Archiwum kategorii: 2025

Wigilia Starych Koni 2025

Rok 2025, pełen zdarzeń – częściowo smutnych, ale innych pięknych i niezapomnianych – nieubłaganie zbliżał się do końca.  Czas biegł swoim szybkim rytmem, nie pozwalając się zatrzymać. Przyszedł grudzień, zbliżały się święta, nadszedł czas spotkania opłatkowego.

1. Al Fiume – miejsce wigilii Starych Koni 2025 2. Sala przygotowana, wieczór wigilijny wnet się zacznie


Tym razem na spotkanie wigilijne Starych Koni wybrany został lokal w centrum miasta o nazwie „Al Fiume”, nie znany nam wcześniej, ale mający dobre połączenia komunikacyjne z  resztą miasta. Okazał się trafionym wyborem, wszystkim się spodobał. Nastrój w lokalu zastaliśmy świąteczny i przytulny, a kuchnia serwowała nietuzinkowe dania. Nasze spotkania wigilijne niezmiennie cieszą się dużym powodzeniem, nie inaczej było tym razem – przybyły 22 osoby. Parę osób przyjechało nawet z daleka. Zawsze miło jest się spotkać, tym bardziej że niektóre osoby pojawiają się już tylko na spotkaniach opłatkowych. Zawsze jest gwarno i wesoło, gołym okiem widać że jesteśmy jedną wielką rodziną. Przyjaźń trwa przecież tyle lat…

3. Goście się schodzą 4. W oczekiwaniu na resztę gości


Po powitaniach i wstępnych pogaduszkach rozdane zostały opłatki i nastąpił przyjemny moment składania sobie życzeń, każdy każdemu. Nie trzeba mówić, że trwało to długo, więc tradycyjnie gdy zasiedliśmy do barszczu z uszkami, był on delikatnie mówiąc mało ciepły.

5. Opłatkowych życzeń nadszedł czas 6. Wszystkiego najlepszego…
7. Klimatyczne chwile 8. Zasiadamy do stołu


Po barszczu wjeżdżały na stół kolejne dania, teoretycznie zgodne z tradycją, ale jednak proponowane w zupełnie inny, ciekawy sposób. Był dorsz podawany w zawiniętych torebkach, w ciekawym  smacznym sosie, były artystyczne koreczki z twarożku z dodatkami, pasztet łososiowo-szpinakowy, sałatka z buraczków, fety i pomidorków koktajlowych, sałatka śledziowa i ryba po grecku, także trochę inne niż znamy. Był kompot, potem różne ciasta, herbata i kawa. Spożywaliśmy nieśpiesznie, gaworząc i delektując się świąteczną atmosferą. Hania tradycyjnie częstowała pierniczkami swojego wyrobu. Życzenia imieninowe złożono Ewie – kronikarce.

9. Nietuzinkowe pomysły kulinarne 10.  Buraczkowa sałatka
11. Pierniczki Hani 12. Imieninki…


Po spałaszowaniu wszystkich specjałów i przegadaniu wszelkich bieżących kwestii i ploteczek, zaproponowano frekwencji wesoły konkurs, będący przy okazji szybkim przeglądem starokońskiej historii. Czas biegnie, stare czasy są coraz starsze, nie możemy dopuścić aby zaczęły one ginąć w niepamięci.   A wiadomo jak to jest z pamięcią gdy pesel uwiera.
Zabawa polegała na tym, że jedna osoba z dwuosobowego komitetu organizacyjnego częstowała cukierkami w kolorowych, świątecznych papierkach, w których ukryte były karteczki z pytaniami dotyczącymi historii Starych Koni. Każdy po kolei odwijał swojego cukierka, odczytywał  zawarte w środku pytanie i próbował odpowiedzieć. Trafne jest tu określenie „próbował”. Okazało się że było z tym sporo problemów, ale też dużo śmiechu.

13. W cukierkach zostały ukryte pytania konkursowe 14. Nagrody w konkursie


Pytania brzmiały:

Kiedy powstał Akademicki Klub Jeździecki, gdzie został powołany.
Wymień czterech byłych prezesów AKJ, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień co najmniej dwóch artystów, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień imiona czterech koni związanych ze starym AKJ, lub obecnie ze Starymi Końmi.
Wymień dwa miejsca/regiony, gdzie odbywały się rajdy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbywały się rajdobozy Starych Koni.
Wymień pięć miejsc, gdzie odbyły się spędy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbyły się bale Starych Koni.
Wymień cztery miejsca, gdzie odbyły się wigilie Starych Koni.
Wymień trzy osoby z grona Starych Koni, które działały lub nadal działają w sporcie jeździeckim (sędziowie, zawodnicy, trenerzy/instruktorzy).
Kto to jest Józek Mos.
Co to jest Odrzechowa, jaki z nią związek mają Stare Konie.
Wymień dwa inne AKJ-ty poza wrocławskim, których przedstawiciele bywali na naszych        rajdach studenckich.
Jak nazywał się Olo – imię i nazwisko.
Gdzie i kiedy był obchodzony Jubileusz 50-lecia AKJ.
Gdzie i kiedy odbył się jubileusz 20-lecia Starych Koni.
Kto jest inicjatorem/założycielem grupy Stare Konie.
„Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją, ach Boże mój……” dokończ.
Co to była „geringerówka”.
„W usta twe perswaduję…” – jak jest dalej.
Co to jest „zdrowie konia” w życiu starokońskim.
Co to jest „carramba” w życiu starokońskim.

Jak widać pytania były łatwiejsze i trudniejsze, ale też wybór pytania ukrytego w cukierku był całkiem losowy, więc działała zasada „ryzyk-fizyk”. Jedni trafiali lepiej i odpowiadali szybko i pewnie, inni mieli problemy, ale jakoś ze stękaniem i delikatnym wsparciem, na który organizatorki spuszczały zasłony, dawali radę. Ze dwie – trzy osoby poddały się walkowerem. Zabawa była przednia,  miło było odświeżyć sobie ważne fakty z naszej bogatej historii. Nagrodą w konkursie były koniki na choinkę, którą delikwent losowo wybierał sobie z torebki pełnej koników.

15. Hurra, udało się dobrze odpowiedzieć i wygrać konika 16. Wygrany konik jako dodatek do bolo


Towarzystwo się rozgrzało i po chwili zaproponowana została druga zabawa. Rozdane zostały wszystkim różowe i żółte zwitki papieru i padła komenda, aby ci z różowymi zebrali się w jednym kącie sali, a ci z żółtymi w drugim. Następnie należało porozwijać karteczki, na których widniały pozornie bezładne kawałki zdań i z tych zdań jak z puzzli sklecić logiczny tekst.  Która grupa zrobi to pierwsza ma odśpiewać ukrytą w ten sposób piosenkę. Obie grupy rywalizowały zawzięcie i prawie równocześnie odkryły i odśpiewały swoje teksty. Jedną odkrytą w ten sposób piosenką  było „Piękne życie spędzają kowboje”,  drugą kolęda „Bóg się rodzi”. I ta zabawa była świetna, zaangażowanie obu grup było wielkie. Odśpiewaliśmy odkryte teksty z wielką werwą.

17. Drugie wyzwanie – należy sklecić logiczne zdania 18.  Jedna z grup układa swoje puzzle


Następnie odśpiewaliśmy „Amaranty”,  stojąc prawą nogą na krześle, a lewą zgodnie z tradycją na białym obrusie. Załoga lokalu nie reagowała, chyba poczuli bluesa. Dzięki

19. Zdrowie konia 20. Nogi na stole, załoga lokalu nie reaguje


Wieczór wigilijny upływał w pięknym klimacie, niestety czas który nam lokal przeznaczył na spotkanie dobiegł końca i trzeba było się rozstać i udać w domowe pielesze.
Na pewno każdy w te pielesze pobieżył bardzo dobrze nastrojony.

Wspólna świąteczna fotka Wrocław by night

Wesołych Świąt.      

 

Tekst: Ewcia
Zdjęcia: uczestnicy spotkania

XXII Rajdobóz, Jarosławiec 30.08. – 7.09.2025

Na XXII rajdobów 2025 Stare Konie wybrały się tak jak w poprzednich trzech latach nad morze do Jarosławca, gdyż nie udało się nikomu znaleźć alternatywy. Zimą były prowadzone dyskusje o szukaniu jakiegoś nowego, ciekawego miejsca, ale na rozmowach się skończyło. Ośrodek jeździecki w Jarosławcu bardzo nam odpowiada pod wieloma względami, przywiązaliśmy się do tamtejszych koni, zaprzyjaźniliśmy z szefową stajni Kingę i pracującą w stajni Agnieszkę. Instruktorki  prowadzące z nami jazdy też się do tej pory sprawdzały, czuliśmy się zaopiekowani i bezpieczni  każdego dnia, mieliśmy wszyscy między sobą, stajnia i grupa, dobre fluidy. Pasuje też pensjonat, pokoje, jedzenie i bliskość morza.  Organizatorka obozu Iwona proponuje każdego roku ciekawy program, satysfakcjonujący wszystkich. Tyle że nad morze jest daleko i powoli robi się z tego problem. Podobnie jak z rajdami bieszczadzkimi, gdy daleka podróż do celu stała się w końcu problemem zaporowym i przenieśliśmy się w Pieniny, tak teraz mówi się w kuluarach o znalezieniu czegoś bliżej.
Jak będzie zobaczymy, ale póki co z przyjemnością zawitaliśmy w Jarosławcu. Trzeba przyznać, że tak zwane stare, znajome kąty zawsze cieszą, fajnie jest przybyć w miejsce gdzie nas lubią i gdzie my również dobrze się czujemy i wszystko jest przyjemnie swojskie.

1.  Pensjonat „Strażnica” w Jarosławcu 2.  Nasz ośrodek jeździecki w Jarosławcu


Niestety ośrodek jeździecki „Horyzont” został dotknięty zimą straszną katastrofą. Konie zatruły się nieświeżą paszą i aż cztery tego nie przeżyły. Wśród tych czterech były dwa małe kucyki, których nie znaliśmy i nie dosiadaliśmy, ale były też dwa „nasze” konie, bardzo lubiane, Wacek i Sezam. Dwa wielkie, piękne,  kare koniska, niesamowite, że nie zastaliśmy ich w stajni.

3. Sezam 4. Wacek

Kinga ratując sytuację nabyła wiosną nową klacz, ale niestety zakulała i nie wykaraskała się z kulawizny do naszego przyjazdu. Tym sposobem koni dużych brakowało, musieliśmy jeździć też na kucach, co we wcześniejszych latach nie było mile widziane. Ale były to kuce kategorii D i C, czyli stosunkowo wysokie. W praktyce okazały się  przyjemne, grzeczne i po prostu milusińskie. Więc ostatecznie nasze jazdy niczego nie straciły i używaliśmy do woli.
Konie duże to Largo, Es-Mar, Korida, Sunrise, małe to Pepsi, Sara, Natasza. Dziewczyny prowadzące, Ola i Weronika, dosiadały często hucułka Niko, a na trzy dni została „odkurzona” wiekowa Nikita.
Przybyliśmy do Jarosławca w sobotę, nie wszyscy zdążyli na wyznaczoną godzinę późnego obiadu, ale wszyscy zostali nakarmieni. Po obiedzie wybraliśmy się całą grupą do Rusinowa na dożynki, co jest już rajdobozową tradycją. Dożynki to okazja aby zażyć trochę folkloru, zjeść coś dobrego, domowego, napić się bimbru,  zakupić zdrowy miód czy ser kozi. Zawsze przywdziewamy stroje organizacyjne i budzimy niemałą sensację. W tym roku także dostaliśmy dużo ciepłych słów, na pewno grupa kowboi na takim folkowym wydarzeniu nie pozostaje niezauważona. Jednak w tym roku gwiazdą wieczoru miał był zespół „Golec Orkiestra”, co spowodowało, że na dożynki przybyły niewyobrażalne tłumy ludzi.   Na parking trudno było dojechać i potem jeszcze trudniej z niego wyjechać – okrężną drogą przez pola i piachy. Na dożynkowej łące ścisk, hałas i głośna muzyka spowodowały, że impreza z przyjemnej stała się horrorem.  Kręciliśmy się jakiś czas między barwnymi straganami, wcinaliśmy chleb ze smalcem i ogórkiem, grochówki, karkówki,  wspaniałe pierniki i serniki, bimber miał duże wzięcie. Ale w końcu trudno było znieść ten harmider. Nikt z nas nie doczekał Golców, poszczególne zestawy samochodowe wymykały się gdy tylko nadmiar decybeli i tłoku były trudne do zniesienia.

