogość, po zjedzeniu obiadu realizowane były kolejne. Najpierw Olo przemówił, podsumowując całe to przedsięwzięcie jakim są nasze uporczywie trwające tyle lat rajdy. Na okoliczność szacownego Jubileuszu rozdał wspaniałe papeterie, ozdobione grafiką Marka i Teresy. Następnie Renia rozdała wykonany przez siebie śpiewnik „Rajdy wyśpiewane”, który zawiera zbiór hymnów szeryfa (głównie Henia, ale ostatnio też Marysi) i rozmaitych ballad i piosneczek, które powstawały spontanicznie na wszystkich dotychczasowych rajdach i stanowią jego swoistą, rymowaną historię. Autorzy spisywali je na byle czym, wykonywali solo bez prób, często z naszym chórkiem. Wiele z nich miało wykonanie jednorazowe.  Kto był na tych rajdach to wie o co chodzi, a kto nie był to z pewnością odczuł klimat tamtych dni. Łza się w oku kręci.

4. Bieszczadzkie Anioły 5. Olo przemawia


Kolejnym punktem programu było uhonorowanie tych osób, które uczestniczyły we  wszystkich rajdach… lub prawie wszystkich. „Zaliczyć” dwadzieścia, czy nawet osiemnaście lub siedemnaście rajdów to jakby nie patrzyć wyczyn nie lada. Z jednej strony świadczy o niezwykłej determinacji, z drugiej to manifest wyższości poniewierki jaką jest rajd, nad ekskluzywem ciepłych mórz, palm i wygody – z pewnością  należy to docenić. Osobami które były na wszystkich rajdach okazały się Renia z Andrzejem i Formisia. Szeryfa wręczyła „zwycięzcom” prezenty, a były to makiety miasteczka westernowego, pięknie wykonane na zamówienie. Szeryfa zadała sobie wiele trudu i pomysłowości zdobywając je  i niespodzianka była wielka.

6. Ze wzruszeniem słuchamy Ola. 7.  Te osoby były na wszystkich rajdach.
8. Marysia przejeździła 18 rajdów. 9. Aldona przejeździła  17 rajdów. 10. Również Wojtuś przejeździł 17 rajdów.

 

Nie ma osoby, która opuściła tylko jeden rajd i „zaliczyła” ich 19. Natomiast dwie nieobecności, czyli 18 rajdów  przejeździła Marysia, i jej jest drugie miejsce na pudle. Trzema nieobecnościami (przejechanych 17 rajdów) wykazały się dwie osoby, Aldona i Wuja. Wszyscy wymienieni otrzymali medale w postaci własnego rajdowego zdjęcia w dekoracyjnej ramce, z odpowiednim napisem.  Pamiętając że w klasyfikacji sportowej najgorsze jest miejsce poza pudłem, czyli czwarte, a takowe osiągnęła Dorota (mając cztery  nieobecności i 16 przejechanych rajdów) – Dorota także otrzymała zdjęciowy medal, ku wielkiej uciesze. Na tym część oficjalna akademii się zakończyła i przystąpiliśmy do konsumpcji niezwykle dekoracyjnego tortu, upieczonego przez dwernicką Małgosię. Takiego tortu nikt chyba w życiu nie widział – była na nim zielona zagroda, koń za płotem i kwiatki – aż szkoda było kroić. Ale po chwili wsuwaliśmy aż się uszy trzęsły, dobierając ile się dało. Na zagryzkę dostaliśmy upieczone przez Majkę ciasteczka w postaci małych koników, więc po tym obżarstwie pognaliśmy na most na Sanie by  pilnie spalić kalorie. Przy okazji ucieszyliśmy oko niezwykle spektakularnym zachodem słońca nad Sanem.

11.  Wspaniały jubileuszowy tort 12. Zachód słońca nad Sanem


Na tym wieczór się nie skończył, po powrocie do jadalni zasiedliśmy do wspomnień. Oglądaliśmy pokaz slajdów o naszych 20-tu rajdach autorstwa Formisi, zatytułowany  „gdzieśmy byli, cośmy widzieli”. Temu i owemu spadała od czasu do czasu głowa od nadmiaru wrażeń i świeżego powietrza (że o whiskey nie wspomnę), ale generalnie publika reagowała emocjonalnie, a przede wszystkim po raz kolejny doznawaliśmy zdziwienia: „myśmy naprawdę to wszystko przeżyli…”?  
W niedzielę pojechaliśmy na piknik do Nasicznego. Trasę tą pokonaliśmy już parę razy, można jedynie wspomnieć, że w tym roku była jeszcze bardziej niż zwykle  zarośnięta, pełna wiatrołomów, gałęzi i patyków na ścieżce, a w jednym miejscu zatarasowana ciężkim sprzętem do zrywki drewna, co wymagało trudnego objazdu przez nieprzyjazny busz. Józek używał swojej maczety do udrażniania trasy wiele razy.  

