Archiwum kategorii: 2007

Wigilia 2007

 

Wigilia Klubowa   2007

Klub Seniora na Biskupinie
14 – XII – 2007

 

W 2007 roku wigilie klubowa świętowaliśmy na Biskupinie w Klubie Seniora. Wnętrze maleńkie pomieściło zaledwie kilkanaście osób, ale nastrój był rodzinny, prawie świąteczny.  Jak zwykle na wigilii pokazali się nasi członkowie rzadko widywani na spędach balach i innych imprezach. Byli więc Prezesostwo Lorenzowie, Szmyrkowie, Grześ Zyndwalewicz, Mariola Pobłocka. Stawiło się oczywiście stałe towarzystwo starokońskie, które nie opuszcza żadnej sposobności do wspólnych spotkań.  

Dzieliliśmy się opłatkiem, zajadaliśmy wigilijne specjały tamtejszej kuchni, śpiewaliśmy kolędy, rozmawialiśmy o tym i owym. Był Święty Mikołaj z drobnymi prezentami. O godzinie 22 trzeba było opuścić lokal, który o tej porze bezwzględnie zamykano. Żegnaliśmy się życząc sobie zdrowych i wesołych Świąt, a na nadchodzący Nowy Rok wielu spotkań w starokońskim gronie, wszak w 2008 roku czekać nas będą bale, spędy, rajdy, rajdobóz, a jesienią obóz w Mikołajkach. Trzeba zbierać siły na to wszystko.  

wigilijny nastrój Przy stole ze świecami – dwie panie – trzej panowie

IV Rajdobóz – Rakowo 2007

Konie, kajaki, rowery. Byliśmy w tym
Rakowie tyle razy a chciałoby się jeszcze…
Autorka z ogirem
 

 

IV RAJDOBÓZ STARYCH KONI
RAKOWO 2007

Ewa Formicka

 

 

W tym roku w Rakowie spotkaliśmy  się w dniach 25.08. – 2.09.2007.r. Jak zwykle dniem przyjazdu  była sobota, a dotarły na rajdobóz  następujące Stare Konie: Olo z Hanią, Jola i Gero,  Staszka z Wołodią, Iwona, Zgaga, Formisia z Jurkiem, Maciek, Jadwiga z Walterem, siostra Formisi Grażyna, szeryfostwo Krzyś z Grażynką i na 4 dni prosto z Mazur medialny Jurek i Kachu.

 

Silna grupa - uczestnicy IV Rajdobozu 

 

Ponieważ grupa była mniej liczna niż w poprzednim roku, nie było żadnego zamieszania z pokojami. A Groźny Wojtek na wstępie zakomunikował, że po przeczytaniu zeszłorocznej kronik i- z której dowiedział się jaki był „okropny” – zapewnia, że wszystko nam wolno. Oczywiście nie wzięliśmy tego dosłownie (i słusznie), ale generalnie było dobrze.

Pobyt w Rakowie upłynął w dość kiepskiej pogodzie, ale przy wspaniałej pogodzie ducha uczestników. Bawiliśmy się świetnie, a aura nie była w stanie zepsuć ogólnej wesołości i wielkiego jak zawsze apetytu na pomysły   i doznania. Już dawno przekonaliśmy się, że w Rakowie nie ma szans na leniwy urlop z leżeniem brzuchami do góry, więc od pierwszego dnia zaakceptowaliśmy  bogaty program i dryl  obozowy zaproponowany przez Krzysia i nikt się nie obijał.

 Przed pierwszą jazdą

 

Przede wszystkim były jazdy konne. Codziennie po śniadaniu dwie grupy wyruszały do stajni, gdzie czekały osiodłane wierzchowce, zupełnie niezależnie od pogody. Obie grupy jeździły jednocześnie i niezależnie od siebie, grupa 3-godzinna pod  wodzą szefa stajni  Romana i grupa godzinna prowadzona przez Formisię lub instruktorkę Anię. Koniki mieliśmy te same co zawsze, z  pewnymi drobnymi zmianami. Doszedł Ogier, dzierżawiony przez Romana ze Stada Ogierów w Białym  Borze,  oraz Szaman. Nie dostaliśmy kontuzjowanej Volty, natomiast były znane nam: Rokus, Resko, Oskar, Okazja, Debet, Zorro, Alabama, Mandaryna, Baron.  

 Również las był ten sam, wspaniały, przepastny, pełen sosnowych, miękkich duktów, aż proszących się o galopy bez końca, co obie grupy skrzętnie czyniły.

 Piękne tereny wokół

 

Także pełen  wrzosowych kobierców, zagubionych w gęstwinie jeziorek i oczek wodnych, czasem zarastających,  czasem wielkich akwenów. Nie zapomniane były galopy wodami Komorza, w  rozbryzgujących  fontannach wody, ku uciesze przygodnych turystów.

 Grupa rowerowa

 

Ci, którzy nie jeździli konno, natychmiast po śniadaniu „siodłali” rowery i wypuszczali się na    dalekie eskapady. A nawiedzeni grzybiarze buszowali po kniejach w poszukiwaniu podgrzybków, że o prawdziwkach nie wspomnieć. Jednym i drugim także pogoda nie przeszkadzała i wszyscy mieli mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Nadmienić należy, że w tym roku i o tej porze grzyby coś nie obrodziły, ale uparci grzybiarze potrafili wyśledzić najbardziej samotne i zakamuflowane egzemplarze i na wigilijne uszka grzybów nasuszyli.  Niektórzy to się nawet na tym „bezrybiu” potykali o dorodne kozaki.

Po tym zagajeniu wypadałoby przedstawić – ku pamięci – program bardziej szczegółowy.

W niedzielę po jazdach konnych dwóch grup, po wyprawie rowerowej i grzybowej,  odbył się  spływ kajakowy. Pogoda była nie za bardzo zachęcająca i wiał dość silny wiatr. Na jeziorze Komorze, skąd startowali,  była nawet spora fala. Jednak należało wykorzystać  taką pogodę, na wypadek gdyby już nie było lepszej.  Pan Wojtek przewiózł więc 6 kajaków na znaną plażę nad Komorzem, zaokrętowało się na nie 12  śmiałków i po krótkim zgraniu się dwójek popruli z falami  w dal.   Popłynęli: Jola z Gerem, Staszka w Wołodią, jedna Grażynka z Krzysiem, druga Grażynka z Jurkiem, Hania z Iwoną i Media z Kachem.  Ze wzburzonego Komorza słynną i budzącą wiele emocji rurą  wpłynęli na jezioro Rakowo, następnie pod mostkiem dostali się na krótką i wąską rzeczułkę wśród bujnej roślinności, by wkrótce wpłynąć na jezioro Lubickie Małe i z niego na Lubickie Wielkie. Na Lubicku Małym było sporo błądzenia, gdyż odnalezienie przesmyku na następne jezioro wymagało śledztwa albo dobrego niucha.  Po 3 godzinach dobili szczęśliwie na plażę w Łubowie, niektórzy mocno przemoczeni i z siniakami na plecach. Bo nowicjuszom nikt nie powiedział, że pod plecy należy podłożyć coś miękkiego.

Ale nie było czasu na zbytnie roztkliwianie się na sobą, gdyż  chwilę po powrocie do pensjonatu był zaplanowany tradycyjny mecz siatkówki, rozgrywany pomiędzy Starymi Końmi a stajnią. Relacja z meczu jest krótka: nasi byli lepsi, ale wygrała stajnia.  To też tradycyjnie.

Tradycyjny mecz siatkówki 

A wieczorem zapłonęło ognisko, zaskwierczały kiełbachy i kaszanki i stawiliśmy się gremialnie do kolejnej wyżerki, zakrapiając suto  piwem i czym kto miał. Molestowaliśmy Krzysia żeby odkurzył gitarę, ale  oświadczył, że pękła struna i ze śpiewów nic nie wyszło. Czy  była to prawda, czy wymówka  trudno dociec i  wieczór minął na obżeraniu się i długich Polaków rozmowach.