5. Stare Konie na dożynkach 6.  Na dożynkach objadaliśmy się dobrymi rzeczami


Na niedzielną jazdę ledwie skleciliśmy jedną grupę.  Okazało się, że po trudach podróży nie wszyscy byli w formie dosiąść konia. Ostatecznie zebrało się sześciu chętnych i z prowadzącą Olą ruszyliśmy do boju. Ranek był słoneczny i ciepły, wyjechaliśmy ze stajni przed ósmą rano. Kolejność podróżowania była inna niż poprzednimi laty, najpierw pojechaliśmy do lasu, a dopiero w drugiej kolejności na plażę. Poranek w nadmorskim, sosnowym lesie, gdy słoneczne smugi złotymi klinami wbijają się między dostojne sosny, sięgając zielonego dywanu utkanego z mchów i wrzosów – to duże przeżycie. Ale wjazd na pustą plażę i galop po piachu wzdłuż brzegu jest tym, na co czekamy i co daje szczególną uciechę. Jazda była piękna i dobrze nastroiła tych, którzy w niej uczestniczyli.

7.  Piękna jazda po sosnowym, nadmorskim lesie 8. Piękny początek dnia


Dzień minął na spacerach,  po plaży i po miasteczku, gdzie o tej porze sklepiki mamią przecenami, których nie lekceważymy. Jarosławiec to mały, sympatyczny kurort, mający wszystko, czego można nad morzem chcieć. Są liczne sklepiki z ciuchami i pamiątkami, jest latarnia morska, muzeum bursztynu, smażalnie ryb i małe kawiarenki. Na początku września jest już mało letników, więc szwendanie się po mieścinie jest całkiem przyjemne.
Charakterystyczne dla Jarosławca są słynne, wysokie klify i nie mniej słynna w ostatnich latach plaża Dubaj.  Plażę Dubaj usypano sztucznie w roku 2018, nawożąc tony piachu  pomiędzy pięć kamiennych ramion wpuszczonych w morze, co w sumie było wielkim, innowacyjnym przedsięwzięciem inżynierskim. Celem tej operacji była ochrona klifu, nad którym przebiega ulica i stoją domy, a klif niebezpiecznie ulegał degradacji w czasie kolejnych sztormów. Coś z tym trzeba było zrobić. Więc zrobiono plażę Dubaj, największe wodne przedsięwzięcie ochroniarskie w historii naszego kraju, kosztujące dziesiątki milionów.

9. Plaża Dubaj 10. Hurra… przyjechały Stare Konie


W niedzielę wieczorem zasiedliśmy przy ognisku, by rajdobóz oficjalnie zacząć, a przy okazji spożyć pieczone w ogniu kiełbaski i pośpiewać. Wojtuś jak zwykle stanął na wysokości zadania,  grał na gitarze z wielkim zaangażowaniem, ale w śpiewaniu nie ustępowaliśmy – też każdy bardzo się starał.

11. Pieczemy kiełbaski 12. Ognisko inauguracyjne


W poniedziałek chętnych do jazdy przybyło, na pierwszą jazdę o 7.30 stawiło się w stajni pięć osób, na drugą po śniadaniu cztery.
Pierwsza jazda miała dramatyczne akcenty. Niesterowna Sunrise w lesie w czasie galopu wybrała nagle inną ścieżkę niż cała grupa, skutkiem czego odbyło się na niej ostre hamowanie na ścianie krzaków. Potem na plaży  kobyłka próbowała w galopie lekko wysunąć się przed konia jadącego przed nią i w czasie tego manewru poślizgnęła się i padła jak długa. Ponieważ zadziało się to na małym łuku, siła odśrodkowa wyrzuciła Formisię poza łuk i tym sposobem nie została przygnieciona przez konia. Tym niemniej ci co jechali z tyłu sądzili że amazonka została przywalona koniem, wyglądało  dramatycznie. Konica i amazonka leżały chwilę na piachu, jedna i druga w szoku. Jednak największy szok przeżyła prowadząca Ola, podbiegając do miejsca zdarzenia i znanymi sobie trikami reanimacyjnymi próbując wysondować czy amazonce nie stało się nic poważnego. W międzyczasie obie się podniosły, Formisia i koń, Formisia czuła tylko że ma piach we wszystkich swoich zakamarkach, w ustach, nosie, we włosach. Nic innego złego się nie stało, ale Ola sugerowała żeby poszkodowana wracała do stajni pieszo, z koniem w ręce. Jednak był to kawał drogi i taki marsz nie byłby dla poszkodowanej dobrym rozwiązaniem. Jakoś więc z trudem wgramoliła się na siodło i cała grupa spokojnym stępem wróciła do stajni. Ale zdarzenie daje do myślenia. Na drugiej jeździe ta sama Sunrise też wycięła Maćkowi numer – wsadziła głowę między nogi i niebezpiecznie przylutowała z zadu. Dzień wcześniej spłynęła Jurkowi do lasu, gdy cała grupa wjeżdżała przez wydmy na plażę (ona wybrała las), a Andrzejowi uklękła nagle podczas jazdy co też mogło się skończyć glebą. Jednym słowem przystojna skąd inąd kobyłka dostarczała każdego dnia atrakcji, nie było nudno.

13. Niezapomniane chwile 14. Cały Bałtyk mój


W dalszej części dnia były znowu sklepiki, kawiarenki, lody, ale przede wszystkim plażing we wszelkich postaciach. Spacery, relaks na kocu czy krzesełku plażowym, tworzenie dzieł sztuki z kamyczków, pływanie. W tym roku morze w Jarosławcu nawiedziła plaga meduz, aż dziw skąd się ich tyle wzięło. Jednym to przeszkadzało, innym nie. Meduzy bałtyckie nie są jadowite, jednak nie każdy lubi, gdy go w czasie pluskania się w wodzie obślizgują. Ale być nad morzem i nie popływać, to jak w Rzymie nie zobaczyć papieża.
Wieczorem tego dnia jak i prawie każdego innego spotykaliśmy się na pierwszym piętrze na korytarzu, nazywając ten zakamarek świetlicą. Zawsze było bardzo wesoło, snuły się różne opowieści, krążyły rozmaite trunki. Tego dnia spontanicznie zaczęły się opowieści o naszych dzieciach, o różnych niesamowitych zdarzeniach z nimi związanych. Niektóre opowieści mroziły krew w żyłach.

15. Spektakularny zachód słońca 16. Wieczór w „świetlicy”


Na wtorek prognozy były deszczowe, jednak nie sprawdziły się, dzień wstał słoneczny i przyjemny. Rutynowo pierwsza jazda była o 7.30, druga po śniadaniu, o 9.30. Niezmiennie zachwycał nas sosnowy, rozświetlony las, a galopy plażą były zawsze wielką uciechą.   Morze było gładziutkie, aż chciało się zobaczyć choć niewielkie fale, ale nie można mieć wszystkiego. Plażowanie w dalszej części dnia było już codziennością, aczkolwiek nie wszyscy preferowali te same odcinki plaży. Na Dubaju morze jest daleko od wydm i są to raczej małe zatoczki, obramowane granitowymi falochronami. Ale woda jest płytka i relatywnie ciepła (o ile Bałtyk jest ciepły). Aby jednak zażyć  plaży tradycyjnej, z otwartym morzem, trzeba trochę powędrować piachem poza Dubaj, albo podjechać kawałek autem. Korzystaliśmy z wszelkich wariantów.

 

17.  Kolejna, piękna jazda po plaży 18. Kamyczkowe dzieło sztuki


Tego dnia trzy dziewczyny pojechały na wycieczkę do Dąbek, były też w kolejnych dniach wycieczki do Darłowa i Darłówka.  Inni penetrowali kawiarenki i smażalnie ryb. Byli też zwolennicy relaksu w ogrodzie, z dobrą książką, lub w dobrym towarzystwie.

19. Wyprawa do Dąbek 20. Relaks w ogrodzie 21. Wyprawa do Darłówka


Pod wieczór mieliśmy prelekcję kajakarza, u którego obstalowaliśmy kajaki na spływ kajakowy na kolejny dzień. Pan Zimnowłocki ma na koncie nie lada kajakowe wyczyny,  o czym ciekawie opowiadał. Ma niepełnosprawnego syna, któremu wymyślił kajaki jako sposób na życie. Odbyli niesamowite rejsy, np. od Bieszczadów do morza, lub wielką pętlę bałtycką. Poprzez nagłaśnianie swoich dokonań zyskiwali środki na kolejne wyprawy, a syn nie tylko okrzepł fizycznie, ale też znalazł pracę i przyjaciół. Prelekcja była bardzo ciekawa.

22. Bardzo ciekawa prelekcja o wyprawach kajakowych 23. Grupa kajakowa


W środę grupa wybrała się samochodami do miejsca rozpoczęcia spływu kajakowego  rzeką Wieprzą.  W zależności od tego jak szybko kto wiosłował, można było płynąć nawet cztery godziny, ale można było osiągnąć cel po trzech. Wieprza to jedna w najpiękniejszych rzek Pomorza,  malownicza i miejscami dzika, trudna w górnym i środkowym biegu, łatwa w dolnych odcinkach. Płynie przez ciekawe pod względem przyrodniczym zakątki Pomorza, infrastruktura turystyczna jest jeszcze mało rozbudowana, co jest niewątpliwie zaletą.

24. Spływ rzeką Wieprzą 25.  Chwilo trwaj…
26. To jedna z najpiękniejszych rzek Pomorza 27. Jola z Rafałem dzielnie wiosłują


Rano odbyła się jazda konna dla tych którzy mimo spływu chcieli wcześniej jeździć, jednak gwoździem dnia była jazda wieczorna za zachód słońca. Pojechaliśmy z Weroniką, najpierw kręcąc się po lesie, który pod wieczór jest nie mniej piękny niż o poranku. W końcu wjechaliśmy na plażę i powoli zaczął się spektakl. Słońce było już bardzo nisko, widoki były magiczne, kolory bajeczne. Morze, konie, plaża – wszystko otulały ciepłe barwy i pozytywne wibracje.  Kręciliśmy się dłuższy czas po piasku, robiąc mnóstwo zdjęć i ciesząc się tym niezwykłym widowiskiem.  Warto jechać kawał drogi na urlop, aby móc uczestniczyć w takim spektaklu.

28. Konie i zachód słońca 29. Warto jechać kawał drogi  na urlop dla takich  doznań
30. Paparazzi są wszędzie (na szczęście) 31. Radość  tryska


W czwartek jeździliśmy wg przyjętego schematu, jedni o 7.30, drudzy o 9.30 po śniadaniu. Dziewczyny ze stajni kombinowały jak wszystkich zadowolić, gdyż w związku z ciepłym początkiem września miały spory ruch w interesie, przychodzili ludzie „z ulicy”, a przestrzegały zasady, aby żaden koń nie szedł pod siodło więcej niż dwa razy dziennie. Więc tego dnia wyciągnęły 27-letnią Nikitkę, która siodła nie widziała już ponad 1,5 roku. Staruszka okazała się nad wyraz rześka, Agnieszka twierdzi, że ona po prostu lubi chodzić pod siodłem w teren. Nie wiadomo czy to prawda, gdyż galop po piachu powodował u niej głośniejszy oddech, ale po jeździe ani jeden włosek pod siodłem nie był u niej mokry, w przeciwieństwie do innych koni.

 

32, W lesie na wydmach 33. Renia szykuje się do występu


Czwartek to tradycyjny dzień występów. Hasło tego roku brzmiało „przedmioty, powiedzenia i zawody, które wyszły z mody”. Hasło wymyślił zimą Olo i nikomu nawet przez myśl nie przeszło,  aby nie wyrazić aprobaty.  Poza tym hasło wydawało się dość łatwe, więc wypadało tylko skupić się i coś wymyślić.
Teatr zaczęliśmy o godz. 18.00, wcześniej wszyscy po kątach przygotowywali się do swoich występów, stres był niemały. Zgaga pozbierała od wszystkich propozycje i ustaliła harmonogram. Podjęła się też roli prowadzenia całego przedstawienia, co zrobiła z dużym wdziękiem.

34. Teatrzyk poprowadzi Zgaga 35. Występy zaczęli Gabi i Maciek


W pierwszej kolejności na scenę wyszli Gabi i Maciek i przedstawili zbiór przysłów, wyliczanek i rymowanek, które są stare jak świat, wiele znaliśmy już w dzieciństwie.  Na pewno wyszły z mody (choć  nie koniecznie z obiegu), z rozrzewnieniem przypomnieliśmy sobie te powiedzonka, niektóre recytowaliśmy jeszcze w przedszkolu. Artyści przedstawili je wg alfabetu, wykaz obejmował ze 30 pozycji. Zrobiło się bardzo wesoło. Oto przykłady (wyciąg):

A Abecadło z pieca spało, o ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach, strasznie się potłukło.
B Beksa lala, pojechała do szpitala,
A tam powiedzieli, takiej beksy nie widzieli.
C Chwała Bogu, westchnął wałach, że choć grzywa mi została.
D Dobranoc pchły na noc, karaluchy do poduchy, a szczypawki do karafki.
E Ele mele dudki, gospodarz malutki, gospodyni garbata, a córeczka smarkata. 
Ene due rabe, połknął bocian żabę, a żaba bociana, jeszcze tego rana.
H Hokus pokus, czary mary, nie ma szkoły, są wagary.
I Idzie kominiarz po drabinie, fiku miku już w kominie.
Idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak.
J

Jedzie jedzie pan pan, na koniku sam sam.
Jedzie jedzie chłop chłop, na koniku hop, hop.
Jedzie jedzie baba i z konika spada.  