13.  Józek maczetą udrażnia trasę. 14. Z trudem omijamy ciężki sprzęt w lesie.


Natomiast wieczorem obrzędów jubileuszowych  trwał ciąg dalszy. Mottem przewodnim wieczoru, niejako w nawiązaniu do naszego kultowego „śniadania na trawie” w 2006 roku, było „objadanie się na sianie”. Renia zadbała o pokrycie stołu pod wiatą sianem i sporą ilością kolorowych ziół, a do objadania miał służyć baran pieczony na rożnie, czym zajęli się Józek z Jarkiem. Baran dochodził i dochodził, nie mogliśmy się doczekać. Ślinka ciekła, więc popijaliśmy różne trunki, a wesołość wzrastała. Ostatecznie baran doszedł i wyżerka była wielka. Chłopaki obgryzali kosteczki do ostatniego kęsa.  

15. Będzie objadanie się na sianie. 16. Na rożnie piecze się baran.


Nasze pamiętne „śniadanie na trawie” odbyło się w ekskluzywnej bieliźnie z epoki, kobitki w pantalonach z koronkami, faceci w kowbojskich kalesonach. Teraz nie mogło zabraknąć tych akcesoriów. Gdy temperatura wesołości była już odpowiednio wysoka, te dziewczyny które miały pantalony pod spódnicami pozbyły się spódnic i wskoczyły na stół by trochę na nim podokazywać. Wuja przygrywał do podrygów, reszta towarzystwa zagrzewała do boju i podskoki na stole szły na cały gwizdek.  

17. Trzeba ogryźć każdą kosteczkę. 18. Tańce w pantalonach na stole.


Na koniec wieczoru Andrzej pokazał piękny, nostalgiczny film o naszych rajdach, będący montażem jego filmów kręconych w różnych latach, co było wspaniałym podsumowaniem Jubileuszu. Film był pokazany pod wiatą jako kino letnie,  Renia rozdawała popcorn. Niezmiernie się wzruszyliśmy.  
W poniedziałek rozpoczęliśmy przygodę, która była sednem tegorocznego rajdowania. Wyruszyliśmy w świat. Celem ostatecznym była Tarnawa Niżna w Worku Bieszczadzkim, ale oczywiście dotarliśmy tam etapami. W poniedziałek pojechaliśmy końmi do Stuposian, gdzie one wraz ze sprzętem zostały na noc, a nas przywiózł autobus na nocleg z powrotem do Dwernika.  

19. Biwak w środku lasu, gdzieś między Dwernikiem a Stuposianami.


Pierwsza grupa jechała rozświetlonym, kolorowym, rozśpiewanym lasem, ale po tak mokrych ścieżkach, że często w koleinach stała woda. Konie w mokrej trawie zapadały się po pęciny. Dorodnych niezapominajek, dzwonków i jaskrów ścieliły się całe łany. Pod koniec wyjechaliśmy na piękną równą drogę leśną wśród wysokich rzadkich sosen, między którymi podziwialiśmy pas Magury Stuposiańskiej. Gdzieś w lesie pomiędzy Dwernikiem a Stuposianami był biwak, Małgosia nakarmiła nas makaronem z serem. Po odpoczynku druga grupa ruszyła w drogę. Najpierw trudnym, stromym zjazdem w lesie, po wertepach i głębokich koleinach,  dotarliśmy do szosy. Wzdłuż szosy galopowaliśmy po miękkiej, przyjaznej łące, mimo że na szosie był całkiem spory ruch. W ten sposób dotarliśmy do Stuposian, gdzie Józek z Jarkiem przygotowali pastwisko przy szosie i gdzie konie mieliśmy zostawić.  Pastwisko zostało stworzone poprzez ogrodzenie kawałka łąki przenośnym ogrodzeniem i elektrycznym pastuchem. Obok pastwiska zostały na noc siodła, zabezpieczone tylko wielką plandeką. Oczy nam wychodziły na wierzch widząc w jakich warunkach Józek chce zostawić konie i sprzęt, ale być może miał opłaconego stróża, który pilnował dobytku w nocy. Tymczasem popijając piwo czekaliśmy na autobus. Gdy ten nadjechał wróciliśmy do Dwernika. 

20. W Stuposianach przy szosie konie zostaną na noc. 21. Stuposiany – czekamy na autobus, który odwiezie nas do Dwernika.


Tego wieczoru czekała nas kolejna zabawa. Szeryfa zapowiedziała wieczór gender i każdy miał się przebrać za osobnika płci przeciwnej. Dziewczynom było względnie łatwo, wystarczyło wskoczyć w spodnie i domalować sobie wąsy. Niektóre wypchały sobie brzuchy poduszkami. Natomiast facetom było trochę trudniej, szczególnie tym, których jest dużo. Ale dali radę. Powstały tak komiczne persony, że śmiechu było co niemiara. W tych nowych osobowościach powędrowaliśmy na most, gdyż nadmiar wesołości wymagał aktywnego jej upuszczenia. Uciechę miało parę przypadkowych osób, które widziały naszą zabawę.  

