Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

Wuja Woyta refleksje porajdowe, lipiec 2026

Kochana Ewuniu, Kronikarko nasza!

Z wielkim podziwem i uznaniem przeczytałam Twoją tegoroczną opowieść o XXV Jubileuszowym Rajdzie. Jesteś niezrównaną obserwatorką i nadzwyczajnie skrupulatną narratorką! Swoje teksty umiesz ubarwiać humorystycznymi akcentami, co czyni lekturę przyjemną w odbiorze, choć opisujesz dramatyczne niekiedy przygody, jakich na każdym rajdzie nie sposób uniknąć. Czytając o nich po czasie uświadamiamy sobie, że mieliśmy nie tylko przednią zabawę, ale i kupę szczęścia. Na szczególne uznanie zasługuje Twoja wrażliwość na piękno przyrody, znajomość geografii odwiedzanych miejsc i botaniczna wiedzą, którą się z nami dzielisz. Dodatkowy talent ujawniasz dobierając z artystycznym smakiem zdjęcia, ilustrujące ważne momenty opisane w tekście.

Na koniec muszę Ci wyrazić wdzięczność za ogrom pracy, którą wykonałaś opracowując tą kronikę. Składa się na nią nie tylko redagowanie ostatecznego tekstu, ale także prowadzenie bieżących notatek, wtedy gdy reszta towarzystwa już się bawi, albo wypoczywa po trudach rajdowego dnia.

Jesteś naszym skarbem i piastunką zbiorowej pamięci!

Całuję z dubeltówki, Twój wdzięczny,

Wuja Woyt

 

Dobór zdjęć: Ewa Formicka

XXV Rajd Starych Koni, Sanok 12-21.06.2026 – Wielki Jubileusz

Na początku wieku, dokładnie w roku 2002,  Stare Konie wyjechały na swój pierwszy koński rajd w lasy i bezdroża Beskidu Niskiego. Był to pomysł karkołomny i szalony, gdyż uważaliśmy się za ludzi wiekowych i po przejściach, więc byliśmy pełni lęków i obaw. Kto to widział siadać na konia po nie rzadko 30 latach przerwy, gdy w domu czekają dzieci, często wnuki czy starzy rodzice. Więc wydawało się że to będzie jednorazowy wybryk wśród  bezpiecznych i atrakcyjnych Spędów Starych Koni organizowanych rutynowo dwa razy do roku bliżej domu. No, może powtórzymy 2 – 3 razy, jeśli wszystko dobrze pójdzie. Tymczasem minęło 25 lat, a rajdom nie ma końca. Pesel gniecie, wszędzie strzyka i łupie, a mimo to rok bez rajdu trudno sobie wyobrazić. Na początku okresu rajdowania myśleliśmy że jesteśmy na taką przygodę za starzy, ale dziś, po 25-ciu latach, starość nikomu do głowy nie przychodzi, towarzystwo ewidentnie młodnieje. Świadczy o tym fakt, że chętnych na rajd kolejnego roku nie ubywa, a wręcz wzrasta ilość tych, którzy chcą jeździć codziennie na dwie  jazdy.    

25 lat – toż to ćwierć wieku.

A skoro doczekaliśmy takiego nobliwego jubileuszu, należało go godnie obejść.
Od lat wiedzieliśmy że nasz przywódca Józek buduje w Sanoku (gdzie mieszka) ośrodek jeździecki, że nawet zaczął tam organizować rajdy dla młodzieży – ale jakoś nas nie zapraszał. Stale słyszeliśmy że obiekt nie jest wykończony, że brakuje a to ciepłej wody, a to miejsca na ognisko, a to pokoi za mało. Aż wreszcie w roku jubileuszowym obiegła środowisko wiadomość, że bazą rajdu 25-tego będzie Sanok, ośrodek naszego Mistrza. Więc był to pierwszy istotny jubileuszowy akcent, a o resztę skrzętnie zadbaliśmy.
Cały pobyt w Sanoku tak upłynął, że każdego dnia były jakieś ekstra świąteczne atrakcje. Turnus mijał niezwykle intensywnie, nie było dnia żeby się nic poza buszowaniem konno po łąkach i lasach nie działo.

1. Ośrodek jeździecki Józka w Sanoku 2. Kolacja w piątek po podróży


Dotarło do Sanoka 12 czerwca 16 osób, z różnych stron Polski.  Przyjechali: Marysia, Doris, Hania Olowa, Renia, Andrzej, Jaga, Walter, Lalucha, Wuya, Maciek Warszawski, Kupcio, Lechu, Maja, Hania Sister, Zgaga, Formisia. Zastaliśmy obiekt rzeczywiście nie do końca wypieszczony, ale wszystko co było potrzebne funkcjonowało. Pokoiki były nowe, czyste, każdy z łazienką, na dole czekał przytulny salonik gdzie jadaliśmy posiłki i gdzie siedzieliśmy gdy na dworze było zimno.  Posiłki przyrządzały siostry Józka, w tym bardzo dobre swojskie obiadki,  jak u mamy. Pierogi które któregoś dnia zaserwowały to mistrzostwo świata, że nie wspomnieć o zupie ogórkowej czy kalafiorowej. Dziewczyny były bardzo miłe i uczynne, bardzo się polubiliśmy. Pięknie że tak wsparły brata w potrzebie. Natomiast nie zdążył Józek  skończyć dwóch pokoi na samej górze, skutkiem czego dało się odczuć pewną ciasnotę w obiekcie, gdyż dwa inne pokoje zostały zorganizowane jako trójki, co było dość niewygodne. Natomiast udało się zrobić wiatę pod lasem, co było gigantycznym przedsięwzięciem, prace trwały podobno do ostatniej chwili. Ale bez wiaty ani rusz, przecież ogniska z gitarą są nieodłącznym elementem rajdu.
Konie zastaliśmy znane i lubiane: Eldik, Wiarus, Wezyr, Rodos, Hermes, Emir, Fikus, Kamelia, Linka. Nie brała udziału w rajdzie Melisa, którą zastaliśmy w stajni z dwumiesięcznym źrebakiem, na wyźrebieniu była też Czantoria. Józek dla siebie brał konie młode, które przyuczał do zawodu – Foksala i Wetlinę już znaliśmy, doszła jeszcze Bruksela.

3. W stajni 4. Dziecko Melisy


Do pomocy przy koniach miał nasz szef dwóch Pawłów, też bardzo oddanych i pomocnych, a roboty przy obsłudze rajdu jest co niemiara. Tym bardziej gdy rajd się odbywa we własnym ośrodku i są na głowie jeszcze inne konie, jak również rozmaite inne obowiązki związane z działalnością tegoż ośrodka. Ale wszyscy się bardzo starali, a nasza grupa to wesoły ludek i elastyczny gdy trzeba, więc  wrażenia zostały po obu stronach jak najbardziej pozytywne.   Przede wszystkim docenialiśmy życzliwość jaka nas zewsząd otaczała, czuliśmy się jak w rodzinie
W piątek gdy już wszyscy się zjechali, zasiedliśmy do kolacji, przy której szeryfa przywitała towarzystwo i zaproponowała toast na dobry początek. Wtedy o głos poprosiła Lalucha i wygłosiła toast szczególny, godny tak wielkiego wydarzenia:


Jakim będzie ćwierćwieczne spotkanie
Starych Koni po Przejściach n-letnich?
Coraz dalszy na mapie jest Sanok,
Coraz krótszy ten rok od poprzednich.
                Czy Szeryfa nas znowu zaskoczy
                Przyciągając młodziaków do grona,
                Aby wesprzeć nasz wigor przykładem
                I piosenką Przybory przekonać:
            „…i wespół w zespół, wespół w zespół,
                by żądz moc móc wzmóc!”
Przyjeżdżamy nareszcie do Józia,
Gdzie koniki na jazdy czekają.
Rozpoznamy? Po łatce, po strzałce,
Zapach chrapek z rozkoszą wdychając?
                Dopadniemy się znowu z radością,
                Zrazu kryjąc gdzie strzyka, co boli.
                Noga w górę i w bok, wiatrak w łóżku,
                Gimnastyka z Wujaszkiem pomoże!
Ewcia ranki poświęci urodzie,
I baczenie mieć będzie na stado.
Czy po kłusach na siwkach w Nowince
Na Melisę zagnie znów parol?
                 Jeśli Józio azymut wyznaczy
          Na przemarszu, gdzieś w leśnej gęstwinie,
                 A Melisa z Formisią na grzbiecie
                 Czołowego zastąpią przez chwilę,
Wtedy trafić się może przygoda
Ostre zjazdy, podjazdy i pętle.
Wreszcie STOP! Co za widok na góry!
Storczyk w trawie! …Kto zrobi mi zdjęcie? 
               Co zaś z wozem w tym roku się zdarzy,
               Ile pup odparzonych pomieści?
               Poza Renią, Walterem i tymi
               Co się wolą chichotać lub przejść się?
Wznoszę toast podparty przestrogą
(Wszystkich wątków i tak nie pomieszczę):
Buty z nóg, mokre ciuchy przed progiem!
Z troskliwością Ośrodkiem się cieszmy.

Choć zmęczeni poczuliśmy od razu klimat którego łakniemy jak powietrza i który zgania nas od 25-tu lat  na rajdową przygodę.

4. Reniowie wnieśli tort na okoliczność rocznicy ślubu 5. 100 lat…


Nie był to bynajmniej koniec piątkowych atrakcji. Po chwili Reniowie wnieśli na stół okazały tort, jako że w tym właśnie dniu obchodzili 52-gą rocznicę ślubu. Tort był wspaniały, skonsumowaliśmy do ostatniej okruszynki, oczywiście po zdmuchnięciu świeczek przez jubilatów. Życzyliśmy jubilatom wszystkiego najlepszego, spełniając kolejny toast bardzo dobrymi trunkami. Trzeba tu dodać, że kuchnia do kolacji zaserwowała też rozmaite bardzo dobre ciasta, więc na dzień dobry obżarliśmy się niemożliwie. Piękny piątkowy wieczór upłynął  w rodzinnej i oczekiwanej przez cały rok atmosferze
W sobotę po śniadaniu spotkaliśmy się w stajni, gdzie stały już konie spędzone z pastwiska (pierwszy raz mieliśmy brać konie ze stajni, pierwszy raz nie do nas należało łowić je na bezkresnych pastwiskach). Oczywiście szeryfa starała się poukładać ludzi do jazdy pierwszej lub drugiej, ale to ostatnio nigdy nie wychodzi, więc jakoś sami sobie radziliśmy, a najczęściej był bałagan. Raz nawet poszedł w trasę koń luzem, który miał być zagospodarowany na drugiej jeździe, ale na skutek złej wyliczanki nie był potrzebny i po prostu się przebiegł w dwie strony
Tereny po których mieliśmy rajdować należą do Pogórza Dynowskiego, a rajd po Pogórzu Dynowskim zaliczyliśmy w 2010 roku i był on jednym z trudniejszych. Tak też można ocenić rajd w roku bieżącym. Mimo że najczęściej poruszaliśmy się po okolicy stępem, trasy były trudne. Pokonywaliśmy trudne  stromizny i różne inne trudne niespodzianki, więc hardcore  mieliśmy każdego dnia.
Ośrodek Józka znajduje się co prawda w Sanoku, ale na jego obrzeżach, więc po wyjeździe z podwórka zaraz wkraczamy w teren zielony, który ciągnie się potem w bezkres. Początkowo są to ścieżki w zwartych, wysokich zaroślach, z biegiem dni wydeptane i przyjazne. Docieramy do dopływu Sanoku o wdzięcznej nazwie Sanoczek, gdzie konie są pojone po raz pierwszy. Zjazd do wody odbywa się po pionowych skarpach, a nad wodą nisko zwisają gałęzie drzew. Jest to więc dość karkołomne, podobnie jak inne wodopoje w dalszej drodze, jednak dla Józkowych koni takie wodopoje nie stanowią problemu. Grzecznie zsuwają się na zadach do wody, jedynie kowboj ma problem, żeby nie zsunąć się do wody przez łeb swojego mustanga. Po napojeniu podróżujemy łąkami wśród wysokich traw sięgających końskich brzuchów, a z drzew spadają ananasy. Tak, tak, dorodny ananas leżała na jednej ścieżce przez cały nasz pobyt, więc pewnie gdzieś w pobliżu takie rosły. Jadąc dalej mijamy  różne ładne, zadbane wioseczki, by ostatecznie dotrzeć do masywu Kopacza, pokrytego w całości  bajkowym bukowym lasem.   W ciągu tygodnia poruszaliśmy się po rozmaitych ścieżkach tego masywu, a prawdę mówiąc najczęściej nie były to żadne ścieżki, lecz bezdroża pokonywane na intuicję Józka, raz w górę, raz w dół.  W sobotę było kilka kroków kłusa, kilka kroków galopu, ale więcej się nie dało, gdyż oprócz nierówności terenu było ekstremalnie ślisko po wcześniejszych deszczach. Pojechaliśmy do małej kotlinki między szczytem Horodyszcze i Horodna, przedzierając się przez głuchy las, często stromo pod górę i w dół. Celem zasadniczym wyprawy było starożytne  grodzisko na szczycie Horodyszczy, będące podobno zaczątkiem Sanoka. Najstarsze ślady człowieka są tam datowane na rok ok. 1500 pne.

6. Średniowieczne grodzisko niedaleko Sanoka 7. Pierwszy biwak między górami Horodyszcze i Horodna

 

 Gdy forsowaliśmy  las w drodze do grodziska rozpadał się deszcz, więc wskoczyliśmy w peleryny. Druga grupa pojechała potem tak samo, ale najpierw był biwak i wspaniała zupa z soczewicy, uwarzona przez Józkową żonę Halinkę. Każdy zajadał z apetytem i brał dokładkę. W drodze powrotnej Józek pokazał nam jeszcze górę Płonna na dalekim horyzoncie, gdzie jakiś miesiąc wstecz niedźwiedź śmiertelnie ranił kobietę, o czym było głośno w telewizji. Aktualnie niedźwiedzie w Bieszczadach i okolicznych górach stanowią duży problem, ale to odrębny temat.

8. Druga grupa podjeżdża pod grodzisko 9. Stromy zjazd z grodziska
10. W dali góra Płonna, gdzie misiu zaatakował kobietę 11. Poimy w Sanoczku przed powrotem do stajni 


Jazdy tego dnia były krótkie, po ok. 1,5,godziny na grupę.
Wieczorem odbyła się uroczysta inauguracja jubileuszowego rajdu. Józek odpalił szampany, a Halinka wniosła gigantyczny tort, który okazał się tak pyszny, że wciskaliśmy w siebie ile tylko się dało, nawet gdy się nie dało. Był mocno napompowany wiśniówką i gęsto nafaszerowany wiśniami z tej wiśniówki. Mimo starań nie daliśmy mu rady i trochę zostało na śniadanie.

13. Inauguracja obchodów 25-lecia rajdowania 14. Szeryfa zdmuchuje świeczki na torcie

 

Po posiłku odbył się bardzo ważny element obchodów jubileuszowych, mianowicie test wiedzy o naszych rajdach. Bo przyjemności przyjemnościami, ale po tylu latach wypada mieć jakąś podstawową bodaj wiedzę z historii rajdów i wypada się nią pochwalić. Formisia z Hanią Olową przygotowały okolicznościowe gadżety, w posiadanie których można było wejść po pozytywnym zaliczeniu testu. Rozdano małe papierowe torebki z gadżetami, do których były doczepione pytania. Prawidłowa odpowiedź pozwalała zajrzeć do torebki i zostać właścicielem tego co było w środku. Było kupę śmiechu i zabawy, bo proste pytania sprawiały jednak trochę trudności. Jeśli ktoś nie dawał rady, dostawał z dobrego serca drugą szansę, było też delikatne naprowadzanie. Tak że ostatecznie wszyscy zaliczyli test, także Józek, i wolno było zajrzeć do torebek. Tam każdy znalazł unikatowy otok na kapelusz, z symbolami Dzikiego Zachodu i z wygrawerowaną tabliczką „25-ty rajd Starych Koni 2026”. Nie trzeba dodawać, że otoki są absolutnie niepowtarzalne, takich nikt w Polsce nie ma, ani na całym świecie. Więc należy go  mocno przytwierdzić do kapelusza aby nie zgubić, gdyż takiego się już nie kupi.

15. Będzie test z historii rajdów 16. Niespodzianka, ale najpierw pytanie
17. Okolicznościowy otok i zwycięzcy…


Zabawa była przednia. Przy okazji wspominek każdy dodawał swoje refleksje o dawnych przygodach, tak że wesołość  wzrastała, podlewana dobrymi trunkami. Był to dobry moment by przedstawić trochę statystyki. Formisia wyliczyła, ile dotychczasowych rajdów było bezupadkowych, a na ilu zdarzyły się  tak zwane gleby. Dla jednych było to zaskakujące, dla niektórych spodziewane, mianowicie tylko na czterech rajdach nikt nie rozstał się z koniem, a na dwudziestu były upadki. A kto w tej materii wiedzie prym? Formisia uzyskała wcześniej zgodę od szeryfy na upublicznienie personalnej statystyki upadkowej, gdyż wg szeryfy „na naszym rajdzie RODO nie obowiązuje”. Więc ujawniono, że tym głównym upadkowiczem okazała się właśnie szeryfa. Została uhonorowana niezwykłym flots, które się ogólnie podobało, a rozbawiona zwycięzczyni  odtańczyła dookoła stołu polkę-galopkę. Przyznała co prawda że wolałaby wygrywać w innych dziedzinach, ale dobrze się bawiła razem z całą salą. Było jeszcze jedno flots, dla zwycięzcy w innym temacie – a mianowicie dla pierwszej gitary Bieszczadów. Wiadomo, że to Wuja Woyt. Co byśmy bez niego zrobili, bez jego gitary i zaczarowanych wieczorów przy ognisku. Dbaj o paluszki Wujaszku i graj nam po zawsze.
Był to początek rajdu, a już byliśmy „przy górnym C”. Tymczasem w niedzielę po śniadaniu się zadymiło. Józek prosił, aby w zabłoconych buciorach nie wchodzić do budynku, abyśmy po jeździe zostawiali końskie buty czy też kalosze na tarasie. Więc szykując się do kolejnej jazdy należało po śniadaniu namierzyć swoje buty wśród wielu innych stojących pod drzwiami. W niedzielę rano nie znalazła swoich butów Laluszka, mimo intensywnych poszukiwań. Owszem, jakieś stały  nie zagospodarowane, ale twierdziła że to nie jej, swoje w końcu dobrze zna. Aby przyśpieszyć poszukiwania szeryfa obeszła pokoje i pytała dziewczyn czy na pewno żadna nie wzięła spod progu, przez zupełny przypadek, butów nie swoich. Poszukiwania jednak nie dały rezultatu. Laluszce się wydawało, że jej własnością są buty zabrane z tarasu przez Dorotkę, ale Dorotka uważała, że to na pewno jej. Każda miała mocne argumenty. Nie można było tematu drążyć w nieskończoność, więc Ala dzielenie założyła na jazdę te które się ostały,  i ostatecznie ruszyliśmy w świat.
Pogoda była lepsza niż dnia poprzedniego, było słonecznie ale chłodno, więc dla jeźdźców dobrze. Jechaliśmy przez łąki i zagajniki, przedzieraliśmy się przez pozarastane ścieżki, były trudne zjazdy i podjazdy, także ślizgi po błocie do potoków na końskich zadach, było trochę kłusa i galopu. Było też umiarkowane   błądzenie, bo „ależ pozarastało”. Ostatni kilometr czy dwa jechaliśmy przez otwarte pola, gdzie wiatr duł z dużą siłą. Wóz w tym czasie podążał szosą przez Trepczę, Srogów Dolny i Górny, a kowboje na wozie pomarzli. Nawiasem mówiąc wóz też pobłądził, ale szczęśliwie spotkaliśmy się wszyscy koło boiska sportowego w Srogowie Górnym, dokąd przyjechał panem Tadziem bardzo smaczny lunch.

18. Zawsze było w górę lub w dół 19. Józek szuka możliwości przedarcia się przez gęsty szpaler  drzew i krzewów
20. Droga się znalazła 21. Wóz zmierza na biwak

 

Przed oczami rozpościerała się piękna, bezkresna panorama Gór Słonnych na nieodległym horyzoncie, co kontemplowaliśmy siedząc w trawie i zajadając zupę. Szybciej niż zwykle ruszyliśmy w drogę powrotną, gdyż trasy były tego dnia długie – pierwsza jazda to 2,5 godziny, druga 2,15.  Cztery osoby z wozu ruszyły do domu piechotą, a było do przejścia jakieś 5 km.

22. Koński parking w Srogowie na boisku 23. Czekamy na lunch

 

Wieczór spędziliśmy przy ognisku pod jeszcze świeżutką wiatą, jednak śpiewanie szło nie tęgo, bo wszystkich dopadło zmęczenie – częściowo jeszcze po podróży, częściowo po dwóch dniach intensywnego rajdowania.
W poniedziałek przy śniadaniu szeryfa poinformowała że zamierza powołać komisję do szukania butów Laluchy, ale buty właśnie się znalazły, więc temat został zamknięty. Zgodnie z przypuszczeniem ktoś się pomylił.
Tego dnia przy śniadaniu jak i przy posiłkach dnia poprzedniego, Reniowie stawiali na stół dużą butlę z tajemniczą zawartością – co się okazało być gorzałką Arturową, którą kiedyś od niego dostali i jakoś nigdy nie otwarli. Przy jubileuszu był pretekst wspomnieć Artura i opróżnić jego butelczynę, ale odkorkowanie butelki wiązało się z konkursem:  ile lat ma ta gorzałka, skoro dostali ją od Artura gdy byliśmy z nim w miejscu takim a takim, gdzie zdarzyło się to i to. Wszyscy natężali głowy, zagadkę rozwikłała kronikarka, za co otrzymała w nagrodę paczkę kamyczków. Wyszło że gorzałka ma równo 10 lat, gdyż w roku 2016 Artur miał z nami jedną jazdę z Rudawki Rymanowskiej do Puław, gdy Józek musiał pilnie wyjechać. Wtedy dokonał darowizny. Butelka bimbru była sporych gabarytów, męczyliśmy ją do końca rajdu i z trudem zmęczyliśmy.
Tego dnia jechaliśmy do Mrzygłodu, gdzie konie miały zostać na dwie noce na przygotowanym pastwisku. Ludzi woziły na nocleg i potem do koni samochody organizatora. Trasy były znowu dość długie, 2,5 godziny i 2.15. Pierwsza grupa pojechała najpierw łąkami tak jak pierwszego dnia do lasu pod Kopaczem, potem bajkowym lasem bukowym sennie i dość spokojnie, aczkolwiek od czasu do czasu „stawiał do pionu” jakiś nieprzyjemnie stromy zjazd lub podjazd.

24. Przez Sanoczek 25. W pięknych okolicznościach przyrody radość rozpiera

 

Dotarliśmy do biwaku nad Międzybrodziem, dokąd przyjechało doskonałe leczo. Odpoczęliśmy trochę, konie również, po czym druga grupa ruszyła do boju. Druga trasa obfitowała w ekstremalnie trudne zjazdy i podjazdy,  były bardzo trudne ślizgi na końskich zadach, gdy tylko anioł stróż trzymał swojego  podopiecznego za kapotę, nie pozwalając być szybszym od konia w pokonywaniu stromizny. Że myśmy się tam poważnie nie poturbowali, to „chwała ci Panie”.  Było trochę kłusa i galopu, w obu grupach, choć bez szału, gdyż teren nie sprzyjał takim wyczynom. Pod koniec jechaliśmy piękną ścieżką nad samym Sanem, gdzie wodę dekorowały od czasu do czasu czaple siwe, a słońce skrzyło wodną toń. Natomiast koło przygotowanego pastwiska bociany brodziły po łące nie stresując się naszą obecnością, a krwiste maki dodawały kolorytu tej sielance. Był to piękny dzień i piękna przygoda.

26. Gęsty las w Masywie Kopacza 27. Gęsto i ciasno
28. Po Sanie jeździliśmy wiele razy 29. Sielanka


Wieczorem odbyła się jubileuszowa prelekcja Formisi pokazująca minione 24 rajdy w pigułce, zatytułowana: „Wielki Jubileusz – gdzieśmy byli, cośmy widzieli, cośmy przeżyli”. Publika reagowała z ożywieniem, włączając się do wspomnień, bo każdy pamięta minione czasy po swojemu. A cośmy przeżyli, to się w głowie nie mieści. Co rusz ktoś analizując wspomnienia wydawał okrzyk: „naprawdę, przeżyliśmy coś takiego? Niewiarygodne”.
Niech żałuje ten kto nie jeździł na rajdy. Miejmy nadzieję, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa w temacie.
Jako że kronikarka obchodziła w tym dniu urodziny, były też serdeczne życzenia, prezencik, odśpiewanie: „Ewa Ewa jak nam ciebie żal…” Siedzieliśmy w salonie dopóki kto miał siłę.