K Która godzina, wpół do komina, komin otwarty, jest wpół do czwartej.
L

Leci sobie ptaszek z dala, górą słonko zapierdala,
Żabka w stawie dupkę moczy, kurwa, jaki świat uroczy.

M Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli.
N Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
O Opowiem ci bajkę, jak kot palił fajkę, a kocica papierosa, upaliła kawał nosa.
P Panie pilocie, dziura w samolocie, drzwi się otwierają, goście wypadają.
Ś Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi…
T Trumf trumf misia bela, misia kasia kąfacela, misia A, misia B, misia kasia ką-fa-ce.
U Uciekaj myszki do dziury, bo cię tu złapie kot bury…
Ż Żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała.

36. Stare koronki 37. To dzieło „naukowe” przeraża  38. Występ Marysi

                 

Wesoło usposobieni oczekiwaliśmy kolejnej artystki, którą była Marysia. Zanim weszła na scenę, zaprosiła do oglądania wystawionych na stoliku pod sceną starych babcinych koronek. Czego tam nie było: koronkowe kołnierzyki i mankiety, ozdobione koronkami chusteczki, serwetki i małe saszetki. To wszystko wyszło z mody, lecz ciągle jest piękne i bardzo wartościowe. Następnie Mania pokazała starą, niemal rozsypującą się w rękach książkę, bez okładek i o trudnym do ustalenia roku wydania, jednak jako wydawcę wskazującą na „Bibliotekę Dzieł Naukowych”. Tytuł książeczki to „Płeć i charakter”. W rozdziale IX „Psychologia męska i żeńska” zawarte są niezwykłe teorie na temat tego czym jest kobieta, które wpędziły nas w przerażenie. Pisze tam m.in.:

„Osobowość i indywidualność, jaźń i dusza, wola i charakter – wszystko to oznacza jedno i to samo, co w świecie ludzkim jest udziałem tylko mężczyzn, czego zaś brak kobietom.
Ponieważ dusza ludzka jest mikrokosmosem, a wybitni ludzie to tacy, którzy wyłącznie duchem żyją, przeto kobieta musi być z natury absolutnie niegenialna.
Jak mogłaby być istota bezduszna geniuszem? Genialność jest identyczna z głębią, a proszę spróbować jeno połączyć ze sobą przymiotnik głęboki z rzeczownikiem kobieta, sprzeczność dostrzeże każdy. Genialność jest tylko spotęgowaną, w pełni rozwiniętą, wyższą, powszechnie uświadomioną męskością
Kobieta nie pozostaje ani moralna, ani antymoralna,  jest bezkierunkowa, ani dobra, ani zła, nie jest ani aniołem, ani diabłem, jest amoralna, tak jak i alogiczna. Wszelkie istnienie atoli jest istnieniem moralnem i logicznem. Kobieta zatem nie istnieje.
Na zapytanie więc dotyczące znaczenia bytu mężczyzny i bytu kobiety, możemy obecnie dać odpowiedź. Kobiety nie mają ani istnienia, ani jestestwa; nie istnieją i nie są niczem. Jest się mężczyzną, albo jest się kobietą, odpowiednio do tego, czy jest się kimś, lub się nim nie jest”.

 Uff… jak dobrze że takie „naukowe” dyrdymały wyszły z mody, że zacytowane dzieło naukowe można traktować jedynie jako kabaret, choć o wątpliwej jakości humoru.

39. Pokojówka i pan dziedzic 40. Scenka pt „Żelazko z duszą”


Kolej przyszła na Wujów, którzy jak zwykle przygotowali się sumiennie. Weszli na scenę jako pokojówka i pan i przedstawili scenkę pod tytułem: „Żelazko z duszą”. Pokojówka w skromnej, długiej, domowej sukience, w fartuszku i białym czepku na głowie, podeszła do deski do prasowania, nakrytej starym obrusem, wzięła do ręki żelazko, wyjęła z niego pogrzebaczem duszę zagrzaną w piecu obok i zamruczała pod nosem:    

„Ot, i dusza rozpłomieniona do czerwoności… Wrażę ją z ostrożnością, pomału, pomału, do żelazka”.
Zamyka żelazko, pokazuje kalesony i prasuje.

„Niechże z tych z kalesonów pana wyparuje wszelkie paskudztwo; (puka się w głowę)  i brudy myślne też!”
Odstawia żelazko, podnosi kalesony z ironią:

„Wielkie, niby ten obrus!  I aż ciężkie od krochmalu, oj!”
Opuszcza je na deskę. Wchodzi pan niepostrzeżenie, klepie pokojówkę w pupę.
„A czym to się panienka tak interesuje, kalesonami, czy nadzieniem?”
Pokojówka  odwraca się prostując z kalesonami w rękach i odpowiada:
„Pan doprawdy mocny w gębie… A to ‘nadzienie’ – jak pan powiada – czy ma jeszcze datę ważności?!”
Pan rzuca do publiczności, pykając fajkę:
„Frechowna panienka, chyba czort w niej pali!”
Oddala się statecznym krokiem. Pokojówka mruczy:
„O Święta Panienko, Oby tylko Pani tego nie słyszała…”
Zabiera kalesony i wychodzi.
Zgodnie z hasłem z mody wyszły: Zawody – a) pokojówki w dworku i b) zawód dziedzica, ziemianina. Przyrządy – a) żelazko z duszą, b) stroje określające status społeczny. Powiedzenia – zwroty językowe, np. „brudy myślne”, „mocny w gębie”, „frechowna panienka” „czort w niej pali”.
Brawo, scenka była stosunkowo krótka, ale obejmowała wszystkie elementy hasła, świetnie to wymyślili.

41. Jak przez wieki ewoluował sposób widzenia świata i sposób wyrażania myśli


Następnie na scenę weszły damy z różnych epok, usiadły przy stole, weszła też narratorka prowadząca kolejne przedstawienie i zagaiła:

„Płyną wieki, mija czas. W ciągu stuleci zmieniało się ludzkie życie, ubiory i język. Powiedzenia, stroje i zawody, wychodziły z mody. Spróbujmy prześledzić jedną taką niematerialną zmianę: język i sposób wyrażania myśli w różnych epokach. A kanwą do tego niech będzie opis naszych bieszczadzkich rajdów.
W średniowieczu zapewne z zachwytem wysłuchano by takiej opowieści”.

Na tą zapowiedź od stołu wstała dama średniowieczna i przedstawiła jakim językiem przedstawiłaby rajdowanie w tamtej epoce: 

42. W średniowieczu snuta opowieść brzmiałaby tak

 

„I stało się, iż jezdni, mężni drużynnicy, koni dosiedli i w Bieszczad ruszyli, przez knieje dzikie i rzeki wezbrane. Droga była sroga, pełna błota, głazów i cieni, kędy szeptały borze duchy starych czasów, a wilcy w dalekich jarach wyli. Męże ci, krzepcy i bogobojni, modły zanosili do Pana nad pany, by ich strzegł na szlaku i w nocnych ciemnościach. A gdy słońce za lasy się skryło, przy ognisku siadali, miód pili z rogu, pieśni śpiewali o wojnach i cudach. Także ów rajd nie był li tylko przejazdem, lecz dziełem ducha i serca, pamiętnym czynem w kronikach godnym zapisania. A ziemia, po której jechali, drżała cicho pod kopytami, jakby poznawała swych synów i błogosławiła ich cichym tchnieniem pradawnego ładu”.

Narrator zapowiada kolejną damę:

„W epoce romantyzmu opis rajdu konnego brzmiałby zapewne inaczej, może tak?”

43. Dama romantyczna widziała konne wędrowanie romantycznie

 

Na środek wyszła dama w eleganckiej sukni aksamitnej i zgrabnym kapelusiku, i przedstawiła swoją kwestię w sposób adekwatny do epoki romantyzmu:

Rajd konny po Bieszczadach jawił się jako podróż nie tylko przez dzikie ostępy Karpat, lecz i przez najgłębsze zakamarki duszy. Wśród mgieł porannych, unoszących się nad górskimi dolinami, jeźdźcy sunęli w milczeniu, jakby baśniowe widma unoszone tęsknotą serca. Szum potoków, łagodny szelest traw i cichy krok końskich kopyt splatały się w pieśń wolności, jaką tylko dusza romantyczna pojąć może. Gdy dzień chylił się ku zachodowi, a niebo barwiło się zlotem i purpurą, noc znajdowała ich przy ognisku, zamyślonych, zapatrzonych w gwiazdy, które zdawały się szeptać dawne legendy. Była w tej podróży pewna melancholia, lecz i ukojenie – jakby sam duch gór tulił ich w ramionach ciszy”.

Narrator: A jak mogłaby sobie wyobrazić rajd konny wiejska dziewczyna, np. Jagna z Reymontowskich Lipiec?”

44. A co do powiedzenia o rajdowaniu miała Jagna z Lipiec?

 

Na środek wyszła Jagna z Reymontowskich Lipiec i wygłosiła:

„A rajd ten konny po Bieszczadach, to jakby kto w same serce ziemi wlozł, gdzie góry jak chłop zgarbiony, las gęsty, a droga wąska i kręta, kiej warkocz dziołchy. Jeźdźcy sunęli wolno, cicho, ino końmi parskało i ptaki gdzieś śpiewały, a wszyćko to jakby śniło. W dzień słońce prażyło, w nocy rosa siadała, a ogień trzaskał, że aż się duszo grzoła. I śpiewali, bo to i strach, i radość człeka brała. Tam człek czuł, jak ziemia godo do niego, jak duch wiatru przez kark mu lezie i coś mu w serce prawi. Bo to nie jeno jazda była, jeno jakby modlitwa, jakby pokłon naturze i dawnym czasom. A w tych ostępach, co niejednego wilka i zbója pamiętają, szło się tak, jakby człek szedł za cieniem własnych pradziadów. I każda chwila tam miała wagę. A los jak ziarno przesypywał się przez palce”.

Narrator: „Życiu człowieka zawsze towarzyszyły baśnie i legendy. I w tych naszych bardzo „technicznych” czasach spróbujmy się do nich odwołać i zapytać Tolkienowskiego elfa, co on powiedziałby o rajdzie konnym?”

45. Elf Tolkiena też ciekawie widział konną przygodę 46. Damy z różnych epok  widziały świat różnie

 

Wszedł elf Tolkienowski i powiedział jak on widzi bieszczadzki rajd konny.

„Rajd konny przez ziemie Bieszczadu jest niczym pieśń dawnych dni, którą śpiewają jeszcze wiatry pośród smrekowych grani. Wędrowcy, dosiadający swych wiernych rumaków, przemierzają doliny i wzgórza, gdzie echo dawnych czasów wciąż szepta wśród liści. Tam, gdzie rzeki srebrzyste spływają z gór, a niebo rozświetla się blaskiem słońca zachodzącego, dusza odnajduje ciszę, której próżno szukać w krainach niżu. Nocą, przy ogniu, gdy cień tańczy z płomieniem, a pieśni pradawne wypełniają powietrze, serca biją zgodnie z rytmem wieczności. I choć ścieżki są dzikie, a droga niepewna, wędrówka ta jest błogosławieństwem – albowiem kto w niej uczestniczy, ten zbliża się do tajemnic tego świata”.

Narrator: „Lata płyną, czas się zmienia, tylko my, stare Konie, nie zmieniamy się wcale. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy niezmiennie razem, kreatywni i dzięki temu bogaci w przeżycia. I tak będzie po zawsze”.

Dziewczyny dostały duże brawa.

47. Klan Słowików w swojej scence 48. Przerażające czasy, jeszcze je pamiętamy


Po damach z różnych epok na scenie pojawił się klan Słowików i przedstawili hasła przerażające, ale nie tylko niemodne, na szczęście też od lat nieaktualne. 

Gerard: Olbrzym i zapluty karzeł reakcji.
Rafał: Partia ma zawsze rację.
Jola: Wieczna przyjaźń polsko – radziecka. 