23. Wieczór gender 24. Gendery na moście na Sanie


We wtorek po śniadaniu każdy spakował trochę dobytku, gdyż dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Tarnawie. Nasze bagaże pojechały samochodem, a my znowu autobusem do Stuposian. Tego dnia było niemiłosiernie gorąco, dosłownie żar lal się z nieba. Wyjechaliśmy ze Stuposian wąską drogą asfaltową n-tej kategorii, którą nic  nie jeździło. Upał powalał, tylko czasem trafił się lekki wiaterek. Gdy się dało wjeżdżaliśmy do lasu. Niezwykle dorodne i w wielkiej ilości firletki i jaskry cieszyły oko. Minęliśmy znane retorty pod Mucznem i Józek skierował nas w wąską przecinkę w lesie pod trakcją elektryczną. Przecinka opuszczała się w dół, na dno niecki, z której wychodziła po drugiej stronie do góry. Więc na początku całą ją widzieliśmy. Miała jakieś 2 – 3 km. Co niektórzy spodziewali się, że jak znajdziemy się na dnie niecki to na pewno będzie galop, po przyjaźnie wyglądającej trawie. Ale nic bardziej mylnego, była to śmiertelna wręcz pułapka. Przede wszystkim przecinka usiana była głębokimi rowami, każdy słup elektryczny stał na wyniesieniu terenu, między którymi były nawet nie tyle  rowy, co  głębokie wykopy. Nasze koniska dzielnie te dziury w ziemi pokonywały, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Otóż dno niecki okazało się głębokim bagnem, w które najpierw wpadła Melisa pod Józkiem, a za nią Hiacynta pod Formisią. Reszta jeźdźców przystanęła widząc co się dzieje, choć jeszcze na parę kroków w bajoro zanurzyła się Lalucha na Figlarnej, na szczęście szybko się wycofały. Tymczasem Melisa i Hiacynta utopione w bagnie po brzuchy walczyły o równowagę, przechylając się z lewa na prawo i próbując rozpaczliwymi susami wyskoczyć z mazi która je więziła, ale nie miały szans porządnie się odbić. To że żadna się w tej sytuacji nie przewróciła to prawdziwy cud. Jeźdźców gibało na wszystkie strony, najczęściej  nie na tą stronę, na którą w tym momencie przechylał się koń. Józek przyznał się potem, że miał taki moment, gdy czuł iż jest poza koniem. Formisia miała podobne odczucia, więc w obu wypadkach anioły stróże dobrze wywiązały się ze swej opiekuńczej roli. Rozstanie się z koniem w tych warunkach nie dawałoby szans jeźdźcom na wydostanie się bez pomocy z bagna, a kto niby miałby pomóc. Józek próbował poprowadzić konia w bok w stronę lasu (na ile w tym szaleństwie w ogóle dało się koniem powodować), gdyż nie miał pojęcia jak długie jest bagno, a z boku las był dość blisko. Trwało to bez końca. Wreszcie konie poczuły stabilne dno i ostatecznie wygrzebały się z bagna do lasu, a wraz z nimi pokonała tą pułapkę idąca luzem Letycja. W gęstym lesie Józek zostawił Formisię z trzema końmi i wystraszony pobiegł poszukać pozostałym jeźdźcom jakiejś drogi omijającej bagno. Trzy pozostawione konie kręciły się i były bardzo niespokojne. Józek jakoś wyprowadził grupę z niebezpiecznego rewiru i po chwili przedarli się przez gęstwinę do samotnie czekającej Formisi. Wszyscy razem wróciliśmy na wcześniejszą przecinkę, przedzierając się przez bardzo trudny teren. Na szczęście ani w lesie, ani na przecince nie było już dramatycznych niespodzianek i szczęśliwie dotarliśmy do miejsca biwaku.  Dopiero tam można było złapać oddech i zebrać myśli. Józek opowiedział Jarkowi czego doświadczyliśmy i podsumował: takie ekstremum tylko z siedemdziesięciolatkami można przeżyć. Pośmialiśmy się, ale przygoda naprawdę mroziła krew z żyłach.  

25. Niewinnie wyglądająca przecinka leśna 26. Na tej niewinnej przecince o mało nie postradaliśmy życia.


Posiedzieliśmy na trawie, przyjechało leczo do jedzenia, a nas jadły kleszcze. W dalszej drodze było sporo galopu po cudnych od kwiatów ścieżkach, przekraczaliśmy też kilkakrotnie meandrujący potok Muczny. Spotkaliśmy się z wozami i razem przejechaliśmy Muczne, które stało się bardzo ludnym kurortem. Muczne było przed wojną małą wioską, która pod koniec wojny całkowicie przestała istnieć. Część ludzi wymordowała UPA, część wysiedlono do ZSRR. Na początku lat 70-tych powstała tutaj mała osada dla pracowników leśnych, jednak w roku 1975 przejął to miejsce Urząd Rady Ministrów jako tereny łowieckie dla władców PRL-u i ich zagranicznych gości. Obok Łańska i Arłamowa był to trzeci myśliwski ośrodek  dla polskich VIP-ów. Tutaj Jaroszewicz ustrzelił niedźwiedzia, tutaj bywał Gierek, Tito i tym podobne towarzystwo. Dopiero w 1981 roku pod naciskiem Solidarności bieszczadzkiej Muczne wróciło pod zarząd służby leśnej. Obecnie jest tam hotel ogólnie dostępny, muzeum, karczma, itd. I kupa ludzi.  