W poniedziałek Media stwierdziły, że koniec obijania, czas odpalić kamerę.  Rano pojechał ze swoim sprzętem do stajni i nakręcał całe przedpołudnie. Nakręcił prawie całą jazdę konną, najpierw buszując po stajni i podwórzu w czasie dosiadania koni, potem przemieszczając się za konnymi samochodem i łapiąc ich w różnych miejscach. Nie podniecaliśmy się tym zbytnio, wiedząc, że i tak za  żywota filmu nie zobaczymy. Także tradycyjnie.

Koło 13.00 wyjechaliśmy samochodami do Bornego Sulinowa, gdzie mieliśmy umówionego przewodnika, znanego nam z poprzednich kontaktów. Miejscowość zwana przed wojną Gross Born była siedzibą wojsk niemieckich, a w okolicznych, nieistniejących miejscowościach znajdowały się w czasie wojny liczne obozy jenieckie, np w Kłominie. Pozostały cmentarze i mogiły w lesie. Po wojnie teren ten zajęły wojska radzieckie,  zakładając wkoło olbrzymie poligony. Zdezelowanym wehikułem zostaliśmy obwiezieni po Bornem, zahaczając o wille Guderiana,  kasyno oficerskie, kościół   w starym kinie, okoliczne  cmentarze i bardzo smutne Kłomio.  W Kominie żyło kiedyś 60 000 ludzi, w czasie wojny jeszcze ciągle 4 000, obecnie wśród upiornych ruin i opustoszałych domów żyją 3 – 4 rodziny. Miejsce jest tak absolutnie smutne i księżycowe, atmosfera wycieczki zrobiła się tak gęsta, że wymusiliśmy na przewodniku, aby nas w końcu zawiózł na  wrzosowiska, które uznaliśmy wcześniej za cel wycieczki. Nie było to łatwe, znamy już tego przewodnika z poprzednich lat i wiemy, że musi pokazać to co musi.  Co uważa, że musi. Jest wielkim pasjonatem militariów i tego terenu, do tego wielkim gadułą. Opowiada barwnie i wszystko jest bardzo ciekawe – jednak  w pewnym momencie nasze możliwości przyswojenia skończyły się. Do tego w zdezelowanym wehikule bez drzwi zrobiło się bardzo zimno. Więc z wielką przyjemnością wjechaliśmy w lasy pełne  fioletowych kobierców.

 Przed willą Guderiana

Przez bezkresne wrzosowiska
Media na dachu (Świata?)

 

Wrzosy Kłomińskie, które porosły na byłych poligonach,  miały szanse zostać jednym z największych  wrzosowisk w Europie. Aby tak się stało, należało teren sukcesywnie oczyszczać z  zarastającej brzozy i sosny, na co potrzebne są  duże pieniądze z Uni i o co władze samorządowe ponoć walczyły.  Jednak to co zobaczyliśmy nie napawało optymizmem, wrzosowisko zarasta, stan jego jest znacznie gorszy niż  ostatnio. Nie udało się uzyskać informacji  jak się ma założony tu rezerwat, po którym nie było już żadnej tabliczki.

Weszliśmy na wyżej położony punkt widokowy i syciliśmy oczy widokiem mimo wszystko wspaniałej przyrody, ciągnącej się z każdej strony aż  po horyzont.  Co niektórzy weszli nawet na dach wiaty turystycznej, żeby widzieć więcej i dalej. A dalej było to samo –  bezkres wrzosów i zarastającego  niestety  lasu, aż dech zapierało.

Z wrzosowisk pognaliśmy głodni do „Śniegórki” na obiad, będąc już myślami na  zapowiedzianej na wieczór bal-andze. Bo wieczorem odbyła się najprawdziwsza bal-anga. Każdy przywdział strój organizacyjny i zeszliśmy się wieczorem w  jadalni,   pełni nie spożytych sił do kolejnego punktu programu, czyli tańców. Muzyka tym razem była mechaniczna, ale bardzo dobra.  Krzyś co roku sprowadzał żywy zespól, ale koszty takiego przedsięwzięcia były zawsze wysokie, więc w tym roku uruchomił  sprzęt elektroniczny. Na wcześniejsze podpytywania czy będzie jakiś żywy zespół odpowiadał wymijająco. Ale jako że Starym Koniom każdy rodzaj muzyki odpowiada, więc po chwili towarzystwo ruszyło w tany. Nikt się nie obijał, tany były najwyższego lotu. Naskakaliśmy się, upociliśmy…. a tu niespodzianka. 

Na estradę wbiegł z gitarą nieznany nikomu  beat-man, w długim białym płaszczu,  z gołym torsem obwieszonym koralami,  na bosaka, ale z piracką chusteczką na głowie. Wyglądał imponująco. Dowiedzieliśmy się, że to jednoosobowy zespół rockowy o wdzięcznej nazwie PP3W  (pitu pitu 3-do wieku). Pozdrowił towarzystwo okrzykiem „zdrastwujtie dorogije kawboje, zasiadł na krzesełku i przytupując bosą stopą pociągnął bluesa do akompaniamentu mechanicznej grajki. Wśród gromkiego śmiechu wysłuchaliśmy najpierw części koncertu na stojąco, a potem  kontynuowaliśmy tańce. Aplauz był wielki, dziewczyny tak się nakręciły, że rwały włosy z głów. Ubawiliśmy się setnie. Beat-manem był oczywiście niespożyty „wymyślacz” atrakcji – szeryf Krzysiu.

Bal-Anga rozkręca się na dobre    

Już się rozkręciła

 

Oszołomienie - PP3W

 

Gdy towarzystwo natańczyło  się do woli, zmieniło lokal przechodząc koło północy do małego domku. Tam siedząc przy okrągłym stole i chrupiąc chipsy,  opowiadaliśmy  kawały, śmiejąc się do rozpuku.  

 Finał balangi w małym domku

 

We wtorek nie było żadnej taryfy ulgowej, osiodłane konie w stajni czekały. Po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy na jazdę. Grupa 3-godzinna zrobiła wypad na piwo do knajpy w Czarnem, grupa godzinna miała swoją sesję fotograficzną  w jeziorze, kłusując po wodzie i bardzo artystycznie rozbryzgując toń wodną w malownicze fontanny.

 Rzucili się przez (Ko)morze!

 

Po jeździe za dużo wolnego czasu nie było, gdyż koło 13.00 czekał wyczarterowany stateczek na przystani w Czaplinku, więc trzeba się było sprężać. Przebraliśmy się i biegiem do Czaplinka. Na przystani stała maleńka łupinka o szumnej nazwie „Europa”. Zimno było jak licho, toń jeziora kołysała się z lekka. Dzielnie zaokrętowaliśmy się na „Europie” i popłynęliśmy w dal błękitną. A dal błękitna była fantastyczna, pan kapitan obwoził nas po zatoczkach jeziora Drawsko, aby ostatecznie dopłynąć do wyspy kormoranów i pokazać kormorany całkiem z bliska. Były ich tam całe chmary, a drzewa już dawno straciły korę i liście. Ptaki  mimo całej  klęski ekologicznej którą spowodowały na wyspie były piękne i dostojne. Stateczek nie przeszkadzał im w niczym. Gdy w końcu nacieszyliśmy się do woli,  popłynęliśmy do Starego Drawska na rybę, bo głód już mocno doskwierał.

W znanej nam smażalni najedliśmy się pysznej sielawy, ryby bardzo egzotycznej. Żyje ona w jeziorach głębokich i czystych, w Polsce tylko gdzie niegdzie na Mazurach i właśnie w jeziorze Drawskim. Nawiasem mówiąc jest to  największe  jezioro na Pojezierzu Drawskim i II co do głębokości w Polsce (po Hańczy).

Po napchaniu brzuchów ruszyliśmy truchtem na przystań, gdzie czekała  „Europa”, czarterowana na godziny.  Zrobiło się słonecznie, więc wylegliśmy z kajuty na „górny pokład”. Skąd  podczas godzinnego rejsu do Czaplinka cieszyliśmy oczy  widokiem połyskującego jeziora, pełnego białych żagielków i mew kołyszących się na falach.  