Aż trudno uwierzyć że żyliśmy w czasach takich haseł. Brrr…
Przyszedł czas na Renię. Renia przedstawiła jak się pakowały i co zabierały na letnisko  panie przed stu laty, gdy modnym się stało wyjeżdżanie latem na wieś. 

49. Renia opowiada o podróżowaniu w minionym wieku 50. Damy w podróży – chyba  dziś mamy lepiej, choć narzekamy

 

„Słynna publicystka Elżbieta Kiewnarska, publikująca w poczytnym czasopiśmie dla inteligentek „Bluszcz”, wydaje w roku 1929 poradnik „Dobra pani wyrusza na letnisko”… i już wszystko wiadomo.   Pani  pojedzie nowoczesnym środkiem lokomocji jakim jest pociąg, więc konieczny będzie mały koszyczek z prowiantem:
– butelka czerwonego wina, pieczony kurczak,  wędlina, sardynki w puszce, kawa i herbata w termosach, trochę owoców i kwaskowych cukierków.
Reszta bagażu pojedzie wozem, więc spakować należy niezbędne sprzęty do urządzenia się na letnisku. Jako wyposażenie pokoju potrzebne będą:
– lampy, lichtarze, świece, bańki z naftą,  lustra, wazony na kwiaty,
a jako wyposażenie kuchni zabrać należy:
– komplet garnków żeliwnych i emaliowanych, zastawę stołową, koniecznie widelczyk do cytryn,  dwie brytfanki, wanienkę do ryb, tłuczek do kartofli, łopatkę do kotletów, solniczkę, chochlę, tasak, imbryk do kawy i herbaty, młynek do kawy, formy do ciasta i misy do ucierania,  maszynkę do lodów,  moździerz, czerpak do wody, szufelkę do węgla, dużą balię i kocioł do gotowania bielizny, żelazko węglowe, magiel ręczny, deskę do prasowania,  czyścidła, zmiotki, szczotki, 18 ścierek.
A stroje? Tutaj podpowiada czasopismo „Przegląd Mody”. 
Na poranki pani potrzebować będzie szlafroczek, potem ubierze suknię z piki lub jedwabiu, może być suknia w kwiaty. Nie należy zapomnieć o skarpetkach i pończochach, wywiniętych do kosek, bo obnażona stopa pani z trudem znosi żwir, drzazgi, kamienie, które powodują zgrubienie naskórka. Nie zawadzi też mieć parę białych sukien, łatwych w praniu i prasowaniu, i płócienne białe buciki na angielskim obcasie”.  

Uff, brzmi to jak kabaret. Chyba z pakowaniem się na letnisko mamy dziś prościej. 
Dalej pojawiła się przed publiką Hania, która wyszła na środek ze starą niemodną walizką i zaproponowała szybki konkurs: znalazłam tą starą walizkę na strychu, a w niej pełno drobiazgów. Może pamiętacie te przedmioty, zgadujcie co to takiego”. 
Niestety pamiętamy te walizkowe drobiazgi z dawnych czasów (bo tak długo już żyjemy), ale od lat nikt czegoś takiego nie widział i nie używał. Były tam: temperówka na żyletki, podręczna przeglądarka do slajdów (dziś obsługa media-marktów nie wie nawet, co to jest slajd), uchwyty do wciągania butów  oficerskich, płyta pocztówkowa (tak, tak, takich słuchaliśmy), igły z kości słoniowej do robienia dziurek w tkaninach, koziołek do odkładania sztućców przy talerzu i – uwaga – suszka kołyskowa. Ni mniej ni więcej.  Zrobiło się rzewnie.

51. Co Hania znalazła w starej walizce? 52. Suszka kołyskowa


Przyszła kolej na Kornelów. Zawsze mają ambitne teatrzyki, nie inaczej było tego roku. Na podstawie scenki z „Zemsty” Aleksandra Fredy pokazali całkiem już zarzucony obyczaj pisania listów pod dyktando, gdy przy okazji dochodzi do komicznych sytuacji. Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list rzekomo pisany od Klary do Wacława, realizując własną intrygę, ale nie radząc sobie z tym tematem. Nie wie jak list ułożyć, złości się, co rusz posiłkuje się przerywnikiem „mocium panie”, często przez niego używanym w chwilach stresu i gniewu.
Cześnik:
„Siadaj waść tu, zmaczaj pióro, będziesz pisał po mym słowie. 
Teraz trzeba
 pisać właśnie, jakby Klara do Wacława”.
Dyndalski ma opory, pan się niecierpliwi.
„Co się waszeć o to pyta, maczaj pióro, pisz i kwita.
Tylko że to mocium panie, aby udać trzeba sztuki,
Owe brednie, banialuki, to miłosne świergotanie,
Jak tu zacząć mocium panie”?
Dyndalski próbuje coś podpowiadać, pan ironizuje, zagląda przez ramię na kartkę i się złości, że sługa gryzmoli. Dyktuje dalej nadmieniając ”pisz dokładnie”.
„Bardzo proszę”… mocium panie…
Mocium panie… „me wezwanie”…
Mocium panie… „wziąć w sposobie, jako ufność ku osobie”…
Sługa pisze dosłownie, nie pomija żadnego „mocium panie”, pan w gniewie drze kartkę krzycząc „niech cię czarci chwycą, z taką pustą mózgownicą”.
Dyndalski: „jaśnie pana własne słowo”.
Cześnik: „milcz waść, przepisz to de novo. Mocium panie opuść wszędzie”.
Pisz de novo, pisz, powiadam, mózgu we łbie za trzy grosze”.
Ostatecznie z tej współpracy nic nie wychodzi, pan przegania sługę i decyduje się zrobić to inaczej. Nawet lepiej będzie może, gdy wyprawię doń pacholę, z ustną prośbą…”

Dziś takich dylematów nikt już nie ma, nikt nie dyktuje listów, bo czy jeszcze pisuje się listy? A przerywników w mowie potocznej typu „mocium panie” też nikt nie używa. Ale wesoło było posłuchać. Artyści odegrali scenkę bardzo profesjonalnie.

 

53. Jak pisano listy pod dyktando za Fredry 54.  Ci aktorzy nie odbiegają od profesjonalistów grających „Zemstę”


Wg ustalonej kolejności na scenę wszedł Jurek i przedstawił stare co prawda przysłowia, które zmodyfikował, dając im nowe życie.

Gdy się człowiek śpieszy, to się koń nie cieszy.
Dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie zrobi w konia.
Pieniądze szczęścia nie dają, lecz przy kupnie konia bardzo pomagają.
Nie chwal konia przed zachodem słońca, a kobiety przed śmiercią.
Lepszy wróbel w garści niż koń na dachu.
Lepiej mieć konia co się dąsa, niż prezydenta alfonsa.
Konia z rzędem za prezydenta nie bandytę.

Okazuje się, że zdania mogą zyskać całkiem nowe znaczenie, jeśli się zmieni bodaj jedno słowo. Ale także, gdy postawi się kropkę w całkiem innym miejscu. Oto przykład:

Moja stara piła leży przed domem.
Moja stara piła. Leży przed domem.

Uśmialiśmy się, a niemodna piła także znalazła miejsce w naszym ambitnym teatrzyku.

 

55. O co chodzi z tą starą piłą?


Na koniec wyszła na scenę Zgaga i przedstawiła stare zawody, które wyszły z mody.

56. Zgaga opowiada o starych zawodach, które wyszły z mody

 

„Małe miasteczko, a w nim cicha uliczka z kolorowymi domkami, okryta jeszcze mrokiem nocy. Na horyzoncie zaczyna jaśnieć niebo, zapowiedź wschodzącego słońca. U wylotu słychać kroki – to latarnik wyruszył na swój poranny obchód, jego podopieczne mogą odpocząć, ich pracę zastąpi słońce.
Oj, a co tu za hałas. No tak, to wózek mleczarza podskakuje na bruku, dziw, że butelki z niego nie wypadną. Chłopak zamienia puste na pełne i za chwilę wózek znika za zakrętem. Zapada cisza, ale nie na długo.
Pierwsze otwierają się okiennice w domu praczki. Dzisiaj poniedziałek, więc przyniosą za chwilę bieliznę z domu doktora. A wczoraj było przyjęcie u burmistrza, pewnie obrusy i ścierki też będą do prania.
Obok pralni znajduje się poczta i za chwilę ktoś wpadnie nadać telegram, zamówić rozmowę międzymiastową lub kupić znaczek.
Z bramy za pocztą wybiega chłopak – ustawia na chodniku stołeczek, obok pudło, siada  i jeszcze trochę drzemie. Wczoraj padało, a do magistratu burmistrzowi i jego urzędnikom nie wypada przecież przyjść w brudnych butach. Chłopak zarobi więc dziś parę groszy.
Ostatni w rządku jest dom z szyldem „Repasacja”. Tu klientki śpieszyć się nie muszą. Ale nylonowe pończochy, zwłaszcza te ze szwem, mają to do siebie, że często lecą w nich oczka. A wczoraj było przecież przyjęcie u burmistrza. 
I tak zaczyna się nowy dzień…”     

Oj, gdzie te czasy…. brawo.
Na tym występy się skończyły, ale jeszcze Józek zaproponował wielki jeździecki Konkurs Grande Prixe, obiecując ciekawe nagrody. Powołał komisję sędziowską, podzielił całe towarzystwo na kilkuosobowe zespoły i zaproponował losowanie kopert i rozwiązanie znajdujących się wewnątrz zadań. Podeszliśmy do tego bardzo ambitnie, zadania nie były wcale łatwe. Komisja sędziowska po wyznaczonym czasie zebrała prace i wyłoniła zwycięzców. Nagrodą były oryginalne flots  z ważnych, historycznych zawodów jeździeckich. Było dużo zabawy i śmiechu, wygrał zespół w składzie: Gabi, Rafał, Zbyszek i Maciej. Brawo.

57. Wielki konkurs Grande Prixe – zwycięzcy 58. Ta grupa też odbiera nagrody


Z przyjemnością zasiedliśmy do stołu, gdzie czekał zasłużony, suty posiłek. W naszej biesiadzie uczestniczyła Kinga i Weronika, fajnie było pogadać także poza stajnią. Przy dobrych winach czas miło leciał, pogaduszkom nie było końca. Także sesjom zdjęciowym, na pewno zimą chętnie wrócimy do tych beztroskich chwil.

59. Biesiada 60. Stres minął, można porajdać


W piątek prognozy zapowiadały upał, więc wydawało się, że duże wzięcie będzie miała pierwsza jazda. Ale rano w stajni pojawiły się tylko 3 osoby. Jazdę poprowadziła Ola. Było więcej niż zwykle kłusa i galopu, więc trasę obliczoną przez dziewczyny na ponad godzinę śmignęliśmy dużo szybciej. Można się było bez pośpiechu wyszykować na śniadanie.

61. Na jazdę poszła 27-letnia Nikitka 62. Wujowie w Dolinie Charlotty


Dzień natomiast obfitował w inne aktywności – kilka osób pojechało na wyprawę rowerową do bardzo ciekawej, małej wioski Łącko, pełnej starych domów szachulcowych.  Inna grupa rowerzystów popedałowała znaną trasą w stronę Darłowa, a jeszcze inni  wybrali się do słynnej Doliny Charlotty, wielce reklamowanej w mediach. Nie zabrakło też zwolenników wędrowania plażą, co zawsze jest przyjemnością.

63.  Wyprawa rowerowa do wsi Łącko, spotkanie na pomoście 64. Ta grupa popedałowała do Darłowa

 

Dzień miał być upalny, jednak po południu przyszło nagłe załamanie pogody i gładkie morze w jednej chwili pokryło się falą. Ciśnienie tak gwałtownie spadło, że wiele osób źle się czuło. Cztery osoby zamówiły sobie jazdę wieczorną na zachód słońca, ale pojawiły się chmury i nie do końca się to udało. Konie też były wyjątkowo pobudzone, leniwa z reguły Pepsi rozrabiała jak mały źrebak.
Nagle zrobiło się zimno, nie przeszkodziło to jednak spotkaniu się wieczorem przy ognisku, gdyż sobota przed wyjazdem nie nadaje się do takich imprez. Trzeba się było zmierzyć z faktem, że obóz dobiega końca. Zwyczajowo Wojtek wygłosił laudację, jego krasomówstwo jest nie do zastąpienia. Podziękował Iwonie za zorganizowanie kolejnego, udanego obozu, za ciekawy program, który zawsze mamy zapewniony. Podziękował Kindze i dziewczynom ze stajni za ciepłą atmosferę którą nam zapewniają, za konie i piękne jazdy. Podziękował całej grupie – że ciągle trwamy, że jesteśmy. Mania podziękowała Wojtkowi, bo klimat który tworzy razem ze swoją gitarą jest ważnym elementem każdego rajdu i rajdobozu, bez niego nic nie byłoby takie samo. Kupcio podziękował Manii, że nie zapomniała o Wuju, a jeszcze ktoś podziękował Kupciowi, że się znalazł i nie zapomniał o Mani, która nie zapomniała o Wuju. I tak sobie dziękowaliśmy, popijając piwo i czekając aż się upieką kiełbaski. Spędziliśmy kolejny, niezapomniany wieczór.