27. Przejeżdżamy przez Muczne. 28. Dojechaliśmy do Tarnawy Niżnej.


Jadąc dalej pięknymi terenami ostatecznie dojechaliśmy do Tarnawy, którą można uznać za koniec świata, gdyż dalej nie ma już żadnych wiosek ani żadnej cywilizacji, nie licząc wiaty turystycznej w Bukowcu. W Tarnawie w pozostałościach po Igloopolu mieści się ośrodek jeździecki gdzie ulokowaliśmy nasze konie, natomiast obok w barakach bazy turystycznej ulokowano nas. Szefuje bazie bardzo fajny koleś Radek. Pokoje mają standard PRL-owski, m.in. wspólne łazienki na korytarzach, jednak jest czysto, a stołówka serwuje bardzo smaczne, swojskie jedzenie. Jest też mały bar-sklepik, gdzie można nabyć lokalne piwo Duch Sanu, oraz drugie o nazwie TSU – na cześć słynnej onegdaj grupy rockowej o tej nazwie, wywodzącej się z Ustrzyk Dolnych. Są też mapy, pamiątki, lody, itd. Początkowo baliśmy się tej tarnawskiej poniewierki, jednak goszczono nas wylewnie, Radek i panie z kuchni bardzo się starały i niczego nam nie brakowało. Wieczorem z tyłu za ośrodkiem rozpalono nam ognisko i na dziarskim śpiewaniu upłynął bardzo przyjemny wieczór. Dojechała Kasia i tradycyjnie grała na skrzypcach.  

29.  Szef bazy turystycznej Radek to fajny koleś. 30. Wieczorne ognisko w Tarnawie.


W środę na śniadanie przyjechały jeszcze ciepłe bułeczki z jakiejś okolicznej piekarni, były swojskie wędliny i dużo różnych różności. Niestety żar lał się z nieba i psuł obraz całości. Za dnia było 33 stopnie. Celem wyprawy były Sokoliki Górskie, najdziksze miejsce w okolicy i dla nas już totalnie niedostępne z buta. Cała trasa prowadziła wzdłuż Sanu, za którym rozciągała się Ukraina. Co parę metrów stały słupki graniczne. San jest tam wąską rzeczułką, gdyż wypływa zaledwie kilkanaście km dalej z Sianek. Jechaliśmy chwilami wąską drogą z płyt betonowych, chwilami bezkresnymi łąkami mieniącymi się kolorami kwietnych dywanów. Na nie tak bardzo dalekim horyzoncie widać było Halicz i inne szczyty głównego pasma bieszczadzkiego. Gdzie się dało galopowaliśmy, ale też często przekraczaliśmy różne niegroźne rowy, które wymagały przystopowania. Na jednym takim pozornie banalnym rowie rozstał się z koniem Stefan i trochę się poturbował. Podobno pękły wodze i jego Letycja „nie wyrobiła się” na rowie i fiknęła kozła.  

31. Za Tarnawą rozciąga się panorama całego pasma Biesczadów Wysokich. 32. Stefan rozstał się z Letycją.


Mimo drobnych minusów (upał, rowy, bardzo wysoka trawa, chwilami betonowa ścieżka) świat był zachwycający.  Dojechaliśmy do Sokolików, gdzie spędziliśmy przyjemny, leniwy, senny biwak, ciesząc się pobytem w miejscu leżącym bardzo daleko od cywilizacji. Sokoliki były przed wojną niemałą wioską i modnym letniskiem. Do dziś atrakcją jest pięknie meandrujący tutaj San i stojąca po drugiej stronie, już na Ukrainie, cerkiew. Wioska ukraińska także niemal nie istnieje, podobno 2 km od cerkwi jest kilka domów, ale z Polski nie widocznych. Nigdzie nie było żywej duszy, ale podobno żyją tu niedźwiedzie, jelenie, cenne jaszczurki i motyle, jest to także istny ogród botaniczny. Miejsce z przyrodniczego punktu widzenia jest bezcenne.  

33. Dojeżdżamy do Sokolików Górskich, zero cywilizacji. 34. Meandrujący San i cerkiew już po stronie ukraińskiej.


W drodze powrotnej spotkała nas niezwykła przygoda – nadzialiśmy się na zamknięty na głucho szlaban, który w  tamtą stronę był otwarty. Zrobił się problem dla wozu, bo zjazd na łąkę uniemożliwiały po obu stronach  rowy. Józek z Jarkiem dumali chwilę, złoszcząc się na tych, którzy szlaban zamknęli – ponoć latem gdy działają tu rajdy konne szlabany mają być otwarte. Wymyślili aby zasypać rów belkami ściętego drewna, gdyż na szczęście obok wypatrzyli pryzmę takiego drewna. Kto nie siedział na koniu ruszył do noszenia belek i zasypywania rowu. Tym sposobem wóz mógł w końcu objechać łąką szlaban i jechać dalej, a konni czekający na zakończenie operacji pogalopowali  spokojnie do Tarnawy. Panoramy wkoło były bardzo rozległe i piękne. Miejscami wielkie połacie łąk porośnięte były wysoką trybulą. Józek chcąc uatrakcyjnić jazdę zarządził galop w tej roślinności sięgającej końskich brzuchów, co nie było zbyt rozsądne, gdyż w takim buszu nie widać co jest pod nogami. I skończyło się tak, że w buszu leżała płyta betonowa, której Melisa się wystraszyła i zrobiła stopę, a Józek „dal na beret”.  Żeby Józek rozstał się z koniem to jak świat światem się nie zdarzyło, ale do rajdu bardzo jubileuszowego takie niezwykłe zdarzenie bardzo pasowało. Galop był także podyktowany tym, że pohukiwała burza i w końcu do nas przyszła. Ale byliśmy już bezpiecznie na miejscu. Wieczór spędziliśmy przy ognisku.  