 

Płynimy po jezirze Drawskim 
Wyspa kormoranów

... i jej mieszkańcy

 

Wieczorem spotkaliśmy się w sali konferencyjnej, gdyż Jurek medialny został zgwałcony do pokazania nam tej części filmu, który nakręcił w Rakowie do tej pory. Był to ewenement, gdyż nasz drogi kolega filmowiec nigdy nie pokazuje nie skończonego dzieła. Jednak tym razem   dokonaliśmy gwałtu na żywym organizmie. Film był rzeczywiście nie poskładany, bez dźwięku, wiele scen do  wycięcia.  Jednak to co zobaczyliśmy było  fantastyczne i  tak nas ubawiło, że zapanował jeden wielki, nieposkromiony śmiech. Rżeliśmy tak potwornie, że niektórzy o mało się nie udławili. Była tam genialna etiuda o psie, piękny kawałek o Mandarynie (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi), świetny kawałek o jedzeniu chrupków  i wiele innych śmiesznych momentów. Z seansu każdy wychodził z obolałą przeponą. Jurek nie mógł się nażałować, że nie miał koło siebie kamery i nie nakręcał naszej reakcji. Byłby  to ponoć świetny podkład do jego filmu – gdy go kiedyś poskłada. Tak to Media zostały ukarane za to, że latami każe czekać na swoje dzieła, a my żyjemy tu i teraz.

 Zmagania Grażynki z Mandaryną

Piesek stajenny - bohater filmu Tabora

 

W środę po śniadaniu były oczywiście konie, a dla pozostałych grzyby, rowery i kąpiele. Bo trzeba tu wspomnieć, że mimo zimna byli tacy, którym aura nie przeszkadzała w kąpielach w jeziorze. Urlop nad wodą to urlop nad woda, co z tego że temperatura nie sprzyja, urlop jest w roku jeden. Tego dnia nawet wyszło słońce i trochę opalaliśmy się na fotelikach pod domem.  

 Sielska scenka

Żaglówka na jeziorze Drawskim (samotny biały żagiel)

 

Zadymiło się nieco z suszeniem  grzybów, Groźny Wojtek  podsumował grzybiarki suszące grzyby w garażu i  zrobiło się niesympatycznie. Ale na chwilę.

W południe część ludzi pojechała na zakupy do Czaplinka, niektórzy skoczyli  znowu na rybę do Starego Drawska, taka była pyszna.

Wieczorem w sali konferencyjnej Zgaga pokazywała zdjęcia z rajdu.

A w małym domku tego wieczora, jak i poprzednich, rozpaliliśmy w kominku, gdyż  wieczory były bardzo zimne. Atmosfera zrobiła się sielankowa, popijaliśmy rozmaite trunki. Naszło się sporo ludzi Jak wiadomo pomieszane trunki i ciepło bijące od ognia powodują określone skutki.  Zaczęły się śpiewy i ogólnie wielka wesołość.  Komuś nawet pion się skrzywił i pilnie musiał ten pion prostować w lesie o drzewo. A że była północ, wiec zrobiło się trochę zamieszania. Pion został naprostowany i w końcu wszyscy poszli spać.

Aby w czwartek znowu móc dosiąść rumaki i pogalopować w pachnący las. W tym dniu uparci grzybiarze także znaleźli parę grzybów, ktoś znowu o mało się nie wywalił  zawadzając o dorodnego kozaka. Znalezione dary lasu wymagały  dalszych pertraktacji z Groźnym w kwestii ich suszenia, ale jakoś wszyscy doszli do porozumienia.
W pachnącym lesie

Ruraaaa ! 

Krzyś znowu zarządził spływ kajakowy, jednak chętnych było tylko 6 osób, więc obstalowano 3 kajaki. W czasie dnia wypogodziło się, więc spływ był przyjemny i nikt nie zmarzł ani nie zmókł. Popłynęli najpierw rurą i  „starą” trasą, by na Lubicku Małym  wziąć kurs na Strzeszyn. Przepłynęli  jeziorami Brody, Strzeszyn, Kocie  do jeziora Pile, gdzie czekał Groźny Wojtek i zabrał kajaki i ludzi samochodem do pensjonatu.

Po obiedzie znowu mieliśmy nie lada niespodziankę. Okazało się, że Jadwiga i Walter obchodzą okrągłą rocznicę ślubu i na tą okoliczność przygotowali wspaniały tort., zamówiony  specjalnie w Szczecinku. Zaprosili  wszystkich na tort, kawę i szampana po wieczornym obiedzie, nie uprzedzając wcześniej, więc niespodzianka była  najprawdziwsza. Ktoś tam jednak wyczaił sprawę, więc znalazł się  prezent, no bo jaki  to byłby jubileusz bez prezentu. A w ramach prezentu dostali, oprócz kolejnego szampana, gustowne majtki na dalszą drogę życia,  adekwatne do jubileuszu: Jadwiga  czarne springi  z  frędzlami, a Walter  czarny  błyszczący  mieszek na jajka. Na pudełku były odpowiednie napisy: cow girl  i cow boy.  Zostali poproszeni o zademonstrowanie i przymierzenie prezentu, co z wielką gracją uczynili. Potem już tylko było obżeranie się tortem, który okazał się  wyśmienity i znikł w oka mgnieniu. Jakiś czas posiedzieliśmy przy stole,  miło gawędząc  o tym i owym.  Jubilaci zostali obfotografowani we wszelkich możliwych pozach i sytuacjach.

 Jubilaci demonstrują otrzymane prezenty

Zdrowie zacnych Jubilatów

 

Wieczorem oglądaliśmy Joli slajdy z Mongolii z ciekawym komentarzem, a w małym domku znowu płonął ogień na kominku i kto chciał, to przychodził się ogrzać i pogadać.

Piątek był wielkim dniem.  Pogoda była byle jaka, pochmurno i lekko dżdżysto, ale nie mogło to zmienić biegu zdarzeń.  Był to dzień Wielkiego Wyścigu, czyli tradycyjne już (II raz) Derby.  Rozegrane zostały na łące pod Strzeszynem,  a totalizatora poprowadził Olo.  Olo był także sędzią,  a wcześniej zbierał  zapisy do wyścigu. Niestety chętnych nie było za wielu, do piątku rano lista wyglądała następująco: Włodek na Alabamie, Maciej na Rokusie,  Krzysiu na Okazji i przymuszona Formisia na ogierze. Ponieważ jednak  ogier był nowym nabytkiem w stajni i nie został przetestowany  w ściganiu się (a i bez tego  był mocno do przodu),  nie dało się przewidzieć co wywinie. Ostatecznie zrezygnowano z jego usług, a  Formisia pojechała na Resko. Poza wymienioną czwórką do wyścigu stanęły  dziewczyny ze stajni Ania i Grażynka, szef Roman i zaprzyjaźniona ze stajnią  Aurelia na  koniu własnym.

Do miejsca wyścigu część ludzi pojechała konno, 1,5 godziny w jedną stronę, pozostali samochodami. Linią startu był las na horyzoncie, a metą umowna  i wirtualna linia w rejonie ogniska. Najbardziej obstawiane konie to Okazja i Resko. Stawką podstawową było 2 zł, a postawiona forsa łącznie w kwocie 46 zł miała być wypłacona w 1/3 właścicielowi konia, w 1/3 dżokejowi, a  1/3 przeznaczona na piwo. Łąka przeznaczona pod  wyścig była delikatnie mówiąc mało równa i dziurawa, a na trasie  biegu koni wyrósł od ubiegłego roku młodnik sosenek, które należało jakoś pokonać lub ominąć w dowolny sposób. Ale co tam,  raz kozie śmierć. Na sygnał Romana konie poszłyyy… i wyścig się zaczął. Konie  darły ile pary w płucach, po dziurach fruwały. Jakoś udało się nie wpaść w żadną  i dojechać do mety w całości, chociaż jednego z dżokejów koń  ewidentnie poniósł. Po przejechaniu wirtualnej mety należało skręcić w prawo, aby jakoś wyhamować. Wtedy Maciej glebnął aż ziemia zadudniła i – choć trudno to pojąć – była to pierwsza i jedyna gleba na rajdobozie. Dla przypomnienia, w zeszłym roku ludziki spadały  prawie każdego dnia. Albo jesteśmy z wiekiem tacy świetni, albo koniki, także z wiekiem,  takie usłuchane. Tak czy owak Maciej się pozbierał i stanął na równe nogi, a przy okazji się dowiedział, że zajął zaszczytną III lokatę. II był Krzyś na Okazji, a I miejsce zdobyła Grażynka ze stajni na Debecie. W nagrodę dostała gustowne, miniaturowe ogłowie i  mnóstwo gratulacji, a sesja fotograficzna nie miała końca.