30. Po prelekcji urodzinki 31. Ewa Ewa jak nam ciebie  żal…


We worek były imieniny Laluszki, więc przy śniadaniu Laluszce składano życzenia, podpierając je hymnem ”Ala, Ala, jak nam ciebie żal…” Ala zaprosiła na wspólne z Formisią ciasto, które będzie podane na biwaku. Tymczasem zawieziono nas samochodami do Mrzygłodu do koni, po czym pierwsza grupa wskoczyła w siodła, a druga poturlała się dalej wozem. Miejscem docelowym wtorkowej wyprawy był Ulucz, a tematem przewodnim „śniadanie na trawie”. Jeszcze na naszym spotkaniu kwietniowym nad Odrą Zgaga zaproponowała, by na rajdzie jubileuszowym powtórzyć niektóre najbardziej popularne wydarzenia z minionych lat, a niewątpliwie „śniadanie na trawie” to wydarzenie kultowe. Nie wszystkie podeszłyśmy do pomysłu entuzjastycznie, bo co tu dużo gadać, nieco wszyscy się zmieniliśmy przez te 20 lat (tamto „śniadanie” odbyło się na rajdzie 2006). Majtki z koronkami które wtedy uszyłyśmy sobie ze starych prześcieradeł u wspólnej  krawcowej, o ile się nie podarły, to gdzie teraz są, czy w ogóle się w nie wbijemy? Większość jednak zaakceptowała pomysł i zadecydowano aby śniadanie zorganizować w Uluczu na biwaku. U Józka nie było warunków, poza tym rano się nie da tego zrobić, bo trzeba jechać do koni, które są prawie 20 km od domu, a wieczorem może być za zimno żeby paradować w bieliźnie, poza tym śniadanie nie może być kolacją.  Więc strój do śniadania trzeba było spakować i załadować na wóz.
Solenizantka i jubilatka zamówiły dobre ciasto w porządnej cukierni w Sanoku i miało ono być dowiezione do Ulucza na godzinę 13.

32. Poimy konie w Sanie w Mrzygłodzie 33. Wóz przez chwilę jedzie równolegle z końmi


Póki co ruszyliśmy z kopyta. Jechaliśmy przez pola, łąki, czasem obrzeżem lasu, wbijając się w nieprzetarte jego partie, czasem trafialiśmy na pozarastane ścieżki, z trudem dające się sforsować.  Łąki usłane były dywanami jaskrów, dzwonków, przytulii. Pokłusowaliśmy trochę, były też trzy odcinki galopu.  Przejechaliśmy przez Łodzinę, dojechaliśmy do starej kopalni piasku, której doły wydobywcze pokryła woda i stanowią teraz urokliwe stawy pełne ptactwa.  Dotarliśmy  do Sanu i przez gęste szuwary, gdzie roślinność sięgała siodeł, aż koniom trudno było stawiać kolejne kroki, mega stromym zjazdem, wjechaliśmy do wody. Poruszone zielsko wypuszczało w górę chmury pyłków, alergik nie miałby co szukać w takim miejscu. San był tutaj dość głęboki, nurt rwący, pod końskimi nogami wyczuwało się ogromne głazy. Przeprawiwszy się na drugą stronę po chwili znaleźliśmy miejsce naszego biwaku, a była to zagrodzona posesja z małym  zamkniętym na głucho domkiem.
Uwiązaliśmy konie w zagajniku na obrzeżach posesji, w cieniu, gdyż nastała gorączka. Kowboje  którzy zsiedli z koni nie mieli chwili na złapanie oddechu, a po jeździe trwającej ok. 2,5 godziny byliśmy zmęczeni i przegrzani. Czas umiarkowanie gonił, więc trzeba się było szybko przebrać w przywiezioną bieliznę. Za domkiem, bez najmniejszej osłony przed żarem lejącym się z nieba, dziewczyny zrobiły sobie przebieralnię i wyskoczyły ze szmatek jeździeckich, wskakując w majtki z koronkami i stosowne koszulki. Chłopaki przywdziały long-johny,  jeśli który je miał,  a ci co nie mieli, wystąpili w czym mieli,  co pasowało do sytuacji. Kupcio np. przywdział elegancką piżamkę w paseczki. I zabawa się zaczęła.

34. Solenizantka i jubilatka
35. Śniadania na trawie… 36. …czyli powtórka z rozrywki

 

Pod wiatą skonsumowaliśmy lunch który przyjechał panem Tadziem, zjawiło się też zamówione ciasto. Z ciastem poszliśmy na trawę i na kolorowych kocykach realizowaliśmy program. Teoretycznie wszystko było tak jak 20 lat wstecz, aczkolwiek wino nie miało wzięcia, gdyż ciepłota była za duża, a poza tym część osób za chwilę dosiadała koni. Natomiast nareszcie w błogim lenistwie można było odpocząć, poleżeć, powygłupiać się trochę. Rzec by można – chwilo trwaj.
Szkoda że nie chciała trwać dłużej.
Powrotna trasa do Mrzygłodu była inna niż poprzednia i trwała krócej. Dojechaliśmy do innej partii stawów będących pozostałością po kopalni piasku, długi czas jechaliśmy wzdłuż coraz to nowych akwenów. Było pięknie, zielono i niebiesko, po wodzie pływały łabędzie, po łąkach brodziły bociany. Dojechaliśmy do wsi Hłomcza i chwilę podróżowaliśmy szosą razem ze spotkanym wozem. Łącznie na łąkach Józek zarządził aż sześć odcinków galopu, z których trzy były normalne – spokojne i krótkie, trzy były długie, a jeden wariacki. Wariacki, bo zrobiło się zamieszanie i cudem nikt nie zakosztował gleby.  Józek wyrwał do przodu dość szybkim tempem, za nim dzielnie posuwał Rodos i Eldik. Niestety pozostałe konie zatrzymał Fikus, który tego dnia miał humory i nie szedł do przodu. Czołówka nie wiedziała co się dzieje z tyłu, a ci z tyłu nie mogli odpalić. W końcu inny koń wyminął Fikusa i zrobił się galimatias. Polecieli ławą, co jest zawsze dość ryzykowne. Na szczęście dobrze się skończyło, ale trochę nerwów naszego Józinka to kosztowało. Ostatecznie szczęśliwie dotarliśmy do Mrzygłodu, gdzie konie zostały na kolejną noc, a nas znowu samochodami odstawiono do Sanoka.

37. Kończymy biwak w Uluczu, siodłamy 38. Piękne stawy w byłej kopalni piasku koło Hłomczy


Dzień był piękny – i pogoda, i widoki, i te galopy. I na koniec wieczorna zabawa.
Szeryfa wymyśliła, że spotkamy się o godzinie 20.00 pod wiatą, ale „idźcie powoli i rozglądajcie się po kątach”. Od budynku do wiaty jest spory kawałek, a na trasie były pochowane różne niespodzianki, zaznaczone kwiatem margaretki. Należało iść nieśpiesznie i szukać po pierwsze margaretek, a następnie ukrytego obok gadżetu. Pod kamieniami, w trawie, czasem pod krzaczkiem – leżały rozmaite zdjęcia. Gdy już zasiedliśmy pod wiatą, każdy znalazca miał odgadnąć  kto jest na zdjęciu, które trzyma w ręce. Niby banalne, ale zdjęcia były tak dobrane, że wcale nie było proste rozszyfrować kogo przedstawiają. A to ktoś siedział na koniu zamotany we fruwającej pelerynie i twarz miał też zamotaną, a to fotka przedstawiała czyjś zadek, bo ktoś czyścił kopyta swojemu koniowi i zadkiem się nastawił do fotografującego, a to ktoś skacząc rów właśnie lądował z koniem w błocie, a twarz całkowicie zasłaniał przesunięty kapelusz, a to ktoś sprowadzał konia z pastwiska i szedł po jego drugiej stronie wobec fotografa i widać było tylko rękaw kraciastej koszuli i czerwone paznokcie, a to ktoś zsuwał się na koniu po skarpie, a  gałęzie skutecznie go zasłaniały, pokazując tyko co nieco… itd. Było kupę śmiechu, szczególnie gdy znalazca nie poznawał samego siebie, albo gdy ktoś się uparcie przyznawał do zdjęcia, na którym był ktoś inny.  Zdarzyło się, że dwie osoby wręcz szły w zaparte: „to ja, to ja”. Jeśli zdjęcie nie zostało rozszyfrowane, wędrowało dalej, dopóki ktoś  nie rozpoznał kogo przedstawia. Po zliczeniu punktów (1 pkt. za dobrą odpowiedź) zabawę wygrała Zgaga, następnie był Wuja i Andrzej. Nagrodą były słodkie orzeszki, ale na otarcie łez szeryfa całe towarzystwo osłodziła różnymi innymi łakociami, gdyż słodkości nigdy dość.

39. Zwycięzcy konkursu margaretkowego 40. Szeryfa częstuje łakociami


Wieczór kontynuowaliśmy dziarsko śpiewając, a ogień na ognisku płonął.
W środę rano padało, nawet codzienna gimnastyka odbyła się w deszczu. Pojechaliśmy do Mrzygłodu samochodami, a celem zasadniczym było sprowadzić konie do domu. Deszcz ustał, zrobiło się przyjemnie. Pierwsza grupa pojechała inną drogą niż dwa dni wcześniej jechaliśmy do Mrzygłodu,  teraz Józek poprowadził drugą stroną Sanu. Po wyjeździe z pastwiska pokonaliśmy San wpław i  posuwaliśmy się wzdłuż rzeki, wybrzeżem bardzo zarośniętym. Cały czas mieliśmy gęste, wysokie, nieprzyjazne zarośla, które trzeba było taranować,  a przez szmat czasu był to las barszczu Sosnowskiego, rośliny jak wiadomo zabójczej. Chwilami sięgała naszych twarzy i był to bardzo niekomfortowy odcinek, aczkolwiek wkroczyliśmy już na  tereny Gór Słonnych, które tu się właśnie zaczynały (co można uznać za bonus). Gdzieś na wysokości wsi Dębna  przeprawiliśmy się przez San z powrotem,  szukając najpierw odpowiedniego miejsca do przeprawy. W końcu Józek wybrał zjazd do wody, ale San był w tym miejscu bardzo szeroki, a dodatkowo w obrębie spokojnej rzeki płynął silny wartki nurt, jakby rzeka w rzece, który znosił konie z wytyczonego kierunku  wydłużając przeprawę. Biorąc pod uwagę że głazy pod końskimi nogami były pokaźne, należało bardzo uważać i możliwie wolno się przemieszczać, aby nie wylądować w wodzie – co się kiedyś na rajdzie zdarzyło. Ale szczęśliwie dobiliśmy do brzegu i skierowaliśmy się do Dębnej. 

41. Zarośnięte wybrzeże Sanu 42. Kolejna przeprawa przez San

 

Wioseczka jest bardzo ładna, jest wiele nowych, ukwieconych domków, ale są też stare, drewniane, urocze. Jazda po wsiach i asfalcie nie jest może zbyt ambitna, ale daje wytchnienie po trudach taranowania buszu i męczących tras góra-dół, więc czasem jest pożądana. Dodaje też kolorytu całej przygodzie.

43. Wioska Dębna 44. Biwak nad Międzybrodziem
45. Nasz szef zadowolony, chyba się sprawiliśmy


Biwak był tam gdzie poprzednio, czyli nad Międzybrodziem.  Od tego miejsca druga grupa miała pojechać podobnie jak przyjechaliśmy tutaj dwa dni wstecz, ale sam wyjazd z biwaku wypadł inaczej. Pod nosem bowiem zobaczyliśmy przyjazną drogę leśną, więc Józek z niej skorzystał. Niestety droga ślepo się skończyła, wylądowaliśmy dosłownie w zielonym kominie. Wjechaliśmy w tak zwarty, wysoki, ciasny mur krzewów i wszelakich chaszczy, że zwyczajowe taranowanie ściany koniem nie bardzo szło. Młodziutka Józkowa Wetlinka wręcz odmówiła współpracy. Oczywiście nasz przywódca wyciągnął maczetę aby ciąć tunel w buszu, ale mimo że dziarsko nią wywijał, skutek był mizerny. Zawracaliśmy, szukaliśmy jakiejś dziury. W tym galimatiasie z koniem rozstał się Lechu, co było połączone z obsunięciem się siodła,  więc w tej totalnej ciasnocie odbyło się dodatkowo przesiodłanie konia. Po wielu próbach i nerwach wreszcie udało się Wetlinkę wpakować w jakąś mniej zwartą lukę, a za nią przez busz przedarły się grzecznie pozostałe konie.

46. Bardzo trudna gęstwina u podnóża Kopacza 47. Wydawało się że nigdy stąd nie wyjedziemy

 

Odetchnęliśmy z ulgą i bardzo stromym podjazdem dotarliśmy do wyższych partii góry, gdzie teren był co prawda pofalowany, ale bardziej przyjazny i rzec można znany. Wydawało się że już bez afer dobrniemy do domu,  jednak nic bardziej mylnego. Po chwili przyszła ulewa i dosłownie oberwała się chmura. Ściana deszczu była tak intensywna, że świat się rozmył i mało co widzieliśmy dookoła, a woda wlewała się pod peleryny wszelkimi możliwymi  szczelinami. Gdzieś w oddali pohukiwała burza i nasłuchiwaliśmy, czy aby się nie zbliża. Ulewa trwała pozornie bez końca, czarna rozpacz ogarnęła kowboi. Na dodatek nie wszyscy mieli „sprawne” peleryny, więc niektórzy zmokli tylko trochę, a niektórzy do imentu. Ale trzeba było ten kataklizm przyjąć ze stoickim spokojem, alternatywa  nie istniała. Ulewa w końcu się skończyła, jednak sytuacja nadal była trudna, gdyż zrobiło się ekstremalnie ślisko. Ścieżki pozamieniały się w strumienie, strumienie w rwące rzeczułki. Na szczęście wszystko ma kiedyś koniec, więc i ten horror się skończył. Bez ofiar dotarliśmy do domu.
Druga grupa podróżowała 2,5 godziny, pierwsza 1,40.
Na osłodę dostaliśmy przepyszną zupę kalafiorową, a na drugie gulasz z indyka z kaszą i surówką. Palce lizać.
W tym miejscu należy wspomnieć o wyczynie naszej koleżanki Hani Sister. Że Hania jest zapalonym górołazem przekonaliśmy się już na dwóch poprzednich rajdach. Czasem siadała na wóz i dopiero z biwaku wracała pieszo, czasem w ogóle nie jechała na biwak, tylko realizowała górskie penetracje zaraz po śniadaniu. Podobnie było w tym roku, ale wyczyn środowy przeszedł wszystko. Nasza turystka pojechała co prawda samochodem ze wszystkimi do Mrzygłody, gdzie stały konie, ale stamtąd ruszyła w drogę powrotną do Sanoka pieszo. Góry Słonne dopiero się zaczynają pod Mrzygłodem, więc nie są tam jeszcze wysokie ani trudne. Ale nikt po nich nie chodzi, przynajmniej w tej ich części. No, może oprócz niedźwiedzi, które grasują w Bieszczadach i okolicach coraz śmielej. Wędrówka Hani trwała ok. 8 godzin, było błądzenie, przedzieranie się przez błota i drogi rozryte przy zwózce drewna, było bardzo strome zejście po śliskim stoku. Po drodze nie spotkała żywego ducha, na szczęście także niedźwiedzia. Dotarła do Sanoka w innej jego części niż znajduje się stajnia, więc na koniec przeszła jeszcze całe miasto. Wyczyn nie lada, Haniu, jesteś wielka.

48. Samotna wędrówka przez G.Słonne Hani Sister 49. Andrzej, autor pięknych filmów o naszych rajdach 


A jeśli chwalić, to już chwalić. Nie przestaniemy chwalić Andrzeja Liska za jego wspaniałe filmy które kręcił na rajdach przez wiele lat i których oglądanie nigdy się nie znudzi. Szczególnie filmy z pierwszych rajdów, jeszcze huculskich, które zawsze budzą sentyment, gdyż stare czasy z założenie są sentymentalne, nie mówiąc o tym że miło popatrzyć jacy piękni i młodzi wtedy byliśmy. Wieczór środowy spędziliśmy oglądając właśnie stare filmy, ekscytując się wspomnieniami i wzdychając „to były czasy…” Był to ważny  akcent Wielkiego Jubileuszu. Dzięki Andrzej że to robiłeś, że to mamy, zawsze będziemy chętnie do tych filmów wracać.
Czwartek był dniem bez konia, w programie była wycieczka po ciekawostkach okolicy. Najpierw pojechaliśmy pochodzić po Sanoku, gdzie obeszliśmy bardzo ładny ryneczek, odwiedziliśmy Beksińskiego i Szwejka, których pomniki stoją w eksponowanych miejscach, byliśmy pod zamkiem, którego rodowód sięga średniowiecza, a obecnie to Muzeum Historyczne, wreszcie zahaczyliśmy o cerkiew prawosławną z kompletnym ikonostasem.

50. Zamek w Sanoku 51. Spotkaliśmy Beksińskiego

 

Celem zasadniczym dnia był jednak dworek Marii Konopnickiej w Żarnowcu, dokąd pojechaliśmy w następnej kolejności. Pani przewodniczka oprowadziła nas po całym obiekcie, opowiadając o poetce ciekawe historie i zwracając uwagę na ważne eksponaty w muzeum. Dworek otrzymała poetka w darze od narodu w roku 1903. Są tam autentyczne wnętrza w których żyła i tworzyła, także przedmioty które były jej własnością, są rękopisy niektórych dzieł, są też obrazy przyjaciółki, Marii Dulębianki.  Wycieczka była bardzo ciekawa.

52. Dworek M.Konopnickiej w Żarnowcu 53. Rzeczy osobiste Konopnickiej

 

Z Żarnowca pojechaliśmy na lunch do Krosna do sympatycznej restauracji, a następnie do słynnej Huty Szkła, gdzie spenetrowaliśmy tylko sklep, gdyż bilety na halę produkcyjną trzeba zamawiać z dużym wyprzedzeniem. Nakupiliśmy różnych szklanych różności i udaliśmy się do Korczyny do Pijalni Czekolady.  Pijalnia to ponoć największa fabryka czekolady w Europie, prowadzi ją mistrz Polski cukierników Mirosław Pelczar. Cukiernik komponuje smaczne i wyrafinowane wyroby, a wszystko robi się tam ręcznie, z najlepszych naturalnych składników. Można się tam objeść czekoladą w różnych postaciach, obkupić i napatrzyć na rozmaite ciekawostki  – maszyny do produkcji czekolady, drzewo kakaowca, filmy itd. Oczywiście tutaj również zakupiliśmy różności i był to piękny akcent wycieczki.

54. W Hucie Szkła w Krośnie 55. Pijalnia Czekolady w Korczynie


Pięknym akcentem był też wieczorny koncert ballad bieszczadzkich, który odbył się po późnym obiedzie. Ze względu na chłodny wieczór koncert odbył się w saloniku, zaproszony został artysta, który śpiewa ballady swoje, ale też inne znane utwory o zbliżonej tematyce. W czasie wykonywania ballad za plecami wykonawcy widać było nasze koniki, które pasły się za domem i akurat skupiły się bliżej budynku. Swojsko parskały dokładając swoją cegiełkę do magicznego wieczoru.

56. Koncert ballad bieszczadzkich


W piątek po zejściu się na śniadanie szeryfa obwieściła, że jest to śniadanie Wielkanocne. Okazało się że niektórzy mieli jeszcze nie zjedzone jajka na twardo z drogi, więc w końcu trzeba było coś z nimi zrobić. A jak Wielkanoc, to Zajączek, czyli prezent dla Józka. Na szybko wyszykowany został kosz ze świątecznymi darami, a znalazły się w nim:
– ostrogi z grawerką, grawerka miała niemieckie brzmienie, przetłumaczone na potrzeby sytuacji „szaleniec z maczetą”,
– wieszak ozdobny mosiężny z głowami koni, podpowiadający czego gościom w pokojach brakuje,
– nadpity co prawda w poprzednich dniach, ale pięciogwiazdkowy koniak, a nadpity, bo zajączek musiał sprawdzić czy jest wystarczająco dobry,
stare puśliska, ale sprzętu jeździeckiego nigdy dość, a czymś trzeba było wielki kosz wypełnić. 
Zanim nadszedł Józek szeryfa zarządziła że każdy osobiście składa życzenia szefowi, ale mają się one zamknąć w trzech słowach. Józek został oczywiście zaskoczony kolejnym wygłupem, a zabawa była przednia. Życzyliśmy spontanicznie: „pomyślności ze starymi końmi”, bądź taki zawsze”, „smacznego zdrowego jajeczka”, „podków i hufnali ile trzeba” itd. Po życzeniach szeryfa zapewniła że jajka zostały poświęcone przez nią osobiście, po czym podzielone na kawałki rozdała biesiadnikom do konsumpcji, życząc  wszystkiego najlepszego.

57. Śniadanie Wielkanocne, „zajączek” dla Józka 58. Życzenia Wielkanocne


Tego dnia temperatura niestety wzrosła i zrobiła się duchota, uzjadliwiły się gzy i jeszcze bardziej meszki. Jechaliśmy do Falejówki, trasa w dużej mierze wiodła przez świeżo zazieleniony las bukowy, bardzo przyjemny. Było cały czas góra-dół i czasem przedzieranie się przez krzaczory, ale trasa była nieco łatwiejsza niż poprzednie, a chłodny las działał jak balsam w tym gorącym dniu. Na jazdę przywdzialiśmy zielone koszulki ofiarowane nam przez Józka na jubileusz XX-lecia, ponadto założyliśmy kamizelki odblaskowe z jego logo, które dostaliśmy w tym roku.

59. W trasie kolejnego dnia 60. Jazda koszulkowa


Wozowi zostali zgonieni z wozu z powodu jazdy pod górę, więc w tej okropnej duchocie zasuwali spory kawał pieszo.

61. Biwak w Falejówce 62. Każdy odpoczywa jak  się da

 

Po biwaku druga grupa konna miała wreszcie bardzo widokową trasę. Jechaliśmy przez zarośla coraz wyżej, aż w końcu wydostaliśmy się na łąki z pięknymi panoramami, zachwytom nie było końca. Szef pokazał nam szczyt Wroczeń oraz szczyt Słonny w widocznych jak na dłoni Górach Słonnych. Powiało klimatami bieszczadzkimi, dusze śpiewały. Po łąkach pogalopowaliśmy spory kawałek.

63. Piękne łąki w rejonie Raczkowej 64. Jest cudnie
65. Widoki na Góry Słonne 66. Galop po łąkach

 

Ale do czasu było tak fantastycznie, po dłuższej chwili błogiego wędrowania przyszedł obuch w łeb. Dotarliśmy znowu do szpaleru zwartej roślinności, stanowiącej jakby mur graniczny pomiędzy jedną łąką a drugą. Po drugiej stronie szpaleru wiodła nasza dalsza trasa, więc  trzeba się było jakoś dostać na tą kolejną łąkę. Tymczasem zielony mur zagradzał drogę i nijak nie szło się w niego wbić.  Wbił się w skraj chaszczy Józek i dwa kolejne konie, pozostali nie mieścili się w ciasnej czeluści i czekali na łące na rozwój wydarzeń. Józek usiłował wyciąć maczetą tunel, mrucząc pod nosem: „gdzieś tu był przejazd, gdzie to było”. Koń Marysi Wiarus stał przednimi nogami w czeluści, zadnimi na łące. Marysia stwierdziła że wyprowadzi go na łąkę, aby przeczekać akcję, ale w czasie manewru zawracania Wiarus otrzepał się z potu z taką siłą, że Marysię zwalił. Szeryfa potłukła kosteczki dość boleśnie i przez chwilę nie było wiadomo czy ponownie siądzie w siodło. Jednak do celu było daleko, toteż gdy jakimś cudem znaleźliśmy się wszyscy po drugiej stronie szpaleru, Marysia przy pomocy pomagierów wciągnęła się dzielenie na konia i spokojnym stępem pojechaliśmy dalej. Teren był stale nieprzyjazny – nagłe, strome skarpy, niewidoczne w trawie doły. Byliśmy wykończeni, pot się lał, duchota była nieznośna. A tu po chwili spokoju przeżyliśmy kolejny horror. Przez wieś w której się znaleźliśmy płynął niewielki strumyczek, a trzeba było pilnie konie napoić, gdyż długo już nie piły. Strumyk wyglądał raczej jak długie, wąskie koryto z pionowym obramowaniem, do tego nad wodą nisko zwisały gałęzie drzew. Wejście do tego koryta było tak niekomfortowe, że konie się zbuntowały. Nie chciały tam wchodzić, łącznie, albo głównie z Józkową Brukselą.  Najdzielniejszy okazał się Rodos – niechętnie i z trudem, ale dał się w końcu wepchnąć do koryta, za nim odważyła się Bruksela i Eldik, następnie co dzielniejsze. Niestety  niektóre stawiały taki opór, że Józek zaczął po cichu rzucać kurwami i mruczeć pod nosem: „nie takie rzeczy one potrafią”. Dodatkową trudnością była konieczność przesunięcia się czołówki do przodu w korycie, żeby innym zrobić miejsce. A czołówka znowu stanęła okoniem, gdyż niskie gałęzie skutecznie blokowały wszelkie manewry. Znowu Rodos się przełamał, pokonał strach i dał się uprosić żeby podejść korytem  do przodu, tak że po chwili próśb i zaklęć udało się towarzystwo napoić, ale wszystko razem było karkołomnym wyczynem. Że my, siedemdziesięciolatkowie, dokonaliśmy  takiego wyczynu, mimo kurw będących wyrazem dezaprobaty – to jest wprost niewiarygodne. Potem jeszcze było spłoszenie się młodej Brukseli bo bóbr zbyt głośno wskoczył do wody, kiedy indziej przestrach wywołał myszołów podnoszący się zbyt nagle z trawy, kiedyś spłoszyła czołowego konia łania hałasująca w krzakach. Spłoszenie się czołowego rzutuje na zachowanie  kolejnych koni, więc ważne jest aby za czołowym, gdy jest to młody początkujący  przywódca, szedł jakiś odważny koń, nie podlegający panikom. Ale różnie to bywa, te odważne też potrafią się spłoszyć. Tutaj Rodos się sprawił, ale w terenie trzeba być gotowym na wszelkie niespodzianki. No cóż, rajd to jest przygoda dla dzielnych, a tacy właśnie jesteśmy.
Ostatecznie dotarliśmy do wsi Raczkowa, gdzie konie zostały na noc, a po nas przyjechały samochody. Dzień był męczący, ale na odpoczynek nie było czasu. Był to wieczór wiankowy, więc  prosto spod prysznica należało ruszyć na zbiór kwiatów i udziergać wianek. W tym temacie mamy niemałe doświadczenie, więc każdy się uwijał i coś tam udziergał. Aby się nacieszyć z kwietnego rękodzieła i z tego jak ładnie wyglądamy posiedzieliśmy chwilę na tarasie, a szeryfa zarządziła, aby każdy opowiedział jak stracił za młodu swój wianek.