35. Zasypujemy rów belkami, aby wóz mógł objechać  zamknięty szlaban. 36. Galopujemy przez busz trybuli, tutaj Józek rozstał się z Melisą.


W czwartek od rana grzało jak z gorącego piekarnika, perspektywa  siadania na konia przerażała. Tego dnia wracaliśmy do Stuposian i co tu dużo gadać – żal było wyjeżdżać. Tarnawa mimo że siermiężna, okazała się fajnym miejscem. Radek na odjezdnym życzył nam kolejnego dwudziestego jubileuszu, a niezależnie od jubileuszu ponownego szybkiego przyjazdu w jego progi.  
Poszliśmy złowić konie i podczas tej czynności i tym bardziej podczas późniejszego siodłania każdy zrobił się mokry jakby wyszedł spod prysznica. Ale w dalszej drodze nie było źle, góry to góry, nawet w upalnej aurze powieje czasem wiaterek i generalnie jest czym oddychać.  Droga była cudnej urody i nadal wiodła przez dziki, pusty świat. Jechaliśmy do byłej wsi Dźwiniacz Górny, po której aktualnie prawie nie ma śladu, a która przed wojną liczyła prawie 1500 osób. W 1946 roku tereny po wsi zostały podzielone między Polskę i Ukrainę. Obecnie jako resztki wsi  widnieją  w trawie dwa samotne krzyże, a wśród drzew ostały się dwa stare cmentarzyki, na których widać znikomą ilość nagrobków. Teren jest niezwykle rozległy i widokowy, a niekończące się łąki porasta wysoka biała trybula, w  której konie topiły się aż po siodła. Były też po drodze łąki żółte (jaskry), fioletowe (dzwonki) i różowe (firletka), a nawet miejscami pomarańczowe od rzadkiego kwiatka jastrzębiec pomarańczowy. Sprawniejsze oko wypatrzyło bardzo rzadki wieczornik śnieżny, występujący wyłącznie w Bieszczadach, a także bodziszka żałobnego i kalinę koralową, również nie częste. Po łąkach galopowaliśmy gdy tylko się dało. Były to przepiękne chwile, radość tak rozpierała, że wuja z Kaśką wyciągnęli harmonijki ustne i jadąc przygrywali do marszu. Upał na łąkach nie dokuczał,  dokuczył dopiero gdy wyjechaliśmy na szutrową drogę bez żadnej osłony w lesie jodłowo – świerkowym. Tutaj żarówa wycisnęła ostatnie soki, na szczęście za chwilę wjechaliśmy w chłodny las  liściasty, co dało wytchnienie. Dojechaliśmy na biwak do retort koło Mucznego i każdy padł gdzie mógł starając się zregenerować nadwątlone siły.  

37. Cudny pusty świat. 38. Tu był kiedyś Dźwiniacz Górny.
39. Czasem jechaliśmy razem z wozem – łąki między Dźwiniaczem a Mucznem. 40. Biwak koło Mucznego, każdy padł gdzie mógł.


Jazda drugiej  grupy była dość krótka, generalnie były to poplątane ścieżki typu góra-dół, w lesie gęstym i w miarę chłodnym, miejscami pełnym błota. Czasem żadnych ścieżek nie było i Józek improwizował, wierząc iż „kierunek jest dobry”. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w lesie podobno w rejonie Stuposian (totalne odludzie), gdzie chłopaki w wysokiej trawie wykroili sporą przestrzeń na pastwisko i elektrycznym pastuchem zagrodzili ją. Znowu siodła zostały zapakowane w wielką plandekę i wszystko łącznie z wozem zostało pozostawione w tym lesie do dnia następnego, a my wydostaliśmy się na szosę i wkrótce przyjechał po nas autobus i odholował nas do Dwernika.  Byliśmy totalnie wykończeni, gdyż upał powalał, a wszelkie czynności przy zaopiekowaniu koni i noszeniu siodeł z miejsca na miejsce po kilku godzinach spędzonych w siodle wykończyły  każdego. Dlatego wieczorem nie planowaliśmy żadnej aktywności, kiedyś należało odpocząć. O zmierzchu spotkaliśmy się pod wiatą i był to wieczór pisania listów. Mieliśmy piękną papeterię, tekst ułożył Stefan i  dyktował go głośno, a wszyscy siedzieli wkoło stołu i każdy pisał do wyznaczonej osoby. Pisaliśmy do naszych przyjaciół, którzy bywali kiedyś na rajdach, ale w tym roku nie mogli przyjechać. Był to bardzo przyjemny wieczór, gdyż wspominaliśmy te osoby, jak również różne zdarzenia z nimi związane.  
W piątek autobusem pojechaliśmy do Stuposian po konie, spędzając kolejny dzień w siodle, ciesząc się urokami lasu, panoram i przeprawy przez San. Z kronikarskiej dokładności należy odnotować że tego dnia rozstał się z koniem Krzysiek. Przyczyną była ponoć rozciągnięta guma (?) – interpretacja dowolna.  