 

WIELKIE DERBY - start

WIELKIE DERBY - na finiszu
WIELKIE DERBY - hamowanie za metą

WIELKIE DERBY - rozdanie nagród 

Po skończonym wyścigu i powiązaniu koni do drzew przeszliśmy do następnego punktu programu, którym była wyżerka przy ognisku. Kiełbachy  już doszły, a na przygotowanych stołach pachniały  michy surówek. Wszelakich trunków też było w bród, więc rzuciliśmy się do spożywania i zakrapiania, bo jak wiadomo na powietrzu jeść się chce.  Ognisko płonęło, zagrycha smakowała, atmosfera była luźna i sympatyczna. Trunki znikały i znowu komuś pion się skrzywił, tym razem  dość mocno. Krzyś nastroił gitarę i udało się trochę pośpiewać. Siedzieliśmy tam aż do momentu, gdy Roman dał hasło do odwrotu, aby zdążyć do stajni przed zmierzchem, nie mówiąc o zbliżającym się deszczu.

Zwycięzca derbów rozpakowują trofeum
Po derbach obowiązkowy piknik

 

W sobotę po jeździe konnej Stare Konie wybrały się do pobliskiego Łubowa na dożynki, gdzie pojedli chleba ze smalcem i innych smakołyków, co było drobną zakąską przed Wielką Kolacją.

Na dożynkach w Łubowie

 

Bo wieczorem szef Wojtek zasponsorował wykwintną  kolację, którą wszystkich zaskoczył. Już wcześniej Krzyś się odgrażał, że to ostatni rajdobóz w Rakowie, więc była to kolacja pożegnalna. Na stół wjechał, oprócz wielu innych zakąsek,  fantastycznie przyrządzony indyk, a szefostwo  zasiadło do stołu razem  z wszystkimi.  Jedli, pili, miło gawędzili. Krzyś dostał w podzięce pięknego, metalowego rumaka z wygrawerowaną tabliczką, w podzięce za trud organizacyjny przy  czterech dotychczasowych  rajdobozach.   Zrobiło się rzewnie, a Groźny Wojtek wyartykułował przeświadczenie, że prędzej czy później do niego wrócimy. Prognozował, że za dwa lata. Ale może w przyszłym roku?  Niektórzy tak twierdzą.

 

A na pożegnanie był indyk!

 

Foto: Formisia
Zdjęcia e-redakcja podpisała na własną odpowiedzialność.

VI Rajd Huculski 2007

 

Rajd to jest poezja, kiedy się wyrusza 
i zabiera konia na huculski szlak….

z piosenki rajdowej, 1976 (prawie)

Formisia
Autorka

 



   

VI JUBILEUSZOWY RAJD AKJ WROCŁAW PO PRZEJ¦CIACH
   BESKID NISKI15-24.06.2007 r.

Ewa Formicka

Jubileuszowy VI Rajd odbył się w tym roku w dniach 15 – 24 czerwca, oczywiście w Beskidzie Niskim, z bazą w Odrzechowej. Organizatorem był jak zwykle Zakład Doświadczalny Instytutu Zootechniki pod szefostwem Marysi i Włodka Brejtów, rajd poprowadził Marek, a wozami powozili Waldek  i Staszek. Staszek po raz 6-ty, a Waldek i. Marek byli  z nami  po raz 3-ci.

Zjechali kowboje w osobach: Heniu – szeryf, Renia i Andrzej, Staszka i Włodek, Ewa Formisia, medialny Jurek – po raz 6-ty, Ania Zgaga po raz 5-ty, Marycha, Hania Warszawianka po raz 4-ty, Jola, Majka, Dorota po raz 3-ci, Andrzejek – po raz 2-gi, Ewa  Gdańszczanka , pieprzony Sławek – po raz 1-szy.

Sławek zyskał tę ksywę dlatego, że na każdy posiłek zjawiał się z  torebeczką pieprzu, jako że wszelakie strawy bez pieprzu  były przez niego nieprzyswajalne. Wszelkie inne analogie związane z tym pseudonimem są bezpodstawne.

Nawiasem mówiąc, po jakimś czasie dla wielu innych kowboi przełknięcie czegokolwiek bez pieprzu wydawało się bardzo trudne – ale to dygresja.

Czekały na nas znajome konie: Polana, Wetlina, Platyna, Pszczelina Pi-Pi, Oriel, oraz nowe: Werwa i Lutnia. salonkę ciągnęły Matylda i nowa Etna, a helkę Malwa i Wojtek.

Wszyscy byliśmy zakwaterowani w Odrzechowej, a karmiła nas, jak zwykle za obficie, Grażynka.

Dzielni Westmani

Nie mniej dzielne Amazonki

Nieustraszone rumaki

W sobotę starym obyczajem, dla rozruszania kości i okiełznania szoku tlenowego, odbyła się wyprawa do Rudawki Rymanowskiej na piwo. Rajd zaczął się „jak należy”,  gdyż w trakcie forsowania Wisłoka 3 konie położyły się w wodzie, a Ewcia Gdańszczanka rozstała się nawet ze swoim wierzchowcem, co jednogłośnie uznano za upadek –  na wszelki wypadek, gdyby nie było innych.  Ale były. Sarna wyskakując spod kopyt spowodowała prawdziwą „glebę”, a zdarzyło się to Majce.  Tym sposobem najważniejszy rajdowy rytuał został odfajkowany.

Sobotni wieczór upłynął na długich Polaków rozmowach. Pierwszy raz od początku ery rajdowania nie było gitary, co podwójnie zadziwiało: po pierwsze, że coś takiego mogło się zdarzyć, a po drugie, że z tym można żyć (na rajdzie). Sącząc leniwie trunki stwierdziliśmy, że śpiewanie to jeden wielki kłopot: a to nie ma latarki, a to nie ma okularów, a to trudno się zestroić, z gitarą i resztą bandy, a to nie umiemy wszystkich zwrotek. Na drugi dzień zdarte gardła wymagają zwiększonego płukania. Bez gitary te wszystkie problemy po prostu nie istnieją i można zwyczajnie pogadać. Więc ustalono wystosować list gratulacyjny do minister F., że odwołała Wuja i nie musimy śpiewać

            (Wojtek, to oczywiście żarty, codziennie Ciebie brakowało, nie rób więcej takich numerów).

           Polany Surowiczne - mustangi i bizony

Plany Surowiczne - wozy

Polany Surowicne "Hilton"

           Niedziela to wyprawa na Polany Surowicze, a trasą była znana, nieprzebyta dżungla, którąw zeszłym roku wracaliśmy. To wielkie przeżycie, a sforsowanie góry  Polańskiej i widoki z niej osładzają wszelkie niedole i stresy.

            Na miejscu zastaliśmy nowiutki barak, na zgliszczach spalonego 2 lata temu starego. Jeszcze pachniał świeżością, a ostatnie  stuki-puki młotkiem miały miejsce dzień wcześniej. Barak został wykonany w stylu poprzedniego, tyle tylko, że zyskał kilka małoosobowych kajut spalnych, zamiast dwóch dużych, wspólnych sal, jak to było dawniej.  Poza tym wszystko inne na Polanach było przyjemnie swojskie –   długowłosy Zbyszek z psem Cyganem, grasujące po horyzont bizony, gołąbki Grażynki, młode ogierki hasające beztrosko dookoła,  szybujący nad głowami ten sam (na pewno) orlik krzykliwy. Co prawda Zbyszek twierdził, że to orzeł, ale interpretacja jest dowolna. Żmije zeszły tego roku niżej, bo Staszka doznała spotkania III stopnia nad strumieniem, a nie w wysoko rosnących poziomkach, ale i pod tym względem było swojsko, co to by były za Polany bez żmij. I tym razem nikt od nich nie ucierpiał.  