65. Ognisko pożegnalne 66. Nie należy się smucić, jeszcze jeden dzień przed nami
67. Laudacja Wojtka 68. Śpiewamy z zaangażowaniem


W sobotę było już zdecydowanie wietrznie i sztormowo, ale rytmu jazd konnych to nie zaburzyło. W tym roku plaża była wyjątkowo grząska i kamienista, do galopu nadawały się tylko niektóre, krótkie kawałki. Nadrabialiśmy w lesie, miękkie dukty wśród sosen i wrzosów były lepsze do galopu. Tego dnia zażyliśmy wszystkiego, galopów plażą i lasem, także widoku wzburzonego morza. Zakończyliśmy obóz bez ofiar, choć były trudne momenty. Po jeździe żegnaliśmy się z dziewczynami ze stajni, były drobne upominki dla każdej, wyraziliśmy nadzieję na kolejne spotkanie za rok, na co także one wyraziły nadzieję.

69. Największy koń w stajni Largo i jeden z najmniejszych – Nataszka 70. Jaga na Sarze
71. Żegnamy się z załogą stajni 72. Drobne upominki dla wszystkich


Dzień upłynął na spacerach, rowerach, ostatnich zakupach – ale głównie na pakowaniu kufrów. Nie mamy ich tyle co kobiety z Reniowej scenki, ale jednak tych klamotów jest zawsze całkiem sporo.

73. Ostatnie spacery – niezwykły spektakl 734  Uroczy porcik rybacki w Jarosławcu


W niedzielę po śniadaniu każdy ruszył w swoją stronę. Do zobaczenia za rok.

 

  

 

 

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy rajdobozu

 

 

 

XXIV Rajd Starych Koni, Pieniny 20 – 09.06.2025

W czerwcu 2025 roku Stare Konie tradycyjnie ruszyły na rajd konny, niezmiennie ignorując pesele, strzykania tu i tam, wszelki inne niemożności i niedomagania. Co z tego że strzyka, gdy silne, wewnętrzne pragnienie przeżycia tej kolejnej konnej przygody jest niezłomne. Temu pragnieniu przyświeca starosłowiańskie słowo zew, oznaczające „głos”, „wezwanie”. Gdy tylko zima odejdzie, nasze mustangi pod wodzą niezastąpionego Józinka wzywają, kolejna przygoda czeka. Szykujemy się mentalnie, w końcu pakujemy niewyobrażalnie wielkie kufry i ruszmy w drogę.
W bieżącym roku miejscem rajdowania były ponownie Pieniny, a bazą wypadową jak i rok wcześniej ranczo Andrzeja, Józkowego brata, w Jaworkach koło Szczawnicy. Bardzo nam się tam podobało, Pieniny zachwyciły, a fakt że do Pienin jest bliżej niż w Bieszczady odgrywa istotną rolę. Podstawą tego projektu  jest jednak wspaniałomyślność naszego wodza, który swoje wierzchowce przyprowadza wierzchem z Sanoka do Jaworek ponad 200 km.  To niesamowite przedsięwzięcie i bardzo ci dziękujemy Józiu za ten prezent. Piękne jest, że  rajdować możemy na naszych ulubieńcach,  które znamy i których się nie boimy. Co prawda co roku pojawia się jakiś jeden czy dwa nowe wierzchowce, ale mamy zaufanie do Józkowych propozycji i każdy nowy konik jest   szybko zaakceptowany i przyjęty do zespołu.

1. Na końcu wsi, wśród drzew, jest nasza baza wypadowa w Pieniny 2. Ranczo Andrzeja Mosa w Jaworkach


W tym roku przyjechali: Jaga z Walterem, Lalucha z Wują,   Renia z Andrzejem, Dorota, Marysia, Aldona, Ewa Gdańszczanka, Ewa Formisia, Zgaga, Maciek Warszawski, Stefan, Leszek, Kupcio, Siostry Sisters, oraz na cztery dni Hania Olowa. Koniki na których jeździliśmy to Rodos, Melisa, Hermes, Eldik, Fikus, Wiarus, Czantoria, Emir, Wezyr i nowy Foksal. Józek dosiadał różnych koni w różnych dniach, ale m.in. przewodził raz na młodziutkiej Wetlince własnej hodowli, która była z nami po raz pierwszy.
Gdy przybyliśmy do Jaworek okazało się, że jest tam „na zakładkę” inna grupa, więc przez pierwsze 2-3 dni było dość ciasno i nie każdy miał komfortowe warunki. Jednak z dużą życzliwością i zrozumieniem przeżyliśmy te dni, a potem było już tylko dobrze. Dziewczyny, Tereska i Justynka, jak zwykle karmiły nas znakomicie, posiłki były obfite i smaczne, wszystko było „własnej roboty”  lub  sąsiada zza płotu, np. oscypki z zaprzyjaźnionej bacówki.  Cieniem na pozytywny obraz naszej bazy wypadowej kładł się niestety obraz bardzo rozkopanych Jaworek, istny plac budowy. Droga dojazdowa do posesji Andrzeja była zmaltretowana, wszędzie stały maszyny budowlane, nieco powyżej drogi rosło nowe osiedle. Budowane apartamentowce zapowiadają się apetycznie, jednak póki co pobojowisko robiło złe wrażenie. Na szczęście ranczo Andrzeja znajduje się na końcu wsi, a za nim jest już tylko pięknie. W piątek po przyjeździe i po obiedzie część osób wybrała się na wieczorny spacer do rezerwatu Wąwóz Biała Woda, gdyż dobrze jest rozprostować kości po podróży, ale przede wszystkim dobrze jest ucieszyć oko urokiem rezerwatu, w zderzeniu z wcześniejszym placem budowy w tej urokliwej kiedyś wiosce.

3. Po długiej podróży spacer do rezerwatu Wąwóz  Białej Wody 4. Zaczynamy przygodę


W sobotę po podróży każdy był lekko nieświeży, jednak nie dostaliśmy żadnej taryfy ulgowej i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na pastwisko odłowić konie. Zawsze na początku jest trochę zamieszania, gdyż nie wiadomo kto jakiego mustanga dosiądzie, a gdy się to już wie, trzeba pod wiatą poszukać sprzętu  przynależnego do wyznaczonego konia. Siodła i ogłowia mają numery, Józek informuje jaki numer przynależy do danego konia, ale nie wiadomo gdzie co leży, a części siodeł nie ma pod wiatą, tylko nie wiadomo gdzie. Szukamy więc siodeł i ogłowi, także derek, szczotek, kopystek,  pakujemy peleryny do sakw, a kto jedzie wozem, organizuje się na wozie.   Ale co tu dużo mówić, mamy wieloletnią rutynę i przesadnie długo te zabiegi w pierwszy dzień nie trwają.

5. W pierwszy dzień jest trochę zamieszania ze znalezieniem sprzętu  6. Ogarniecie się w końcu?


W pierwszy dzień cztery osoby zadeklarowały chęć jechania na dwie zmiany, tam i z powrotem, a dziesięć osób chciało jechać tylko raz, tam lub z powrotem. Obstalowaliśmy więc dziewięć koni plus jednego dosiadł Józek. Nasze deklaracje wyglądały bardzo ambitnie, na szczęście Józek przyprowadził wystarczającą ilość koni, każdy mógł jeździć ile tylko chciał.
W kolejnych dniach nie było już tak ambitnie, co rusz ktoś odpuszczał. Stąd ścisk na wozie, pogłębiający się w kolejnych dniach. Ale cóż, tak już będzie… a póki co jakoś dajemy radę.
Józek z góry założył, że pierwsze dwa, trzy dni będą lajtowe, gdyż już dawno przestał wierzyć, że przyjedziemy na rajd zaprawieni do boju. Kiedyś upominał żeby przed rajdem pojeździć gdzieś trochę, ale wie, że to zalecenie nie jest przestrzegane. 
Więc w sobotę spokojnym stępem podróżujemy za wozem  Doliną Białej Wody, zmierzając do tego samego miejsca biwakowego, w którym biwakowaliśmy w pierwszy dzień poprzedniego rajdu. Jedziemy jednak początkowo trochę inaczej, najpierw wąwozem do rozejścia szlaków, następnie koło bacówki łąkami w górę i potem w lewo pod Przełęcz Rozdziela. Łąki zachwycają, także panoramy. W zeszłym roku jechaliśmy tędy w deszczu, dodatkowo mgła nie dawała szans się pozachwycać. Teraz widzimy jak tu wszędzie pięknie, z wrażenia nikt się nie odzywa. Józek zafundował pierwszej grupie mały kłus i mały galop, na dobry początek, ale druga grupa wracała tylko stępem, gdyż na powrocie stale było w dół. W tym roku jest generalnie więcej ceprów na szlakach, ale nie są to ilości denerwujące, raczej spotkania są sympatyczne, tym bardziej, że jesteśmy dużą atrakcją dla wędrowców. Idzie gruby pan z grubą panią, trasa jest łatwa, ale wędrowcy są mocno upoceni. Wołamy: dzień dobry, efektywnie państwo spędzacie czas. Pan woła: a wy, jak efektownie. I wszystkim jest miło.
Poniżej Przełęczy Rozdziela spotykamy Hanię Sister, która do tego miejsca dotarła pieszo i porobiła nam serię zdjęć, gdyż miejsce było cudne.

7.  Pogranicze Beskidu Sądeckiego i Pienin Małych 8.  Sobotnia wędrówka

 

Po kolejnej pół godzinie spotykamy się z wozem, pałaszujemy bardzo dobry żurek, odpoczywamy i druga grupa rusza podobną trasą do domu. Na wozie był wielki ścisk, wręcz trudno się było ruszać, ale krążyły procenty i dowcipy, tak że „wesoły autobus” podróżował nie mniej atrakcyjnie niż konni.    

 

9. Nasz pierwszy biwak 10. Renia w historycznym fartuszku napełnia miski


Wieczorem było pod wiatą ognisko inauguracyjne, gdzie śpiewaliśmy z wyjątkowym  zaangażowaniem, a Wuja wyciskał z gitary ostatnie soki. „Jesteście w formie” – chwalił grupę nasz gitarzysta. Ale jak tu nie mieć pary, gdy przygoda dopiero się zaczyna i wszyscy się cieszą. Wieczór był bardzo piękny. Nie zapomnieliśmy o naszym kochanym Olu, który bardzo chciał być w Pieninach, ale w ubiegłym roku zdrowie nie pozwoliło, a w tym – nie doczekał. W tym roku reprezentowała go Hania. Olo to twórca nazwy „Stare Konie”, także inicjator powstania śpiewnika, bez którego ogniska trudno sobie wyobrazić. Mieliśmy nadzieję, że słyszy nasze śpiewanie.

11. Ognisko inauguracyjne 12.  Klimatyczne chwile


W niedzielę przyjechała z Krakowa nasza fanka Kasia i prosto z samochodu ruszyła z nami w trasę.
Jedziemy w Beskid Sądecki, do miejsca znanego z poprzedniego roku pod szczytem Radziejowej (najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego), zwanego przez dwóch Mosów Czarna Woda. W dawnych czasach była tu wieś łemkowska o tej nazwie, podobnie jak w Dolinie Białej Wody mieszkali Łemkowie we wsi o nazwie Biała Woda. Łemków wysiedlono po wojnie i wioski pochłonęła dzika przyroda. Niestety Jaworki oparły się ekspansji przyrody i dramatycznie się rozbudowują.  Początek naszej niedzielnej marszruty to przebicie się   przez budowlane pobojowisko, by wreszcie przez łąki i lasy ruszyć do góry i zostawić te destrukcyjne obrazki za sobą.  Jedziemy przez mieczykową łąkę (mieczyków w tym roku jak na lekarstwo, być może trafiliśmy na inny moment wegetacji), wjeżdżamy na znane łąki widokowe, skąd dobrze widać Trzy Korony i Tatry słowackie.  Widoczność jest dużo lepsza niż w ubiegłym roku, powietrze mimo wysokiej temperatury jest bardziej przejrzyste. Mamy więc ucztę duchową, po czym wjeżdżamy w las, by po jakimś czasie zacząć opuszczać się stromo w dół, na spotkanie z wozem.