41. Czy to real, czy obraz malowany? 42. Krzysiek za chwilę rozstanie się z Czantorią.


Tego dnia szeryfa zarządziła „wianki”, jako że był to ostatni wieczór kiedy można było ten obrzęd przeprowadzić. Kalendarzowa noc świętojańska była co prawda 3 dni wstecz, jednak na rajdach szeryf nie przejmuje się kalendarzem i ustala noc świętojańską wtedy kiedy pasuje. W tym roku popadło na piątek.  
Jak zwykle było bardzo mało czasu na zbiór kwiatów i plecenie wianków, a o odpoczynku po jeździe należało zapomnieć. Wszyscy uwijali się jak w ukropie. Ostatecznie jakoś zdążyliśmy i na obiad stawiliśmy się pięknie ukwieceni. W takiej dekoracji wszystko smakuje podwójnie, aczkolwiek na rajdzie na brak apetytu nikt nie narzeka i wręcz objadamy się niemożliwie. Stąd konieczność wieczornego biegania na most na Sanie, co tego wieczoru także wykonaliśmy, tym bardziej, że należało wianki zwodować. Wianki mają popłynąć do morza, co jak wiadomo wróży szczęścia bez liku. Nie każdego roku grzecznie odpływają,  nie zawsze jest tyle wody w tej czy innej rzece ile trzeba. Ale przez lata więcej było odpłynięć niż stagnacji, więc opiekę niebios mamy zapewnioną, o czym świadczy choćby to, że spotkaliśmy się na 20-tym rajdzie.   
W tym jubileuszowym roku popłynęły dość dziarsko.  

43. Nie jest łatwo rozstać się z wiankiem… 44. …ale kiedyś trzeba to zrobić.


Na moście wypiliśmy parę guli dobrego trunku, więc humory się poprawiły i przystąpiliśmy do pobierania myta od przejeżdżających samochodów. W tym roku  w Dwerniku był tak duży ruch, że samochody jeździły po tej maleńkiej, zagubionej w lesie wiosce niemal bez przerwy – czegoś takiego nigdy nie było. Zatrzymywaliśmy wiele samochodów, ale tylko w trzech pasażerowie zechcieli przyłączyć się do zabawy.  Za pozwolenie na przejazd żądaliśmy wierszyka, piosenki lub zatańczenia na szosie. Jeden z kierowców wykonał parę podskoków, pasażerka innego samochodu zadeklamowała wierszyk, a jeszcze jeden kierowca zaśpiewał nam „sto lat”. Wszyscy dobrze się bawili, a tradycji stało się zadość. Usatysfakcjonowani wróciliśmy pod wiatę i siedzieliśmy przy ognisku ile kto mógł.  
Jubileuszowy rajd upływał w fantastycznej atmosferze, ale nadmienić trzeba że wyjątkowo dużo osób  miało kontakt z kleszczem i miejmy nadzieję że nikogo nie dotkną przykre konsekwencje. 
W sobotę rano czekała na nas kolejna niespodzianka – Józek obdarował wszystkich uczestników koszulkami z logo 20-tego rajdu. Było to miłe i oczywiście na jazdę wystroiliśmy się w te koszulki. A jazda była piękna jak zwykle. Jeździliśmy stale w górę lub w dół, las był świeży i pachnący, a panoramy na łąkach zachwycały. Postraszył trochę deszcz i na kilkanaście minut wskoczyliśmy w peleryny, ale wkrótce wyszło słońce i znowu zrobiło się kolorowo. Przez godzinę kręciliśmy się po łąkach i lasach dwernickich, by potem na kolejną godzinę przekroczyć szosę i pobuszować po drugiej stronie, po ścieżkach gdzie nigdy nie byliśmy. Po nocnym deszczu w lesie było bardzo mokro i na stromych błotnistych zboczach koniom rozjeżdżały się nogi. Wcześniej na łąkach pogalopowaliśmy trochę, aczkolwiek ostrożnie, gdyż było bardzo ślisko. Tego dnia jazda była wspólna bez biwaku, by mieć popołudnie wolne na odpoczynek i pakowanie przed podróżą. Żal serce ściskał, ale rajd dobiegł końca. Jakby dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba było szykować się do odlotu.  