            Wieczorem pośpiewaliśmy na ile się dało, przerabiając śpiewnik po kolei. Poleciała głęboka komuna, harcerstwo, kabaret Starszych Panów i kowbojada. Ale nie obeszło się też bez wykładu szeryfa na tematy zootechniczne, bo różnokolorowe bizoństwo  pętające się dookoła zainicjowało dyskusję o rasach bydła. Wdzięczące się stworzenia po prostu same się prosiły, żeby o nich poplotkować. A potem już tylko jeden krok był do dyskusji o pasach cnoty, ich rodzajach, sposobach używania i tym podobnych dyrdymałakch.

           

Uroczyste otwarcie "hotelu Hilton" - dajemy Zbyszkowi prezenty
Pyszne śnaidanie (z przodu)

            .... i z tyłu

Przed sidłaniem

Wyruszamu na szlak

           Na poniedziałek zapowiedziano śniadanie eleganckie, bo czekała nas pewna ważna uroczystość. Jak zwykle atrakcje wymyśliła rajdowa „wymyśaczka”  Renia przy współudziale „wymyślaczki” Zgagi. Nakryły stół przywiezionymi obrusami i polnymi  kwiatami, znalazło się wino, a wszyscy jak jeden mąż wynurzyli się ze swoich kanciap  w strojach bardzo organizacyjnych. Dziewczyny w białych gorsetach, falbankach i krynolinach, a także nowych kapeluszach, zakupionych przez Zgagę. Chłopcy w obowiązkowych już long-johnach.  Po napełnieniu brzuchów odbyło się uroczyste przemówienie szeryfa na okoliczność otwarcia nowego Hiltona, przecięcie wstęgi i wręczenie Zbyszkowi niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania obiektu akcesoriów. Była to piękna naftowa lampa z kompletem świeczek, zapas kolorowego, pachnącego papieru toaletowego w kwiatki, karty w metalowym pudełku na długie wieczory, termometr, oraz obraz na ścianę. Obrazem były nasze zdjęcia z różnych czasów w gustownej ramce, z podpisami całej grupy. Było przy tym kupę śmiechu, a że nie śpieszyło się nam specjalnie, więc spędziliśmy fajne przedpołudnie na Polanach Surowiczych, przy pięknej pogodzie i w świetnych nastrojach.

            W końcu jednak dosiedliśmy nasze rumaki  i ruszyliśmy w trasę. Celem był Lipowiec, łącznie 4 godziny jazdy. Zmiana jeĽdĽców oczywiście w barze w Posadzie Jaśliskiej na piwie. Jazda przez słynny Biskupi Łan to zawsze wielka przyjemność, jednak w tym roku ze zgrozą ujrzeliśmy większość tego obszaru w stanie zaorania. Różne wersje na ten temat usłyszeliśmy, a to UNIA coś zamieszała, a to był to jedyny sposób na wypłoszenie moto-crossowców. Ale co tam, fakt był taki, że bezkres kwiatów i rutynowy teren do galopów przestał istnieć Na szczęście coś tam jeszcze z łąk zostało, więc galop się ostatecznie odbył. Bez tego wyprawa do Posady była trudna do wyobrażenia.

Także bez piwa w barku „Kufelek”. Tak więc obrzędy się odbyły i ruszyliśmy dalej, W tym roku wszędzie na trasie było znacznie mniej kwiatów niż w innych latach. Wiosna była wcześniejsza i w porze rajdu zastaliśmy w Beskidzie Niskim póĽniejszy okres wegetacji, a co za tym idzie wysokie, kłoszące się trawy. Toteż z wielką przyjemnością namierzyliśmy w II grupie ¶cieżkę „storczykową” , ciągnącą się kawał  drogi, a także łany przytulii.  II grupa także „dostąpiła” galopu, a pod koniec trasy do Lipowca Majka glebnęła  po raz drugi, gdyż jej koń wpadł w dziurę. Teraz to już na pewno mogliśmy spać spokojnie, wszelkie możliwe normy w tym temacie zostały osiągnięte.

Jakiś czas przed Lipowcem Jurek zgubił kapelusz. Wrócił potem na pieszo poszukać zguby, ale efekty były mizerne. Pod przydrożną kapliczka wniósł prośby do Św. Antoniego o pomoc w znalezieniu bardzo cennego rajdowego ekwipunku i zaraz po konferencji ze Świętym kapelusz znalazł.  

W Lipowcu było trochę zamieszania z pokojami, gdyż liczyliśmy na same „dwójki”, jak to ostatnio bywało, a tu zastaliśmy pewne zmiany w konstrukcji budynku, który był po remoncie. Ale wkońcu każdy znalazł łóżko i pognaliśmy na obiad.  Najedliśmy się ponad wszelką miarę i poszliśmy  na pokoje  tyć. Staszka wymyśliła podwieczorek w postaci grzańca, więc jak już trochę przytyliśmy polegując i trawiąc, spotkaliśmy się na tarasie przy wielkim garze pełnym grzanego wina z przyprawami i raczyliśmy się nim do woli. Wino zostało zakupione za pieniądze znalezione, na pewno i tym razem Św. Antoni maczał w tym palce. Czas leniwie płynął do kolacji, zajadaliśmy zakupione przez Zgagę ciasteczka i tyliśmy dalej. Po południu lało jak z cebra, ale w końcu deszcz ustał, zrobiło się całkiem przyjemnie i sporo osób wyruszyło w stronę granicy spalić trochę tych nieszczęsnych kalorii. Gdy zmierzch zapadł, z przydrożnych krzaków wyleciały roje robaczków świętojańskich i towarzyszyły nam całą drogę powrotną. Były ich setki. Niektóre dały się złapać i jakiś czas siedziały   na wyciągniętej czyjejś dłoni  jak małe latarenki.

Z przejedzenia odgrażaliśmy się, że nie ruszymy kolacji, że po prostu się nie da. Gdy jednak zasiedliśmy do stołu, wszystko co szefowa podała zostało spałaszowane w oka mgnieniu. Po prostu się nie da. Potem siedzieliśmy w wielkim  błogostanie na tarasie  delektując się brakiem gitary i gawędząc. Tym razem tematem były nasze dzieci i wnuki, a w końcu dom spokojnej starości dla nas samych u Dorotki, co już kiedyś zostało postanowione. Teraz tylko wymyślaliśmy takie to urządzenia i udogodnienia tam zainstalujemy i jaki klucz przyjąć, żeby się w ogóle załapać na ten przybytek. Pękaliśmy ze smiechu.

Odławianie koni przed siodłaniem
Ognisko (jeszcze przed deszczem)
Hucuły w ulewnym deszczu

                  W Lipowcu mieliśmy spędzić cały następny dzień, więc nazajutrz (wtorek) była tylko wycieczka konna i powrót do Lipowca.  Już wcześniej wiedzieliśmy, że na śniadanie będzie jajecznica na rydzach, bo bez tego rajd się nie liczy. Raz tylko nie było jajecznicy na rydzach i konsekwencje stały się takie, że musieliśmy rajd powtórzyć – i tak powtarzamy do dziś. Napchaliśmy więc brzuchy jajecznicą, odłowiliśmy konie z pastwiska i ruszyliśmy w trasę. Celem były Stasianie u stóp góry Piotruś. Trasa konna wiodła przez wilgotny las jodłowo–bukowy, dziki i mało uczęszczany, pełen błotnistych, śliskich zjazdów i  miejsc podmokłych  porośniętych niezapominajkami. Pod koniec zaliczyliśmy dość ekstremalny zjazd po pionowym leśnym stoku, który następna grupa pokona później pod górę. Trasa liczyła ok. 2 godziny dla każdej grupy. Na polu biwakowym zastaliśmy Marysię – prezesową, a wraz z nią żurnalistów z Radia Rzeszów i Dziennika Polskiego, którzy polowali na naszś grupę i którym szeryf i Staszka udzielili wywiadu. Pytali kim jesteśmy, czym się zajmujemy i dlaczego Beskid Niski. Także czy świat wyglśda lepiej z końskiego grzbietu, co jest przecież oczywiste.

