Archiwum kategorii: Bez kategorii

Wigilia Starych Koni 2025

Rok 2025, pełen zdarzeń – częściowo smutnych, ale innych pięknych i niezapomnianych – nieubłaganie zbliżał się do końca.  Czas biegł swoim szybkim rytmem, nie pozwalając się zatrzymać. Przyszedł grudzień, zbliżały się święta, nadszedł czas spotkania opłatkowego.

1. Al Fiume – miejsce wigilii Starych Koni 2025 2. Sala przygotowana, wieczór wigilijny wnet się zacznie


Tym razem na spotkanie wigilijne Starych Koni wybrany został lokal w centrum miasta o nazwie „Al Fiume”, nie znany nam wcześniej, ale mający dobre połączenia komunikacyjne z  resztą miasta. Okazał się trafionym wyborem, wszystkim się spodobał. Nastrój w lokalu zastaliśmy świąteczny i przytulny, a kuchnia serwowała nietuzinkowe dania. Nasze spotkania wigilijne niezmiennie cieszą się dużym powodzeniem, nie inaczej było tym razem – przybyły 22 osoby. Parę osób przyjechało nawet z daleka. Zawsze miło jest się spotkać, tym bardziej że niektóre osoby pojawiają się już tylko na spotkaniach opłatkowych. Zawsze jest gwarno i wesoło, gołym okiem widać że jesteśmy jedną wielką rodziną. Przyjaźń trwa przecież tyle lat…

3. Goście się schodzą 4. W oczekiwaniu na resztę gości


Po powitaniach i wstępnych pogaduszkach rozdane zostały opłatki i nastąpił przyjemny moment składania sobie życzeń, każdy każdemu. Nie trzeba mówić, że trwało to długo, więc tradycyjnie gdy zasiedliśmy do barszczu z uszkami, był on delikatnie mówiąc mało ciepły.

5. Opłatkowych życzeń nadszedł czas 6. Wszystkiego najlepszego…
7. Klimatyczne chwile 8. Zasiadamy do stołu


Po barszczu wjeżdżały na stół kolejne dania, teoretycznie zgodne z tradycją, ale jednak proponowane w zupełnie inny, ciekawy sposób. Był dorsz podawany w zawiniętych torebkach, w ciekawym  smacznym sosie, były artystyczne koreczki z twarożku z dodatkami, pasztet łososiowo-szpinakowy, sałatka z buraczków, fety i pomidorków koktajlowych, sałatka śledziowa i ryba po grecku, także trochę inne niż znamy. Był kompot, potem różne ciasta, herbata i kawa. Spożywaliśmy nieśpiesznie, gaworząc i delektując się świąteczną atmosferą. Hania tradycyjnie częstowała pierniczkami swojego wyrobu. Życzenia imieninowe złożono Ewie – kronikarce.

9. Nietuzinkowe pomysły kulinarne 10.  Buraczkowa sałatka
11. Pierniczki Hani 12. Imieninki…


Po spałaszowaniu wszystkich specjałów i przegadaniu wszelkich bieżących kwestii i ploteczek, zaproponowano frekwencji wesoły konkurs, będący przy okazji szybkim przeglądem starokońskiej historii. Czas biegnie, stare czasy są coraz starsze, nie możemy dopuścić aby zaczęły one ginąć w niepamięci.   A wiadomo jak to jest z pamięcią gdy pesel uwiera.
Zabawa polegała na tym, że jedna osoba z dwuosobowego komitetu organizacyjnego częstowała cukierkami w kolorowych, świątecznych papierkach, w których ukryte były karteczki z pytaniami dotyczącymi historii Starych Koni. Każdy po kolei odwijał swojego cukierka, odczytywał  zawarte w środku pytanie i próbował odpowiedzieć. Trafne jest tu określenie „próbował”. Okazało się że było z tym sporo problemów, ale też dużo śmiechu.