45. Dostaliśmy koszulki z logo 20-tego rajdu. 46. Koszulkowa jazda po dwernickich łąkach.


Po obiedzie spotkaliśmy się pod wiatą, gdzie rozpalono grilla i piekliśmy kiełbasę i kaszankę. Śpiewaliśmy też i gawędziliśmy. Doszedł Józek, także Gosia z Jarkiem. Obdarowaliśmy naszych miłych gospodarzy prezentem, którego nie odpakowali, ale było to popiersie konia na postumencie z grawerowaną tabliczką.  Józek dostał duży kalendarz na następny rok, zrobiony ze wszystkich koni, które z nami rajdowały przez 14 lat. Bardzo się wzruszył i ucieszył, tym bardziej że kilka z tych koni opuściło już padół ziemski i pozostaną tylko na zdjęciach. 
Wydawało się kiedyś, że na 20-tym rajdzie na pewno poprzestaniemy. Rwie się dusza do raju, ale rozsądek podpowiada coś innego. Jednak w następnym roku byłby 15-ty rajd z Józkiem. Czy takiego jubileuszu wolno zaniechać? Cóż, trzeba będzie zimą przetrawić to pytanie i na wszelki wypadek pielęgnować zdrowie i kondycję, bo najprawdopodobniej znowu ruszymy w Bieszczady.

47. Szefowie Dwernika na ostatnim ognisku. 48. Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 49. Szeryfa śpiewa hymn rajdu.

 

Do zobaczenia….

50. Pożegnania nadszedł czas… 51. Czy za rok ruszymy w Bieszczady?

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć.

 

 

Pamięci Zbyszka Dąbrowskiego

 

Ad memoriam Zbyszka Dąbrowskiego

*

Zawsze ze smutkiem przyjmuję wiadomość o odejściu kolejnej wielkiej postaci świata końskiego.
Niestety biologia robi swoje i śp. Zbyszek Dąbrowski to chyba ostatni z dyrektorów Stad Ogierów z jakimi mieliśmy honor się spotkać.
Dożył pięknego wieku i w swoim życiu zrobił tak wiele dobrego dla przyszłych pokoleń miłośników koni.
Pamiętam, jak brałem jako prezes Poznańskiego AKJ udział w posiedzeniu Okręgowego Związku Jeździeckiego odbywanego w Racocie chyba w 1970 roku.
Były tam uwagi krytyczne, co tam za pożytek ze studentów, sportowców wybitnych tam nie ma, tylko zawracają często głowę.
Nie zgodziłem się z takim stanowiskiem i argumentowałem, że jeśli panowie chcecie, by w przyszłości byli choćby kibice na zawodach rozumiejący sport jeździecki to muszą być osoby które złapią tego szlachetnego bakcyla jakim jst jazda konna, poza tym gdy skończą studia i obejmą ważne stanowiska w różnych miejscach świat jeździecki będzie miał wiernych i pewnych sojuszników.
Jak wynika z wzajemnej miłości AKJ Wrocław i śp. Zbyszka rozumiał on bardzo dobrze wagę „amatorszczyzny”. Jak dowiodło życie, niemal wszyscy sędziowie jeździeccy przez długie lata to byli właśnie wychowankowie AKJ-tów.
Miałem to szczęście, że poznałem dyrektorów Stad, Andrzeja Osadzińskiego ze Starogardu Gdańskiego, Tadeusza Nowickiego i Tadeusza Czermińskiego z Sierakowa, oraz Czesława Matławskiego z Gniezna. Wszyscy już odeszli na wieczną wartę, zmieniła się całkowicie organizacja i hodowla koni w Polsce, ale my mieliśmy szansę i chyba ją dobrze wykorzystaliśmy.
Również dzięki niezwykłej życzliwości wielu w tym na pewno szczególnej życzliwości śp. Zbyszka Dąbrowskiego.
Niech spoczywa w pokoju zawsze obecny w naszej pamięci!
Tomasz Kolańczyk

*

Bardzo smutna wiadomość, dzięki

Elżbieta Szelińska

*

Piękny wiek. Jakże to smutne, ale i nieuniknione. Był to wspaniały człowiek i do tego koniarz!!! Cześć jego pamięci. Jest nam niesamowicie smutno.
Martyna i Jurek czyli Grizzlaki

*

Jaka smutna wiadomość!
Maria Ogielska

*

Jaka ogromnie smutna wiadomość.  Dla mnie był on legendą mojej jeździeckiej młodości.  Dołącz mnie proszę do wszelkich wyrazów żalu jakie będziecie organizować w imieniu Starych Koni wychowanych przecież w Książu.

Eta Rogoyska

*

Straszna wiadomość. Jestem głęboko poruszona.  Niepowetowana strata. Pozostanie w naszych sercach i pamięci na zawsze.

Majka Lewicka

 

 

 

Wigilia Starokońska 2020

 

Smutny rok 2020 upływający w okowach światowej pandemii koronawirusa dobiegał końca, ale dzielne bractwo starokońskie bynajmniej nie zmarnowało tego czasu na trwaniu w trwodze i izolacji. Z wszelkich relacji wynika że każdy na swój sposób organizował sobie życie, w miarę możliwości normalnie i aktywnie. Dowodem tej normalności był rajd bieszczadzki, rajdobóz, życie zawodowe i rekreacyjne wielu osób, a także nieśmiałe spotkania towarzyskie. Więc na zakończenie roku nie mogło się obejść bez starokońskiej wigilii. Co prawda bez nagłaśniania i w bardzo okrojonym składzie (bo w momencie dużych obostrzeń), ale jednak zrealizowanej. Inicjatorkami były Marysia i Hania, a ich pomysł wydawał się początkowo tak szalony, że aż trudy do łyknięcia – spotkać się mieliśmy na świeżym powietrzu przy ognisku, w grudniu…. Ale hasło padło i sprawy potoczyły się lawinowo.