            W drodze powrotnej grupa wozowa zwiedziła piękną cerkiew w Daliowej, a  obie grupy wozowe zaliczyły  w swoim czasie rytuał ogołocenia  sklepu w Jaąliskach,  zaopatrując się w trunki, słodkości,  spodnie,  kredki, widokówki, mapy i tym podobne niezbędne akcesoria.

            Na obiad były m.in. rydze, a cały posiłek zakropiliśmy winem sponsorowanym przez Staszkę i Ewę. Wino do obiadu jest w Lipowcu również rytuałem, zapoczątkowanym w dawniejszych latach przez Łodzianki.

Po obiedzie był zapowiedziany wyjazd na bobry, jednak rozpętała się istna nawałnica, lało jak z cebra, przeleciała również burza. Tyliśmy więc w łóżkach do kolacji, a na kolację był oczywiście „kociołek”, bo bez tego również rajd byłby niepełnowartościowy. W trakcie ogniska deszcz spędził nas ponownie na taras, gdzie siedzieliśmy w błogostanie, gapiąc się na nasze rumaki – niczym zmokłe kury – pasące się naprzeciw. Podstawowym naszym problemem było ustalenie stron świata, co wywołało poważną polemikę i wielkie zacietrzewienie, a do boju podjudzała herbata z prądem. W końcu szeryf wydał rozkaz wymarszu na spalanie kolejnych kalorii i poszliśmy daleko w noc, pełnś nieziemskich mgieł, świetlików i wielkich ropuch tarasujścych nam drogę.

Mieniak tęczowy

Ranczo w Dołżycy

W ołzycy - błgostan

Waldi serwuje obiad

W środę ruszyliśmy do Waldiego, czyli do Dołżycy. I grupa konna ruszyła poprzez modrzewiowy bank genów na górę Kamień, pokonując błotnisty, stromy podjazd, a także liczne strumienie, które pojawiły się w lesie po ulewie. ¦cieżka graniczna ze Słowacją wiodła przestronnym lasem bukowym, a po drodze mijaliśmy liczne cmentarze wojenne z I wojny światowej, rosyjskie i austriackie. Trasę urozmaicały szpalery jeżyn, jodły, świerka, a w końcu olchy, co wróżyło powrót w niższe rejony górskie. Pojawiły się prześwity i widoki na bujne łąki, a jak łąki, to oczywiście kłus i galop. Maruś nie oszczędzał nas w tym roku, jak już był galop, to do dechy. Przewietrzyliśmy się więc trochę i wkrótce zaczął się zjazd do  Jasiela. – z przepiękną panoramą, wśród zarastających łąk i nieprawdopodobnych łanów dzikich storczyków.

            Na polu namiotowym w Jasielu spotkaliśmy się z drugą   grupą, a także dojechały kanapki i picie, bo trasa  tego dnia była długa. Każda grupa ponad 3 godziny, łącznie ok. 8 godz. Pobyt na postoju zdominował szafirowy motyl, który przypiął się do końskich czapsów leżących na ławce i za nic miał trzaski licznych aparatów fotograficznych, narkotyzując się końskim potem. Nikt z nas takiego nie widział, więc sensacja była nie mała. Potem wyczytaliśmy w przewodniku, że takie zwierzę nazywa się mieniak tęczowy, bo zmienia barwę w zależności od  kąta oświetlenia i faktycznie lubi końskie ekskrementy.

            II grupa po chwili wskoczyła w siodła i poprzez Pasikę i Kanasiówkę zdążała do Dołycy, nadal lasem bukowo-jodowym, z prześwitami na Słowację. Ostry zjazd  pod koniec trasy pokonano pieszo, prowadzśc konie w ręce.

Grupa wozowa natomiast dosiadła „lublina” i  zapijając winem poziomkowym neutralizujscym nieco smród spalin, dostała się do wozów, którym tradycyjnie nie wolno było wjechać  na teren rezerwatów. Jest to swoiste i niezrozumiałe curiosum i od I rajdu nie możemy tego rozwikłać: dlaczego wóz konny szkodzi środowisku, a samochód ciężarowy nie szkodzi. Ale tak już jest. A przemierzyliśmy tego dnia dwa rezerwaty: „Kamień nad Jaśliskami” i „Źródliska Jasionki”. Tak czy owak napojeni trunkiem poziomkowym dosiedliśmy w końcu wozy i w wesolutkim nastroju ruszyliśmy dalej, już teraz w prawdziwe Bieszczady. Po drodze zawadziliśmy oczywiście o kozie sery, a także o sklep spożywczy w Wisłoku Wielkim, który ogołociliśmy  z wszystkich win,  jakie  wchodziły w rachubę, naruszając niektóre w dalszej drodze.  

W Komańczy zaparkowaliśmy pod spaloną cerkwią i poszliśmy  popatrzeć na pogorzelisko.  O spaleniu się cerkwi co niektórzy usłyszeli z telewizji Byliśmy tu zeszłego roku i jeszcze wcześniej, zachwycaliśmy się tym 500-letnim zabytkiem słuchając opowieści popa i robiąc zdjęcia. Aż tu nagle zeszłej jesieni jak grom z jasnego nieba poszła wieść, że cerkiew spaliła się z niewiadomych przyczyn. Nic nie zdołano uratować, ani jednej ikony. Została dzwonnica nad brama i zwęglony fundament.  Widok był bardzo przygnębiaący.

U Waldiego nie było problemu z pokojami, choć moment polowanie na nie zawsze jest nerwowy. Wszyscy ulokowali się zgodnie z życzeniami  i udaliśmy się na obiad. A na obiad  Waldi nas zaskoczył, bo nie upiekł karkówki na palenisku w starej karczmie, lecz  nasmażył zwykłych kotletów. Które spałaszowaliśmy z wielką przyjemnością.

Po krótkim relaksie powychodziliśmy ze swoich kajut i obsiedliśmy drągi koło pastwiska. Było piękne, letnie popołudnie, długie cienie na trawie, parskające konie, cisza i spokój. Nic nie było do roboty. Ktoś z błogością powiedział: „ale nuda” i motyw ten zdominował naszą sjestę. Wszystko było takie fantastycznie nudne. Ileż to razy w ciągu całorocznej gonitwy będziemy marzyć o tej ulotnej, przedwieczornej chwili, kiedy udało się naprawdę trochę zwolnić?

Wieczorem po kolacji piliśmy w starej karczmie wino, niektórzy do późnych godzin nocnych.

19. Wozy czekają a mu kupujemy kozzie sery
20. Piękna droga prez las

21. Piekna panorama

22. Droga do Wisłoka

23. Przeprawa przez Wisłok

 

We czwartek ruszyliśmy poprzez Tokarnię z powrotem na Polany Surowicze. Kto jeszcze nie był na Tokarni, obstalował I zmianę. Tokarnia to najwyższy szczyt  masywu Bukowicy  z pięknymi i dalekimi panoramami, a zasłynątym, że na II rajdzie pokonywaliśmy go w oberwaniu chmury trwającym bez przerwy przez 2,5 godziny. Przemokliśmy wtedy do jąder komórkowych, a życie uratowała nam gorzałka Staszki i Włodka, którą  przypadkiem  odkryli potem na wozie. Oczywiście nic na Tokarni nie widzieliśmy, więc na drugi rok każdy chciał jechać na I zmianie i były o to tęgie targi. Za I razem widzieliśmy w tym rejonie jelenia – olbrzyma z imponującym porożem, tym razem również ogromny król lasu pokazał się kowbojom – na pewno był to ten sam król.