67. Wianki uplecione 68. Wesoły ludek

 

Nastąpiła konsternacja, były chichoty i  plątanie się w zeznaniach, niełatwe to było zadanie. Raczej konkrety każdy zostawił dla siebie, wyjawiając małe co nieco, albo wymyślając niestworzone historie. Tym niemniej śmiech brzmiał jak dzwon i dobrze nastrojeni ruszyliśmy jeszcze przed zmrokiem nad Sanoczek, aby dokonać obrzędów. Znaleźliśmy wiszący mostek nad wodą, który się podejrzanie kołysał gdy tyle osób weszło, ale  był blisko domu więc pasował.  Wianek z ziół symbolizuje dobrobyt i ochronę przed złymi urokami, a wartka woda ma moc oczyszczającą. Wianek powinien więc dziarsko odpłynąć aby oczyścić ze złego, a przy tym nie utonąć, by nie utopić dobrego.  W poprzednich dwóch latach Kupcio wchodził w butach do wody i pomagał wiankom odpłynąć, gdyż susza hydrologiczna wypacza całą piękną ideę i psuje zabawę. Teraz jednak wejście do Sanoczka było zbyt karkołomne i błotniste, więc Jurek nie zaryzykował. A nurt rzeczułki znowu nie był zbyt porywający i trochę się te nasze wianki  ociągały. Ale wierzymy że warunki klimatyczne zostaną przez niebiosa uwzględnione i odczujemy pozytywne skutki dokonania świętojańskiego obrzędu. 

69. Kwietne dziewczyny 70. Kwietne chłopaki
71. Kwietne towarzystwo 72. Płyńcie wianki do morza


Nastała kolejna sobota, ostatni dzień rajdu i ostatnia jazda. Pojechaliśmy samochodami do Raczkowej i od razu spotkały nas przykre niespodzianki. Okazało się że w miejscu gdzie  stacjonowały konie jest kolonia wielkich, bardzo gryzących mrówek. Trudno się było od nich opędzić, właziły na ręce, szyje, cięły niemiłosiernie. Nie za bardzo było też gdzie konie uwiązać, niektóre siodłano z lotu. Do tego gorączka i duchota powodowały że koniska były już na wstępie spocone i podenerwowane, przy siodłaniu niespokojnie się kręciły. Z trudem wyjechaliśmy w trasę. Ale dość szybko wrócił dobry nastrój, gdyż pojechaliśmy na widokowe łąki, gdzie poprzedniego dnia panoramy zachwycały, była więc uczta duchowa.

74. Ostatnia jazda 75. Rajd to piękna przygoda

 

Potem Józek trochę trasę zmodyfikował, tak że odcinek z Raczkowej do Falejówki był częściowo inny. Z pięknych, wysoko położonych łąk należało ostatecznie zjechać na dół do wsi, ale ten zjazd okazał się dość trudny. Okazało się że jedna łąka od kolejnej oddzielona jest nie tylko szpalerem krzaków, ale przede wszystkim stromym uskokiem, często nie widzianym do ostatniej chwili. Bywało tak, że Józek prowadził skrajem jakiejś skarpy, gdzie zjazd na dół był w tym miejscu niemożliwy, więc gwałtownie zawracał, szukając lepszego miejsca. To zawracanie w gęstwinie zarośli było zawsze trudne. Ale było i tak, że zakrzaczona skarpa wydawała się niemożliwa do zjazdu, a nasz szef jednak ją wybierał. Prowadził nas wtedy jakby do studni, gdzie trzeba się było niemal kłaść na zadzie albo mocno trzymać tylnego łęku. Przez to szukanie zjazdów ze stromych  skarp naddaliśmy nieco drogi, a Józek tylko mruczał: „no gdzie to było, gdzieś tu był zjazd…”.

76. Strome skarpy po drodze 77. Skarpy strome i kręte
78. Aż się konie dziwią gdzie im każą wejść 79. Znowu niespodzianka

 

Były też na równej drodze rowy, gdy konie czasem skaczą, a czasem grzecznie przechodzą. Nigdy nie ma pewności jak będzie. W takiej sytuacji rozstała się z koniem Dorotka, gdyż jej Kamelia woli skakać przez rowy niż przez nie pełzać. Wcześniej glebę zaliczył Jurek. Podobno jego koń poślizgnął się na kałuży w lesie, gdzie w wodzie tkwiła niewidoczna gałąź.

80. Przejść ten rów czy skakać… 81. Kamelia zawsze woli skakać przez rowy niż po nich pełzać

 

Jednym słowem doznań było co niemiara, ale jakoś szczęśliwie dojechaliśmy do  Falejówki, gdzie przez chwilę regenerowaliśmy się przejeżdżając przez ładny, wypielęgnowany park miejski. Na biwak podobnie jak pierwszego dnia przyjechała pyszna zupa z soczewicy i przywróciła nadwyrężone siły. 
Druga grupa jechała przez znany las bukowy w masywie Kopacza, gdzie jest ładnie i dość bezpiecznie, aczkolwiek nie obeszło się bez zjazdów na skróty po stromych stokach, jak i pojenia w niełatwych miejscach. Dotarliśmy do stajni zmęczeni i tym samym rajd, przynajmniej w części końskiej, się skończył.

82. Zarośnięty świat 83. Kolejne nieprzyjazne zejście do wody


A nie był on łatwy.  Więc skoro był to rajd 25-ty, czyli jakaś zamknięta liczba, może na tym  należy poprzestać…
Ale w przyszłym roku wypada 20-ty rajd z Józkiem, znowu ważna okoliczność i ważna rocznica. Czy moglibyśmy zrezygnować z hucznego obchodzenia 20-tego rajdu z Józkiem?
No cóż, nie moglibyśmy.
Będzie o czym w zimie myśleć, teraz kończyliśmy rajd bieżący i po obiedzie odbyły się uroczystości. Marysia tradycyjnie odśpiewała hymn rajdu do Wujaszkowej gitary, potem wujaszek wygłosił laudację w imieniu wszystkich. Podziękował Józkowi, podkreślając że doceniamy ile wysiłku  włożył w przygotowanie ośrodka na nasze przyjęcie, a przede wszystkim w zrobienie w ekspresowym tempie wiaty. Dziękował za jazdy których nie zapomnimy, za  cierpliwość, za kochane, dobrze ułożone koniska, które nigdy nie zawodzą, a jeśli już coś jest nie tak, to raczej nie z ich powodu. Podziękował siostrom za domowe obiadki, za życzliwość i uśmiech. Podziękował dwóch Pawłom, którzy byli bardzo pomocni i bardzo się starali. Podziękował panu Tadziowi, który woził nam zupy na biwaki i nigdy się nie spóźniał. Dla wszystkich wymienionych były drobne upominki, Józiu dostał ogłowie z wędzidłem, bo sprzętu jeździeckiego nigdy nie jest dość. Życzyliśmy sobie wszyscy kolejnego spotkania, bo właściwie do trzydziestki już całkiem nie daleko.

84. Pożegnalne ognisko 85.  Wszystko co piękne szybko się kończy


No cóż, kolejny raz się udało. Szanujmy zdrowie i nie poddawajmy się.

Trasy rajdu 2026

 

 

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy rajdu, głównie Andrzej Lisowski

   

 

Mini Spęd Starych Koni, Wrocław 24.04.2026

Już ponad dwa lata nie odbył się żaden spęd Starych Koni, czego w naszej historii jeszcze nie było. Im bardziej wchodzimy w okres emerytalny, tym bardziej brakuje czasu na cokolwiek poza obowiązkami domowymi i często jeszcze zawodowymi. Trudno to wyjaśnić, ale przecież być tak nie może. Spędy to niemal obowiązki Starych Koni statutowe. Więc wiosną br Marysia zainicjowała spotkanie popołudniowe we Wrocławiu nad Odrą, bez konieczności wyjazdu z domu na dwa – trzy dni… skoro inaczej się nie da.
Oprócz chęci zobaczenia się w większym gronie powód był jeszcze dodatkowo taki, że w czerwcu miał się odbyć rajd bardzo jubileuszowy gdyż dwudziesty piąty, więc należało temat omówić i poczynić jakieś przygotowania.
Miejscem spędu była przystań Pierk na Maślicach, mająca tą zaletę, że nad wodą zawsze powieje nadchodzącym latem i wakacjami, a poza tym w okolicy przystani znajduje się ośrodek jeździecki, więc dodatkowo można powąchać konia, czego z pewnością każdy był spragniony.
Dzień był piękny, słoneczny i stosunkowo ciepły. Zjawiło się 12 osób. Na przystani jest sympatyczny barek, który tego dnia pierwszy raz się otworzył po zimie, więc zamawiając na początek bardzo dobrą pizzę dostaliśmy mały rabat. Siedząc na leżakach nad wodą zaczęliśmy posiedzenie od tego smacznego posiłku, gdyż pora była jeszcze obiadowa. Miło było się spotkać, gaworzyliśmy o tym i o owym, aczkolwiek temat zasadniczy, czyli jubileuszowe obchody, zaledwie został muśnięty. Pogoda rozleniwiała i chciało się po prostu leniwie czas spędzić.

 

 

Po jakimś czasie Marysia zaproponowała spacer ścieżką nad rzeką, ale celem zasadniczym było dotrzeć do koni i powoli wprowadzić się w nastrój będący zapowiedzią pięknej przygody, która nas czekała w czerwcu. Zdecydowana większość osób przybyłych na spotkanie wybierała się na rajd.
Część koni w ośrodku była właśnie pod siodłem, ale część przebywała na okólniku, więc można było zażyć przyjemności pogłaskania miękkich chrap i pooddychania najlepszymi na świecie perfumami – zapachem konia.

 

Wkoło właśnie kwitły jabłonki i inne krzewy, więc całość była wielką przyjemnością.

 

Spędziliśmy miły dzień i był to to piękny prolog do czekających nas letnich wakacji, które nadejdą zanim się obejrzymy.

 

 

 

Tekst i zdjęcia: Ewa Formicka

 

Wigilia Starych Koni 2025

Rok 2025, pełen zdarzeń – częściowo smutnych, ale innych pięknych i niezapomnianych – nieubłaganie zbliżał się do końca.  Czas biegł swoim szybkim rytmem, nie pozwalając się zatrzymać. Przyszedł grudzień, zbliżały się święta, nadszedł czas spotkania opłatkowego.

1. Al Fiume – miejsce wigilii Starych Koni 2025 2. Sala przygotowana, wieczór wigilijny wnet się zacznie


Tym razem na spotkanie wigilijne Starych Koni wybrany został lokal w centrum miasta o nazwie „Al Fiume”, nie znany nam wcześniej, ale mający dobre połączenia komunikacyjne z  resztą miasta. Okazał się trafionym wyborem, wszystkim się spodobał. Nastrój w lokalu zastaliśmy świąteczny i przytulny, a kuchnia serwowała nietuzinkowe dania. Nasze spotkania wigilijne niezmiennie cieszą się dużym powodzeniem, nie inaczej było tym razem – przybyły 22 osoby. Parę osób przyjechało nawet z daleka. Zawsze miło jest się spotkać, tym bardziej że niektóre osoby pojawiają się już tylko na spotkaniach opłatkowych. Zawsze jest gwarno i wesoło, gołym okiem widać że jesteśmy jedną wielką rodziną. Przyjaźń trwa przecież tyle lat…

3. Goście się schodzą 4. W oczekiwaniu na resztę gości


Po powitaniach i wstępnych pogaduszkach rozdane zostały opłatki i nastąpił przyjemny moment składania sobie życzeń, każdy każdemu. Nie trzeba mówić, że trwało to długo, więc tradycyjnie gdy zasiedliśmy do barszczu z uszkami, był on delikatnie mówiąc mało ciepły.

5. Opłatkowych życzeń nadszedł czas 6. Wszystkiego najlepszego…
7. Klimatyczne chwile 8. Zasiadamy do stołu


Po barszczu wjeżdżały na stół kolejne dania, teoretycznie zgodne z tradycją, ale jednak proponowane w zupełnie inny, ciekawy sposób. Był dorsz podawany w zawiniętych torebkach, w ciekawym  smacznym sosie, były artystyczne koreczki z twarożku z dodatkami, pasztet łososiowo-szpinakowy, sałatka z buraczków, fety i pomidorków koktajlowych, sałatka śledziowa i ryba po grecku, także trochę inne niż znamy. Był kompot, potem różne ciasta, herbata i kawa. Spożywaliśmy nieśpiesznie, gaworząc i delektując się świąteczną atmosferą. Hania tradycyjnie częstowała pierniczkami swojego wyrobu. Życzenia imieninowe złożono Ewie – kronikarce.

9. Nietuzinkowe pomysły kulinarne 10.  Buraczkowa sałatka
11. Pierniczki Hani 12. Imieninki…


Po spałaszowaniu wszystkich specjałów i przegadaniu wszelkich bieżących kwestii i ploteczek, zaproponowano frekwencji wesoły konkurs, będący przy okazji szybkim przeglądem starokońskiej historii. Czas biegnie, stare czasy są coraz starsze, nie możemy dopuścić aby zaczęły one ginąć w niepamięci.   A wiadomo jak to jest z pamięcią gdy pesel uwiera.
Zabawa polegała na tym, że jedna osoba z dwuosobowego komitetu organizacyjnego częstowała cukierkami w kolorowych, świątecznych papierkach, w których ukryte były karteczki z pytaniami dotyczącymi historii Starych Koni. Każdy po kolei odwijał swojego cukierka, odczytywał  zawarte w środku pytanie i próbował odpowiedzieć. Trafne jest tu określenie „próbował”. Okazało się że było z tym sporo problemów, ale też dużo śmiechu.

13. W cukierkach zostały ukryte pytania konkursowe 14. Nagrody w konkursie


Pytania brzmiały:

Kiedy powstał Akademicki Klub Jeździecki, gdzie został powołany.
Wymień czterech byłych prezesów AKJ, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień co najmniej dwóch artystów, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień imiona czterech koni związanych ze starym AKJ, lub obecnie ze Starymi Końmi.
Wymień dwa miejsca/regiony, gdzie odbywały się rajdy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbywały się rajdobozy Starych Koni.
Wymień pięć miejsc, gdzie odbyły się spędy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbyły się bale Starych Koni.
Wymień cztery miejsca, gdzie odbyły się wigilie Starych Koni.
Wymień trzy osoby z grona Starych Koni, które działały lub nadal działają w sporcie jeździeckim (sędziowie, zawodnicy, trenerzy/instruktorzy).
Kto to jest Józek Mos.
Co to jest Odrzechowa, jaki z nią związek mają Stare Konie.
Wymień dwa inne AKJ-ty poza wrocławskim, których przedstawiciele bywali na naszych        rajdach studenckich.
Jak nazywał się Olo – imię i nazwisko.
Gdzie i kiedy był obchodzony Jubileusz 50-lecia AKJ.
Gdzie i kiedy odbył się jubileusz 20-lecia Starych Koni.
Kto jest inicjatorem/założycielem grupy Stare Konie.
„Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją, ach Boże mój……” dokończ.
Co to była „geringerówka”.
„W usta twe perswaduję…” – jak jest dalej.
Co to jest „zdrowie konia” w życiu starokońskim.
Co to jest „carramba” w życiu starokońskim.

Jak widać pytania były łatwiejsze i trudniejsze, ale też wybór pytania ukrytego w cukierku był całkiem losowy, więc działała zasada „ryzyk-fizyk”. Jedni trafiali lepiej i odpowiadali szybko i pewnie, inni mieli problemy, ale jakoś ze stękaniem i delikatnym wsparciem, na który organizatorki spuszczały zasłony, dawali radę. Ze dwie – trzy osoby poddały się walkowerem. Zabawa była przednia,  miło było odświeżyć sobie ważne fakty z naszej bogatej historii. Nagrodą w konkursie były koniki na choinkę, którą delikwent losowo wybierał sobie z torebki pełnej koników.

15. Hurra, udało się dobrze odpowiedzieć i wygrać konika 16. Wygrany konik jako dodatek do bolo


Towarzystwo się rozgrzało i po chwili zaproponowana została druga zabawa. Rozdane zostały wszystkim różowe i żółte zwitki papieru i padła komenda, aby ci z różowymi zebrali się w jednym kącie sali, a ci z żółtymi w drugim. Następnie należało porozwijać karteczki, na których widniały pozornie bezładne kawałki zdań i z tych zdań jak z puzzli sklecić logiczny tekst.  Która grupa zrobi to pierwsza ma odśpiewać ukrytą w ten sposób piosenkę. Obie grupy rywalizowały zawzięcie i prawie równocześnie odkryły i odśpiewały swoje teksty. Jedną odkrytą w ten sposób piosenką  było „Piękne życie spędzają kowboje”,  drugą kolęda „Bóg się rodzi”. I ta zabawa była świetna, zaangażowanie obu grup było wielkie. Odśpiewaliśmy odkryte teksty z wielką werwą.

17. Drugie wyzwanie – należy sklecić logiczne zdania 18.  Jedna z grup układa swoje puzzle


Następnie odśpiewaliśmy „Amaranty”,  stojąc prawą nogą na krześle, a lewą zgodnie z tradycją na białym obrusie. Załoga lokalu nie reagowała, chyba poczuli bluesa. Dzięki

19. Zdrowie konia 20. Nogi na stole, załoga lokalu nie reaguje


Wieczór wigilijny upływał w pięknym klimacie, niestety czas który nam lokal przeznaczył na spotkanie dobiegł końca i trzeba było się rozstać i udać w domowe pielesze.
Na pewno każdy w te pielesze pobieżył bardzo dobrze nastrojony.

Wspólna świąteczna fotka Wrocław by night

Wesołych Świąt.      

 

Tekst: Ewcia
Zdjęcia: uczestnicy spotkania

XXII Rajdobóz, Jarosławiec 30.08. – 7.09.2025

Na XXII rajdobów 2025 Stare Konie wybrały się tak jak w poprzednich trzech latach nad morze do Jarosławca, gdyż nie udało się nikomu znaleźć alternatywy. Zimą były prowadzone dyskusje o szukaniu jakiegoś nowego, ciekawego miejsca, ale na rozmowach się skończyło. Ośrodek jeździecki w Jarosławcu bardzo nam odpowiada pod wieloma względami, przywiązaliśmy się do tamtejszych koni, zaprzyjaźniliśmy z szefową stajni Kingę i pracującą w stajni Agnieszkę. Instruktorki  prowadzące z nami jazdy też się do tej pory sprawdzały, czuliśmy się zaopiekowani i bezpieczni  każdego dnia, mieliśmy wszyscy między sobą, stajnia i grupa, dobre fluidy. Pasuje też pensjonat, pokoje, jedzenie i bliskość morza.  Organizatorka obozu Iwona proponuje każdego roku ciekawy program, satysfakcjonujący wszystkich. Tyle że nad morze jest daleko i powoli robi się z tego problem. Podobnie jak z rajdami bieszczadzkimi, gdy daleka podróż do celu stała się w końcu problemem zaporowym i przenieśliśmy się w Pieniny, tak teraz mówi się w kuluarach o znalezieniu czegoś bliżej.
Jak będzie zobaczymy, ale póki co z przyjemnością zawitaliśmy w Jarosławcu. Trzeba przyznać, że tak zwane stare, znajome kąty zawsze cieszą, fajnie jest przybyć w miejsce gdzie nas lubią i gdzie my również dobrze się czujemy i wszystko jest przyjemnie swojskie.

1.  Pensjonat „Strażnica” w Jarosławcu 2.  Nasz ośrodek jeździecki w Jarosławcu


Niestety ośrodek jeździecki „Horyzont” został dotknięty zimą straszną katastrofą. Konie zatruły się nieświeżą paszą i aż cztery tego nie przeżyły. Wśród tych czterech były dwa małe kucyki, których nie znaliśmy i nie dosiadaliśmy, ale były też dwa „nasze” konie, bardzo lubiane, Wacek i Sezam. Dwa wielkie, piękne,  kare koniska, niesamowite, że nie zastaliśmy ich w stajni.

3. Sezam 4. Wacek

Kinga ratując sytuację nabyła wiosną nową klacz, ale niestety zakulała i nie wykaraskała się z kulawizny do naszego przyjazdu. Tym sposobem koni dużych brakowało, musieliśmy jeździć też na kucach, co we wcześniejszych latach nie było mile widziane. Ale były to kuce kategorii D i C, czyli stosunkowo wysokie. W praktyce okazały się  przyjemne, grzeczne i po prostu milusińskie. Więc ostatecznie nasze jazdy niczego nie straciły i używaliśmy do woli.
Konie duże to Largo, Es-Mar, Korida, Sunrise, małe to Pepsi, Sara, Natasza. Dziewczyny prowadzące, Ola i Weronika, dosiadały często hucułka Niko, a na trzy dni została „odkurzona” wiekowa Nikita.
Przybyliśmy do Jarosławca w sobotę, nie wszyscy zdążyli na wyznaczoną godzinę późnego obiadu, ale wszyscy zostali nakarmieni. Po obiedzie wybraliśmy się całą grupą do Rusinowa na dożynki, co jest już rajdobozową tradycją. Dożynki to okazja aby zażyć trochę folkloru, zjeść coś dobrego, domowego, napić się bimbru,  zakupić zdrowy miód czy ser kozi. Zawsze przywdziewamy stroje organizacyjne i budzimy niemałą sensację. W tym roku także dostaliśmy dużo ciepłych słów, na pewno grupa kowboi na takim folkowym wydarzeniu nie pozostaje niezauważona. Jednak w tym roku gwiazdą wieczoru miał był zespół „Golec Orkiestra”, co spowodowało, że na dożynki przybyły niewyobrażalne tłumy ludzi.   Na parking trudno było dojechać i potem jeszcze trudniej z niego wyjechać – okrężną drogą przez pola i piachy. Na dożynkowej łące ścisk, hałas i głośna muzyka spowodowały, że impreza z przyjemnej stała się horrorem.  Kręciliśmy się jakiś czas między barwnymi straganami, wcinaliśmy chleb ze smalcem i ogórkiem, grochówki, karkówki,  wspaniałe pierniki i serniki, bimber miał duże wzięcie. Ale w końcu trudno było znieść ten harmider. Nikt z nas nie doczekał Golców, poszczególne zestawy samochodowe wymykały się gdy tylko nadmiar decybeli i tłoku były trudne do zniesienia.

5. Stare Konie na dożynkach 6.  Na dożynkach objadaliśmy się dobrymi rzeczami


Na niedzielną jazdę ledwie skleciliśmy jedną grupę.  Okazało się, że po trudach podróży nie wszyscy byli w formie dosiąść konia. Ostatecznie zebrało się sześciu chętnych i z prowadzącą Olą ruszyliśmy do boju. Ranek był słoneczny i ciepły, wyjechaliśmy ze stajni przed ósmą rano. Kolejność podróżowania była inna niż poprzednimi laty, najpierw pojechaliśmy do lasu, a dopiero w drugiej kolejności na plażę. Poranek w nadmorskim, sosnowym lesie, gdy słoneczne smugi złotymi klinami wbijają się między dostojne sosny, sięgając zielonego dywanu utkanego z mchów i wrzosów – to duże przeżycie. Ale wjazd na pustą plażę i galop po piachu wzdłuż brzegu jest tym, na co czekamy i co daje szczególną uciechę. Jazda była piękna i dobrze nastroiła tych, którzy w niej uczestniczyli.

7.  Piękna jazda po sosnowym, nadmorskim lesie 8. Piękny początek dnia


Dzień minął na spacerach,  po plaży i po miasteczku, gdzie o tej porze sklepiki mamią przecenami, których nie lekceważymy. Jarosławiec to mały, sympatyczny kurort, mający wszystko, czego można nad morzem chcieć. Są liczne sklepiki z ciuchami i pamiątkami, jest latarnia morska, muzeum bursztynu, smażalnie ryb i małe kawiarenki. Na początku września jest już mało letników, więc szwendanie się po mieścinie jest całkiem przyjemne.
Charakterystyczne dla Jarosławca są słynne, wysokie klify i nie mniej słynna w ostatnich latach plaża Dubaj.  Plażę Dubaj usypano sztucznie w roku 2018, nawożąc tony piachu  pomiędzy pięć kamiennych ramion wpuszczonych w morze, co w sumie było wielkim, innowacyjnym przedsięwzięciem inżynierskim. Celem tej operacji była ochrona klifu, nad którym przebiega ulica i stoją domy, a klif niebezpiecznie ulegał degradacji w czasie kolejnych sztormów. Coś z tym trzeba było zrobić. Więc zrobiono plażę Dubaj, największe wodne przedsięwzięcie ochroniarskie w historii naszego kraju, kosztujące dziesiątki milionów.

9. Plaża Dubaj 10. Hurra… przyjechały Stare Konie


W niedzielę wieczorem zasiedliśmy przy ognisku, by rajdobóz oficjalnie zacząć, a przy okazji spożyć pieczone w ogniu kiełbaski i pośpiewać. Wojtuś jak zwykle stanął na wysokości zadania,  grał na gitarze z wielkim zaangażowaniem, ale w śpiewaniu nie ustępowaliśmy – też każdy bardzo się starał.