13. W cukierkach zostały ukryte pytania konkursowe 14. Nagrody w konkursie


Pytania brzmiały:

Kiedy powstał Akademicki Klub Jeździecki, gdzie został powołany.
Wymień czterech byłych prezesów AKJ, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień co najmniej dwóch artystów, którzy działali w strukturach Starych Koni.
Wymień imiona czterech koni związanych ze starym AKJ, lub obecnie ze Starymi Końmi.
Wymień dwa miejsca/regiony, gdzie odbywały się rajdy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbywały się rajdobozy Starych Koni.
Wymień pięć miejsc, gdzie odbyły się spędy Starych Koni.
Wymień trzy miejsca, gdzie odbyły się bale Starych Koni.
Wymień cztery miejsca, gdzie odbyły się wigilie Starych Koni.
Wymień trzy osoby z grona Starych Koni, które działały lub nadal działają w sporcie jeździeckim (sędziowie, zawodnicy, trenerzy/instruktorzy).
Kto to jest Józek Mos.
Co to jest Odrzechowa, jaki z nią związek mają Stare Konie.
Wymień dwa inne AKJ-ty poza wrocławskim, których przedstawiciele bywali na naszych        rajdach studenckich.
Jak nazywał się Olo – imię i nazwisko.
Gdzie i kiedy był obchodzony Jubileusz 50-lecia AKJ.
Gdzie i kiedy odbył się jubileusz 20-lecia Starych Koni.
Kto jest inicjatorem/założycielem grupy Stare Konie.
„Barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją, ach Boże mój……” dokończ.
Co to była „geringerówka”.
„W usta twe perswaduję…” – jak jest dalej.
Co to jest „zdrowie konia” w życiu starokońskim.
Co to jest „carramba” w życiu starokońskim.

Jak widać pytania były łatwiejsze i trudniejsze, ale też wybór pytania ukrytego w cukierku był całkiem losowy, więc działała zasada „ryzyk-fizyk”. Jedni trafiali lepiej i odpowiadali szybko i pewnie, inni mieli problemy, ale jakoś ze stękaniem i delikatnym wsparciem, na który organizatorki spuszczały zasłony, dawali radę. Ze dwie – trzy osoby poddały się walkowerem. Zabawa była przednia,  miło było odświeżyć sobie ważne fakty z naszej bogatej historii. Nagrodą w konkursie były koniki na choinkę, którą delikwent losowo wybierał sobie z torebki pełnej koników.

15. Hurra, udało się dobrze odpowiedzieć i wygrać konika 16. Wygrany konik jako dodatek do bolo


Towarzystwo się rozgrzało i po chwili zaproponowana została druga zabawa. Rozdane zostały wszystkim różowe i żółte zwitki papieru i padła komenda, aby ci z różowymi zebrali się w jednym kącie sali, a ci z żółtymi w drugim. Następnie należało porozwijać karteczki, na których widniały pozornie bezładne kawałki zdań i z tych zdań jak z puzzli sklecić logiczny tekst.  Która grupa zrobi to pierwsza ma odśpiewać ukrytą w ten sposób piosenkę. Obie grupy rywalizowały zawzięcie i prawie równocześnie odkryły i odśpiewały swoje teksty. Jedną odkrytą w ten sposób piosenką  było „Piękne życie spędzają kowboje”,  drugą kolęda „Bóg się rodzi”. I ta zabawa była świetna, zaangażowanie obu grup było wielkie. Odśpiewaliśmy odkryte teksty z wielką werwą.

17. Drugie wyzwanie – należy sklecić logiczne zdania 18.  Jedna z grup układa swoje puzzle


Następnie odśpiewaliśmy „Amaranty”,  stojąc prawą nogą na krześle, a lewą zgodnie z tradycją na białym obrusie. Załoga lokalu nie reagowała, chyba poczuli bluesa. Dzięki

19. Zdrowie konia 20. Nogi na stole, załoga lokalu nie reaguje


Wieczór wigilijny upływał w pięknym klimacie, niestety czas który nam lokal przeznaczył na spotkanie dobiegł końca i trzeba było się rozstać i udać w domowe pielesze.
Na pewno każdy w te pielesze pobieżył bardzo dobrze nastrojony.

Wspólna świąteczna fotka Wrocław by night

Wesołych Świąt.      