Miejscem spotkania miały być te same krzaki nad rzeką Ślężą gdzie w maju celebrowaliśmy imieniny Ola. Jednak ze względu na ewentualne niespodzianki pogodowe lepiej było zakotwiczyć bodaj w jakiejś stodole, niż na całkiem otwartej przestrzeni. Ostatecznie dziewczyny dogadały się z szefem małego ośrodka jeździeckiego na Maślicach, w rejonie majowych krzaków, i tam uroczystość się odbyła. Udostępniono nam prowizoryczną wiatę z długim drewnianym stołem, a pan szef nieopodal rozpalił ognisko.

1. Wigilia Starych Koni w ośrodku jeździeckim na Maślicach 2. Szef ośrodka rozpala ognisko

 

Wcześniej ustaliliśmy, że ze względu na zakaz zgromadzeń będziemy markować wieczorne spacery – gdy jedni przycupną przy ogniu, inni będą krążyć koło wiaty czy gdzieś w pobliżu. Przybyliśmy oczywiście w maseczkach, nie było obściskiwania się ani żadnych innych poufałości. Ale i tak miło się było spotkać, tym bardziej że każdy czuł się wyposzczony towarzysko. Spędziliśmy razem piękne, wzruszające chwile. Przybyło 14 osób.

3. Olo składa życzenia 4. Rozdano opłatki
5. Rozdawania opłatków ciąg dalszy 6, Przybyło 14 osób

 

Na wstępie Olo złożył wszystkim życzenia, zaczynając od zaklinania niebios w kwestii zabrania ze świata tego okropnego wirusa. Wyraził nadzieję, że w dobrym zdrowiu dotrwamy do dalszych etapów życia i będziemy mogli realizować założone cele. Był oczywiście opłatek i indywidualne dzielenie się nim, bez czułości, ale serdecznie. Kuchnia w postaci organizatorek wydała gorący barszczyk, po którym Hania częstowała wspaniałymi pierogami z kapustą i grzybami, które niemal na sygnale przywiozła z zaprzyjaźnionej pierogarni, jeszcze gorące. Herbatę mieliśmy własną w termosach, ale każda z organizatorek upiekła „swoimi ręcami” świąteczny piernik. Nie zabrakło mandarynek, drobnych pierniczków (Majka) i na koniec mikołajkowych upominków. Atmosfera była iście wigilijna. Dość szybko zrobiło się ciemno, ale ognisko w międzyczasie rozbłysło orgią płomieni, więc obsiedliśmy ogień ciasno, zapominając o trzymaniu zalecanych odległości. Zresztą zrobiło się  zimno, więc w ciasnym kręgu było cieplej. Dla zachowania tradycji odśpiewaliśmy jedną kolędę. Wszystkim bardzo się podobała ta plenerowa wigilia, gdyż spędziliśmy naprawdę magiczne chwile. Renia  stwierdziła, że taką formę spędzania wigilii możemy przyjąć na stałe, a zmiany klimatyczne takim pomysłom sprzyjają.

7. Hania nalewa barszczyk 8. Co ta Renia wyciągnie z torby…
9. Obrodziły Mikołaje 10. Były dobre rzeczy i piękne dekoracje

 

Niestety zimno nie pozwoliło siedzieć zbyt długo, wszystko trwało trochę ponad dwie godziny, a najwytrwalsi wytrzymali nawet trzy. W dobrych nastrojach wróciliśmy do swoich domów, zyskując energię by szykować własne, inne niż zwykle święta.

11. Barszczyku dolewano wiele razy 12. Ogień rozbłysnął z wielką mocą
13. Piękne chwile  14. Wigilia z księżycem i pod gwiazdami

 

Ale na tym starokoński opłatek się nie skończył. Już miesiąc wcześniej Stefan zainicjował spotkania on line, jednocząc tym samym ludzi z różnych stron Polski jak i świata. 19 grudnia byliśmy umówieni na takie kolejne, świąteczne spotkanie i przed kamerkami zjawiło się 25 osób. Życzyliśmy sobie dobrych, spokojnych świąt, połknęliśmy opłatka, a Rudzi and company odśpiewali kolędę – bo śpiew całej grupy był niemożliwy. Spędziliśmy razem ok. dwóch godzin i były to kolejne piękne chwile.

15. Spotkanie wigilijne on line

 

Co jest ważniejsze – spytała panda wielka wędrująca przez świat, do małego smoka siedzącego na jej grzbiecie – podróż, czy dotarcie do celu?
– Towarzystwo – odpowiedział mały smok”.

Tym przesłaniem życzymy razem z Olem pomyślności w Nowym Roku i kochani… trzymajmy się razem.

 
Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: też głownie Formisia, ale i inni
Zrzut z ekranu: Elżunia (Ruda Warszawska)
Opracował graficznie i wstawił na stronę: Olo

Hubertusy AKJ-tu 1968-1999

Jak klikniesz na ogon ostatniego konia lub na mordę lisa to otworzy Ci się prezentacja wspominająca dawniejsze nasze hubertusy !