11. Pieczemy kiełbaski 12. Ognisko inauguracyjne


W poniedziałek chętnych do jazdy przybyło, na pierwszą jazdę o 7.30 stawiło się w stajni pięć osób, na drugą po śniadaniu cztery.
Pierwsza jazda miała dramatyczne akcenty. Niesterowna Sunrise w lesie w czasie galopu wybrała nagle inną ścieżkę niż cała grupa, skutkiem czego odbyło się na niej ostre hamowanie na ścianie krzaków. Potem na plaży  kobyłka próbowała w galopie lekko wysunąć się przed konia jadącego przed nią i w czasie tego manewru poślizgnęła się i padła jak długa. Ponieważ zadziało się to na małym łuku, siła odśrodkowa wyrzuciła Formisię poza łuk i tym sposobem nie została przygnieciona przez konia. Tym niemniej ci co jechali z tyłu sądzili że amazonka została przywalona koniem, wyglądało  dramatycznie. Konica i amazonka leżały chwilę na piachu, jedna i druga w szoku. Jednak największy szok przeżyła prowadząca Ola, podbiegając do miejsca zdarzenia i znanymi sobie trikami reanimacyjnymi próbując wysondować czy amazonce nie stało się nic poważnego. W międzyczasie obie się podniosły, Formisia i koń, Formisia czuła tylko że ma piach we wszystkich swoich zakamarkach, w ustach, nosie, we włosach. Nic innego złego się nie stało, ale Ola sugerowała żeby poszkodowana wracała do stajni pieszo, z koniem w ręce. Jednak był to kawał drogi i taki marsz nie byłby dla poszkodowanej dobrym rozwiązaniem. Jakoś więc z trudem wgramoliła się na siodło i cała grupa spokojnym stępem wróciła do stajni. Ale zdarzenie daje do myślenia. Na drugiej jeździe ta sama Sunrise też wycięła Maćkowi numer – wsadziła głowę między nogi i niebezpiecznie przylutowała z zadu. Dzień wcześniej spłynęła Jurkowi do lasu, gdy cała grupa wjeżdżała przez wydmy na plażę (ona wybrała las), a Andrzejowi uklękła nagle podczas jazdy co też mogło się skończyć glebą. Jednym słowem przystojna skąd inąd kobyłka dostarczała każdego dnia atrakcji, nie było nudno.

13. Niezapomniane chwile 14. Cały Bałtyk mój


W dalszej części dnia były znowu sklepiki, kawiarenki, lody, ale przede wszystkim plażing we wszelkich postaciach. Spacery, relaks na kocu czy krzesełku plażowym, tworzenie dzieł sztuki z kamyczków, pływanie. W tym roku morze w Jarosławcu nawiedziła plaga meduz, aż dziw skąd się ich tyle wzięło. Jednym to przeszkadzało, innym nie. Meduzy bałtyckie nie są jadowite, jednak nie każdy lubi, gdy go w czasie pluskania się w wodzie obślizgują. Ale być nad morzem i nie popływać, to jak w Rzymie nie zobaczyć papieża.
Wieczorem tego dnia jak i prawie każdego innego spotykaliśmy się na pierwszym piętrze na korytarzu, nazywając ten zakamarek świetlicą. Zawsze było bardzo wesoło, snuły się różne opowieści, krążyły rozmaite trunki. Tego dnia spontanicznie zaczęły się opowieści o naszych dzieciach, o różnych niesamowitych zdarzeniach z nimi związanych. Niektóre opowieści mroziły krew w żyłach.

15. Spektakularny zachód słońca 16. Wieczór w „świetlicy”


Na wtorek prognozy były deszczowe, jednak nie sprawdziły się, dzień wstał słoneczny i przyjemny. Rutynowo pierwsza jazda była o 7.30, druga po śniadaniu, o 9.30. Niezmiennie zachwycał nas sosnowy, rozświetlony las, a galopy plażą były zawsze wielką uciechą.   Morze było gładziutkie, aż chciało się zobaczyć choć niewielkie fale, ale nie można mieć wszystkiego. Plażowanie w dalszej części dnia było już codziennością, aczkolwiek nie wszyscy preferowali te same odcinki plaży. Na Dubaju morze jest daleko od wydm i są to raczej małe zatoczki, obramowane granitowymi falochronami. Ale woda jest płytka i relatywnie ciepła (o ile Bałtyk jest ciepły). Aby jednak zażyć  plaży tradycyjnej, z otwartym morzem, trzeba trochę powędrować piachem poza Dubaj, albo podjechać kawałek autem. Korzystaliśmy z wszelkich wariantów.

 

17.  Kolejna, piękna jazda po plaży 18. Kamyczkowe dzieło sztuki


Tego dnia trzy dziewczyny pojechały na wycieczkę do Dąbek, były też w kolejnych dniach wycieczki do Darłowa i Darłówka.  Inni penetrowali kawiarenki i smażalnie ryb. Byli też zwolennicy relaksu w ogrodzie, z dobrą książką, lub w dobrym towarzystwie.

19. Wyprawa do Dąbek 20. Relaks w ogrodzie 21. Wyprawa do Darłówka


Pod wieczór mieliśmy prelekcję kajakarza, u którego obstalowaliśmy kajaki na spływ kajakowy na kolejny dzień. Pan Zimnowłocki ma na koncie nie lada kajakowe wyczyny,  o czym ciekawie opowiadał. Ma niepełnosprawnego syna, któremu wymyślił kajaki jako sposób na życie. Odbyli niesamowite rejsy, np. od Bieszczadów do morza, lub wielką pętlę bałtycką. Poprzez nagłaśnianie swoich dokonań zyskiwali środki na kolejne wyprawy, a syn nie tylko okrzepł fizycznie, ale też znalazł pracę i przyjaciół. Prelekcja była bardzo ciekawa.

22. Bardzo ciekawa prelekcja o wyprawach kajakowych 23. Grupa kajakowa


W środę grupa wybrała się samochodami do miejsca rozpoczęcia spływu kajakowego  rzeką Wieprzą.  W zależności od tego jak szybko kto wiosłował, można było płynąć nawet cztery godziny, ale można było osiągnąć cel po trzech. Wieprza to jedna w najpiękniejszych rzek Pomorza,  malownicza i miejscami dzika, trudna w górnym i środkowym biegu, łatwa w dolnych odcinkach. Płynie przez ciekawe pod względem przyrodniczym zakątki Pomorza, infrastruktura turystyczna jest jeszcze mało rozbudowana, co jest niewątpliwie zaletą.

24. Spływ rzeką Wieprzą 25.  Chwilo trwaj…
26. To jedna z najpiękniejszych rzek Pomorza 27. Jola z Rafałem dzielnie wiosłują


Rano odbyła się jazda konna dla tych którzy mimo spływu chcieli wcześniej jeździć, jednak gwoździem dnia była jazda wieczorna za zachód słońca. Pojechaliśmy z Weroniką, najpierw kręcąc się po lesie, który pod wieczór jest nie mniej piękny niż o poranku. W końcu wjechaliśmy na plażę i powoli zaczął się spektakl. Słońce było już bardzo nisko, widoki były magiczne, kolory bajeczne. Morze, konie, plaża – wszystko otulały ciepłe barwy i pozytywne wibracje.  Kręciliśmy się dłuższy czas po piasku, robiąc mnóstwo zdjęć i ciesząc się tym niezwykłym widowiskiem.  Warto jechać kawał drogi na urlop, aby móc uczestniczyć w takim spektaklu.

28. Konie i zachód słońca 29. Warto jechać kawał drogi  na urlop dla takich  doznań
30. Paparazzi są wszędzie (na szczęście) 31. Radość  tryska


W czwartek jeździliśmy wg przyjętego schematu, jedni o 7.30, drudzy o 9.30 po śniadaniu. Dziewczyny ze stajni kombinowały jak wszystkich zadowolić, gdyż w związku z ciepłym początkiem września miały spory ruch w interesie, przychodzili ludzie „z ulicy”, a przestrzegały zasady, aby żaden koń nie szedł pod siodło więcej niż dwa razy dziennie. Więc tego dnia wyciągnęły 27-letnią Nikitkę, która siodła nie widziała już ponad 1,5 roku. Staruszka okazała się nad wyraz rześka, Agnieszka twierdzi, że ona po prostu lubi chodzić pod siodłem w teren. Nie wiadomo czy to prawda, gdyż galop po piachu powodował u niej głośniejszy oddech, ale po jeździe ani jeden włosek pod siodłem nie był u niej mokry, w przeciwieństwie do innych koni.

 

32, W lesie na wydmach 33. Renia szykuje się do występu


Czwartek to tradycyjny dzień występów. Hasło tego roku brzmiało „przedmioty, powiedzenia i zawody, które wyszły z mody”. Hasło wymyślił zimą Olo i nikomu nawet przez myśl nie przeszło,  aby nie wyrazić aprobaty.  Poza tym hasło wydawało się dość łatwe, więc wypadało tylko skupić się i coś wymyślić.
Teatr zaczęliśmy o godz. 18.00, wcześniej wszyscy po kątach przygotowywali się do swoich występów, stres był niemały. Zgaga pozbierała od wszystkich propozycje i ustaliła harmonogram. Podjęła się też roli prowadzenia całego przedstawienia, co zrobiła z dużym wdziękiem.

34. Teatrzyk poprowadzi Zgaga 35. Występy zaczęli Gabi i Maciek


W pierwszej kolejności na scenę wyszli Gabi i Maciek i przedstawili zbiór przysłów, wyliczanek i rymowanek, które są stare jak świat, wiele znaliśmy już w dzieciństwie.  Na pewno wyszły z mody (choć  nie koniecznie z obiegu), z rozrzewnieniem przypomnieliśmy sobie te powiedzonka, niektóre recytowaliśmy jeszcze w przedszkolu. Artyści przedstawili je wg alfabetu, wykaz obejmował ze 30 pozycji. Zrobiło się bardzo wesoło. Oto przykłady (wyciąg):

A Abecadło z pieca spało, o ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach, strasznie się potłukło.
B Beksa lala, pojechała do szpitala,
A tam powiedzieli, takiej beksy nie widzieli.
C Chwała Bogu, westchnął wałach, że choć grzywa mi została.
D Dobranoc pchły na noc, karaluchy do poduchy, a szczypawki do karafki.
E Ele mele dudki, gospodarz malutki, gospodyni garbata, a córeczka smarkata. 
Ene due rabe, połknął bocian żabę, a żaba bociana, jeszcze tego rana.
H Hokus pokus, czary mary, nie ma szkoły, są wagary.
I Idzie kominiarz po drabinie, fiku miku już w kominie.
Idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak.
J

Jedzie jedzie pan pan, na koniku sam sam.
Jedzie jedzie chłop chłop, na koniku hop, hop.
Jedzie jedzie baba i z konika spada.  

K Która godzina, wpół do komina, komin otwarty, jest wpół do czwartej.
L

Leci sobie ptaszek z dala, górą słonko zapierdala,
Żabka w stawie dupkę moczy, kurwa, jaki świat uroczy.

M Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli.
N Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
O Opowiem ci bajkę, jak kot palił fajkę, a kocica papierosa, upaliła kawał nosa.
P Panie pilocie, dziura w samolocie, drzwi się otwierają, goście wypadają.
Ś Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi…
T Trumf trumf misia bela, misia kasia kąfacela, misia A, misia B, misia kasia ką-fa-ce.
U Uciekaj myszki do dziury, bo cię tu złapie kot bury…
Ż Żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała.

36. Stare koronki 37. To dzieło „naukowe” przeraża  38. Występ Marysi

                 

Wesoło usposobieni oczekiwaliśmy kolejnej artystki, którą była Marysia. Zanim weszła na scenę, zaprosiła do oglądania wystawionych na stoliku pod sceną starych babcinych koronek. Czego tam nie było: koronkowe kołnierzyki i mankiety, ozdobione koronkami chusteczki, serwetki i małe saszetki. To wszystko wyszło z mody, lecz ciągle jest piękne i bardzo wartościowe. Następnie Mania pokazała starą, niemal rozsypującą się w rękach książkę, bez okładek i o trudnym do ustalenia roku wydania, jednak jako wydawcę wskazującą na „Bibliotekę Dzieł Naukowych”. Tytuł książeczki to „Płeć i charakter”. W rozdziale IX „Psychologia męska i żeńska” zawarte są niezwykłe teorie na temat tego czym jest kobieta, które wpędziły nas w przerażenie. Pisze tam m.in.:

„Osobowość i indywidualność, jaźń i dusza, wola i charakter – wszystko to oznacza jedno i to samo, co w świecie ludzkim jest udziałem tylko mężczyzn, czego zaś brak kobietom.
Ponieważ dusza ludzka jest mikrokosmosem, a wybitni ludzie to tacy, którzy wyłącznie duchem żyją, przeto kobieta musi być z natury absolutnie niegenialna.
Jak mogłaby być istota bezduszna geniuszem? Genialność jest identyczna z głębią, a proszę spróbować jeno połączyć ze sobą przymiotnik głęboki z rzeczownikiem kobieta, sprzeczność dostrzeże każdy. Genialność jest tylko spotęgowaną, w pełni rozwiniętą, wyższą, powszechnie uświadomioną męskością
Kobieta nie pozostaje ani moralna, ani antymoralna,  jest bezkierunkowa, ani dobra, ani zła, nie jest ani aniołem, ani diabłem, jest amoralna, tak jak i alogiczna. Wszelkie istnienie atoli jest istnieniem moralnem i logicznem. Kobieta zatem nie istnieje.
Na zapytanie więc dotyczące znaczenia bytu mężczyzny i bytu kobiety, możemy obecnie dać odpowiedź. Kobiety nie mają ani istnienia, ani jestestwa; nie istnieją i nie są niczem. Jest się mężczyzną, albo jest się kobietą, odpowiednio do tego, czy jest się kimś, lub się nim nie jest”.

 Uff… jak dobrze że takie „naukowe” dyrdymały wyszły z mody, że zacytowane dzieło naukowe można traktować jedynie jako kabaret, choć o wątpliwej jakości humoru.

39. Pokojówka i pan dziedzic 40. Scenka pt „Żelazko z duszą”


Kolej przyszła na Wujów, którzy jak zwykle przygotowali się sumiennie. Weszli na scenę jako pokojówka i pan i przedstawili scenkę pod tytułem: „Żelazko z duszą”. Pokojówka w skromnej, długiej, domowej sukience, w fartuszku i białym czepku na głowie, podeszła do deski do prasowania, nakrytej starym obrusem, wzięła do ręki żelazko, wyjęła z niego pogrzebaczem duszę zagrzaną w piecu obok i zamruczała pod nosem:    

„Ot, i dusza rozpłomieniona do czerwoności… Wrażę ją z ostrożnością, pomału, pomału, do żelazka”.
Zamyka żelazko, pokazuje kalesony i prasuje.

„Niechże z tych z kalesonów pana wyparuje wszelkie paskudztwo; (puka się w głowę)  i brudy myślne też!”
Odstawia żelazko, podnosi kalesony z ironią:

„Wielkie, niby ten obrus!  I aż ciężkie od krochmalu, oj!”
Opuszcza je na deskę. Wchodzi pan niepostrzeżenie, klepie pokojówkę w pupę.
„A czym to się panienka tak interesuje, kalesonami, czy nadzieniem?”
Pokojówka  odwraca się prostując z kalesonami w rękach i odpowiada:
„Pan doprawdy mocny w gębie… A to ‘nadzienie’ – jak pan powiada – czy ma jeszcze datę ważności?!”
Pan rzuca do publiczności, pykając fajkę:
„Frechowna panienka, chyba czort w niej pali!”
Oddala się statecznym krokiem. Pokojówka mruczy:
„O Święta Panienko, Oby tylko Pani tego nie słyszała…”
Zabiera kalesony i wychodzi.
Zgodnie z hasłem z mody wyszły: Zawody – a) pokojówki w dworku i b) zawód dziedzica, ziemianina. Przyrządy – a) żelazko z duszą, b) stroje określające status społeczny. Powiedzenia – zwroty językowe, np. „brudy myślne”, „mocny w gębie”, „frechowna panienka” „czort w niej pali”.
Brawo, scenka była stosunkowo krótka, ale obejmowała wszystkie elementy hasła, świetnie to wymyślili.

41. Jak przez wieki ewoluował sposób widzenia świata i sposób wyrażania myśli


Następnie na scenę weszły damy z różnych epok, usiadły przy stole, weszła też narratorka prowadząca kolejne przedstawienie i zagaiła:

„Płyną wieki, mija czas. W ciągu stuleci zmieniało się ludzkie życie, ubiory i język. Powiedzenia, stroje i zawody, wychodziły z mody. Spróbujmy prześledzić jedną taką niematerialną zmianę: język i sposób wyrażania myśli w różnych epokach. A kanwą do tego niech będzie opis naszych bieszczadzkich rajdów.
W średniowieczu zapewne z zachwytem wysłuchano by takiej opowieści”.

Na tą zapowiedź od stołu wstała dama średniowieczna i przedstawiła jakim językiem przedstawiłaby rajdowanie w tamtej epoce: 

42. W średniowieczu snuta opowieść brzmiałaby tak

 

„I stało się, iż jezdni, mężni drużynnicy, koni dosiedli i w Bieszczad ruszyli, przez knieje dzikie i rzeki wezbrane. Droga była sroga, pełna błota, głazów i cieni, kędy szeptały borze duchy starych czasów, a wilcy w dalekich jarach wyli. Męże ci, krzepcy i bogobojni, modły zanosili do Pana nad pany, by ich strzegł na szlaku i w nocnych ciemnościach. A gdy słońce za lasy się skryło, przy ognisku siadali, miód pili z rogu, pieśni śpiewali o wojnach i cudach. Także ów rajd nie był li tylko przejazdem, lecz dziełem ducha i serca, pamiętnym czynem w kronikach godnym zapisania. A ziemia, po której jechali, drżała cicho pod kopytami, jakby poznawała swych synów i błogosławiła ich cichym tchnieniem pradawnego ładu”.

Narrator zapowiada kolejną damę:

„W epoce romantyzmu opis rajdu konnego brzmiałby zapewne inaczej, może tak?”

43. Dama romantyczna widziała konne wędrowanie romantycznie

 

Na środek wyszła dama w eleganckiej sukni aksamitnej i zgrabnym kapelusiku, i przedstawiła swoją kwestię w sposób adekwatny do epoki romantyzmu:

Rajd konny po Bieszczadach jawił się jako podróż nie tylko przez dzikie ostępy Karpat, lecz i przez najgłębsze zakamarki duszy. Wśród mgieł porannych, unoszących się nad górskimi dolinami, jeźdźcy sunęli w milczeniu, jakby baśniowe widma unoszone tęsknotą serca. Szum potoków, łagodny szelest traw i cichy krok końskich kopyt splatały się w pieśń wolności, jaką tylko dusza romantyczna pojąć może. Gdy dzień chylił się ku zachodowi, a niebo barwiło się zlotem i purpurą, noc znajdowała ich przy ognisku, zamyślonych, zapatrzonych w gwiazdy, które zdawały się szeptać dawne legendy. Była w tej podróży pewna melancholia, lecz i ukojenie – jakby sam duch gór tulił ich w ramionach ciszy”.

Narrator: A jak mogłaby sobie wyobrazić rajd konny wiejska dziewczyna, np. Jagna z Reymontowskich Lipiec?”

44. A co do powiedzenia o rajdowaniu miała Jagna z Lipiec?

 

Na środek wyszła Jagna z Reymontowskich Lipiec i wygłosiła:

„A rajd ten konny po Bieszczadach, to jakby kto w same serce ziemi wlozł, gdzie góry jak chłop zgarbiony, las gęsty, a droga wąska i kręta, kiej warkocz dziołchy. Jeźdźcy sunęli wolno, cicho, ino końmi parskało i ptaki gdzieś śpiewały, a wszyćko to jakby śniło. W dzień słońce prażyło, w nocy rosa siadała, a ogień trzaskał, że aż się duszo grzoła. I śpiewali, bo to i strach, i radość człeka brała. Tam człek czuł, jak ziemia godo do niego, jak duch wiatru przez kark mu lezie i coś mu w serce prawi. Bo to nie jeno jazda była, jeno jakby modlitwa, jakby pokłon naturze i dawnym czasom. A w tych ostępach, co niejednego wilka i zbója pamiętają, szło się tak, jakby człek szedł za cieniem własnych pradziadów. I każda chwila tam miała wagę. A los jak ziarno przesypywał się przez palce”.

Narrator: „Życiu człowieka zawsze towarzyszyły baśnie i legendy. I w tych naszych bardzo „technicznych” czasach spróbujmy się do nich odwołać i zapytać Tolkienowskiego elfa, co on powiedziałby o rajdzie konnym?”

45. Elf Tolkiena też ciekawie widział konną przygodę 46. Damy z różnych epok  widziały świat różnie

 

Wszedł elf Tolkienowski i powiedział jak on widzi bieszczadzki rajd konny.

„Rajd konny przez ziemie Bieszczadu jest niczym pieśń dawnych dni, którą śpiewają jeszcze wiatry pośród smrekowych grani. Wędrowcy, dosiadający swych wiernych rumaków, przemierzają doliny i wzgórza, gdzie echo dawnych czasów wciąż szepta wśród liści. Tam, gdzie rzeki srebrzyste spływają z gór, a niebo rozświetla się blaskiem słońca zachodzącego, dusza odnajduje ciszę, której próżno szukać w krainach niżu. Nocą, przy ogniu, gdy cień tańczy z płomieniem, a pieśni pradawne wypełniają powietrze, serca biją zgodnie z rytmem wieczności. I choć ścieżki są dzikie, a droga niepewna, wędrówka ta jest błogosławieństwem – albowiem kto w niej uczestniczy, ten zbliża się do tajemnic tego świata”.

Narrator: „Lata płyną, czas się zmienia, tylko my, stare Konie, nie zmieniamy się wcale. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy niezmiennie razem, kreatywni i dzięki temu bogaci w przeżycia. I tak będzie po zawsze”.

Dziewczyny dostały duże brawa.

47. Klan Słowików w swojej scence 48. Przerażające czasy, jeszcze je pamiętamy


Po damach z różnych epok na scenie pojawił się klan Słowików i przedstawili hasła przerażające, ale nie tylko niemodne, na szczęście też od lat nieaktualne. 

Gerard: Olbrzym i zapluty karzeł reakcji.
Rafał: Partia ma zawsze rację.
Jola: Wieczna przyjaźń polsko – radziecka. 

Aż trudno uwierzyć że żyliśmy w czasach takich haseł. Brrr…
Przyszedł czas na Renię. Renia przedstawiła jak się pakowały i co zabierały na letnisko  panie przed stu laty, gdy modnym się stało wyjeżdżanie latem na wieś. 

49. Renia opowiada o podróżowaniu w minionym wieku 50. Damy w podróży – chyba  dziś mamy lepiej, choć narzekamy

 

„Słynna publicystka Elżbieta Kiewnarska, publikująca w poczytnym czasopiśmie dla inteligentek „Bluszcz”, wydaje w roku 1929 poradnik „Dobra pani wyrusza na letnisko”… i już wszystko wiadomo.   Pani  pojedzie nowoczesnym środkiem lokomocji jakim jest pociąg, więc konieczny będzie mały koszyczek z prowiantem:
– butelka czerwonego wina, pieczony kurczak,  wędlina, sardynki w puszce, kawa i herbata w termosach, trochę owoców i kwaskowych cukierków.
Reszta bagażu pojedzie wozem, więc spakować należy niezbędne sprzęty do urządzenia się na letnisku. Jako wyposażenie pokoju potrzebne będą:
– lampy, lichtarze, świece, bańki z naftą,  lustra, wazony na kwiaty,
a jako wyposażenie kuchni zabrać należy:
– komplet garnków żeliwnych i emaliowanych, zastawę stołową, koniecznie widelczyk do cytryn,  dwie brytfanki, wanienkę do ryb, tłuczek do kartofli, łopatkę do kotletów, solniczkę, chochlę, tasak, imbryk do kawy i herbaty, młynek do kawy, formy do ciasta i misy do ucierania,  maszynkę do lodów,  moździerz, czerpak do wody, szufelkę do węgla, dużą balię i kocioł do gotowania bielizny, żelazko węglowe, magiel ręczny, deskę do prasowania,  czyścidła, zmiotki, szczotki, 18 ścierek.
A stroje? Tutaj podpowiada czasopismo „Przegląd Mody”. 
Na poranki pani potrzebować będzie szlafroczek, potem ubierze suknię z piki lub jedwabiu, może być suknia w kwiaty. Nie należy zapomnieć o skarpetkach i pończochach, wywiniętych do kosek, bo obnażona stopa pani z trudem znosi żwir, drzazgi, kamienie, które powodują zgrubienie naskórka. Nie zawadzi też mieć parę białych sukien, łatwych w praniu i prasowaniu, i płócienne białe buciki na angielskim obcasie”.  

Uff, brzmi to jak kabaret. Chyba z pakowaniem się na letnisko mamy dziś prościej. 
Dalej pojawiła się przed publiką Hania, która wyszła na środek ze starą niemodną walizką i zaproponowała szybki konkurs: znalazłam tą starą walizkę na strychu, a w niej pełno drobiazgów. Może pamiętacie te przedmioty, zgadujcie co to takiego”. 
Niestety pamiętamy te walizkowe drobiazgi z dawnych czasów (bo tak długo już żyjemy), ale od lat nikt czegoś takiego nie widział i nie używał. Były tam: temperówka na żyletki, podręczna przeglądarka do slajdów (dziś obsługa media-marktów nie wie nawet, co to jest slajd), uchwyty do wciągania butów  oficerskich, płyta pocztówkowa (tak, tak, takich słuchaliśmy), igły z kości słoniowej do robienia dziurek w tkaninach, koziołek do odkładania sztućców przy talerzu i – uwaga – suszka kołyskowa. Ni mniej ni więcej.  Zrobiło się rzewnie.