13.  Tradycyjnie gimnastyka była każdego dnia 14.  Cudne panoramy z Beskidu Sądeckiego na Pieniny i Tatry

 

W zeszłym roku Józek wybrał niefortunnie ścieżkę  zjazdową niewiarygodnie stromą,  teraz zdecydował się na inną, ale też stromą. Ostatecznie docieramy do znanego miejsca w głębi lasu pod Radziejową, gdzie czeka już wóz, zupa gulaszowa i Renia w swoim historycznym fartuszku, w którym napełnia podstawiane miski. Najedliśmy się do imentu i na skraju lasu,  na kupie drągów, odpoczywamy w ożywczym chłodzie.  Kasia z Wujem grają na harmonijkach, istna sielanka, chętnie siedzielibyśmy tak do końca świata.

15.  Odpoczywamy po konnej wędrówce 16.  Muzykanci umilają chwile odpoczynku


Trzeba się jednak pozbierać. Andrzej proponuje Józkowi inną drogę powrotną, byłoby coś nowego, a ponadto obiecuje pyszne panoramy.  Leśna droga przy której biwakujemy wyszła z nieistniejącej wsi Czarna Woda, dotarliśmy do niej z lewej strony gór. Teraz mamy pojechać na prawą stronę od drogi, Andrzej z Józkiem konsultują co i jak. Wyjazd do góry jest jednak jeszcze bardziej stromy niż ścieżka którą tu zjechaliśmy. Drapiemy się  dużą stromizną przez gęsty las, konie dyszą i trzeba stawać, aby wyrównały oddech. Ten wariant podróży nie wydaje się dobrym pomysłem, ale  kiedyś ta stromizna się pewnie skończy. Być może zobaczymy nowe cudne łąki, więc wyglądamy z niecierpliwością jakichś prześwitów. Zamiast tego jest stale w górę i w górę. Wreszcie trafia się przyjazna, płaska ścieżka w prawo,  Józek decyduje się na nią zboczyć. Może chce ulżyć koniom, może tak mu podpowiada „niuch”. Ścieżka na chwilę daje wszystkim wytchnienie, niestety doprowadza do koryta rzeki bez wody,  którym trzeba zjechać w dół, gdyż innego wariantu nie ma. Wyschnięte koryto rzeczne jest usłane  głazami i połamanymi gałęziami, jazda nim na dół jest mordercza i wydaje się nie mieć końca. Ostatecznie wracamy do drogi leśnej od której zaczęliśmy ten nowy wariant, czyli pobłądziliśmy i wyszedł jeden wielki niewypał.

17. Na stromiźnie stajemy, by konie złapały oddech 18.  Zejście z góry po wyschniętym potoku górskim 19.  Morderczy zjazd  w dół

 

Jedziemy chwilę tą drogą, w końcu Józek zjeżdża w las w kierunku   pierwotnego szlaku, chwilę klucząc i forsując nieznaną, podmokłą łąkę. Ale osiągamy znane łąki, z panoramami które tak rano zachwycały. Po drodze Fikus skubiąc trawę zaplątuje się w uwiązie wiszącym na szyi, zaczyna panikować i próbować się wspinać. Ewcia  zeskakuje z siodła i razem z Józkiem,  który ruszył do pomocy, rozplątują wystraszonego konia
Tego dnia obie grupy podróżowały tylko stępem, stale było góra – dół. Tego jak i każdego dnia jazdy trwały po ok. 2 godziny w jedną stronę.

20. Uff, wreszcie znajome ścieżki 21. Fikus się zaplątał w uwiązie, chwilowa przerwa


Jak na niedzielę przystało kuchnia zaserwowała rosół i schabowego, a po obiedzie poszliśmy na lody i potem „na bobry”. Już wcześniej widzieliśmy z siodeł, że na rzece w Wąwozie powstały bobrowe tamy, których w poprzednim roku nie było. Teraz porobiły się duże rozlewiska i mieliśmy nadzieję, że może szczęście dopisze i zobaczymy choć ogon któregoś z budowniczych. Szczęście dopisało – zobaczyliśmy nie tylko ogon, ale całego bobra, a może to nie był jeden, może się zmieniały. Bo praca trwała w najlepsze, nie przerywały jej ani na chwilę. Wypływał taki boberek spod suchego już świerka, płynął do połowy rozlewiska, fikał kozła i wracał pod wodą pod świerk. Może coś tam targał w łapkach pod wodą, czego nie było widać, ale takich rund wykonał niezliczoną ilość,   zupełnie ignorując kibiców stojących na brzegu. Było to fascynujące.

22. Bobry pracują zawzięcie, nie przeszkadza im publika 23. Oglądamy niesamowity spektakl

 

Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku, Kasia grała na skrzypcach, śpiewaliśmy piosenki pominięte poprzedniego wieczoru. Ale energii w narodzie było dużo mniej, trudy rajdowego życia dały się we znaki. Doris chora padła, Stefanowi wysiadło kolano, Siostry Sisters uchodziły się i były zmęczone, Kupcio  wisiał na ławce pół żywy, poprzednią noc spędził na ławie w jadalni, gdyż chrapanie w pokoju nie dało mu oka zmrużyć. Więc ile się dało tyle wysiedzieliśmy, było bardzo miło i muzycznie, ale dość spokojnie i nie przesadnie długo.
Jednak w poniedziałek w jadalni od rana było bardzo wesoło, gdyż Marysia usiłowała przekazać różne komunikaty, ale wyszło że frekwencja ma problemy ze słuchem, koncentracją i zrozumieniem i ciężko szło z przyswojeniem tego wystąpienia. Co rusz ktoś czegoś nie dosłyszał lub nie zrozumiał. A wieczór miał być wiankowy, więc pewne ustalenia były istotne. Nie mówiąc o tradycyjnym porannym rozdziale koni i kolejności jazd. Marysia zaczęła powtarzać wolno, dobitnie i po wiele razy, a Stefan widząc co się dzieje powtarzał wszystko swoim tubalnym głosem, dając szansę tym co mniej słyszą i rozumieją trudniej. Była przy tym kupa śmiechu, a jakie efekty uzyskał, okazało się potem przy koniach, gdzie i tak nigdy nic nie pasowało.  Dodatkowo w jadalni  rozbroiła nas Majka zwracając się do przypadkowej osoby: podaj mi chleb, bo ty słyszysz.
Ale jakoś udało się wyjechać. Tego dnia zrezygnowały z jazdy wierzchem trzy osoby, poprzedniego dwie. A z czterech osób początkowo deklarujących jeżdżenie na dwie zmiany zostały dwie. Zwiększyło to ciasnotę na wozie, więc Andrzej tego dnia wyciągnął stary wóz, który był co prawda większy i dawał szansę rozsiąść się wygodnie, ale nie miał plandeki, więc nie chronił od deszczu, słońca i kurzu.  Hania Sister już rzadko kiedy  korzystała z tego środka lokomocji, na biwaki docierała pieszo, robiąc po 15 – 17 km.
Pojechaliśmy na Połoniny Szlachtowskie, cudne miejsce, dojechaliśmy tam trochę innymi ścieżkami niż w zeszłym roku. Dzień był gorący, ale wyżej powiewało, więc dało się oddychać. Pierwsza grupa galopowała krótko dwa razy, druga – raz. Widoczność znowu była dobra, wyraźnie widzieliśmy Gerlach w Tatrach słowackich, poza tym rutynowo Wysoką (najwyższy szczyt Pienin), Trzy Korony, Sokolicę, Czertezik i wiele innych. To jedno z najpiękniejszych miejsc w naszych pienińskich wędrówkach. Biwakowaliśmy tam gdzie w ubiegłym roku, na drodze leśnej w kierunku Przehyby w Beskidzie Sądeckim. Na wozie dojechał bigos, wcinaliśmy popijając piwem.

24. Połoniny Szlachtowskie – za plecami Gerlach i Pieniny Małe 25. Połoniny Szlachtowskie – za plecami z prawej Trzy Korony i Sokolica


Tradycyjnie nie było czasu na odpoczynek po powrocie z wędrówki, pilnie należało ruszyć na zbiór kwiatów. Tradycyjnie obiad jedliśmy ukwieceni, a wianki jak zawsze były kolorowe i ambitne. Obiad był pyszny, pomidorowa i klopsiki z kaszą.

26.  Wiankowy obiad 27.  Wiankowe towarzystwo


Do rzeki jest w Jaworkach daleko, ale gdy tylko wstaliśmy od stołu, dzielnie ruszyliśmy w drogę.  Po raz kolejny rozkopane Jaworki zrobiły złe wrażenie, poza tym było gorąco, dużo kurzu, a w Grajcarku przygnębiająco mało wody. Ale atmosfera w stadzie panowała jak zwykle radosna, nikt nie manifestował zmęczenia, a miejska gawiedź miała uciechę.

28.  Maszerujemy do centrum Jaworek zwodować wianki 29. Do mostu nad Grajcarkiem jest daleko

 

Wianki nie miały szans odpłynąć, ale Kupcio w ubiegłym roku wszedł w butach do wody aby  im pomóc, więc w tym roku nie mogło być inaczej. Potem przyznał się, że przewidująco zaimpregnował odpowiednio buty, może kolejnej takiej kąpieli by nie przetrwały. Patrzyliśmy z mostu na Kupciowe wyczyny, każdy obserwował swój wianek oczekując, że tego nie pominie. Oczywiście żaden nie został pominięty, wszystkim udzielono pomocy i miejmy nadzieję że popłynęły dalej niż wzrok sięgał. Czy jednak w dobie zmian klimatycznych i suszy hydrologicznej osiągną Bałtyk? Ale co tam, tyle razy dopłynęły, że szczęście mamy od dawna zapewnione, o czym świadczy chociażby fakt, że spotkaliśmy się kolejny raz na  rajdowej przygodzie. Póki co Stefan tradycyjnie wyciągnął swoją srebrną zastawę i swoją słynną wiankową nalewkę i biesiadowaliśmy na moście nad Grajcarkiem  do ostatniej kropelki.

30.  Wiankowe dziewczyny 31. Wiankowe chłopaki
32. Wianki zostały zwodowane 33.  Kupcio pomaga wiankom odpłynąć


Wieczór kontynuowaliśmy przy ognisku, było intensywnie trunkowo i intensywnie muzycznie.  
Wtorek – w nocy lało, ranek wstał słoneczny, ale chłodny. Trasa miała być długa, więc chłodek był bardzo pożądany. Przy siodłaniu pojawił się nowy chłopak Artur, gość Andrzeja. Przyjeżdża do Jaworek od czasu do czasu. Ponoć znalazł gdzieś w internecie informacje o Starych Koniach  i został mile zaskoczony – tak powiedział – że nas spotkał. Okazał się bardzo pomocny przy ściąganiu koni z pastwiska, które tego dnia były bardzo wysoko, pomagał też przy siodłaniu. Pojechał z nami w trasę i generalnie okazał się „w dechę koleś”.
W planie była Szlachtowa przez Durbaszkę, ale do Durbaszki jechaliśmy inaczej niż wcześniej, dlatego trasa miała być dość długa.
A więc jedziemy Wąwozem do bacówki, potem do góry i w prawo, skrajem rezerwatu „Zaskalskie – Bodnarówka”. Tym sposobem omijamy wyciąg krzesełkowy w Jaworkach, od którego pięliśmy się na Durbaszkę w zeszłym roku.  Trasa jest do pewnego momentu całkiem nowa.

34. Wyjeżdżamy ponad bacówkę 35.  Nowa trasa na Durbaszkę

 

Jedziemy przez bezkresne łąki, pełne kierdli owiec. Owce lekceważą konnych, konie również ignorują owce. Najgorsze są jednak psy pasterskie, które broniąc stad robią wielki rejwach i straszą atakiem.  Tego konie nie lubią, a my mamy złe doświadczenia ze spotkania z owcami pod Smolnikiem, gdzie psy narobiły tyle hałasu i zamieszania, że konie poszły w rozsypkę, a Mania zaliczyła glebę.  Teraz mijamy kilka stad, przy każdym „pracuje” po kilka psów, a raz jest ich osiem, wszystkie niezmiernie zadziorne.   Na szczęście wszystkie te kudłate agresory są karne i słuchają swoich juhasów, a ci reagują szybko widząc próbę ataku. Raz kilka takich zajadłych napastników zostaje zawróconych zaledwie jednym słowem krzykniętym przez pastucha, niestety nie udało się dosłyszeć tego słowa. Ale było to niesamowite. Pastuch był Łemkiem albo Słowakiem.

36.  Pieniny to mekka pasterstwa 37.  Stad pilnują agresywne psy


W pierwszej części jazdy Józek zarządził dwa krótkie galopy na rozgrzewkę, ale Wielkie Galopowanie jest przed nami, do tego służy odcinek mniej więcej spod Wysokiej do zjazdu do Szlachtowej. Aklimatyzację mamy za sobą, więc można poszaleć. Tego dnia dość mocno wiało, a na wierzchowinie porywy wiatru były bardzo silne, trzeba było dobrze zabezpieczyć kapelusze, aby ich nie zgubić. Wiatr nie tylko wiał, ale też groźnie huczał i zawodził, dźwięki te drażniły co wrażliwsze ucho.