W tym czasie II grupa ponownie ogołociła sklep w Wisłoku Wielkim z wszelkich win, a u znajomego pana od serów wykupiliśmy wszelki ser. Za Wisłokiem wjechaliśmy w las i mieliśmy stromy podjazd pod górę na miejsce spotkania z końmi.  Niestety drogę zatarasował ogromny samochód z przyczepą, bo ładował tzw. „metrówki”. Nie było szans żeby nas przepuścił,  bo nie miał  możliwości  nawrócić ani zjechać na bok z powodu braku boku. Dróżka była wąska jak wstążka. Ćwicząc więc cierpliwość czekaliśmy na odblokowanie drogi ok. godzinę, w niemożliwym upale i duchocie, bez jednego drzewka w pobliżu, dającego schronienie. Duchota zapowiadała ulewę, a tak właśnie było zeszłego roku – nieźle tu zmokliśmy. Jakoś to jednak przeżyliśmy, dotrwaliśmy do kanapek i zmiany koni i II grupa ruszyła na podbój nieznanego, a deszcz nie nastał.

Jechaliśmy przestronnym, młodym lasem bukowym, potem wjechaliśmy w las stary i ponury. Wszędzie pełno było wiatrołomów, ogromnych i butwiejących, przedzieraliśmy się przez nie z mozołem. Były też strome zjazdy, jeden niezwykle karkołomny. Dojechaliśmy do rezerwatu „Bukowica”, który minęliśmy bokiem., posuwając się przez jakiś czas wzdłuż szpaleru starych jodeł. Zjechaliśmy do leśniczówki Darów i wkrótce znanymi łąkami, przeprawiając się parę razy przez Wisłok i jego dopływy, kłusując i galopując, dojechaliśmy do Polan. Przed samą bazą najechaliśmy odłam stada bizonów, które odłączyły się od reszty i zwiedzały świat na własną rękę. Marek zagonił towarzystwo na swoje miejsce.

Rozsiodłaliśmy konie, powiesiliśmy siodła i po chwili pałaszowaliśmy Grażynkowy obiad, tym razem okraszony domowym ciastem.

Wieczorem zapłonęło jak zwykle ognisko, przyjechało z wizyta prezesostwo. Na deser po szaszłykach z grilla mieliśmy wspaniały koncert w wykonaniu długowłosego Zbyszka, naszego Marka i ich kolegi, który dojechał po południu. Chłopcy grali na gitarach i śpiewali nowe, nie znane nam piosenki, wiele ponoć własnego autorstwa. Słuchaliśmy z wielką przyjemnością, podziwiając nieznane talenty naszych współtowarzyszy, chłopcy mile nas zaskoczyli. Był to uroczy wieczór

24.  Wręczenie świadectwa Andrzejkowi25. Kwiaty na wianki już zebrane

26. Wyjazd na piwo do Kufelka
27. Mały wóz przewrócił się - przesiadka

28. Uczta świętojańska

W piątek byczyliśmyię cały dzień. Było spóźnione śniadanie, oczywiście w strojach organizacyjnych. Ponieważ był właśnie koniec roku szkolnego, a z nami rajdował jeden wagarowicz, postanowiono wręczyć mu odnośną cenzurkę, adekwatną do sytuacji. Treść była następująca:

                                     

                            Świadectwo

ukończenia II klasy Huculskiej Szkoły Przetrwania

Przedmiot:                                                                                  Ocena:

1. Jazda konna długodystansowa……………………………Niezapomniana

2. Zrozumienie mowy hucuła…………………………………….Właściwa

3. Zakładanie podogonia………………………………………………Udana

4. Fotografowanie z grzbietu hucuła ………………………..Utrwalona

5. Wyższość czapki nad kapeluszem kowbojskim…..Dyskusyjna

6. Ochrona ogniska przed ulewą………………………………….Skuteczna

7. Wytrzymywanie w towarzystwie Starych koni przy ognisku………………………………………………………………..Wyrozumiała                          

8. Zdolność przystosowania do środowiska …………………Wybitna

¬ŻrebakAndrzej Lange otrzymał promocję do następnej klasy i został zakwalifikowany na kolejny rajd Starych Koni.

                             czerwony pas, za pasem broń                                                   

        Podpisali:

           szeryf  Henio                           przewodnik po trasach Marek.

Cenzurka była oczywiście opatrzona czerwonym paskiem z adnotacją „…czerwony pas, za pasem broń…”.

Dziewczyny ubrały się szkolnie, cenzurkę wręczył szeryf, a absolwent miał chwilę na przemówienie, co skrzętnie wykorzystał i podziękował.

Po śniadaniu część ludzi poszła spacerkiem nad Wisłok popływać, część na zbiór kwiatów na wieczorne wianki. Szeryf zarzĄdził, że wianki będziemy obchodzić w piĄtek, mimo, że naprawdę wypadajĄ w sobotę. Polany to zdecydowanie lepsze do tego miejsce, a przede wszystkim musi być rzeka płynąca do morza, bo przecież to jest kwintesencja obrzędu. Ogołociliśmy więc okolicę z kwiatów, po czym zalegliśmy na trawie w oczekiwaniu na obiad, gapiĄc się  na ewolucje czarnego bociana szybującego nad naszymi głowami, z uporem maniaka nie dającego się sfotografować.    

Tego dnia jeden Jerry wyjechał, przyjechał z obiadem drugi Jerry, więc bilans Jerrych się zgadzał, także całej grupy. W niezmiennym liczbowo składzie wyruszyliśmy po obiedzie do „Kufelka” na piwo, bo wspaniały Grażynkowy obiad pilnie wymagał potraktowania go tymże trunkiem. Na dziurawym Biskupim Łanie mały wóz rozleciał się w „drebiezgi”, więc pozostawiliśmy go  w szczerym polu wraz ze Staszkiem i podróżowaliśmy dalej.  W „Kufelku” popiliśmy piwa, najedliśmy się lodów, a w drodze powrotnej dopiliśmy żołądkową i soplicę. W tym nastroju dotrwaliśmy do wiankowej kolacji, która niestety przeniosła się od ogniska do świetlicy, bo zwykłym już obyczajem wieczorem przyszła nawałnica i burza z piorunami. Wcinaliśmy smażonĄ rybę i chleb ze smalcem, popijaliśmy czym się dało i wkrótce zaczęły się śpiewy. A śpiewy tego wieczoru popłynęły wartko i huczały jak dzwon. Lecieliśmy ze śpiewnika po kolei, a Hilton trzeszczał w posadach. Były nawet występy solo. Niestety, nie dało się puścić wianków do rzeki, bo lało jak z cebra i trudno było nosa wyściubić. Nie wypadało nic innego, jak poczekać z tym ceremoniałem do rana, co też zrobiliśmy.

 

29. Poranek świętojański - wianki na głowach

30. Wianki płyną do morza

31. Ostatnia przeprawa przez Wisłok

32. Raz na wozie, raz pod wozem (droga przez mękę)

W sobotę zaraz po śniadaniu udaliśmy się nad rzekę dokończyć świętojańskie obrzędy. Rzeka przybrała po ulewie i płynęła wartko. Każdy rzucił swój wianek, może z jakimś życzeniem. Popłynęły grzecznie, jak obyczaj każe. Pierwszy raz popłynęły, zawsze był z tym jakiś problem. Więc nie ma wątpliwości, że każdego czeka szczęście.