51. Co Hania znalazła w starej walizce? 52. Suszka kołyskowa


Przyszła kolej na Kornelów. Zawsze mają ambitne teatrzyki, nie inaczej było tego roku. Na podstawie scenki z „Zemsty” Aleksandra Fredy pokazali całkiem już zarzucony obyczaj pisania listów pod dyktando, gdy przy okazji dochodzi do komicznych sytuacji. Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list rzekomo pisany od Klary do Wacława, realizując własną intrygę, ale nie radząc sobie z tym tematem. Nie wie jak list ułożyć, złości się, co rusz posiłkuje się przerywnikiem „mocium panie”, często przez niego używanym w chwilach stresu i gniewu.
Cześnik:
„Siadaj waść tu, zmaczaj pióro, będziesz pisał po mym słowie. 
Teraz trzeba
 pisać właśnie, jakby Klara do Wacława”.
Dyndalski ma opory, pan się niecierpliwi.
„Co się waszeć o to pyta, maczaj pióro, pisz i kwita.
Tylko że to mocium panie, aby udać trzeba sztuki,
Owe brednie, banialuki, to miłosne świergotanie,
Jak tu zacząć mocium panie”?
Dyndalski próbuje coś podpowiadać, pan ironizuje, zagląda przez ramię na kartkę i się złości, że sługa gryzmoli. Dyktuje dalej nadmieniając ”pisz dokładnie”.
„Bardzo proszę”… mocium panie…
Mocium panie… „me wezwanie”…
Mocium panie… „wziąć w sposobie, jako ufność ku osobie”…
Sługa pisze dosłownie, nie pomija żadnego „mocium panie”, pan w gniewie drze kartkę krzycząc „niech cię czarci chwycą, z taką pustą mózgownicą”.
Dyndalski: „jaśnie pana własne słowo”.
Cześnik: „milcz waść, przepisz to de novo. Mocium panie opuść wszędzie”.
Pisz de novo, pisz, powiadam, mózgu we łbie za trzy grosze”.
Ostatecznie z tej współpracy nic nie wychodzi, pan przegania sługę i decyduje się zrobić to inaczej. Nawet lepiej będzie może, gdy wyprawię doń pacholę, z ustną prośbą…”

Dziś takich dylematów nikt już nie ma, nikt nie dyktuje listów, bo czy jeszcze pisuje się listy? A przerywników w mowie potocznej typu „mocium panie” też nikt nie używa. Ale wesoło było posłuchać. Artyści odegrali scenkę bardzo profesjonalnie.

 

53. Jak pisano listy pod dyktando za Fredry 54.  Ci aktorzy nie odbiegają od profesjonalistów grających „Zemstę”


Wg ustalonej kolejności na scenę wszedł Jurek i przedstawił stare co prawda przysłowia, które zmodyfikował, dając im nowe życie.

Gdy się człowiek śpieszy, to się koń nie cieszy.
Dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie zrobi w konia.
Pieniądze szczęścia nie dają, lecz przy kupnie konia bardzo pomagają.
Nie chwal konia przed zachodem słońca, a kobiety przed śmiercią.
Lepszy wróbel w garści niż koń na dachu.
Lepiej mieć konia co się dąsa, niż prezydenta alfonsa.
Konia z rzędem za prezydenta nie bandytę.

Okazuje się, że zdania mogą zyskać całkiem nowe znaczenie, jeśli się zmieni bodaj jedno słowo. Ale także, gdy postawi się kropkę w całkiem innym miejscu. Oto przykład:

Moja stara piła leży przed domem.
Moja stara piła. Leży przed domem.

Uśmialiśmy się, a niemodna piła także znalazła miejsce w naszym ambitnym teatrzyku.

 

55. O co chodzi z tą starą piłą?


Na koniec wyszła na scenę Zgaga i przedstawiła stare zawody, które wyszły z mody.

56. Zgaga opowiada o starych zawodach, które wyszły z mody

 

„Małe miasteczko, a w nim cicha uliczka z kolorowymi domkami, okryta jeszcze mrokiem nocy. Na horyzoncie zaczyna jaśnieć niebo, zapowiedź wschodzącego słońca. U wylotu słychać kroki – to latarnik wyruszył na swój poranny obchód, jego podopieczne mogą odpocząć, ich pracę zastąpi słońce.
Oj, a co tu za hałas. No tak, to wózek mleczarza podskakuje na bruku, dziw, że butelki z niego nie wypadną. Chłopak zamienia puste na pełne i za chwilę wózek znika za zakrętem. Zapada cisza, ale nie na długo.
Pierwsze otwierają się okiennice w domu praczki. Dzisiaj poniedziałek, więc przyniosą za chwilę bieliznę z domu doktora. A wczoraj było przyjęcie u burmistrza, pewnie obrusy i ścierki też będą do prania.
Obok pralni znajduje się poczta i za chwilę ktoś wpadnie nadać telegram, zamówić rozmowę międzymiastową lub kupić znaczek.
Z bramy za pocztą wybiega chłopak – ustawia na chodniku stołeczek, obok pudło, siada  i jeszcze trochę drzemie. Wczoraj padało, a do magistratu burmistrzowi i jego urzędnikom nie wypada przecież przyjść w brudnych butach. Chłopak zarobi więc dziś parę groszy.
Ostatni w rządku jest dom z szyldem „Repasacja”. Tu klientki śpieszyć się nie muszą. Ale nylonowe pończochy, zwłaszcza te ze szwem, mają to do siebie, że często lecą w nich oczka. A wczoraj było przecież przyjęcie u burmistrza. 
I tak zaczyna się nowy dzień…”     

Oj, gdzie te czasy…. brawo.
Na tym występy się skończyły, ale jeszcze Józek zaproponował wielki jeździecki Konkurs Grande Prixe, obiecując ciekawe nagrody. Powołał komisję sędziowską, podzielił całe towarzystwo na kilkuosobowe zespoły i zaproponował losowanie kopert i rozwiązanie znajdujących się wewnątrz zadań. Podeszliśmy do tego bardzo ambitnie, zadania nie były wcale łatwe. Komisja sędziowska po wyznaczonym czasie zebrała prace i wyłoniła zwycięzców. Nagrodą były oryginalne flots  z ważnych, historycznych zawodów jeździeckich. Było dużo zabawy i śmiechu, wygrał zespół w składzie: Gabi, Rafał, Zbyszek i Maciej. Brawo.

57. Wielki konkurs Grande Prixe – zwycięzcy 58. Ta grupa też odbiera nagrody


Z przyjemnością zasiedliśmy do stołu, gdzie czekał zasłużony, suty posiłek. W naszej biesiadzie uczestniczyła Kinga i Weronika, fajnie było pogadać także poza stajnią. Przy dobrych winach czas miło leciał, pogaduszkom nie było końca. Także sesjom zdjęciowym, na pewno zimą chętnie wrócimy do tych beztroskich chwil.

59. Biesiada 60. Stres minął, można porajdać


W piątek prognozy zapowiadały upał, więc wydawało się, że duże wzięcie będzie miała pierwsza jazda. Ale rano w stajni pojawiły się tylko 3 osoby. Jazdę poprowadziła Ola. Było więcej niż zwykle kłusa i galopu, więc trasę obliczoną przez dziewczyny na ponad godzinę śmignęliśmy dużo szybciej. Można się było bez pośpiechu wyszykować na śniadanie.

61. Na jazdę poszła 27-letnia Nikitka 62. Wujowie w Dolinie Charlotty


Dzień natomiast obfitował w inne aktywności – kilka osób pojechało na wyprawę rowerową do bardzo ciekawej, małej wioski Łącko, pełnej starych domów szachulcowych.  Inna grupa rowerzystów popedałowała znaną trasą w stronę Darłowa, a jeszcze inni  wybrali się do słynnej Doliny Charlotty, wielce reklamowanej w mediach. Nie zabrakło też zwolenników wędrowania plażą, co zawsze jest przyjemnością.

63.  Wyprawa rowerowa do wsi Łącko, spotkanie na pomoście 64. Ta grupa popedałowała do Darłowa

 

Dzień miał być upalny, jednak po południu przyszło nagłe załamanie pogody i gładkie morze w jednej chwili pokryło się falą. Ciśnienie tak gwałtownie spadło, że wiele osób źle się czuło. Cztery osoby zamówiły sobie jazdę wieczorną na zachód słońca, ale pojawiły się chmury i nie do końca się to udało. Konie też były wyjątkowo pobudzone, leniwa z reguły Pepsi rozrabiała jak mały źrebak.
Nagle zrobiło się zimno, nie przeszkodziło to jednak spotkaniu się wieczorem przy ognisku, gdyż sobota przed wyjazdem nie nadaje się do takich imprez. Trzeba się było zmierzyć z faktem, że obóz dobiega końca. Zwyczajowo Wojtek wygłosił laudację, jego krasomówstwo jest nie do zastąpienia. Podziękował Iwonie za zorganizowanie kolejnego, udanego obozu, za ciekawy program, który zawsze mamy zapewniony. Podziękował Kindze i dziewczynom ze stajni za ciepłą atmosferę którą nam zapewniają, za konie i piękne jazdy. Podziękował całej grupie – że ciągle trwamy, że jesteśmy. Mania podziękowała Wojtkowi, bo klimat który tworzy razem ze swoją gitarą jest ważnym elementem każdego rajdu i rajdobozu, bez niego nic nie byłoby takie samo. Kupcio podziękował Manii, że nie zapomniała o Wuju, a jeszcze ktoś podziękował Kupciowi, że się znalazł i nie zapomniał o Mani, która nie zapomniała o Wuju. I tak sobie dziękowaliśmy, popijając piwo i czekając aż się upieką kiełbaski. Spędziliśmy kolejny, niezapomniany wieczór.

65. Ognisko pożegnalne 66. Nie należy się smucić, jeszcze jeden dzień przed nami
67. Laudacja Wojtka 68. Śpiewamy z zaangażowaniem


W sobotę było już zdecydowanie wietrznie i sztormowo, ale rytmu jazd konnych to nie zaburzyło. W tym roku plaża była wyjątkowo grząska i kamienista, do galopu nadawały się tylko niektóre, krótkie kawałki. Nadrabialiśmy w lesie, miękkie dukty wśród sosen i wrzosów były lepsze do galopu. Tego dnia zażyliśmy wszystkiego, galopów plażą i lasem, także widoku wzburzonego morza. Zakończyliśmy obóz bez ofiar, choć były trudne momenty. Po jeździe żegnaliśmy się z dziewczynami ze stajni, były drobne upominki dla każdej, wyraziliśmy nadzieję na kolejne spotkanie za rok, na co także one wyraziły nadzieję.

69. Największy koń w stajni Largo i jeden z najmniejszych – Nataszka 70. Jaga na Sarze
71. Żegnamy się z załogą stajni 72. Drobne upominki dla wszystkich


Dzień upłynął na spacerach, rowerach, ostatnich zakupach – ale głównie na pakowaniu kufrów. Nie mamy ich tyle co kobiety z Reniowej scenki, ale jednak tych klamotów jest zawsze całkiem sporo.

73. Ostatnie spacery – niezwykły spektakl 734  Uroczy porcik rybacki w Jarosławcu


W niedzielę po śniadaniu każdy ruszył w swoją stronę. Do zobaczenia za rok.

 

  

 

 

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy rajdobozu

 

 

 

XXIV Rajd Starych Koni, Pieniny 20 – 09.06.2025

W czerwcu 2025 roku Stare Konie tradycyjnie ruszyły na rajd konny, niezmiennie ignorując pesele, strzykania tu i tam, wszelki inne niemożności i niedomagania. Co z tego że strzyka, gdy silne, wewnętrzne pragnienie przeżycia tej kolejnej konnej przygody jest niezłomne. Temu pragnieniu przyświeca starosłowiańskie słowo zew, oznaczające „głos”, „wezwanie”. Gdy tylko zima odejdzie, nasze mustangi pod wodzą niezastąpionego Józinka wzywają, kolejna przygoda czeka. Szykujemy się mentalnie, w końcu pakujemy niewyobrażalnie wielkie kufry i ruszmy w drogę.
W bieżącym roku miejscem rajdowania były ponownie Pieniny, a bazą wypadową jak i rok wcześniej ranczo Andrzeja, Józkowego brata, w Jaworkach koło Szczawnicy. Bardzo nam się tam podobało, Pieniny zachwyciły, a fakt że do Pienin jest bliżej niż w Bieszczady odgrywa istotną rolę. Podstawą tego projektu  jest jednak wspaniałomyślność naszego wodza, który swoje wierzchowce przyprowadza wierzchem z Sanoka do Jaworek ponad 200 km.  To niesamowite przedsięwzięcie i bardzo ci dziękujemy Józiu za ten prezent. Piękne jest, że  rajdować możemy na naszych ulubieńcach,  które znamy i których się nie boimy. Co prawda co roku pojawia się jakiś jeden czy dwa nowe wierzchowce, ale mamy zaufanie do Józkowych propozycji i każdy nowy konik jest   szybko zaakceptowany i przyjęty do zespołu.

1. Na końcu wsi, wśród drzew, jest nasza baza wypadowa w Pieniny 2. Ranczo Andrzeja Mosa w Jaworkach


W tym roku przyjechali: Jaga z Walterem, Lalucha z Wują,   Renia z Andrzejem, Dorota, Marysia, Aldona, Ewa Gdańszczanka, Ewa Formisia, Zgaga, Maciek Warszawski, Stefan, Leszek, Kupcio, Siostry Sisters, oraz na cztery dni Hania Olowa. Koniki na których jeździliśmy to Rodos, Melisa, Hermes, Eldik, Fikus, Wiarus, Czantoria, Emir, Wezyr i nowy Foksal. Józek dosiadał różnych koni w różnych dniach, ale m.in. przewodził raz na młodziutkiej Wetlince własnej hodowli, która była z nami po raz pierwszy.
Gdy przybyliśmy do Jaworek okazało się, że jest tam „na zakładkę” inna grupa, więc przez pierwsze 2-3 dni było dość ciasno i nie każdy miał komfortowe warunki. Jednak z dużą życzliwością i zrozumieniem przeżyliśmy te dni, a potem było już tylko dobrze. Dziewczyny, Tereska i Justynka, jak zwykle karmiły nas znakomicie, posiłki były obfite i smaczne, wszystko było „własnej roboty”  lub  sąsiada zza płotu, np. oscypki z zaprzyjaźnionej bacówki.  Cieniem na pozytywny obraz naszej bazy wypadowej kładł się niestety obraz bardzo rozkopanych Jaworek, istny plac budowy. Droga dojazdowa do posesji Andrzeja była zmaltretowana, wszędzie stały maszyny budowlane, nieco powyżej drogi rosło nowe osiedle. Budowane apartamentowce zapowiadają się apetycznie, jednak póki co pobojowisko robiło złe wrażenie. Na szczęście ranczo Andrzeja znajduje się na końcu wsi, a za nim jest już tylko pięknie. W piątek po przyjeździe i po obiedzie część osób wybrała się na wieczorny spacer do rezerwatu Wąwóz Biała Woda, gdyż dobrze jest rozprostować kości po podróży, ale przede wszystkim dobrze jest ucieszyć oko urokiem rezerwatu, w zderzeniu z wcześniejszym placem budowy w tej urokliwej kiedyś wiosce.

3. Po długiej podróży spacer do rezerwatu Wąwóz  Białej Wody 4. Zaczynamy przygodę


W sobotę po podróży każdy był lekko nieświeży, jednak nie dostaliśmy żadnej taryfy ulgowej i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na pastwisko odłowić konie. Zawsze na początku jest trochę zamieszania, gdyż nie wiadomo kto jakiego mustanga dosiądzie, a gdy się to już wie, trzeba pod wiatą poszukać sprzętu  przynależnego do wyznaczonego konia. Siodła i ogłowia mają numery, Józek informuje jaki numer przynależy do danego konia, ale nie wiadomo gdzie co leży, a części siodeł nie ma pod wiatą, tylko nie wiadomo gdzie. Szukamy więc siodeł i ogłowi, także derek, szczotek, kopystek,  pakujemy peleryny do sakw, a kto jedzie wozem, organizuje się na wozie.   Ale co tu dużo mówić, mamy wieloletnią rutynę i przesadnie długo te zabiegi w pierwszy dzień nie trwają.

5. W pierwszy dzień jest trochę zamieszania ze znalezieniem sprzętu  6. Ogarniecie się w końcu?


W pierwszy dzień cztery osoby zadeklarowały chęć jechania na dwie zmiany, tam i z powrotem, a dziesięć osób chciało jechać tylko raz, tam lub z powrotem. Obstalowaliśmy więc dziewięć koni plus jednego dosiadł Józek. Nasze deklaracje wyglądały bardzo ambitnie, na szczęście Józek przyprowadził wystarczającą ilość koni, każdy mógł jeździć ile tylko chciał.
W kolejnych dniach nie było już tak ambitnie, co rusz ktoś odpuszczał. Stąd ścisk na wozie, pogłębiający się w kolejnych dniach. Ale cóż, tak już będzie… a póki co jakoś dajemy radę.
Józek z góry założył, że pierwsze dwa, trzy dni będą lajtowe, gdyż już dawno przestał wierzyć, że przyjedziemy na rajd zaprawieni do boju. Kiedyś upominał żeby przed rajdem pojeździć gdzieś trochę, ale wie, że to zalecenie nie jest przestrzegane. 
Więc w sobotę spokojnym stępem podróżujemy za wozem  Doliną Białej Wody, zmierzając do tego samego miejsca biwakowego, w którym biwakowaliśmy w pierwszy dzień poprzedniego rajdu. Jedziemy jednak początkowo trochę inaczej, najpierw wąwozem do rozejścia szlaków, następnie koło bacówki łąkami w górę i potem w lewo pod Przełęcz Rozdziela. Łąki zachwycają, także panoramy. W zeszłym roku jechaliśmy tędy w deszczu, dodatkowo mgła nie dawała szans się pozachwycać. Teraz widzimy jak tu wszędzie pięknie, z wrażenia nikt się nie odzywa. Józek zafundował pierwszej grupie mały kłus i mały galop, na dobry początek, ale druga grupa wracała tylko stępem, gdyż na powrocie stale było w dół. W tym roku jest generalnie więcej ceprów na szlakach, ale nie są to ilości denerwujące, raczej spotkania są sympatyczne, tym bardziej, że jesteśmy dużą atrakcją dla wędrowców. Idzie gruby pan z grubą panią, trasa jest łatwa, ale wędrowcy są mocno upoceni. Wołamy: dzień dobry, efektywnie państwo spędzacie czas. Pan woła: a wy, jak efektownie. I wszystkim jest miło.
Poniżej Przełęczy Rozdziela spotykamy Hanię Sister, która do tego miejsca dotarła pieszo i porobiła nam serię zdjęć, gdyż miejsce było cudne.

7.  Pogranicze Beskidu Sądeckiego i Pienin Małych 8.  Sobotnia wędrówka

 

Po kolejnej pół godzinie spotykamy się z wozem, pałaszujemy bardzo dobry żurek, odpoczywamy i druga grupa rusza podobną trasą do domu. Na wozie był wielki ścisk, wręcz trudno się było ruszać, ale krążyły procenty i dowcipy, tak że „wesoły autobus” podróżował nie mniej atrakcyjnie niż konni.    

 

9. Nasz pierwszy biwak 10. Renia w historycznym fartuszku napełnia miski


Wieczorem było pod wiatą ognisko inauguracyjne, gdzie śpiewaliśmy z wyjątkowym  zaangażowaniem, a Wuja wyciskał z gitary ostatnie soki. „Jesteście w formie” – chwalił grupę nasz gitarzysta. Ale jak tu nie mieć pary, gdy przygoda dopiero się zaczyna i wszyscy się cieszą. Wieczór był bardzo piękny. Nie zapomnieliśmy o naszym kochanym Olu, który bardzo chciał być w Pieninach, ale w ubiegłym roku zdrowie nie pozwoliło, a w tym – nie doczekał. W tym roku reprezentowała go Hania. Olo to twórca nazwy „Stare Konie”, także inicjator powstania śpiewnika, bez którego ogniska trudno sobie wyobrazić. Mieliśmy nadzieję, że słyszy nasze śpiewanie.

11. Ognisko inauguracyjne 12.  Klimatyczne chwile


W niedzielę przyjechała z Krakowa nasza fanka Kasia i prosto z samochodu ruszyła z nami w trasę.
Jedziemy w Beskid Sądecki, do miejsca znanego z poprzedniego roku pod szczytem Radziejowej (najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego), zwanego przez dwóch Mosów Czarna Woda. W dawnych czasach była tu wieś łemkowska o tej nazwie, podobnie jak w Dolinie Białej Wody mieszkali Łemkowie we wsi o nazwie Biała Woda. Łemków wysiedlono po wojnie i wioski pochłonęła dzika przyroda. Niestety Jaworki oparły się ekspansji przyrody i dramatycznie się rozbudowują.  Początek naszej niedzielnej marszruty to przebicie się   przez budowlane pobojowisko, by wreszcie przez łąki i lasy ruszyć do góry i zostawić te destrukcyjne obrazki za sobą.  Jedziemy przez mieczykową łąkę (mieczyków w tym roku jak na lekarstwo, być może trafiliśmy na inny moment wegetacji), wjeżdżamy na znane łąki widokowe, skąd dobrze widać Trzy Korony i Tatry słowackie.  Widoczność jest dużo lepsza niż w ubiegłym roku, powietrze mimo wysokiej temperatury jest bardziej przejrzyste. Mamy więc ucztę duchową, po czym wjeżdżamy w las, by po jakimś czasie zacząć opuszczać się stromo w dół, na spotkanie z wozem.

13.  Tradycyjnie gimnastyka była każdego dnia 14.  Cudne panoramy z Beskidu Sądeckiego na Pieniny i Tatry

 

W zeszłym roku Józek wybrał niefortunnie ścieżkę  zjazdową niewiarygodnie stromą,  teraz zdecydował się na inną, ale też stromą. Ostatecznie docieramy do znanego miejsca w głębi lasu pod Radziejową, gdzie czeka już wóz, zupa gulaszowa i Renia w swoim historycznym fartuszku, w którym napełnia podstawiane miski. Najedliśmy się do imentu i na skraju lasu,  na kupie drągów, odpoczywamy w ożywczym chłodzie.  Kasia z Wujem grają na harmonijkach, istna sielanka, chętnie siedzielibyśmy tak do końca świata.

15.  Odpoczywamy po konnej wędrówce 16.  Muzykanci umilają chwile odpoczynku


Trzeba się jednak pozbierać. Andrzej proponuje Józkowi inną drogę powrotną, byłoby coś nowego, a ponadto obiecuje pyszne panoramy.  Leśna droga przy której biwakujemy wyszła z nieistniejącej wsi Czarna Woda, dotarliśmy do niej z lewej strony gór. Teraz mamy pojechać na prawą stronę od drogi, Andrzej z Józkiem konsultują co i jak. Wyjazd do góry jest jednak jeszcze bardziej stromy niż ścieżka którą tu zjechaliśmy. Drapiemy się  dużą stromizną przez gęsty las, konie dyszą i trzeba stawać, aby wyrównały oddech. Ten wariant podróży nie wydaje się dobrym pomysłem, ale  kiedyś ta stromizna się pewnie skończy. Być może zobaczymy nowe cudne łąki, więc wyglądamy z niecierpliwością jakichś prześwitów. Zamiast tego jest stale w górę i w górę. Wreszcie trafia się przyjazna, płaska ścieżka w prawo,  Józek decyduje się na nią zboczyć. Może chce ulżyć koniom, może tak mu podpowiada „niuch”. Ścieżka na chwilę daje wszystkim wytchnienie, niestety doprowadza do koryta rzeki bez wody,  którym trzeba zjechać w dół, gdyż innego wariantu nie ma. Wyschnięte koryto rzeczne jest usłane  głazami i połamanymi gałęziami, jazda nim na dół jest mordercza i wydaje się nie mieć końca. Ostatecznie wracamy do drogi leśnej od której zaczęliśmy ten nowy wariant, czyli pobłądziliśmy i wyszedł jeden wielki niewypał.

17. Na stromiźnie stajemy, by konie złapały oddech 18.  Zejście z góry po wyschniętym potoku górskim 19.  Morderczy zjazd  w dół

 

Jedziemy chwilę tą drogą, w końcu Józek zjeżdża w las w kierunku   pierwotnego szlaku, chwilę klucząc i forsując nieznaną, podmokłą łąkę. Ale osiągamy znane łąki, z panoramami które tak rano zachwycały. Po drodze Fikus skubiąc trawę zaplątuje się w uwiązie wiszącym na szyi, zaczyna panikować i próbować się wspinać. Ewcia  zeskakuje z siodła i razem z Józkiem,  który ruszył do pomocy, rozplątują wystraszonego konia
Tego dnia obie grupy podróżowały tylko stępem, stale było góra – dół. Tego jak i każdego dnia jazdy trwały po ok. 2 godziny w jedną stronę.