 

Tekst: Ewcia
Zdjęcia: uczestnicy spotkania

XXII Rajdobóz, Jarosławiec 30.08. – 7.09.2025

Na XXII rajdobów 2025 Stare Konie wybrały się tak jak w poprzednich trzech latach nad morze do Jarosławca, gdyż nie udało się nikomu znaleźć alternatywy. Zimą były prowadzone dyskusje o szukaniu jakiegoś nowego, ciekawego miejsca, ale na rozmowach się skończyło. Ośrodek jeździecki w Jarosławcu bardzo nam odpowiada pod wieloma względami, przywiązaliśmy się do tamtejszych koni, zaprzyjaźniliśmy z szefową stajni Kingę i pracującą w stajni Agnieszkę. Instruktorki  prowadzące z nami jazdy też się do tej pory sprawdzały, czuliśmy się zaopiekowani i bezpieczni  każdego dnia, mieliśmy wszyscy między sobą, stajnia i grupa, dobre fluidy. Pasuje też pensjonat, pokoje, jedzenie i bliskość morza.  Organizatorka obozu Iwona proponuje każdego roku ciekawy program, satysfakcjonujący wszystkich. Tyle że nad morze jest daleko i powoli robi się z tego problem. Podobnie jak z rajdami bieszczadzkimi, gdy daleka podróż do celu stała się w końcu problemem zaporowym i przenieśliśmy się w Pieniny, tak teraz mówi się w kuluarach o znalezieniu czegoś bliżej.
Jak będzie zobaczymy, ale póki co z przyjemnością zawitaliśmy w Jarosławcu. Trzeba przyznać, że tak zwane stare, znajome kąty zawsze cieszą, fajnie jest przybyć w miejsce gdzie nas lubią i gdzie my również dobrze się czujemy i wszystko jest przyjemnie swojskie.

1.  Pensjonat „Strażnica” w Jarosławcu 2.  Nasz ośrodek jeździecki w Jarosławcu


Niestety ośrodek jeździecki „Horyzont” został dotknięty zimą straszną katastrofą. Konie zatruły się nieświeżą paszą i aż cztery tego nie przeżyły. Wśród tych czterech były dwa małe kucyki, których nie znaliśmy i nie dosiadaliśmy, ale były też dwa „nasze” konie, bardzo lubiane, Wacek i Sezam. Dwa wielkie, piękne,  kare koniska, niesamowite, że nie zastaliśmy ich w stajni.

3. Sezam 4. Wacek

Kinga ratując sytuację nabyła wiosną nową klacz, ale niestety zakulała i nie wykaraskała się z kulawizny do naszego przyjazdu. Tym sposobem koni dużych brakowało, musieliśmy jeździć też na kucach, co we wcześniejszych latach nie było mile widziane. Ale były to kuce kategorii D i C, czyli stosunkowo wysokie. W praktyce okazały się  przyjemne, grzeczne i po prostu milusińskie. Więc ostatecznie nasze jazdy niczego nie straciły i używaliśmy do woli.
Konie duże to Largo, Es-Mar, Korida, Sunrise, małe to Pepsi, Sara, Natasza. Dziewczyny prowadzące, Ola i Weronika, dosiadały często hucułka Niko, a na trzy dni została „odkurzona” wiekowa Nikita.
Przybyliśmy do Jarosławca w sobotę, nie wszyscy zdążyli na wyznaczoną godzinę późnego obiadu, ale wszyscy zostali nakarmieni. Po obiedzie wybraliśmy się całą grupą do Rusinowa na dożynki, co jest już rajdobozową tradycją. Dożynki to okazja aby zażyć trochę folkloru, zjeść coś dobrego, domowego, napić się bimbru,  zakupić zdrowy miód czy ser kozi. Zawsze przywdziewamy stroje organizacyjne i budzimy niemałą sensację. W tym roku także dostaliśmy dużo ciepłych słów, na pewno grupa kowboi na takim folkowym wydarzeniu nie pozostaje niezauważona. Jednak w tym roku gwiazdą wieczoru miał był zespół „Golec Orkiestra”, co spowodowało, że na dożynki przybyły niewyobrażalne tłumy ludzi.   Na parking trudno było dojechać i potem jeszcze trudniej z niego wyjechać – okrężną drogą przez pola i piachy. Na dożynkowej łące ścisk, hałas i głośna muzyka spowodowały, że impreza z przyjemnej stała się horrorem.  Kręciliśmy się jakiś czas między barwnymi straganami, wcinaliśmy chleb ze smalcem i ogórkiem, grochówki, karkówki,  wspaniałe pierniki i serniki, bimber miał duże wzięcie. Ale w końcu trudno było znieść ten harmider. Nikt z nas nie doczekał Golców, poszczególne zestawy samochodowe wymykały się gdy tylko nadmiar decybeli i tłoku były trudne do zniesienia.