38. Ścieżka grzbietowa Małych Pienin, teren Wielkiego Galopowania 39.  Foksal, przyczyna wielkiego zamieszania

 

Okazało się, że wietrzny wokal zdenerwował też naszego nowego, czteroletniego arabka Foksala.  Z tylnej pozycji wyrywa nagle do przodu i mijając całą kawalkadę rusza  oszalałym galopem do przodu, uciekając nie wiadomo przed czym i nie wiadomo dokąd. Dorotka dosiadająca szaleńca nie spodziewała się takiego numeru, pewnie podróżowała na luźnych wodzach jak wszyscy. Nie tracąc jednak zimnej krwi ogarnia się i próbuje wprowadzić konia na koło, tak aby nie stracił z oczu stada i w końcu się opamiętał. Jednak ten manewr wiązał się z utratą stabilnej powierzchni pod nogami – koń wytraca nieznacznie szybkość, lecz na nierównościach potyka się, upada, znowu podnosi, ostatecznie gubi Dorotkę i jak wiatr rusza w połoninę. Gna jak oszalały, jednak czuje że stado nie pędzi za nim, więc sam wyznacza sobie okręg po którym  lata, chcąc widzieć resztę. Dorotka leży w trawie, a my wszyscy umarliśmy na chwilę. W końcu siada, my łapiemy oddech, a Józek podbiega do reanimacji. Okazuje się, że nasza dzielna pani doktor nie dlatego leżała długo w trawie, że była połamana, ale dlatego, że była wściekła, że tak się dała podejść temu małemu gnojkowi.  A mały łobuz w końcu opadł z sił, zbliżył się do stada i łatwo dał się złapać. Dorotka na pewno była w szoku, ale jakoś otrzepała piórka i po dłuższej chwili, gdy już  sprawdzone zostały wszystkie kosteczki, dzielnie dosiada swojego niesfornego arabka, bo droga jest jeszcze daleka. Ruszamy  stępem do przodu, o galopach nikt już nie myśli.  Po dość krótkim czasie  Doris woła z tyłu, że arab szykuje się do powtórzenia swoich panicznych wyczynów, więc zeskakuje z siodła, oddaje konia  Józkowi i siada na Józkową Czantorię. Cała dalsza trasa to próba spacyfikowania arabka przez Józka. Arab jest niespokojny, wystraszony, oczekujący jakiegoś wyimaginowanego kataklizmu. Tak dojeżdżamy stępem do Szlachtowej, gdzie przewidziany jest biwak i wreszcie można wypuścić parę i zaznać relaksu.

40. Biwak w Szlachtowej 41. Muzeum Pienińskie

 

Przyjechał czerwony barszczyk, biesiadujemy na drągach. Część osób która nie była w muzeum, idzie zwiedzać.  W drodze powrotnej prawie całą ścieżkę grzbietową przebywamy szybkim galopem, można się tylko domyślać, że Józek chce zmęczyć niesfornego wyścigowca, wytłumaczyć młodemu kto tu rządzi. Ugalopowaliśmy się więc za wszystkie czasy. W krótkich przerwach podziwiamy bardzo dobrze widziane Tatry, Radziejową, Wysoką – jest to wybitnie widokowa trasa.

42. Powrót ze Szlachtowej 43.  Gdzie się nie rozejrzeć, wszędzie pięknie

 

Na koniec zjeżdżamy kamienistymi ścieżkami na dół, poimy konie gdzie tylko się da. Wszyscy są zmęczeniu, szczególnie ci, co spędzili w siodle łącznie ponad 5 godzin.
Na obiad dostaliśmy ogórkową z zacierką i kurze udko. Wieczorem były spokojne pogaduchy w ogrodzie, także tradycyjnie spacery do rezerwatu, bo tego nigdy za dużo.
Na większości rajdów jest jeden dzień bez konia, nie mogło być inaczej tego roku. Nasze szefostwo zaproponowało w środę wyjazd do Chochołowa do term, gdyż jest to nie mniejsza atrakcja Podhala niż spływ Dunajcem, którego zakosztowaliśmy w poprzednim roku. Chochołowskie termy są największe na Podhalu i jedne z największych w Polsce. Posiadają 46 różnorodnych basenów plus wiele innych atrakcji: gejzery, sztuczną falę, hydromasaże, zjeżdżalnie pontonowe, izbę solną i wiele innych. Po końskich szałach wymoczyć kosteczki było dobrym pomysłem.  Jazda autobusem w korkach jest co prawda długa i uciążliwa, ale wszyscy stwierdzili, że się opłacało. Jednak poprzedniego dnia po obiedzie szeryfa zakomunikowała, że chcąc wziąć udział w tym atrakcyjnym wydarzeniu należy zademonstrować gotowość i przygotowanie – oczekuje załogi na środowym śniadaniu w czepkach na głowie.
Więc w środę na śniadaniu mieliśmy rewię czepków kąpielowych. Jak zwykle kreatywność nie miała granic. Czegóż to nie  widzieliśmy. Były czepki prawdziwe, udekorowane kokardami, były czepki z bandamek, z czapeczek turystycznych, papieru toaletowego, a nawet z koronkowych majtek z zaszytymi nogawkami. Stefan przywdział na głowę torbę foliową z „Biedronki” i udawał biskupa.

44. Rewia czepków kąpielowych 45.  Czy to czepek kąpielowy, czy biskupia mitra?

 

Szeryfa pochwaliła frekwencję: dobrze się spisaliście, możecie jechać do wód. Ale jako że wyjazd odbędzie się dopiero po obiedzie, do tego czasu dla chętnych pań odbędzie się badanie piersi przez doktor Dorotę, zaraz po wstaniu od stołu należy się zapisywać.  Doktor będzie miała asystenta, kto nim będzie, dowiecie się. Chłopaków nie ignorujemy, zaraz potem odbędzie się badanie męskich jąder, metodą palpacyjną. Też należy się zapisywać, u doktor Andrzeja. A kto będzie pomagał przy macaniu – zobaczycie.

46.  Bogate śniadanko na rajdzie 47.  Doktor Doris w akcji


Środowe przedpołudnie minęło więc na badaniach, do Dorotki ustawiła się kolejka, każda kowbojka skorzystała z niezwykłej okazji. Dorotka przywiozła swój specjalistyczny sprzęt do USG Wyszło, że wszystkie jesteśmy zdrowe jak ryby, więc rajdować będziemy przez kolejne lata. A jak z chłopakami? Też dobrze.
Gdy autobus pełen kowboi odjechał do Chochołowa, trzy osoby wybrały się na wyprawę przyrodniczą do Wąwozu, szukać ciekawych okazów florystycznych. I znaleźli – na skałach rośnie tam lilia bulwkowata, kwiatek bardzo rzadki, o statusie „zagrożony wyginięciem”.

48. W chochołowskich termach  49. Przyrodnicy ruszają  w plener

 

50. Lilia bulwkowata – takie cuda rosną w Wąwozie Biała Woda


Wodniacy wrócili późno, więc późno grillowaliśmy pod wiatą. Wuja miał dyspensę od gitary, do kiełbasek sączyła się delikatna muzyczka z Dorotkowego akordeonu. A skoro nie było zwyczajowego, grupowego śpiewania, Siostry Sisters postanowiły zapełnić tą lukę i spontanicznie dały czadu. Zaśpiewały piosenkę z zupełnie innej bajki, piosenkę ich dzieciństwa,  śpiewaną im przez mamę, która w ten sposób  edukowała dzieci patriotycznie. Bo była to pieśń ze starego śpiewnika sprzed I wojny światowej, opowiadająca o tym, jak dzielne kobiety swoją postawą wspierały swoim mężczyzn, którzy szli do powstania. Aplauz był wielki. 
Na koniec spontanicznie zajęliśmy się etymologią, rozbierając różne brzydkie słowa, bo trzeba nadążać za światem, który jest coraz bardziej brutalny.  Czym się różni napierdalać od dopierdolić? Proszę bardzo, uczona filolożka objaśniła ten i inne przypadki. Nie zostaniemy w tyle.
Było bardzo wesoło.

51.  Wojtuś reanimuje paluszki, koncertuje Doris  52. Występ Sióstr Sisters wzbudził ogólny aplauz

 


W czwartek od rana żar się lał z nieba, więc ruszyliśmy w trasę nieco wcześniej. Pojechaliśmy w kierunku Obidzy, początkowo trochę inaczej niż w zeszłym roku. Najpierw Wąwozem, potem pod bacówką w lewo, łąkami do góry, kolejno szlakiem niebieskim, następnie czerwonym. Są tam bardzo widokowe łąki, ponownie zachwycał Gerlach, widziany bardzo wyraźnie. Dużo galopowaliśmy, ku uciesze ceprów, których było całkiem sporo.  Józek jechał na nowej młodziutkiej Wetlince, która bardzo dobrze się spisała jako czołowa, była grzeczna i niewrażliwa na niespodzianki. Arab został w domu. Ala w galopie zgubiła kapelusz, więc trochę trwało jego odzyskanie.

53. Co za radocha… 54. Ala zgubiła kapelusz

 

Gdy poszaleliśmy do woli, był zjazd na dół w kierunku wozu, a biwak wypadł w miejscu oznaczonym jako „stanowisko głuszca”. Ptaków o tej porze roku nie mieliśmy oczywiście szans spotkać, ale miło wiedzieć, że w tym rejonie mają się dobrze. W cieniu drzew kto mógł zaległ na derce lub na gołej trawie, a kto nie musiał przyjąć pozycji horyzontalnej, siadał gdzieś na drągu lub na wozie, chłodząc się zimnym piwkiem. Generalnie zmęczenie robiło swoje, niektórym udało się pospać parę minut. Odpoczywaliśmy dość długo, odpoczynek w tym gorącym dniu, na niełatwej trasie, był niezbędny.

55. Wóz też jeździł atrakcyjnymi ścieżkami. 56.  Na stromiznach pasażerowie schodzą z wozu i pedałują pieszo
57. Biwak w ostoi głuszca 58.  Trudy dnia dawały się we znaki

 

Wracaliśmy podobnie, choć czasem innymi ścieżkami. Zdarzyło się pobłądzić, jechaliśmy trochę „po krzakach” i podmokłych łąkach. Zdarzyło się, że Józek wyciągnął maczetę, ale ścinał raczej mizerne gałązki, to nie to co bieszczadzki busz. Wydawało się że raczej nie chce wyjść z wprawy.
Poza ścieżkami leśnymi panoramy były obłędne, Pieniny są cudne.
Po obiedzie Maciek postawił urodzinowe ciasto, sernik i owocowe z galaretką. Siedzieliśmy w błogości pod domem, konsumując i ciesząc się przynależnością do tej nietuzinkowej, fantastycznej  grupy.  

59.  Urodziny Macieja 60.  Był sernik i owocowe z galaretką


Piątek przywitał nas deszczem, więc czekaliśmy do 10.00 aż przejdzie. Deszcz rzeczywiście się skończył, została pożądana rześkość. Z powodu rozkopanych Jaworek większość tras zaczynaliśmy w Wąwozie Białej Wody, aby nie kręcić się po budowlanym pobojowisku. Tym razem również pojechaliśmy najpierw do bacówki, stamtąd do rezerwatu „Zaskalskie”, następnie pod Wysoką, chwilę nad Wąwozem Homole i dalej do szosy w kierunku „Szałasu pod Homolami”. W dużej części trasa była nowa w stosunku do poprzedniego roku, choć na horyzoncie stale zachwycały te same piękne Pieniny i Beskid Sądecki. Na łąkach galopowaliśmy energicznie. Mamiły kwitnące łąki, wolne od ceprów, których poranny deszczyk zatrzymał w pokojach. Krótki postój wywołał Rodos, który się rozogłowił i którego Józek pomógł zaogłowić ponownie.

61. Rodos się rozogłowił 62. W piątek Józek ponownie dosiadał Foksala


Z powodu deszczowych prognoz w trasę poszedł znowu mały wóz, więc wozowi mieli ciasno. Wozem przyjechała fasolka po bretońsku, do tego skrzynka piwa, która na wozie zawsze musiała się zmieścić, mimo ciasnoty. Po posiłku niektórzy leżeli w trawie na derkach, inni odpoczywali na  wozie snując wesołe pogaduszki. Na drugą jazdę zapisana była Aldona, ale nagle się zorientowała, że nie zabrała butów jeździeckich. Wyszło, że pojedzie konno boso. Zawsze pomocna szeryfa odstąpiła swoje i tym sposobem szeryfa pojechała boso, tyle że wozem, co było dużo łatwiejsze. Po drodze w przydrożnym sklepie nabyła gumowe klapki, ponoć takie jakie chciała mieć – więc obie dziewczyny były zadowolone.   Druga grupa galopowała co rusz, znowu ugalopowaliśmy się do woli, do utraty tchu. Bezkresne łąki wręcz zachęcały do galopów,  radocha była wielka. Dopełnieniem tego pięknego dnia – bo nawet pogoda zrobiła się ostatecznie piękna –  były góry pierogów na obiad, ruskich, z mięsem i z jagodami. Były wspaniałe, każdy wciskał w siebie ile tylko był w stanie zmieścić. Od stołu aż trudno było wstać.