20. Uff, wreszcie znajome ścieżki 21. Fikus się zaplątał w uwiązie, chwilowa przerwa


Jak na niedzielę przystało kuchnia zaserwowała rosół i schabowego, a po obiedzie poszliśmy na lody i potem „na bobry”. Już wcześniej widzieliśmy z siodeł, że na rzece w Wąwozie powstały bobrowe tamy, których w poprzednim roku nie było. Teraz porobiły się duże rozlewiska i mieliśmy nadzieję, że może szczęście dopisze i zobaczymy choć ogon któregoś z budowniczych. Szczęście dopisało – zobaczyliśmy nie tylko ogon, ale całego bobra, a może to nie był jeden, może się zmieniały. Bo praca trwała w najlepsze, nie przerywały jej ani na chwilę. Wypływał taki boberek spod suchego już świerka, płynął do połowy rozlewiska, fikał kozła i wracał pod wodą pod świerk. Może coś tam targał w łapkach pod wodą, czego nie było widać, ale takich rund wykonał niezliczoną ilość,   zupełnie ignorując kibiców stojących na brzegu. Było to fascynujące.

22. Bobry pracują zawzięcie, nie przeszkadza im publika 23. Oglądamy niesamowity spektakl

 

Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku, Kasia grała na skrzypcach, śpiewaliśmy piosenki pominięte poprzedniego wieczoru. Ale energii w narodzie było dużo mniej, trudy rajdowego życia dały się we znaki. Doris chora padła, Stefanowi wysiadło kolano, Siostry Sisters uchodziły się i były zmęczone, Kupcio  wisiał na ławce pół żywy, poprzednią noc spędził na ławie w jadalni, gdyż chrapanie w pokoju nie dało mu oka zmrużyć. Więc ile się dało tyle wysiedzieliśmy, było bardzo miło i muzycznie, ale dość spokojnie i nie przesadnie długo.
Jednak w poniedziałek w jadalni od rana było bardzo wesoło, gdyż Marysia usiłowała przekazać różne komunikaty, ale wyszło że frekwencja ma problemy ze słuchem, koncentracją i zrozumieniem i ciężko szło z przyswojeniem tego wystąpienia. Co rusz ktoś czegoś nie dosłyszał lub nie zrozumiał. A wieczór miał być wiankowy, więc pewne ustalenia były istotne. Nie mówiąc o tradycyjnym porannym rozdziale koni i kolejności jazd. Marysia zaczęła powtarzać wolno, dobitnie i po wiele razy, a Stefan widząc co się dzieje powtarzał wszystko swoim tubalnym głosem, dając szansę tym co mniej słyszą i rozumieją trudniej. Była przy tym kupa śmiechu, a jakie efekty uzyskał, okazało się potem przy koniach, gdzie i tak nigdy nic nie pasowało.  Dodatkowo w jadalni  rozbroiła nas Majka zwracając się do przypadkowej osoby: podaj mi chleb, bo ty słyszysz.
Ale jakoś udało się wyjechać. Tego dnia zrezygnowały z jazdy wierzchem trzy osoby, poprzedniego dwie. A z czterech osób początkowo deklarujących jeżdżenie na dwie zmiany zostały dwie. Zwiększyło to ciasnotę na wozie, więc Andrzej tego dnia wyciągnął stary wóz, który był co prawda większy i dawał szansę rozsiąść się wygodnie, ale nie miał plandeki, więc nie chronił od deszczu, słońca i kurzu.  Hania Sister już rzadko kiedy  korzystała z tego środka lokomocji, na biwaki docierała pieszo, robiąc po 15 – 17 km.
Pojechaliśmy na Połoniny Szlachtowskie, cudne miejsce, dojechaliśmy tam trochę innymi ścieżkami niż w zeszłym roku. Dzień był gorący, ale wyżej powiewało, więc dało się oddychać. Pierwsza grupa galopowała krótko dwa razy, druga – raz. Widoczność znowu była dobra, wyraźnie widzieliśmy Gerlach w Tatrach słowackich, poza tym rutynowo Wysoką (najwyższy szczyt Pienin), Trzy Korony, Sokolicę, Czertezik i wiele innych. To jedno z najpiękniejszych miejsc w naszych pienińskich wędrówkach. Biwakowaliśmy tam gdzie w ubiegłym roku, na drodze leśnej w kierunku Przehyby w Beskidzie Sądeckim. Na wozie dojechał bigos, wcinaliśmy popijając piwem.

24. Połoniny Szlachtowskie – za plecami Gerlach i Pieniny Małe 25. Połoniny Szlachtowskie – za plecami z prawej Trzy Korony i Sokolica


Tradycyjnie nie było czasu na odpoczynek po powrocie z wędrówki, pilnie należało ruszyć na zbiór kwiatów. Tradycyjnie obiad jedliśmy ukwieceni, a wianki jak zawsze były kolorowe i ambitne. Obiad był pyszny, pomidorowa i klopsiki z kaszą.

26.  Wiankowy obiad 27.  Wiankowe towarzystwo


Do rzeki jest w Jaworkach daleko, ale gdy tylko wstaliśmy od stołu, dzielnie ruszyliśmy w drogę.  Po raz kolejny rozkopane Jaworki zrobiły złe wrażenie, poza tym było gorąco, dużo kurzu, a w Grajcarku przygnębiająco mało wody. Ale atmosfera w stadzie panowała jak zwykle radosna, nikt nie manifestował zmęczenia, a miejska gawiedź miała uciechę.

28.  Maszerujemy do centrum Jaworek zwodować wianki 29. Do mostu nad Grajcarkiem jest daleko

 

Wianki nie miały szans odpłynąć, ale Kupcio w ubiegłym roku wszedł w butach do wody aby  im pomóc, więc w tym roku nie mogło być inaczej. Potem przyznał się, że przewidująco zaimpregnował odpowiednio buty, może kolejnej takiej kąpieli by nie przetrwały. Patrzyliśmy z mostu na Kupciowe wyczyny, każdy obserwował swój wianek oczekując, że tego nie pominie. Oczywiście żaden nie został pominięty, wszystkim udzielono pomocy i miejmy nadzieję że popłynęły dalej niż wzrok sięgał. Czy jednak w dobie zmian klimatycznych i suszy hydrologicznej osiągną Bałtyk? Ale co tam, tyle razy dopłynęły, że szczęście mamy od dawna zapewnione, o czym świadczy chociażby fakt, że spotkaliśmy się kolejny raz na  rajdowej przygodzie. Póki co Stefan tradycyjnie wyciągnął swoją srebrną zastawę i swoją słynną wiankową nalewkę i biesiadowaliśmy na moście nad Grajcarkiem  do ostatniej kropelki.

30.  Wiankowe dziewczyny 31. Wiankowe chłopaki
32. Wianki zostały zwodowane 33.  Kupcio pomaga wiankom odpłynąć


Wieczór kontynuowaliśmy przy ognisku, było intensywnie trunkowo i intensywnie muzycznie.  
Wtorek – w nocy lało, ranek wstał słoneczny, ale chłodny. Trasa miała być długa, więc chłodek był bardzo pożądany. Przy siodłaniu pojawił się nowy chłopak Artur, gość Andrzeja. Przyjeżdża do Jaworek od czasu do czasu. Ponoć znalazł gdzieś w internecie informacje o Starych Koniach  i został mile zaskoczony – tak powiedział – że nas spotkał. Okazał się bardzo pomocny przy ściąganiu koni z pastwiska, które tego dnia były bardzo wysoko, pomagał też przy siodłaniu. Pojechał z nami w trasę i generalnie okazał się „w dechę koleś”.
W planie była Szlachtowa przez Durbaszkę, ale do Durbaszki jechaliśmy inaczej niż wcześniej, dlatego trasa miała być dość długa.
A więc jedziemy Wąwozem do bacówki, potem do góry i w prawo, skrajem rezerwatu „Zaskalskie – Bodnarówka”. Tym sposobem omijamy wyciąg krzesełkowy w Jaworkach, od którego pięliśmy się na Durbaszkę w zeszłym roku.  Trasa jest do pewnego momentu całkiem nowa.

34. Wyjeżdżamy ponad bacówkę 35.  Nowa trasa na Durbaszkę

 

Jedziemy przez bezkresne łąki, pełne kierdli owiec. Owce lekceważą konnych, konie również ignorują owce. Najgorsze są jednak psy pasterskie, które broniąc stad robią wielki rejwach i straszą atakiem.  Tego konie nie lubią, a my mamy złe doświadczenia ze spotkania z owcami pod Smolnikiem, gdzie psy narobiły tyle hałasu i zamieszania, że konie poszły w rozsypkę, a Mania zaliczyła glebę.  Teraz mijamy kilka stad, przy każdym „pracuje” po kilka psów, a raz jest ich osiem, wszystkie niezmiernie zadziorne.   Na szczęście wszystkie te kudłate agresory są karne i słuchają swoich juhasów, a ci reagują szybko widząc próbę ataku. Raz kilka takich zajadłych napastników zostaje zawróconych zaledwie jednym słowem krzykniętym przez pastucha, niestety nie udało się dosłyszeć tego słowa. Ale było to niesamowite. Pastuch był Łemkiem albo Słowakiem.

36.  Pieniny to mekka pasterstwa 37.  Stad pilnują agresywne psy


W pierwszej części jazdy Józek zarządził dwa krótkie galopy na rozgrzewkę, ale Wielkie Galopowanie jest przed nami, do tego służy odcinek mniej więcej spod Wysokiej do zjazdu do Szlachtowej. Aklimatyzację mamy za sobą, więc można poszaleć. Tego dnia dość mocno wiało, a na wierzchowinie porywy wiatru były bardzo silne, trzeba było dobrze zabezpieczyć kapelusze, aby ich nie zgubić. Wiatr nie tylko wiał, ale też groźnie huczał i zawodził, dźwięki te drażniły co wrażliwsze ucho.

38. Ścieżka grzbietowa Małych Pienin, teren Wielkiego Galopowania 39.  Foksal, przyczyna wielkiego zamieszania

 

Okazało się, że wietrzny wokal zdenerwował też naszego nowego, czteroletniego arabka Foksala.  Z tylnej pozycji wyrywa nagle do przodu i mijając całą kawalkadę rusza  oszalałym galopem do przodu, uciekając nie wiadomo przed czym i nie wiadomo dokąd. Dorotka dosiadająca szaleńca nie spodziewała się takiego numeru, pewnie podróżowała na luźnych wodzach jak wszyscy. Nie tracąc jednak zimnej krwi ogarnia się i próbuje wprowadzić konia na koło, tak aby nie stracił z oczu stada i w końcu się opamiętał. Jednak ten manewr wiązał się z utratą stabilnej powierzchni pod nogami – koń wytraca nieznacznie szybkość, lecz na nierównościach potyka się, upada, znowu podnosi, ostatecznie gubi Dorotkę i jak wiatr rusza w połoninę. Gna jak oszalały, jednak czuje że stado nie pędzi za nim, więc sam wyznacza sobie okręg po którym  lata, chcąc widzieć resztę. Dorotka leży w trawie, a my wszyscy umarliśmy na chwilę. W końcu siada, my łapiemy oddech, a Józek podbiega do reanimacji. Okazuje się, że nasza dzielna pani doktor nie dlatego leżała długo w trawie, że była połamana, ale dlatego, że była wściekła, że tak się dała podejść temu małemu gnojkowi.  A mały łobuz w końcu opadł z sił, zbliżył się do stada i łatwo dał się złapać. Dorotka na pewno była w szoku, ale jakoś otrzepała piórka i po dłuższej chwili, gdy już  sprawdzone zostały wszystkie kosteczki, dzielnie dosiada swojego niesfornego arabka, bo droga jest jeszcze daleka. Ruszamy  stępem do przodu, o galopach nikt już nie myśli.  Po dość krótkim czasie  Doris woła z tyłu, że arab szykuje się do powtórzenia swoich panicznych wyczynów, więc zeskakuje z siodła, oddaje konia  Józkowi i siada na Józkową Czantorię. Cała dalsza trasa to próba spacyfikowania arabka przez Józka. Arab jest niespokojny, wystraszony, oczekujący jakiegoś wyimaginowanego kataklizmu. Tak dojeżdżamy stępem do Szlachtowej, gdzie przewidziany jest biwak i wreszcie można wypuścić parę i zaznać relaksu.

40. Biwak w Szlachtowej 41. Muzeum Pienińskie

 

Przyjechał czerwony barszczyk, biesiadujemy na drągach. Część osób która nie była w muzeum, idzie zwiedzać.  W drodze powrotnej prawie całą ścieżkę grzbietową przebywamy szybkim galopem, można się tylko domyślać, że Józek chce zmęczyć niesfornego wyścigowca, wytłumaczyć młodemu kto tu rządzi. Ugalopowaliśmy się więc za wszystkie czasy. W krótkich przerwach podziwiamy bardzo dobrze widziane Tatry, Radziejową, Wysoką – jest to wybitnie widokowa trasa.

42. Powrót ze Szlachtowej 43.  Gdzie się nie rozejrzeć, wszędzie pięknie

 

Na koniec zjeżdżamy kamienistymi ścieżkami na dół, poimy konie gdzie tylko się da. Wszyscy są zmęczeniu, szczególnie ci, co spędzili w siodle łącznie ponad 5 godzin.
Na obiad dostaliśmy ogórkową z zacierką i kurze udko. Wieczorem były spokojne pogaduchy w ogrodzie, także tradycyjnie spacery do rezerwatu, bo tego nigdy za dużo.
Na większości rajdów jest jeden dzień bez konia, nie mogło być inaczej tego roku. Nasze szefostwo zaproponowało w środę wyjazd do Chochołowa do term, gdyż jest to nie mniejsza atrakcja Podhala niż spływ Dunajcem, którego zakosztowaliśmy w poprzednim roku. Chochołowskie termy są największe na Podhalu i jedne z największych w Polsce. Posiadają 46 różnorodnych basenów plus wiele innych atrakcji: gejzery, sztuczną falę, hydromasaże, zjeżdżalnie pontonowe, izbę solną i wiele innych. Po końskich szałach wymoczyć kosteczki było dobrym pomysłem.  Jazda autobusem w korkach jest co prawda długa i uciążliwa, ale wszyscy stwierdzili, że się opłacało. Jednak poprzedniego dnia po obiedzie szeryfa zakomunikowała, że chcąc wziąć udział w tym atrakcyjnym wydarzeniu należy zademonstrować gotowość i przygotowanie – oczekuje załogi na środowym śniadaniu w czepkach na głowie.
Więc w środę na śniadaniu mieliśmy rewię czepków kąpielowych. Jak zwykle kreatywność nie miała granic. Czegóż to nie  widzieliśmy. Były czepki prawdziwe, udekorowane kokardami, były czepki z bandamek, z czapeczek turystycznych, papieru toaletowego, a nawet z koronkowych majtek z zaszytymi nogawkami. Stefan przywdział na głowę torbę foliową z „Biedronki” i udawał biskupa.

44. Rewia czepków kąpielowych 45.  Czy to czepek kąpielowy, czy biskupia mitra?

 

Szeryfa pochwaliła frekwencję: dobrze się spisaliście, możecie jechać do wód. Ale jako że wyjazd odbędzie się dopiero po obiedzie, do tego czasu dla chętnych pań odbędzie się badanie piersi przez doktor Dorotę, zaraz po wstaniu od stołu należy się zapisywać.  Doktor będzie miała asystenta, kto nim będzie, dowiecie się. Chłopaków nie ignorujemy, zaraz potem odbędzie się badanie męskich jąder, metodą palpacyjną. Też należy się zapisywać, u doktor Andrzeja. A kto będzie pomagał przy macaniu – zobaczycie.

46.  Bogate śniadanko na rajdzie 47.  Doktor Doris w akcji


Środowe przedpołudnie minęło więc na badaniach, do Dorotki ustawiła się kolejka, każda kowbojka skorzystała z niezwykłej okazji. Dorotka przywiozła swój specjalistyczny sprzęt do USG Wyszło, że wszystkie jesteśmy zdrowe jak ryby, więc rajdować będziemy przez kolejne lata. A jak z chłopakami? Też dobrze.
Gdy autobus pełen kowboi odjechał do Chochołowa, trzy osoby wybrały się na wyprawę przyrodniczą do Wąwozu, szukać ciekawych okazów florystycznych. I znaleźli – na skałach rośnie tam lilia bulwkowata, kwiatek bardzo rzadki, o statusie „zagrożony wyginięciem”.

48. W chochołowskich termach  49. Przyrodnicy ruszają  w plener

 

50. Lilia bulwkowata – takie cuda rosną w Wąwozie Biała Woda


Wodniacy wrócili późno, więc późno grillowaliśmy pod wiatą. Wuja miał dyspensę od gitary, do kiełbasek sączyła się delikatna muzyczka z Dorotkowego akordeonu. A skoro nie było zwyczajowego, grupowego śpiewania, Siostry Sisters postanowiły zapełnić tą lukę i spontanicznie dały czadu. Zaśpiewały piosenkę z zupełnie innej bajki, piosenkę ich dzieciństwa,  śpiewaną im przez mamę, która w ten sposób  edukowała dzieci patriotycznie. Bo była to pieśń ze starego śpiewnika sprzed I wojny światowej, opowiadająca o tym, jak dzielne kobiety swoją postawą wspierały swoim mężczyzn, którzy szli do powstania. Aplauz był wielki. 
Na koniec spontanicznie zajęliśmy się etymologią, rozbierając różne brzydkie słowa, bo trzeba nadążać za światem, który jest coraz bardziej brutalny.  Czym się różni napierdalać od dopierdolić? Proszę bardzo, uczona filolożka objaśniła ten i inne przypadki. Nie zostaniemy w tyle.
Było bardzo wesoło.

51.  Wojtuś reanimuje paluszki, koncertuje Doris  52. Występ Sióstr Sisters wzbudził ogólny aplauz

 


W czwartek od rana żar się lał z nieba, więc ruszyliśmy w trasę nieco wcześniej. Pojechaliśmy w kierunku Obidzy, początkowo trochę inaczej niż w zeszłym roku. Najpierw Wąwozem, potem pod bacówką w lewo, łąkami do góry, kolejno szlakiem niebieskim, następnie czerwonym. Są tam bardzo widokowe łąki, ponownie zachwycał Gerlach, widziany bardzo wyraźnie. Dużo galopowaliśmy, ku uciesze ceprów, których było całkiem sporo.  Józek jechał na nowej młodziutkiej Wetlince, która bardzo dobrze się spisała jako czołowa, była grzeczna i niewrażliwa na niespodzianki. Arab został w domu. Ala w galopie zgubiła kapelusz, więc trochę trwało jego odzyskanie.

53. Co za radocha… 54. Ala zgubiła kapelusz

 

Gdy poszaleliśmy do woli, był zjazd na dół w kierunku wozu, a biwak wypadł w miejscu oznaczonym jako „stanowisko głuszca”. Ptaków o tej porze roku nie mieliśmy oczywiście szans spotkać, ale miło wiedzieć, że w tym rejonie mają się dobrze. W cieniu drzew kto mógł zaległ na derce lub na gołej trawie, a kto nie musiał przyjąć pozycji horyzontalnej, siadał gdzieś na drągu lub na wozie, chłodząc się zimnym piwkiem. Generalnie zmęczenie robiło swoje, niektórym udało się pospać parę minut. Odpoczywaliśmy dość długo, odpoczynek w tym gorącym dniu, na niełatwej trasie, był niezbędny.

55. Wóz też jeździł atrakcyjnymi ścieżkami. 56.  Na stromiznach pasażerowie schodzą z wozu i pedałują pieszo
57. Biwak w ostoi głuszca 58.  Trudy dnia dawały się we znaki

 

Wracaliśmy podobnie, choć czasem innymi ścieżkami. Zdarzyło się pobłądzić, jechaliśmy trochę „po krzakach” i podmokłych łąkach. Zdarzyło się, że Józek wyciągnął maczetę, ale ścinał raczej mizerne gałązki, to nie to co bieszczadzki busz. Wydawało się że raczej nie chce wyjść z wprawy.
Poza ścieżkami leśnymi panoramy były obłędne, Pieniny są cudne.
Po obiedzie Maciek postawił urodzinowe ciasto, sernik i owocowe z galaretką. Siedzieliśmy w błogości pod domem, konsumując i ciesząc się przynależnością do tej nietuzinkowej, fantastycznej  grupy.  

59.  Urodziny Macieja 60.  Był sernik i owocowe z galaretką


Piątek przywitał nas deszczem, więc czekaliśmy do 10.00 aż przejdzie. Deszcz rzeczywiście się skończył, została pożądana rześkość. Z powodu rozkopanych Jaworek większość tras zaczynaliśmy w Wąwozie Białej Wody, aby nie kręcić się po budowlanym pobojowisku. Tym razem również pojechaliśmy najpierw do bacówki, stamtąd do rezerwatu „Zaskalskie”, następnie pod Wysoką, chwilę nad Wąwozem Homole i dalej do szosy w kierunku „Szałasu pod Homolami”. W dużej części trasa była nowa w stosunku do poprzedniego roku, choć na horyzoncie stale zachwycały te same piękne Pieniny i Beskid Sądecki. Na łąkach galopowaliśmy energicznie. Mamiły kwitnące łąki, wolne od ceprów, których poranny deszczyk zatrzymał w pokojach. Krótki postój wywołał Rodos, który się rozogłowił i którego Józek pomógł zaogłowić ponownie.

61. Rodos się rozogłowił 62. W piątek Józek ponownie dosiadał Foksala


Z powodu deszczowych prognoz w trasę poszedł znowu mały wóz, więc wozowi mieli ciasno. Wozem przyjechała fasolka po bretońsku, do tego skrzynka piwa, która na wozie zawsze musiała się zmieścić, mimo ciasnoty. Po posiłku niektórzy leżeli w trawie na derkach, inni odpoczywali na  wozie snując wesołe pogaduszki. Na drugą jazdę zapisana była Aldona, ale nagle się zorientowała, że nie zabrała butów jeździeckich. Wyszło, że pojedzie konno boso. Zawsze pomocna szeryfa odstąpiła swoje i tym sposobem szeryfa pojechała boso, tyle że wozem, co było dużo łatwiejsze. Po drodze w przydrożnym sklepie nabyła gumowe klapki, ponoć takie jakie chciała mieć – więc obie dziewczyny były zadowolone.   Druga grupa galopowała co rusz, znowu ugalopowaliśmy się do woli, do utraty tchu. Bezkresne łąki wręcz zachęcały do galopów,  radocha była wielka. Dopełnieniem tego pięknego dnia – bo nawet pogoda zrobiła się ostatecznie piękna –  były góry pierogów na obiad, ruskich, z mięsem i z jagodami. Były wspaniałe, każdy wciskał w siebie ile tylko był w stanie zmieścić. Od stołu aż trudno było wstać.

631. Znowu w trasę poszedł mały wóz 64. Hanka studiuje mapę, znowu ruszy w trasę pieszo
65. Maja na biwaku 66. Jedni w trawie, inni wiszą na wozie


Na godzinę 20.00 zapowiedziano ognisko kończące rajd, gdyż rano wyjeżdżała Doris. Wystroiliśmy się galowo, ogień punktualnie zapłonął. Marysia tradycyjnie odśpiewała ułożony w ekspresowym tempie hymn rajdu, przy czym była kupa śmiechu, bo nasza poetka jest w tym coraz lepsza. Wojtuś przygrywał na gitarze, wszyscy powtarzali słowa refrenu. Po tym wesołym początku podziękowaliśmy pięknie naszym organizatorom, mając dla wszystkich skromne upominki. Dziękowaliśmy Józiowi za piękne, bezpieczne trasy, za przyprowadzenie z daleka koni, co jest niezwykłym wyczynem. Andrzejowi – za wóz, ogólną organizację, pomoc i humor w każdej chwili. Dziewczynom – za dogadzanie naszym brzuchom, choć trochę z tym jak zwykle przesadziły. Wszystko było pyszne, domowe, tylko jak to się odbije na wadze, to inna sprawa.
Wszystkim za niezłomną cierpliwość, gdyż widzimy jak niełatwym przedsięwzięciem jest taki rajd, ile wymaga zaangażowania. Przez takich organizatorów ledwie skończymy jeden rajd, już planujemy następny, wydawałoby się wbrew rozsądkowi.

67. Ognisko pożegnalne – Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 68. Andrzej dostał kowbojski pasek z ozdobną klamrą
69. Dziewczyny dostały szampany 70. Było miło


Nadmienić trzeba, że Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi, podobny jak 5 lat wcześniej. Tyle że teraz były w nim zupełnie inne konie niż w tamtym, żaden się nie powtórzył. A ponieważ do tego nowego kalendarza „nie załapał się” młodziutki Foksal, którego nie miało tu być, więc wypada  rajdować jeszcze co najmniej 5 lat, żeby był pretekst do kolejnego kalendarza, z kolejnymi końmi i z małym, uroczym, niesfornym arabkiem.
Dużo ciepłych słów otrzymaliśmy od gospodarzy, więc chyba nas tu polubili.
Wieczór upłynął pośród śmiechu i śpiewu, śpiewaliśmy dużo piosenek które śpiewamy rzadko, np. Okudżawę. Krążyły ekskluzywne trunki, m.in. Wściekły Pies serwowany przez Maćka. Śpiewanie było znowu bardzo zaangażowane, a Siostry Sisters dały się namówić na powtórzenie swojego hitu.
W sobotę z jazdy zrezygnowały dwie osoby, natomiast zdecydował się ktoś inny, kto pauzował ostatnio. Jazda była jedna, jednego czy dwa konie pożyczył Andrzej. Tym sposobem Stefan dosiadł nieznanego nam Belmondo. Jednak zanim nastąpiła faza dosiadania, musieliśmy gnać po konie wysoko w góry, gdyż nie było ich na pastwisku w zasięgu wzroku, nawet Andrzej się denerwował, czy w ogóle gdzieś są. Poszli po nie najwytrwalsi, była to niezła wyrypa. W nocy padało, więc konie zeszły z gór w błotnej  panierce, oskrobać je z tej panierki było żmudne i czasochłonne. Każdy miał potem kurz we wszystkich swoich zakamarkach.