5. Stare Konie na dożynkach 6.  Na dożynkach objadaliśmy się dobrymi rzeczami


Na niedzielną jazdę ledwie skleciliśmy jedną grupę.  Okazało się, że po trudach podróży nie wszyscy byli w formie dosiąść konia. Ostatecznie zebrało się sześciu chętnych i z prowadzącą Olą ruszyliśmy do boju. Ranek był słoneczny i ciepły, wyjechaliśmy ze stajni przed ósmą rano. Kolejność podróżowania była inna niż poprzednimi laty, najpierw pojechaliśmy do lasu, a dopiero w drugiej kolejności na plażę. Poranek w nadmorskim, sosnowym lesie, gdy słoneczne smugi złotymi klinami wbijają się między dostojne sosny, sięgając zielonego dywanu utkanego z mchów i wrzosów – to duże przeżycie. Ale wjazd na pustą plażę i galop po piachu wzdłuż brzegu jest tym, na co czekamy i co daje szczególną uciechę. Jazda była piękna i dobrze nastroiła tych, którzy w niej uczestniczyli.

7.  Piękna jazda po sosnowym, nadmorskim lesie 8. Piękny początek dnia


Dzień minął na spacerach,  po plaży i po miasteczku, gdzie o tej porze sklepiki mamią przecenami, których nie lekceważymy. Jarosławiec to mały, sympatyczny kurort, mający wszystko, czego można nad morzem chcieć. Są liczne sklepiki z ciuchami i pamiątkami, jest latarnia morska, muzeum bursztynu, smażalnie ryb i małe kawiarenki. Na początku września jest już mało letników, więc szwendanie się po mieścinie jest całkiem przyjemne.
Charakterystyczne dla Jarosławca są słynne, wysokie klify i nie mniej słynna w ostatnich latach plaża Dubaj.  Plażę Dubaj usypano sztucznie w roku 2018, nawożąc tony piachu  pomiędzy pięć kamiennych ramion wpuszczonych w morze, co w sumie było wielkim, innowacyjnym przedsięwzięciem inżynierskim. Celem tej operacji była ochrona klifu, nad którym przebiega ulica i stoją domy, a klif niebezpiecznie ulegał degradacji w czasie kolejnych sztormów. Coś z tym trzeba było zrobić. Więc zrobiono plażę Dubaj, największe wodne przedsięwzięcie ochroniarskie w historii naszego kraju, kosztujące dziesiątki milionów.

9. Plaża Dubaj 10. Hurra… przyjechały Stare Konie


W niedzielę wieczorem zasiedliśmy przy ognisku, by rajdobóz oficjalnie zacząć, a przy okazji spożyć pieczone w ogniu kiełbaski i pośpiewać. Wojtuś jak zwykle stanął na wysokości zadania,  grał na gitarze z wielkim zaangażowaniem, ale w śpiewaniu nie ustępowaliśmy – też każdy bardzo się starał.