631. Znowu w trasę poszedł mały wóz 64. Hanka studiuje mapę, znowu ruszy w trasę pieszo
65. Maja na biwaku 66. Jedni w trawie, inni wiszą na wozie


Na godzinę 20.00 zapowiedziano ognisko kończące rajd, gdyż rano wyjeżdżała Doris. Wystroiliśmy się galowo, ogień punktualnie zapłonął. Marysia tradycyjnie odśpiewała ułożony w ekspresowym tempie hymn rajdu, przy czym była kupa śmiechu, bo nasza poetka jest w tym coraz lepsza. Wojtuś przygrywał na gitarze, wszyscy powtarzali słowa refrenu. Po tym wesołym początku podziękowaliśmy pięknie naszym organizatorom, mając dla wszystkich skromne upominki. Dziękowaliśmy Józiowi za piękne, bezpieczne trasy, za przyprowadzenie z daleka koni, co jest niezwykłym wyczynem. Andrzejowi – za wóz, ogólną organizację, pomoc i humor w każdej chwili. Dziewczynom – za dogadzanie naszym brzuchom, choć trochę z tym jak zwykle przesadziły. Wszystko było pyszne, domowe, tylko jak to się odbije na wadze, to inna sprawa.
Wszystkim za niezłomną cierpliwość, gdyż widzimy jak niełatwym przedsięwzięciem jest taki rajd, ile wymaga zaangażowania. Przez takich organizatorów ledwie skończymy jeden rajd, już planujemy następny, wydawałoby się wbrew rozsądkowi.

67. Ognisko pożegnalne – Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 68. Andrzej dostał kowbojski pasek z ozdobną klamrą
69. Dziewczyny dostały szampany 70. Było miło


Nadmienić trzeba, że Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi, podobny jak 5 lat wcześniej. Tyle że teraz były w nim zupełnie inne konie niż w tamtym, żaden się nie powtórzył. A ponieważ do tego nowego kalendarza „nie załapał się” młodziutki Foksal, którego nie miało tu być, więc wypada  rajdować jeszcze co najmniej 5 lat, żeby był pretekst do kolejnego kalendarza, z kolejnymi końmi i z małym, uroczym, niesfornym arabkiem.
Dużo ciepłych słów otrzymaliśmy od gospodarzy, więc chyba nas tu polubili.
Wieczór upłynął pośród śmiechu i śpiewu, śpiewaliśmy dużo piosenek które śpiewamy rzadko, np. Okudżawę. Krążyły ekskluzywne trunki, m.in. Wściekły Pies serwowany przez Maćka. Śpiewanie było znowu bardzo zaangażowane, a Siostry Sisters dały się namówić na powtórzenie swojego hitu.
W sobotę z jazdy zrezygnowały dwie osoby, natomiast zdecydował się ktoś inny, kto pauzował ostatnio. Jazda była jedna, jednego czy dwa konie pożyczył Andrzej. Tym sposobem Stefan dosiadł nieznanego nam Belmondo. Jednak zanim nastąpiła faza dosiadania, musieliśmy gnać po konie wysoko w góry, gdyż nie było ich na pastwisku w zasięgu wzroku, nawet Andrzej się denerwował, czy w ogóle gdzieś są. Poszli po nie najwytrwalsi, była to niezła wyrypa. W nocy padało, więc konie zeszły z gór w błotnej  panierce, oskrobać je z tej panierki było żmudne i czasochłonne. Każdy miał potem kurz we wszystkich swoich zakamarkach.

71. Konie wróciły z pastwiska w panierce 72.  Oskrobać swojego wierzchowca z błota to dłuższy zabieg


Wreszcie wyjechaliśmy, było słonecznie i rześko. Skierowaliśmy się do rezerwatu, a tu nagle halt – drogę przecina stado owiec. Owce przechodzą z jednej strony drogi na drugą, a wiadomo że jak owce zaczynają iść, to nie ma końca. Józek zatrzymuje konną kawalkadę na chwilę, mając nadzieję na jakąś przerwę w tym strumieniu, ale na nic takiego się nie zapowiada.  Kudłate stwory idą i idą,  są ich dziesiątki. Psy jazgoczą, wyrażają swoje złe zamiary,  konie zaczynają się denerwować. W końcu Józek w desperacji forsuje stado i my wszyscy za nim wpychamy się w kierdel, nie czekając że nas przepuszczą. Bez przykrych incydentów udaje się przejechać i kontynuować jazdę.
Jedziemy od bacówkowego rozdroża w górę w stronę Beskidu, piękno ukwieconych łąk, nieodległych gór i pachnącego lasu poraża, chłoniemy w milczeniu. Jedziemy do ostoi głuszca, potem włóczymy się różnymi ścieżkami, improwizując, Józek omija Jaworki, chcąc je dużym łukiem objechać i wyjechać z drugiej strony. Świeży, rozświetlony słońcem, rozśpiewany las nie mniej zachwyca niż rozległe panoramy. 

73. Ostatnia jazda na rajdzie 74.  Żal serce ściska


Początkowo chłopaki planowali biwak w lesie, ale prognozy były niejednoznaczne,  więc zdecydowali się na biwak pod naszą wiatą, po powrocie z jazdy. Więc prosto z konia, bez przebierania się, piknikujemy pod wiatą, wcinając pieczone kiełbaski. Niestety były to już ostatnie rajdowe akcenty, aż nie chciało się odejść od ognia. Gawędzimy, pijemy piwo, Figa nie odstępuje nas na krok. Jest słonecznie, ciepło, cieszy fakt że zakończyliśmy przygodę szczęśliwie, ale martwi, że tyle było czekania, a mięło jak z bicza strzelił.

75. Ostatnie chwile 76.  Biwak na podwórku


Po krótkim odpoczynku poszliśmy na lody do pobliskiej budki, parę osób poszło na dalszy spacer. Podczas obiadu Wojtek w imieniu grupy jeszcze raz podziękował organizatorom za piękną imprezę i wyraził nadzieję na kolejne spotkanie. Ale co będzie, los pokaże.
Na pewno będzie dobrze.

Baj baj koniki, za rok spotkamy się znowu.
Z wami chłopaki też.

 

Józek na Wetlince Andrzej 

     

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy  rajdu

Kolejne pożegnania

Maj to piękny miesiąc, wg wielu osób to najpiękniejszy miesiąc w roku. Wszystko kwitnie, pachnie i napawa nadzieją. Po prostu chce się żyć.

Ale okazuje się że może być inaczej. Tegoroczny maj przyniósł Starym Koniom dużo smutku, gdyż pożegnaliśmy aż dwóch naszych wspaniałych kolegów – odeszli Andrzej Prejs i Tadeusz Smulikowski. Andrzej i Tadeusz uczestniczyli w wielu naszych imprezach – spędach, balach, spotkaniach opłatkowych – gdzie dali się poznać jako barwni i weseli kompani. Zawsze uczynni, budzący zaufanie i sympatię. Do dobrej zabawy nie potrzebowali konia, ale z parkietu schodzili ostatni.

Andrzej Prejs Tadeusz Smulikowski

 

Żegnajcie chłopaki, będziemy pamiętać wspólnie spędzone chwile.

 

 

Pożegnanie Ola

 

 

Olo Pasterz Spotkanie nad Odrą, w pandemii, 2020

 

 

 

Środowisko Starych Konni pogrążyła w głębokim żalu wiadomość o odejściu naszego drogiego przyjaciela, Andrzeja Olszowskiego, w czasach studenckich noszącego, nie wiedzieć czemu, ksywę „Krwawy Olo”. Widać nie była ona adekwatna do pogodnego i łagodnego charakteru Andrzeja, skoro przymiotnik „Krwawy” zniknął i odtąd był tylko „Olem”. W ostatnich latach, z inicjatywy Wuja Toma, dostrzegającego Jego środowiskowe znaczenie i dostojeństwo wieku, przemianowany został na „Pasterza”. Towarzystwo chętnie zaakceptowało to miano, jak również sam zainteresowany z dumą wziął do ręki ofiarowany mu z tej z okazji pastorał.

Krwawy Olo Nasz Olo

 

W osobie Ola tracimy ikonę Nieformalnego Stowarzyszenia Starych Koni, bowiem z inicjatywy Andrzeja, 15.11.1997 r. odbyło się pierwsze spotkanie dawnych uczestników rajdów konnych. Rajdy te organizował Wrocławski AKJ w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zdawać by się mogło, że studenckie, młodzieńcze doświadczenia pozostaną tylko we wdzięcznej pamięci ich uczestników, zaangażowanych (po zdobyciu dyplomów) w rozwijanie karier zawodowych oraz życie rodzinne. Tymczasem na zaproszenie Ola stawiła się liczna grupa weteranów rajdowych, wypełniając szczelnie mieszkanko państwa Olszowskich na wrocławskim Kozanowie. Radość ze spotkania po latach była tak wielka, że balowaliśmy do białego rana, gwałcąc obowiązek zachowanie ciszy nocnej w wielorodzinnym bloku. Okazało się, że miłość do koni i jazdy konnej, scementowały również relacje osobiste weteranów rajdowych, co trafnie odczytał Olo.

Inauguracyjne spotkanie przyszłych Starych Koni u państwa Olszowskich

I Spęd 

Wrocław 15 listopada 1997

Posiedzenie trwało do białego rana

 


Pokłosiem spotkania była myśl o kolejnym spotkaniu, co miało miejsce w maju następnego roku. Potem były spotkania kolejne i kolejne, nazwane dość szybko spędami, a Olo jako pierwszy nazwał uczestników tych spotkań „Stare Konie”. Ruch starokoński rozwijał się dynamicznie, doszły bale, wigilie, rozmaite inne spotkania, w końcu prawdziwe rajdy konne i rajdobozy, wreszcie różne jubileusze. Pojawiali się stale nowi/starzy koledzy i koleżanki, czemu sprzyjała charyzma naszego przywódcy.

Jeden z pierwszych Spędów w Komarnie, 2006 Comiesięczne spotkania  w Union Pacific we Wrocławiu, do czasu aż lokal został zamknięty (2006?)
Bal w Dworzysku, 2005 Bal  w Książu, 50-lecie AKJ Wrocław, 2015
Jubileuszowy X Spęd, Kąty Bystrzyckie, 2007  Jubileuszowy XX Spęd, Karpacz, 2017
Rajd Huculski, 2003 Rajdobóz na Mazurach, 2008
Rajdobóz w Rakowie, 2007 Spotkanie w Książu, 2015
Wigila nad Odrą, w pandemii, 2020 Wigilia we Wrocławiu, 2021

 


Olo od samego początku uczestniczył w tych imprezach stając się z czasem najstarszym przedstawicielem dawnych członków AKJ-tu Wrocław, stróżem obyczaju i Mistrzem ceremonii wznoszenia toastu „Za zdrowie Konia”.

DCF 1.0
Toast „Za Zdrowie Konia” na elegancko, bal w pałacu Paulinum 2007 Toast „Za Zdrowie Konia” na spędzie, Rudna 1998


Zasługi Ola dla Stowarzyszenia są ogromne i trudno sobie w tej chwili wyobrazić, jak bez niego i jego ofiarnej pracy uda się utrzymać bieżącą łączność pomiędzy członkami. Była ona zapewniana poprzez stronę internetową, której był twórcą i administratorem. Niezależnie od tego prowadził korespondencję z członkami stowarzyszenia, zapewniając nam bieżącą informację o wszelkich zdarzeniach i inicjatywach organizacyjnych. Nie sposób nie wspomnieć o Jego ogromnej zasłudze, jaką było zainicjowanie opracowania nowej wersji śpiewnika rajdowego, który stale był uzupełniany o nowe utwory, również z inicjatywy Ola. Jeszcze ostatnio prosił mnie o włączenie do naszego repertuaru Jego ulubionej „Pieśni gruzińskiej” Bułata Okudżawy.
Drogi Przyjacielu! Obiecuję, że przy najbliższej okazji zaśpiewamy ją dla Ciebie.

 

Wuja Woyt

Śpiewnik dla Starych Koni jest bardzo ważny

 

 

   

Żegnaj przyjacielu