71. Konie wróciły z pastwiska w panierce 72.  Oskrobać swojego wierzchowca z błota to dłuższy zabieg


Wreszcie wyjechaliśmy, było słonecznie i rześko. Skierowaliśmy się do rezerwatu, a tu nagle halt – drogę przecina stado owiec. Owce przechodzą z jednej strony drogi na drugą, a wiadomo że jak owce zaczynają iść, to nie ma końca. Józek zatrzymuje konną kawalkadę na chwilę, mając nadzieję na jakąś przerwę w tym strumieniu, ale na nic takiego się nie zapowiada.  Kudłate stwory idą i idą,  są ich dziesiątki. Psy jazgoczą, wyrażają swoje złe zamiary,  konie zaczynają się denerwować. W końcu Józek w desperacji forsuje stado i my wszyscy za nim wpychamy się w kierdel, nie czekając że nas przepuszczą. Bez przykrych incydentów udaje się przejechać i kontynuować jazdę.
Jedziemy od bacówkowego rozdroża w górę w stronę Beskidu, piękno ukwieconych łąk, nieodległych gór i pachnącego lasu poraża, chłoniemy w milczeniu. Jedziemy do ostoi głuszca, potem włóczymy się różnymi ścieżkami, improwizując, Józek omija Jaworki, chcąc je dużym łukiem objechać i wyjechać z drugiej strony. Świeży, rozświetlony słońcem, rozśpiewany las nie mniej zachwyca niż rozległe panoramy. 

73. Ostatnia jazda na rajdzie 74.  Żal serce ściska


Początkowo chłopaki planowali biwak w lesie, ale prognozy były niejednoznaczne,  więc zdecydowali się na biwak pod naszą wiatą, po powrocie z jazdy. Więc prosto z konia, bez przebierania się, piknikujemy pod wiatą, wcinając pieczone kiełbaski. Niestety były to już ostatnie rajdowe akcenty, aż nie chciało się odejść od ognia. Gawędzimy, pijemy piwo, Figa nie odstępuje nas na krok. Jest słonecznie, ciepło, cieszy fakt że zakończyliśmy przygodę szczęśliwie, ale martwi, że tyle było czekania, a mięło jak z bicza strzelił.

75. Ostatnie chwile 76.  Biwak na podwórku


Po krótkim odpoczynku poszliśmy na lody do pobliskiej budki, parę osób poszło na dalszy spacer. Podczas obiadu Wojtek w imieniu grupy jeszcze raz podziękował organizatorom za piękną imprezę i wyraził nadzieję na kolejne spotkanie. Ale co będzie, los pokaże.
Na pewno będzie dobrze.

Baj baj koniki, za rok spotkamy się znowu.
Z wami chłopaki też.

 

Józek na Wetlince Andrzej 

     

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy  rajdu

Kolejne pożegnania

Maj to piękny miesiąc, wg wielu osób to najpiękniejszy miesiąc w roku. Wszystko kwitnie, pachnie i napawa nadzieją. Po prostu chce się żyć.

Ale okazuje się że może być inaczej. Tegoroczny maj przyniósł Starym Koniom dużo smutku, gdyż pożegnaliśmy aż dwóch naszych wspaniałych kolegów – odeszli Andrzej Prejs i Tadeusz Smulikowski. Andrzej i Tadeusz uczestniczyli w wielu naszych imprezach – spędach, balach, spotkaniach opłatkowych – gdzie dali się poznać jako barwni i weseli kompani. Zawsze uczynni, budzący zaufanie i sympatię. Do dobrej zabawy nie potrzebowali konia, ale z parkietu schodzili ostatni.

Andrzej Prejs Tadeusz Smulikowski

 

Żegnajcie chłopaki, będziemy pamiętać wspólnie spędzone chwile.

 

 

Pożegnanie Ola

 

 

Olo Pasterz Spotkanie nad Odrą, w pandemii, 2020

 

 

 

Środowisko Starych Konni pogrążyła w głębokim żalu wiadomość o odejściu naszego drogiego przyjaciela, Andrzeja Olszowskiego, w czasach studenckich noszącego, nie wiedzieć czemu, ksywę „Krwawy Olo”. Widać nie była ona adekwatna do pogodnego i łagodnego charakteru Andrzeja, skoro przymiotnik „Krwawy” zniknął i odtąd był tylko „Olem”. W ostatnich latach, z inicjatywy Wuja Toma, dostrzegającego Jego środowiskowe znaczenie i dostojeństwo wieku, przemianowany został na „Pasterza”. Towarzystwo chętnie zaakceptowało to miano, jak również sam zainteresowany z dumą wziął do ręki ofiarowany mu z tej z okazji pastorał.

Krwawy Olo Nasz Olo

 

W osobie Ola tracimy ikonę Nieformalnego Stowarzyszenia Starych Koni, bowiem z inicjatywy Andrzeja, 15.11.1997 r. odbyło się pierwsze spotkanie dawnych uczestników rajdów konnych. Rajdy te organizował Wrocławski AKJ w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zdawać by się mogło, że studenckie, młodzieńcze doświadczenia pozostaną tylko we wdzięcznej pamięci ich uczestników, zaangażowanych (po zdobyciu dyplomów) w rozwijanie karier zawodowych oraz życie rodzinne. Tymczasem na zaproszenie Ola stawiła się liczna grupa weteranów rajdowych, wypełniając szczelnie mieszkanko państwa Olszowskich na wrocławskim Kozanowie. Radość ze spotkania po latach była tak wielka, że balowaliśmy do białego rana, gwałcąc obowiązek zachowanie ciszy nocnej w wielorodzinnym bloku. Okazało się, że miłość do koni i jazdy konnej, scementowały również relacje osobiste weteranów rajdowych, co trafnie odczytał Olo.

Inauguracyjne spotkanie przyszłych Starych Koni u państwa Olszowskich

I Spęd 

Wrocław 15 listopada 1997

Posiedzenie trwało do białego rana

 


Pokłosiem spotkania była myśl o kolejnym spotkaniu, co miało miejsce w maju następnego roku. Potem były spotkania kolejne i kolejne, nazwane dość szybko spędami, a Olo jako pierwszy nazwał uczestników tych spotkań „Stare Konie”. Ruch starokoński rozwijał się dynamicznie, doszły bale, wigilie, rozmaite inne spotkania, w końcu prawdziwe rajdy konne i rajdobozy, wreszcie różne jubileusze. Pojawiali się stale nowi/starzy koledzy i koleżanki, czemu sprzyjała charyzma naszego przywódcy.

Jeden z pierwszych Spędów w Komarnie, 2006 Comiesięczne spotkania  w Union Pacific we Wrocławiu, do czasu aż lokal został zamknięty (2006?)
Bal w Dworzysku, 2005 Bal  w Książu, 50-lecie AKJ Wrocław, 2015
Jubileuszowy X Spęd, Kąty Bystrzyckie, 2007  Jubileuszowy XX Spęd, Karpacz, 2017
Rajd Huculski, 2003 Rajdobóz na Mazurach, 2008
Rajdobóz w Rakowie, 2007 Spotkanie w Książu, 2015
Wigila nad Odrą, w pandemii, 2020 Wigilia we Wrocławiu, 2021

 


Olo od samego początku uczestniczył w tych imprezach stając się z czasem najstarszym przedstawicielem dawnych członków AKJ-tu Wrocław, stróżem obyczaju i Mistrzem ceremonii wznoszenia toastu „Za zdrowie Konia”.

DCF 1.0
Toast „Za Zdrowie Konia” na elegancko, bal w pałacu Paulinum 2007 Toast „Za Zdrowie Konia” na spędzie, Rudna 1998


Zasługi Ola dla Stowarzyszenia są ogromne i trudno sobie w tej chwili wyobrazić, jak bez niego i jego ofiarnej pracy uda się utrzymać bieżącą łączność pomiędzy członkami. Była ona zapewniana poprzez stronę internetową, której był twórcą i administratorem. Niezależnie od tego prowadził korespondencję z członkami stowarzyszenia, zapewniając nam bieżącą informację o wszelkich zdarzeniach i inicjatywach organizacyjnych. Nie sposób nie wspomnieć o Jego ogromnej zasłudze, jaką było zainicjowanie opracowania nowej wersji śpiewnika rajdowego, który stale był uzupełniany o nowe utwory, również z inicjatywy Ola. Jeszcze ostatnio prosił mnie o włączenie do naszego repertuaru Jego ulubionej „Pieśni gruzińskiej” Bułata Okudżawy.
Drogi Przyjacielu! Obiecuję, że przy najbliższej okazji zaśpiewamy ją dla Ciebie.

 

Wuja Woyt

Śpiewnik dla Starych Koni jest bardzo ważny

 

 

   

Żegnaj przyjacielu

 

 

 

 

Wigilia Starych Koni 2024

W roku 2024 wigilia Starych Koni odbyła się 17 grudnia, a miejscem świętowania było podobnie jak w roku ubiegłym bistro „Duży Pokój” we Wrocławiu na Gądowie. Lokal ten wybraliśmy z dwóch powodów – po pierwsze sala jest przestronna i oprócz posiłków pozwala realizować „program artystyczny” który zawsze jest przygotowany, po drugie jest tam dogodny dojazd i bezproblemowy parking. Sala jest ładnie udekorowana,  obsługa bardzo się stara, ponadto mamy zagwarantowane, że oprócz nas nie będzie żadnej innej grupy.

1. Wigilia Starych Koni – choinka czeka 2. Bistro „Duży Pokój”, stół pięknie nakryty


Przybyły 22 osoby, choć początkowo chętnych było nieco więcej.

3. Goście się schodzą 4. Dziewczyny jak maliny
5. Radość tryska wkoło 6. Pasterz zadowolony


Pojawiły się dodatkowe dekoracje – Marysia przyniosła kartonową choinkę na której wieszaliśmy na bilecikach swoje imiona, a Andrzej przyniósł świetlistego konika z lampek choinkowych, własnej produkcji. Hania-Zgaga tradycyjnie przyniosła kosz sianka prosto ze stajni, zapach niósł się po sali. Klimat świąteczny się pogłębił.

7. Dekoracje własne 8. Każdy kąt udekorowany


Marysia powitała szanowne zgromadzenie, po czym rozdane zostały opłatki i przystąpiliśmy do składania sobie nawzajem serdecznych życzeń. W czasie pandemii nie było obściskiwania się, ale teraz powróciliśmy do odwiecznej tradycji, gdyż co tu dużo mówić… życzenia wigilijne powinny być osobiste i bezpośrednie. Więc ten życzeniowy rytuał trochę trwał i wszystkim było miło że po raz kolejny możemy go celebrować.

9. Uroczyste rozpoczęcie 10. Doniosła chwila
11. Opłatki krążą 12. Serdeczne życzenia


Następnie zasiedliśmy do wieczerzy – był barszcz z uszkami, ryba, pierogi, kapusta z grochem i kasza z grzybami. Spożywaliśmy nieśpiesznie, gawędząc z bezpośrednim sąsiadem.

13. Barszcz z uszkami czeka 14. Czekając na rybę miłe pogaduszki


Tego roku jak i poprzedniego pojawił się oprócz piernika artystyczny tort, przyniesiony przez Leszka. Artyzm Leszkowych tortów jest niespotykany, aż szkoda się do nich zabierać. Ślinka leci, ale kręcimy się dłuższą chwilę wkoło arcydzieła, oglądamy z wszystkich stron, podziwiamy, odsuwając moment jego dewastacji. W końcu jednak ten moment przychodzi i choć każdy jest już mocno objedzony,  dajemy radę jednej porcji lub częściej dwóm. Można tylko skwitować… mniam, mniam. W międzyczasie było też śpiewanie kolęd, a Stare Konie w śpiewaniu są dobre. Śpiewanie było więc gromkie i zaangażowane, nikt się nie lenił.

15. Tort arcydzieło 16. Były kolędy i niekończące się pogaduszki


Potem Marysia zaproponowała zabawy i konkursy. Było np. tworzenie wizerunku kowboja stojąc za kartonową kotarką, a tworząc wizerunek przed kotarką, mając do dyspozycji kowbojskie usta, nos, kapelusz, itd. Należało to wszystko poskładać w logiczną całość, bez podglądu. Zgłosiła się Dorotka i wyszedł jej całkiem przystojny facet prerii. Potem było rzucanie pieniążków do tyłu  za siebie do małej miseczki, gdy przycelowanie monetą z lewej ręki miało gwarantować w przyszłym roku spełnienie zawodowe/biznesowe/finansowe, a z prawej ręki spełnienie marzeń/oczekiwań. Do tej zabawy rzucili się prawie wszyscy,  gdyż komu są obojętne powyższe cele. Niestety tylko Andrzejowi udało się trafić pieniążkiem do miseczki, i to tylko jedną ręką. Nikt inny nie powtórzył tego sukcesu, ale na szczęście nikt nie popadł w melancholię. Zawsze było  uzasadnienie – a to miseczka zbyt mała, a to delikwent stał za blisko lub za daleko, a to ręka zadrżała.

17. Bez podglądu zrobić kowboja – to jest wyzwanie 18. Celowanie do miseczki stojąc tyłem  – czy się udało ?
19. Wielka determinacja w rzutach pieniążkiem 20. Hurra, Andrzej trafił


A naprawdę los nad nami wszystkimi czuwa i daje dóbr nie mało, skoro mogliśmy zrealizować to kolejne, wigilijne spotkanie.  Za chwilę czekały nas święta w rodzinnym gronie, potem Nowy Rok… a potem marsz przez kolejne wyzwania.
Dobrze nastrojeni rozeszliśmy się do domów.

21. Sianko i lista obecności 22. Na zakończenie wspólna fotka

 

  

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy spotkania

 

 

XXI Rajdobóz Starych Koni, Jarosławiec 31.08. – 8.09.2024

W bieżącym roku rajdobóz Starych Koni odbył się ponownie w Jarosławcu, gdyż bardzo duża frekwencja rok i dwa wcześniej wskazuje, że jest to miejsce trafione. A skoro tyle ludzi chce tam przyjeżdżać, po co szukać czegoś innego. Przede wszystkim odpowiada nam stajnia, znane, bezstresowe konie, a także prowadzące jazdy dziewczyny, które trochę się zmieniały, ale każda sprostała zadaniu. Pasuje też  pensjonat, dobre jedzenie i klimat. No i morze za płotem – najwyraźniej urlop nad morzem jest dla wielu osób istotnym argumentem. Organizatorka obozu Iwona każdego roku proponuje ciekawy program, tak że czas poza jazdą konną jest wypełniony i atrakcyjny. 
Więc przyjechaliśmy znowu do Jarosławca.

1.  Pensjonat „Strażnica” w Jarosławcu 2. Stajnia „Horyzont” w Jaroslawcu


Jarosławiec to mały kurort na środkowym wybrzeżu pomiędzy Darłowem a Ustką. Leży wśród sosnowych lasów, a brzegiem na odcinku 2 km ciągną się klify osiągające 45 m wysokości. Mieścina ma rodowód XV-wieczny, dawni mieszkańcy trudnili się głownie rybołówstwem  i wydobywaniem bursztynu. Jednak już 100 lat wstecz wieś  została odkryta przez letników i ta jej funkcja zaczęła się gwałtownie rozwijać. Letnicy cenili sobie otoczenie sosnowych lasów, szerokie plaże oraz   oddalenie od dużych ośrodków miejskich – i są to atuty działające do dziś. Nie bez znaczenia jest fakt, że kurort leży w pasie najczystszego w Polsce powietrza, silnie najodowanego, pozytywnie wpływającego na górne drogi oddechowe.

3. Jarosławiec 200  lat temu 4.  Jarosławiec dziś


Grupa licząca 26 osób zjechała w sobotę 31 sierpnia, późniejszym popołudniem. Miło się było spotkać, tym bardziej że niektóre osoby widzą się ze sobą dość rzadko. Zaraz po obiedzie udaliśmy się na plażę uwiecznić to miłe spotkanie wspólną fotką.  Kilka osób pojechało do Rusinowa na dożynki, inni zażyli spacerów po plaży, ciesząc oko spektakularnym zachodem słońca. Wieczorem siedzieliśmy w kuchni na piętrze, gdzie co rusz ktoś po coś wpadał, a Kach rezydujący tam od dłuższego czasu częstował własną, bardzo dobrą nalewką. Był to bardzo wesoły początek obozu.

Stare Konie zjechały do Jarosławca W dzień przyjazdu parę osób zaliczyło dożynki w Rusinowie


Obóz zaczęliśmy z przytupem – zaraz następnego dnia (niedziela) o ósmej rano   odbyła się gimnastyka pod wodzą Wuja Woyta, co jest wieloletnią tradycją zarówno rajdów jak i rajdobozów. Po śniadaniu pierwsza grupa ruszyła do stajni  i  potem wierzchem na plażę. Jeździliśmy jak poprzednimi laty na dwie grupy, których skład zmieniał się w kolejnych dniach. Jazdy prowadziły znana nam Karolina i nie znana wcześniej Magda, obie robiły to bardzo dobrze, świetnie wpisując się w naszą bandę. Schemat codziennych jazd był taki sam – wjeżdżaliśmy na plażę, chwilę stępując i brodząc w wodzie, po czym prowadząca dawała hasło do galopu i pędziliśmy przed siebie pod wiatr. Odcinki galopu były krótsze lub dłuższe, było tych galopnych odcinków dwa, trzy lub cztery, w zależności od warunków. A głównie od tego, ile ludzi przebywało w tym momencie na plaży – staraliśmy się nikogo nie rozjechać. Na ogół budziliśmy entuzjazm wśród wczasowiczów, pozdrawiali i robili fotki. Na pierwszej jeździe zazwyczaj na plaży było tylko parę osób, co dawało duży komfort. Znacznie więcej było na drugiej i wtedy trzeba było uważać. Ale gdy jeździliśmy o siódmej rano, plaża była pusta i można było poszaleć.
Po plażowych przyjemnościach zjeżdżaliśmy do sosnowego lasu, gdzie w nieco innych   ale równie pięknych klimatach włóczyliśmy się po co rusz innych ścieżkach, kłusując lub galopując. Jazdy były bardzo piękne, dawały dużo uciechy, toteż absencja była dość umiarkowana. A jeżdżących konno było w tym roku aż 11 osób.

Pierwsza grupa w pięknych okolicznościach przyrody Druga grupa w niemniej pięknych okolicznościach przyrody


W niedzielę poza jazdą konną panował po-podróżowy luz, nie było ścisłego programu. Uprawiano plażing i spacery brzegiem morza, na zmianę z przeczesywaniem nadmorskich sklepików,  gdzie wabiły duże przeceny. Wieczorem część osób siedziała pod wiatą, gdzie panował znaczny chłód, miód na rany dla przegrzanych po tegorocznych upałach. Chłód nie pozwalał jednak siedzieć zbyt długo.
W poniedziałek od rana program był napięty – gimnastyka, jedna jazda z Karoliną, druga z Magdą, wczesny obiad i wyprawa rowerami do Darłowa. Rowery są w programie każdego roku, gdyż nadmorskie trasy rowerowe aż się proszą żeby ich zakosztować. Dzień był nieco chłodniejszy, więc dało się żyć. Uczestnicy wyprawy rowerowej korzystali z tej samej wypożyczalni rowerów co zawsze i przy okazji stwierdzili, że pojazdy są dużo lepsze niż poprzednio. Wyprawa rowerowa to ponad 30 km w dwie strony, więc można się  napedałować. Rowerzyści wyjeżdżają z Jarosławca na zachód, jadą najpierw lasem, potem przesmykiem między jeziorem Kopań a morzem, przy czym bliżej Darłowa widoki na morze się otwierają i jest bardzo pięknie. W Darłowie obowiązkowo jest postój w kawiarni, gdzie wyrównuje się zużyte kalorie ciachem lub lodami.

Wyprawa rowerowa do Darłowa Na rowerowej trasie Wyrównywanie spalonych kalorii w kafejce w Darłowie


W czasie eskapady rowerowej kilka osób nie uczestniczących w niej pojechało do Darłowa samochodem, a jeszcze inni wędrowali brzegiem morza, co zawsze jest dużą frajdą. Dzień był bardzo intensywny, ale wieczorem siedzieliśmy jeszcze na korytarzu na piętrze weseląc się, gdyż nie wszyscy chodzą spać z kurami.

Spacery brzegiem morza były każdego dnia – Zgaga Spacery cd – Jola


We wtorek oczywiście galopowaliśmy po plaży, a błękit morza i błękit nieba były wręcz nierealne.

Wojtek na Largo Jola na S-Mar
Ala na Wacku Andrzej na Sezamie

 

Ci co nie byli akurat na koniu zażywali morskiej kąpieli, ale zaznaczyć należy że woda w Bałtyku była ekstremalnie zimna. Przeczytaliśmy, że panowało tu zjawisko zwane  „bańka zimna”, to jest bańka wody o niewyobrażalnie niskiej temperaturze wśród bezmiaru morza znacznie cieplejszego. Gdy na plaży było co najmniej 30 st., bańka zimna miała temperaturę 9 – 11 st.  Bańka ta usadowiła się akurat w rejonie Jarosława i Darłowa… jednak wielu osobom to nie przeszkadzała.

Plażing Mewy i ludzie

 

Jazda konna i plażowanie nie stało w kolizji z buszowaniem po sklepikach, gdyż przeceny stale mamiły, a urlop jak wiadomo aż się prosi aby pozaglądać tu i tam i nabyć trochę dóbr niekoniecznie potrzebnych. Wręcz nie da się wrócić z takiej eskapady po nadmorskich sklepikach z gołą ręką (czytaj: pustą torbą). Daje to dużo radości.
W programie wtorkowym była wycieczka do Ustki. Urlopowaliśmy w tym rejonie trzeci raz, a nigdy dotąd nie byliśmy w Ustce. Tymczasem z przyjemnością stwierdziliśmy że jest to piękny kurort i wycieczka była bardzo udana. Ustka to stara kaszubska osada rybacka, a na starówce zachował się jeszcze średniowieczny układ uliczek, ze względu na wartość historyczną objęty ochroną konserwatorską. Z dawnych czasów zostało sporo rybackich domów szachulcowych, które sukcesywnie poddawane są renowacji.

Wycieczka do Ustki Zabytkowe domki szachulcowe w Ustce

 

Wśród tych uroczych domków powędrowaliśmy w stronę portu, by odbyć falochronem spacer w głąb morza, zobaczyć latarnię morską, syrenkę z łososiem w ręce, wpływające kutry i stateczki turystyczne. Syrenka ustecka ma stosunkowo młody rodowód, ale już powstała legenda, że pogłaskanie jej lewej piersi gwarantuje spełnienie marzeń. Co też skwapliwie uczyniliśmy. Morska bryza przyjemnie odświeżała powietrze, powodując że po miejskiej duchocie wracało życie i apetyt na dalsze wyzwania. Wracając z portu zahaczyliśmy o klimatyczną herbaciarnię, gdzie w miłej atmosferze, przy herbatce z aromatami i smacznych wypiekach, spędziliśmy późne popołudnie. 

Na falochronie w Ustce Ustecka syrenka
W klimatycznej herbaciarni w Ustce Herbatka aromatyczna i dobre ciacho


Środa była dniem spływu kajakowego, corocznej atrakcji morskiego rajdobozu. Z tego powodu jazdy konnej miało nie być, ale cztery osoby wynegocjowały przejażdżkę o 7.00  rano, gdyż dwie z nich nie wybierały się na spływ, a dwie uznały że dadzą radę. O 7.00 rano plaża jest pusta, więc można galopować bez końca, bez żadnych ograniczeń, tym bardziej że panuje przyjemny chłód, uskrzydlający jeźdźców i konie.

Maria na Koridzie Leszek na  Nikicie


Ale zasadniczym punktem programu był tego dnia spływ kajakowy. Tym razem był to spływ rzeką Unieść, czyli zupełnie innymi wodami niż dwa poprzednie. Kajakarze pojechali ok. 40 km do wsi Sianów, gdzie zaokrętowali się i popłynęli do wsi Osiek Ta niewielka rzeczka ma 26 km długości, a spływ odbywa się na odcinku 10 km,  częściowo też po Jeziorze Jamno. Wodniacy początkowo płynęli wąskim korytem wśród bujnej roślinności, przedzierając się przez gęste trzciny. Dopłynęli do progu wodnego, którym można było spłynąć lub kajak przenieść. Wszyscy wybrali wariant pierwszy, ale i tak na późniejszej trasie spotkali się z koniecznością przenoszenia kajaka, co było dodatkową przygodą. Dalej płynęli trochę lasem, trochę łąkami, potem pod nisko zawieszonym mostkiem wymagającym położenia się w kajaku na płasko. W końcu dotarli do jeziora Jamno. Rejs jeziorem trwał jeszcze ok. 20 min, by ostatecznie po 3 godzinach wiosłowania dobić do wsi Osiek, gdzie w ładnym pałacyku przewidziany był obiad. Cała wycieczka była bardzo udana, dobrze zorganizowana i wszystkim dała great fun.

Początek spływu kajakowego Słońce prażyło
Przepłynięcie progu wodnego Krajobraz był bardzo urozmaicony
Dodatkowe atrakcje na spływie Na jeziorze Jamno


Ale osoby nie uczestniczące w spływie bynajmniej nie próżnowały. Było plażowanie, wędrówki brzegiem morza, ryba w smażalni, wylegiwanie się na leżaku w ogródku z książką w ręce. Po południu niemała grupa trafiła do przyjemnej tawerny Corso, gdzie zjedli rybę ci którzy nie byli w smażalni, a wszyscy zakończyli biesiadę lodami. Wieczorem zmęczenie zrobiło swoje, więc dzień zakończyliśmy spokojnie przy Wojtka nostalgicznej gitarze.