Tym miłym akcentem pożegnaliśmy Polany Surowicze i ruszyliśmy z powrotem do Odrzechowej. Konni i wozowi jechali razem. Wkrótce po wyjeździe dojechaliśmy do  słynnej „drogi przez mękę”, znanej nam od lat. Na niesamowitych błotnistych, dziurach i głębokich koleinach wozy przechylają się na wszystkie strony, a załogę rzuca z lewa na prawo. Jest przy tym kupa uciechy, choć również chwilami strachu. Jednak nasi powożący to mistrzowie, więc jakoś nas w całości przewożĄ przez te wertepy. Jak się okazało nie jest to reguła, tym razem mimo całego Waldkowego kunsztu, duży wóz po prostu się wywalił. Załoga z lewa poleciała na tych z prawa. A na wszystkich poleciały plecaki i inne tobołki. Po chwilowym szoku zaczęliśmy się ewakuować, sprawdzając w międzyczasie, czy kości całe. Na szczęście nikt specjalnie nie ucierpiał, więc chłopcy jakoś wóz postawili i pojechaliśmy dalej. Mały wóz, nadwyrężony już wcześniej,  także  doznał uszczerbku swojej konstrukcji. Dojechał jeszcze do Wisłoka i rozleciał się ostatecznie. Jakiś czas trwały debaty co zrobić, w końcu postanowiono wóz zostawić, a Staszek miał do celu dojechać wierzchem na koniach wozowych, na jednym siedząc na oklep, a drugiego prowadząc. Do tego przedsięwzięcia trzeba było zmienić konie w dużym wozie, bo dużo-wozowe nadawały się do jazdy wierzchem, a mało-wozowe nie wiadomo.  Po dokonaniu tych czynności ruszyliśmy dalej.

 Po raz kolejny spotkaliśmy się wszyscy w barze na piwie w Rudawce Rymanowskiej.  Tutaj dokonaliśmy zmiany jeźdźców, a na  konia wozowego, którego Staszek prowadził w ręce, wskoczyła Ewa Gdańszczanka i wszyscy ruszyli w dalszą drogę.

Grupa konna po kolejnym już sforsowaniu Wisłoka, jadĄc dłuższy czas jego nurtem, wdrapała się na strome wzniesienie, by dalej podążać wierzchowiną wśród chłodnego lasu, jakiś czas posuwajĄc się lasem jesionowym. Przed samą Odrzechową, po opuszczeniu lasu i wyjeździe na ogromną łąkę, Marek obejrzał się do tyłu, zlustrował towarzystwo i dał hasło do ostatniego, zwariowanego galopu. Konie nieomal szorowały brzuchami po trawie, a nie jeden kowboj miał przejściowe problemy. Okazuje się, że hucuły potrafią galopować jak wyścigowce, a całodzienna marszruta nie stanowi przeszkody. Za każdym rajdem podziw dla tych stworzeń  rośnie coraz bardziej.

Tym sposobem dojechaliśmy do celu, a nasz kolejny jubileuszowy rajd dobiegł końca. Wróciliśmy pełni wrażeń, usatysfakcjonowani i dumni z siebie. Marek jak zwykle fantastycznie poprowadził nas po bezdrożach Beskidu Niskiego, koniki spisały się dzielnie, chłopcy wozowi wywiązali się jak należy. A że wóz się wywalił – no cóż, rajd to nie zabawa, nikt nie mówił, że będzie łatwo. O czym byśmy opowiadali rodzinie i znajomym. Może wnukom?

Na pewno nie  powiedzieliśmy ostatniego słowa w tym temacie. Co los przyniesie – zobaczymy.

Ponieważ rajd był bardzo jubileuszowy, bo VI, wypada podać trochę statystyki.
I tak:

– przez wszystkie rajdy przewinęły się 42 osoby, w tym:   
 Kowbojki – 18  
 Kowboje – 15  
 Potomstwo – 9 
7 osób wzięło udział we wszystkich sześciu rajdach,

– przynależność do kiedysiejszych AKJ-ów:
   AKJ Wrocław – 19 osób,  
   AKJ Łódź – 3 osoby,  
   AKJ Poznań – 2 osoby,
   AKJ Gdańsk – 2 osoby,  
   Inne – 7 osób.

– kraje, z których przyjechali kowboje:    
   Niemcy – 2  
  Szwecja – 2  
  Holandia – 1
  Meksyk – 1  
  Australia – 1

– w ciągu 6 rajdów dosiedlśmy 25 koni:
Gwiazdeczka, Witka, Wetlina, Perła, Platyna, Wiagra, Liżnyk, Występek, Pielnia, Okaryna, Wizja, Wikta, Oriel, Perkoz, Pyza, Polana, Lemona, Pszczelina, Lira, Wiedeń, Osełka, Liszka, Pi-Pi, Werwa, Lutnia. Niektóre konie były z nami tylko raz, inne wiele razy. Może ktoś to policzy?

– wozy pociągnęło w ty czasie 9 koni:
Miron, Mietek, Władek, Baja, Malwa, Matylda, Melba, Wojtek, Etna,

– mieliśmy dwóch przewodników:
Agatkę 3 razy i Marka 3 razy. Oraz trzech     woźniców: Staszka 6 razy, Jasia 3 razy i Waldka 3 razy.

– nocowaliśmy w 9 miejscach: Odrzechowa, Polany Surowicze, Lipowiec, Dołżyca, Zawadka Rymanowska, Zyndranowa, Huta Polańska, Wola Michowa i Komańcza.

– widzieliśmy mnóstwo egzotycznej fauny: bizony, bociany białe i czarne, żmije, wilki, robaczki świętojańskie, jelenie, sarny, zające, sowy, gzy, szerszenie, orły, dzięcioły, rzadkie motyle,

– widzieliśmy łapę niedźwiedzia odbitą na ścieżce, bobrowisko, słyszeliśmy turkucie podjadki,  koncerty ptasie,

– widzieliśmy także egzotyczną,  tj. chronioną florę: liczne storczyki, w tym podkolan biały, parzydło leśne, kosaćce, mieczyki dachówkowate i  wiele, wiele innych,  zaliczyliśmy 3 rezerwaty przyrody: Kamień nad Jaśliskami, ¬ródliska Jasionki, Bukowica,  

– jedliśmy różne apetyczne dania: pieczony baran, zupa borowikowa, żurek królewski, jajecznica na rydzach, kanapki z miętą, „kociołek”, żurek z halazami,

– „przygody końskie” to: szycie konia, ucieczka koni, koń prawie utopiony w błocie, ekspresowe zajeżdżanie nowego konia pożyczonego na trasie,

– przygody nasze: wielokrotnie zdezelowane wozy na trasie, ostatnio wywrotka wozu z załogą, galop wozami ze Słowacji w strugach deszczu i błota o zmroku, cudem zakończony bez ofiar, gubienie ciągle czegoś, m.in. srebrnego zegarka i komórki, nieustanny problem z zasięgiem komórek, zgubienie Jurka w Zyndranowej, poszukiwania Łodzianek zagubionych w zawilczonym lesie, wyprawa na Słowację, wyprawa na bobrowisko furą zaprzęgniętą do samochodu terenowego, zapadnięcie się konia z jeźdźcem w głębokim, niewidocznym wykopie, po same końskie uszy, liczne pobłądzenia na trasie, zostawiony bagaż w pensjonacie i odkrycie tego faktu w innym miejscu noclegowym, zadyma z psem nie wpuszczonym do schroniska i nocleg psiego pana w wystawionym  na ganek łóżku (ze swoim czworonogiem),  ratowanie krowy z chorym wymieniem, obserwowanie doli chorego byka i inspiracja do ballady na ten temat, obserwowanie wilków  podchodzących pod stado  jałówek,  spotkanie motocrosowców na trasie i co z tego wynikło,  pani R. w Zyndranowej jako jedna wielka przygoda,

– przygody mało wesołe: skopanie Bogdy przez konia, przysznurowanie Łodzianki do drzewa przez przywiązanego do niego konia, przedtem potraktowanie jej kopytami, kopanina koni na postoju w Zyndranowej i z trudem opanowana sytuacja, aż dziw, że bez ofiar, zwichnięta noga Staszki, kontuzja Staszki po upadku z konia, wiele upadków z konia,

– uroczystości na rajdach: urodziny, imieniny, rocznica ślubu, „wianki”, „Śniadanie na trawie”, otwarcie nowego Hiltona.

To wszystko nas spotkało, to wszystko będziemy pamiętać i wiele, wiele jeszcze przygód przed nami. Bo Stare Konie nigdy się nie poddadzą.

 

 

 

            Zdjęcia: FORMISIA  i Pani  ZGAGA
             Przygotowanie: Olo  2007 

          

Napisz do autorki Napisz do autorki artykułu

 

[Powrót…]