Impresje Relaks w ogrodzie
Czas na lekturę  Wieczór przy gitarze


Czwartek był dniem występów estradowych. Ale dzień rozpoczęliśmy tradycyjnie – gimnastyka i jazda konna. Ugalopowaliśmy się do pełni szczęścia.

 

Poranna gimnastyka Iwona na Koridzie


Od lat rajdobozy miały hasło przewodnie, przy czym początkowo były to tylko przebieranki, nawiasem mówiąc bardzo kreatywne. Z czasem zrobiły się teatrzyki, coraz bardziej kreatywne. Gdy każdej kolejnej wiosny hasło zostało ogłoszone, zżymaliśmy się na „durny” pomysł, niemożliwy do przedstawienia. Ale gdy już spektakl trwał, zdumienie rosło, że kreacja może przybrać takie rozmiary. Nie inaczej było tego roku. Hasło brzmiało ni mniej ni więcej tylko: „Hop siup zmiana…”. Początkowo brzmiało ono nieco dłużej, lecz oryginał nie przeszedł przez cenzurę i zostało to co zostało. Gdy zobaczyliśmy hasło  na naszej stronie internetowej, większość osób jęknęła, że się poddaje. Ale występów nikt nie odwołał, więc  w czwartek późnym popołudniem przyszliśmy do teatru. Ustalono kolejność i zabawa ruszyła.
Pierwsi na scenę weszli Gabi, Kach i Maciej. Panowie zasiedli na krzesłach, a Gabi wygłosiła krótką prelekcję, przedstawiając jak na zmianę pracują owady, ptaki i… ci dwaj faceci.
Które owady pracują na zmianę?
Mucha pracuje od 6.00 do 22.00. Potem hop siup, zmiana i zaczyna komar, od 22.00 do 6.00 tnie jak szalony.
I tak to trwa od wiosny do jesieni, potem mają urlop zimowy.
A ptaki? Na przykładzie ptaków Gabi zaproponowała zagadkę, za dobrą odpowiedź  obiecując nagrodę.
A było to tak, bociana drapał szpak,
Potem była zmiana i szpak drapał bociana.
I były jeszcze trzy zmiany,
Ile razy szpak był drapany?
Nastąpiła konsternacja i szybkie liczenie który którego ile razy drapał. Zawiłość matematyczna była poważna, ale najszybciej łamigłówkę rozwikłała Doris i wygrała order „Jesteś zwycięzcą”.
Oczywiście szpak był zero razy drapany, wsłuchajcie się w wierszyk.
A faceci? Zasiedli na krzesłach deklarując gotowość do ciężkiej pracy, do której miała zagrzewać Gabi wybijając rytm: „hop siup, zmiana dup”. Chłopaki dzielnie się uwijali by sprostać zadaniu, ale… zmieniali tylko krzesła. Tak to się napracowali.

Swoją scenkę do hasła „Hop siup, zmiana” prezentuje Gabi ze swoimi chłopakami Bohater scenki Gabi 


Występem tym aktorzy wprowadzili publikę w wesoły, lekki nastrój, niwelując tremę następnych odważnych. Były oklaski i dużo śmiechu.

Dżentelmen z damą wrócili z balu… …dama plotkuje bez końca


W tym dobrym klimacie na scenę weszła dostojna para, dżentelmen we fraku i dama w seksownej czerwonej sukni i wysokich szpilkach. Najwyraźniej wracali z balu, gdyż dama lekko chwiała się na nogach. Szybko też zzuła szpilki, aby lepiej trzymać równowagę. Dżentelmen zasiadł w fotelu z gazetą w ręce, licząc że odsapnie po intensywnym wieczorze, ale dama podchmielona i mocno rozbawiona paplała bez końca. Najwyraźniej bawiły ją i zadziwiały ploteczki, zasłyszane czy podpatrzone tu i tam,  pokazujące przyjaciół w zupełnie nowych odsłonach

Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas wielka zmiana:
Ewcia – przykład cnót wszelakich,
Koronkami odmieniona,
Miast się ubrać przyzwoicie
Demonstruje piękno łona,
Przykrywając je stringami
Czerwonymi, z dziureczkami.
Na ryneczku Koniakowa
Toples Ewy się podoba
I entuzjazm wzbudza w necie. 

Pan
Pomyśl tylko, co ty pleciesz!
To zwyczajne kłamstwo przecież.

Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas większa zmiana
W konkurencji ujeżdżenia.
Walker dziś trenuje Zgagę;
Bajdka jej na głowę wsadził,
Łbem popycha ją przed siebie
I kopytem w portkach grzebie!
Hania-Zgaga pociągowa
Taszczy konia już bez słowa,
Na Walkera całkiem głucha.

Fe, nieładnie, fe, kłamczucha!

To nie wszystko proszę pana,
U Dorotki dzisiaj z rana
Koncert dała ptaków zgraja:
,ćwir, świr.. ku-ku.. świstowaja’!
Z instrumentem podfrunęły
I Dorotkę w kółko wzięły.
Akordeonistka rada,
„Lotem trzmiela” się przechwala
Granym z nut jako i z głowy.
Tak skończyła ich namowy.

To dopiero jest kłamczucha!

Proszę pana niech pan słucha,
Znowu knuje coś Szeryfa!
To zajęta, to znów wzdycha,
Bajek słucha, bajki czyta,
Pieców uczy się działania,
Różnych gazów stosowania.
I z ryzykiem się oswaja…
W kosmos leci!! (snadź ma jaja).
Przyholuje gwiazdę z nieba
Tej na piersi jej potrzeba.

To kłamczucha niesłychana

Co pan na to, proszę pana?
Zbyszek obiektywy zmieniał
Na żaglówce bryzę łapiąc,
Lecz Iwonkę przyfilował,
Jak się przekomarza z ptakiem.
Mewę chciała skontrolować,
Czy właściwie skrzydła składa.
A na fotce buzia cicha,
Już artyście nie przeszkadza…

Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?
Zraz się poskarżę mamie.
Bardzo dobrze, drogi panie,
Zrób to zaraz – bez wahania,
To za sprawą skarżypyty
Śmiać się będzie w niebie mama.


Objaśnienia zwrotek dla Starych Koni spoza Magielka (grupa czatowa).

  1. Formisia, Ewcia, przesłała na Magielka fotografię czerwonych, koronkowych stringów z Koniakowa, które nałożyła na odzież w odpowiednim miejscu. Nosi się wszak nobliwie.
  2. Hania,  Zgaga, trenuje ujeżdżenie westernowe na koniu Walker. Ma kota o imieniu Bajdek (na cześć Bajdena).
  3. Dorotka, Doris, uczy się gry na akordeonie. Przesyła zdjęcia ptaków obserwowanych w ogrodzie, m.in. dudka na drzwiach garażu.
  4. Marysia, znana z kreatywności i niespożytej energii, na Magielku opisywała niektóre ze swoich licznych działań, sterowała telefonicznie naprawę pieca gazowego w domu, będąc w Pieninach.
  5. Zbyszek  – wioślarz, żeglarz i reportażysta – fotograf, bohater drugiego planu. Iwona znana jest z perfekcjonizmu w tworzeniu programu rajdobozów i z elokwencji.

Występ Laluchy i Wojtka wzbudził wielki aplauz, zabawa była przednia. Każda kolejna zwrotka wywoływała salwy śmiechu. Tekst powstał na kanwie „Kłamczuchy” Jana Brzechwy. Znaliśmy Alę z różnych talentów, ale jeszcze nie wiedzieliśmy że to poetka. Hm, co jeszcze w przyszłości pokaże? Brawo.
W kolejności wystąpili Jola z Gerardem. Zarówno oni jak i parę innych osób nie mieli przedstawienia, lecz raczej przesłanie, czy refleksję, czy po prostu chcieli się podzielić zmianą jakiej w życiu doznali. Jola wyraziła znaną prawdę: „Zamienił stryjek, siekierkę na kijek”. Gerard wystąpił jako podpora – tak jak i w życiu jest dla Joli podporą, w wielu aspektach. Resztę można sobie dopowiedzieć.

Jola i Ger mają teorię, że zmiany  są czasem  problematyczne Maja oznajmia, że zmienia styl życia


Majka z siostrą Sisters także przedstawiły zmianę jaka w ich życiu zaszła. Ułożyły limeryk, będący jednocześnie deklaracją.

Hanka Pewna zoolożka z AKJ z Wrocławia
Nie tolerowała birbanckiego bezprawia.
Picie z gwinta?! Dylu, dylu!

Tutaj Hania golnęła sobie z gwinta z przyniesionej flaszeczki. 

Maja Więc hop-siup i zmiana stylu:
Zwyczaj picia żabci-z-dupci od dziś ustanawia.

Po czym wyciągnęła buteleczkę w kształcie żaby napełnioną mocno procentowym trunkiem i obeszła salę częstując napitkiem, zapewniając tym samym, że tak już będzie – bo zmienia styl.  Nie trzeba przypominać, że Majka to znana biolożka badająca płazy, żaby przede wszystkim. Ale gdzie się ona zapędziła i w którym stawie wyłowiła kryształową żabkę z mocną zawartością? To pewnie Majki słodka tajemnica.
Zabawa była przednia, publika chętnie popiła wódeczki, co z pewnością ułatwiło zadanie następnym aktorom.
A następnie na scenę weszło małolackie trio w składzie: Iwona, Jaga, Ewa.  Dziewczyny w krótkich spodenkach, krótkiej spódniczce, podwórkowym dresiku, w czapeczkach z daszkiem i kokardach, zaczęły występ od kręcenia hula-hoop i skakania na skakance, wprowadzając w klimat. Po rozgrzewce małolatki gromko zaśpiewały i w takt przyśpiewki pokazały układ choreograficzny, demonstrując energiczne podskoki, zmieniające się co zwrotka.  

Trio się szykuje Wszelkie zmiany należy brać na wesoło

Trzymamy się za rączki, kręcimy się jak bączki.
Hop, siup, dana dana, teraz będzie zmiana.
          Trzymamy się pod boczki, robimy duże kroczki.
          Hop, siup, dana dana, teraz będzie zmiana.
Trzymamy się za rączki, skaczemy jak zajączki.
Hop, siup, dana dana, teraz będzie zmiana.
          Trzymamy się za brzuszki, tańczymy jak kaczuszki.
          H
op, siup, dana dana, teraz będzie zmiana
Tupiemy bucikami, kręcimy bioderkami.
Hop, siup, dana dana, teraz będzie zmiana.


Wesołość się wzmogła, śmiech rozlewał się po sali. Po zakończonym występie dziewczyny jeszcze trochę poskakały na skakance i pokręciły kółkiem, ale zapowiedziały zasadniczą zmianę – teraz wy spróbujcie, kto następny, zapraszamy. Niestety tylko Dorotka zaryzykowała próbę, nikt więcej nie chciał podjąć rękawicy. Bo nie jest to takie hop siup gdy pesel uwiera. Tym niemniej rozluźnienie się pogłębiło i zabawa trwała dalej.   
W dalszej kolejności na scenę weszli Ela i Kornel. Ubrani w czarne kostiumy mimów, dodatkowo Ela w kitkach i czerwonych kokardach, Kornel z zieloną muszką. Do piosenki tej samej co w poprzednim występie, dowcipnie zademonstrowali scenkę „Hop siup, dobra zmiana”. Przedstawili w niej zmiany polityczne jakie w Polsce zaszły od powojnia do dziś.

Ela z Kornelem na poważnie Wszyscy pamiętamy te zmiany, chwilami ciarki szły po skórze

 

Z głośnika leciały najbardziej znane cytaty z przemówień przywódców z lat 1945 – 2024, a zaczął Gomułka, którego portret pojawił się na mównicy:  „W tym roku na każdego obywatela przypada po pół świni, a jak komuś mało, to może dostać jeszcze po ryju!”. Z głośnika popłynął wesoły przerywnik ”hop siup, dana dana, teraz będzie zmiana”, mimowie podskakiwali rozkosznie, a na mównicy pojawił się Gierek. Jak dobrze to pamiętamy: Możecie być przekonani, że my wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny i nie mamy innego celu, jak ten któryśmy zadeklarowali: rozwijać kraj, umacniać socjalizm, poprawić warunki życia ludzi pracy. Jeśli nam pomożecie, to sądzę, że ten cel uda nam się wspólnie osiągnąć. No, więc jak – pomożecie?” Dziś można się śmiać, ale puste półki w sklepach nie były w tamtym czasie do śmiechu. Żeby się nie rozklejać nastąpił kolejny  wesoły przerywnik – „trzymamy się pod boczki, robimy duże kroczki, hop siup, dana dana, teraz będzie zmiana”. Mimowie zademonstrowali te duże kroczki, symbolicznie pokazując dokąd wtedy doszliśmy, bo na mównicy pojawił się Jaruzelski. Tych słów na pewno nigdy nie zapomnimy: Obywatelki i obywatele! Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju”. Brrr… na szczęście „hop siup, dana dana, teraz będzie zmiana” – i pojawił się Wałęsa. Z głośnika przemówił jako żywy: My naród! Oto słowa, od których chcę zacząć moje przemówienie. Nikomu na tej sali nie muszę przypominać, skąd one pochodzą. Nie muszę też tłumaczyć, że ja, elektryk z Gdańska, też mam prawo się na nie powoływać”. Zrobiło się weselej, tym bardziej że mimowie podskakiwali zabawnie, sekundując piosence lecącej z głośnika: „hop siup, dana dana, teraz będzie zmiana”. Zobaczyliśmy Kwaśniewskiego i usłyszeliśmy jego przestrogę: „Jarosławie Kaczyński, Lechu Kaczyński, Ludwiku Dorn… i Sabo!, nie idźcie tą drogą. Nie idźcie tą drogąAle i te czasy przemknęły jak meteor, bo „hop siup dana, dana, teraz będzie zmiana”. Na mównicy zobaczyliśmy Jarosława.  Jarosław miewa szokujące komentarze do różnych wydarzeń, jak np. ten: nie jestem zwolennikiem bardzo wczesnego macierzyństwa, ponieważ kobieta musi dojrzeć do tego, aby być matką. Ale jak do 25 roku życia daje w szyję, to, trochę żartuję, ale nie jest to dobry prognostyk w tych sprawach„. No cóż, mimowie robili co mogli by rozbawić towarzystwo, ale ciarki przeszły po niejednym grzbiecie. Więc historio tocz się dalej. „Hop siup… i nastał Tusk. Trwamy w Tuskowej rzeczywistości, który mówi: proste i jakże wielkie słowa, Polska będzie krajem szczęśliwych ludzi, Polki i Polacy będą dumnym narodem, nasze miejsce na ziemi będzie najlepszym miejscem na ziemi…” .Niech się stanie.  Aktorzy  zakończyli występ dłońmi podniesionymi w górę w geście zwycięstwa… i tego się będziemy trzymać. Spisali się bardzo profesjonalnie, mimo wszystko była to dobra zabawa.
Przyszedł czas na występ Józka. Józek zjechał do Jarosławca z zachrypniętym gardłem, więc na wstępie oznajmił, że  na scenie poszaleć nie może. Ale zaprasza na dwa ważne, specjalne starokońskie toasty, spięte akcesoriami, które chce ofiarować wszystkim uczestnikom zgromadzenia.

Józek chce wznieść ważne toasty Prezencik od Józka, dostali wszyscy

 

W tym celu proszę więc przyjąć ode mnie:
po pierwsze – odpowiednie dla szlachetnego medium toastowego naczynie (kufelek wraz z uzupełnianą zawartością);  po drugie – syntezę treści toastów niesioną przez znany nam skądinąd wizerunek (konik jarosławiecki)”.
Otrzymaliśmy zgrabne kufelki-kieliszki i papierowe koniki z życzeniami. Józek krążył po sali z dwoma butelczynami, w jednej był trunek ciemny, w drugiej jasny, Do tego toasty były następujące:
Toast I – refleksyjno życzeniowy – a medium w kufelkach ciemne:

  • Niech nasze grzywy zawsze będą bujne –  o maści siwej lub o dostojnej gładkości – bo to dowód naszych doświadczeń i przygód !
  • Niech nasze kopyta nie tracą wigoru, a nasz duch zawsze galopuje młodzieńczym tempem – z rozsądnymi interwałami !
  • Za te wszystkie przyjęte jabole, piwa, gorzałki i nalewki !
  • Za te noce, które przegadaliśmy i poranki, które przesypialiśmy !
  • Niech nasze ścieżki wciąż prowadzą do nieodkrytych pastwisk, a nasza przyjaźń nie rdzewieje jak podkowy okutego konia !
  • Pijmy za Stare Konie które ciągle mają młode serca.  

Hop siup, do dna!!! I zmiana – kufelki zostały napełnione jasnym trunkiem.

Toast II  –  medium jasne – oparty o 2 przesłanki:
Przyjaciel to człowiek, który wie wszystko o tobie i wciąż cię lubi !
Jak powiedział Julek Tuwim: „błogosławieni ci co nie mając nic do powiedzenia nie oblekają tego faktu w słowa”
Więc krótko – za naszą przyjaźń !! Hop siup, do dna.

Toasty się spodobały, a bardzo dobre Józkowe naleweczki okrążyły towarzystwo ze dwa razy. Ale za długo to pijaństwo nie mogło trwać, gdyż już zza kulis wyłoniła się kolejna para aktorów, Olo ze swoją połowicą Hanią. Hania przemówiła:
Kochani, życie leci, czas leci, wszyscy trwamy od zmiany do zmiany. My z Olem także możemy tutaj powiedzieć: „hop siup, zmiana” – bo dużo się u nas zmieniło. Nie ma nas na scenie, a przed sceną, bez przebrania, w zwyczajnych wizytowych ubrankach.  Olo zawsze wymyślał i przygotowywał program na nasze kolejne  rajdobozowe występy, lecz znów „hop siup, zmiana” – tym razem jesteśmy bez programu z różnych uzasadnionych względów. A pamiętając słowa Tuwima, które Józek przed chwilą cytował „błogosławieni ci co nie mając nic do powiedzenia nie oblekają tego faktu w słowa” – nie oblekamy, nie przedłużamy, dziękujemy za wysłuchanie, licząc na zrozumienie i obfite brawa.
Nie trzeba mówić, że brawa zabrzmiały obfite. 

Hania na wesoło prezentuje zmiany w jej i Ola życiu Marysia miała pokaz bardzo ambitny


Po Olach był czas na Marysię, która zakończyła tegoroczny teatr z przytupem. Najpierw jednak dłuższy czas montowała na scenie jakieś niezwykłe urządzenie, nie widoczne dla publiczności, gdyż montaż odbywał się za kotarką.  Następnie zrobiła krótki wykład o trzech stanach skupienia – stały, ciekły, lotny – przekonując, że między nimi mogą zachodzić w pewnych okolicznościach zmiany i jeden stan skupienia może   czasem przechodzić w drugi. Stan stały to jarzekła Marysiapatrzcie jak wyglądam, bo może was zaskoczyć zmiana. Po tych słowach weszła za kotarkę, tajemne urządzenie zaczęło wydawać dziwne dźwięki, by po chwili – hop siup – zza kotarki wyłonił się sporych rozmiarów bukłak, wypełniony po sam korek. To też ja, w stanie ciekłym – dobiegło zza kotarki. Potem coś się tam za kotarką dziwnego działo, coś zgrzytało, coś furczało, aż w końcu hop siup i w powietrze wzbił się tuman delikatnych piórek, które uleciały w bezkres. W ten sposób nasza Mania przeszła w stan lotny i po prostu odfrunęła.
W ten sposób występy zostały zakończone, tym bardziej że kolacja pachniała już na stołach, a po wyczynach artystycznych jeść się bardzo chciało. Pani Danusia przygotowała rozmaite przysmaki, bigos, leczo, śledzie na różne sposoby, wędliny, sałatki itd. Czekały nakryte stoły, więc wyczerpani przystąpiliśmy do biesiady.  A skoro stres minął, zajadanie przybrało wielki rozmach. Przyjechała Kinga z Magdą i wszyscy razem spędziliśmy piękny wieczór.

Kolacja po występach Były podziękowania dla osób funkcyjnych, były śpiewy

 

Korzystając z tak uroczystej okazji, w tym z okazji wizyty naszych gości, Wuja Woyt ciepło podsumował to nasze nadmorskie spotkanie, będące kolejną nietuzinkową przygodą. Podziękował Iwonie za perfekcyjną organizację, za atrakcyjny program i ciekawe pomysły. Podziękował dziewczynom ze stajni, za to że Kinga umożliwia nam dosiadanie wspaniałych koni, a Magda, Karolina i Ola przewodziły bezpiecznym, cudnym jazdom, wykazując przy tym dużą elastyczność i dużą cierpliwość,  bo choć jesteśmy fajną grupą, to jednak czasem marudzimy. Kuchnia również zadowoliła nasze podniebienia i generalnie zaznaliśmy tu dużej życzliwości. Więc prawdopodobnie za rok wrócimy znowu.
Na koniec Wuja odpalił gitarę i śpiewaliśmy do późnej godziny. Parę osób siedziało jeszcze potem na ogrodzie, gdyż noc była bardzo ciepła i spać było szkoda.

Ewa na Sezamie Doris na S-Mar
Jaga na Pepsi Maciej na Sezamie

 

Ale krótkie spanie nie przeszkodziło piątce jeźdźców stawić się o świcie w stajni.  Wczesne wstawanie nie jest może niczyim ulubionym zajęciem, ale o 7.00 rano zdecydowanie  lepiej się jeździ, szczególnie podczas gorącego lata. Tego piątkowego ranka na plaży było może 5-6 osób, więc galopy były długie i intensywne. Druga grupa jeździła zaraz po śniadaniu, więc też załapali dość pustą plażę. Niestety błogostan jaki nas ogarnął zmącił pewien wczasowicz. Gdy pierwsza grupa pomykała po plaży dość żwawym galopem, widząc w oddali spacerujących ludzi instruktorka, jak każdego dnia, głośno zawołała: „uwaga, konie jadą”. Wiatr i fale powodują, że spacerowicze  często nie słyszą tego ostrzeżenia, szczególnie gdy szukają muszelek i idą ze spuszczonym wzrokiem. Ale gdy usłyszą, grzecznie schodzą z drogi, jednocześnie pozdrawiają, uśmiechają się, robiąc zdjęcia. Tym razem jakiś starszy jegomość szedł naprzeciw galopujących koni, widział konnych dobrze, oprócz tego Magda głośno krzyczała,  Ponieważ coś takiego nigdy się nie zdarzyło, więc galopowaliśmy spokojnie, czekając aż gościu zejdzie. Ale gościu złośliwie szedł prosto na konie, nie mając zamiaru ustąpić drogi. Było ostre hamowanie, dosłownie w ostatniej chwili, niemal na jego klacie. Było to niebezpieczne i bardzo nieprzyjemne. 
Dzień spędziliśmy głównie na plaży, a wieczorem zebraliśmy się na ogrodzie, zasiadając przy stole do grillowanej kiełbasy. Takie wieczory są zawsze radosne, wesołe, chwilami nostalgiczne – dla takich spotkań trzeba i warto przyjeżdżać, nawet jeśli jest to związane z daleką podróżą. Gawędziliśmy przyjemnie, kiełbaski smakowały, a w końcu zabrzmiała gitara i siedzieliśmy do głębokich ciemności.

Wieczorny grill Wieczorne ognisko

 

W sobotę znowu znalazła się grupa chętnych do jazdy o 7.00 rano, gdyż przekonaliśmy się jaki to komfort gnać galopem po pustej plaży. Ugalopowaliśmy się do woli i  tradycyjnie wyjechaliśmy potem do sosnowego lasu, a sosenki o świcie miały niepowtarzalny urok. Druga grupa również zażyła dużo przyjemności, ale były to już niestety ostatnie jazdy na rajdobozie.  Zazgrzytała znana refleksja: „jak to jest, przecież dopiero przyjechaliśmy, a  już trzeba wyjeżdżać? Niewiarygodne”. Po jazdach jeszcze raz podziękowaliśmy dziewczynom za przyjemności jakich użyliśmy na końskim grzbiecie – Kindze, Magdzie, Karolinie, Agnieszce.  Raz jeździła z nami Ola, też wielkie dzięki. Jeszcze tu wrócimy.

Las sosnowy o świcie Podziękowania Kindze i jej współpracownicom
Na plaży Na plaży cd

 

Po obiedzie pojechaliśmy do niedalekiej wioski Naćmierz, gdzie zwiedzaliśmy skansen etnograficzny, działający od niedawna w starym młynie. Skansen usytuowany jest w dwóch budynkach, w jednym zebrane są pamiątki historyczne dotyczące regionu, w drugim pokazano urządzenia do produkcji mąki. Można prześledzić cały cykl produkcyjny od ziaren do mąki. Młyn pracował na pełnych obrotach jeszcze do roku 1999 i wszystkie urządzenia są nadal sprawne. Całe muzeum było bardzo ciekawe.

Skansen w Naćmierzu Zwiedzamy muzeum w Starym Młynie

 

Potem część osób pojechała do Darłowa, część wróciła do Jarosławca, były jeszcze ostatnie spacery, ostatnie przegalopowanie po sklepikach, bo a nuż coś ciekawego się jeszcze wypatrzy. Kupowaliśmy wędzoną rybę do domu i dodatkowe suweniry, bo jeszcze o kimś do obdarowania się zapomniało.

Ostatnie spacery Do widzenia

 

Ale przede wszystkim było pakowanie. Zakończyliśmy wspaniałą zabawę i w niedzielę po śniadaniu ruszyliśmy do domu.
Myślę że już będziemy planować kolejny wyjazd do Jarosławca.

 

Tekst: Ewa Formicka 
Zdjęcia: uczestnicy rajdobozu