11. Pieczemy kiełbaski 12. Ognisko inauguracyjne


W poniedziałek chętnych do jazdy przybyło, na pierwszą jazdę o 7.30 stawiło się w stajni pięć osób, na drugą po śniadaniu cztery.
Pierwsza jazda miała dramatyczne akcenty. Niesterowna Sunrise w lesie w czasie galopu wybrała nagle inną ścieżkę niż cała grupa, skutkiem czego odbyło się na niej ostre hamowanie na ścianie krzaków. Potem na plaży  kobyłka próbowała w galopie lekko wysunąć się przed konia jadącego przed nią i w czasie tego manewru poślizgnęła się i padła jak długa. Ponieważ zadziało się to na małym łuku, siła odśrodkowa wyrzuciła Formisię poza łuk i tym sposobem nie została przygnieciona przez konia. Tym niemniej ci co jechali z tyłu sądzili że amazonka została przywalona koniem, wyglądało  dramatycznie. Konica i amazonka leżały chwilę na piachu, jedna i druga w szoku. Jednak największy szok przeżyła prowadząca Ola, podbiegając do miejsca zdarzenia i znanymi sobie trikami reanimacyjnymi próbując wysondować czy amazonce nie stało się nic poważnego. W międzyczasie obie się podniosły, Formisia i koń, Formisia czuła tylko że ma piach we wszystkich swoich zakamarkach, w ustach, nosie, we włosach. Nic innego złego się nie stało, ale Ola sugerowała żeby poszkodowana wracała do stajni pieszo, z koniem w ręce. Jednak był to kawał drogi i taki marsz nie byłby dla poszkodowanej dobrym rozwiązaniem. Jakoś więc z trudem wgramoliła się na siodło i cała grupa spokojnym stępem wróciła do stajni. Ale zdarzenie daje do myślenia. Na drugiej jeździe ta sama Sunrise też wycięła Maćkowi numer – wsadziła głowę między nogi i niebezpiecznie przylutowała z zadu. Dzień wcześniej spłynęła Jurkowi do lasu, gdy cała grupa wjeżdżała przez wydmy na plażę (ona wybrała las), a Andrzejowi uklękła nagle podczas jazdy co też mogło się skończyć glebą. Jednym słowem przystojna skąd inąd kobyłka dostarczała każdego dnia atrakcji, nie było nudno.

13. Niezapomniane chwile 14. Cały Bałtyk mój


W dalszej części dnia były znowu sklepiki, kawiarenki, lody, ale przede wszystkim plażing we wszelkich postaciach. Spacery, relaks na kocu czy krzesełku plażowym, tworzenie dzieł sztuki z kamyczków, pływanie. W tym roku morze w Jarosławcu nawiedziła plaga meduz, aż dziw skąd się ich tyle wzięło. Jednym to przeszkadzało, innym nie. Meduzy bałtyckie nie są jadowite, jednak nie każdy lubi, gdy go w czasie pluskania się w wodzie obślizgują. Ale być nad morzem i nie popływać, to jak w Rzymie nie zobaczyć papieża.
Wieczorem tego dnia jak i prawie każdego innego spotykaliśmy się na pierwszym piętrze na korytarzu, nazywając ten zakamarek świetlicą. Zawsze było bardzo wesoło, snuły się różne opowieści, krążyły rozmaite trunki. Tego dnia spontanicznie zaczęły się opowieści o naszych dzieciach, o różnych niesamowitych zdarzeniach z nimi związanych. Niektóre opowieści mroziły krew w żyłach.

15. Spektakularny zachód słońca 16. Wieczór w „świetlicy”


Na wtorek prognozy były deszczowe, jednak nie sprawdziły się, dzień wstał słoneczny i przyjemny. Rutynowo pierwsza jazda była o 7.30, druga po śniadaniu, o 9.30. Niezmiennie zachwycał nas sosnowy, rozświetlony las, a galopy plażą były zawsze wielką uciechą.   Morze było gładziutkie, aż chciało się zobaczyć choć niewielkie fale, ale nie można mieć wszystkiego. Plażowanie w dalszej części dnia było już codziennością, aczkolwiek nie wszyscy preferowali te same odcinki plaży. Na Dubaju morze jest daleko od wydm i są to raczej małe zatoczki, obramowane granitowymi falochronami. Ale woda jest płytka i relatywnie ciepła (o ile Bałtyk jest ciepły). Aby jednak zażyć  plaży tradycyjnej, z otwartym morzem, trzeba trochę powędrować piachem poza Dubaj, albo podjechać kawałek autem. Korzystaliśmy z wszelkich wariantów.

 

17.  Kolejna, piękna jazda po plaży 18. Kamyczkowe dzieło sztuki


Tego dnia trzy dziewczyny pojechały na wycieczkę do Dąbek, były też w kolejnych dniach wycieczki do Darłowa i Darłówka.  Inni penetrowali kawiarenki i smażalnie ryb. Byli też zwolennicy relaksu w ogrodzie, z dobrą książką, lub w dobrym towarzystwie.

19. Wyprawa do Dąbek 20. Relaks w ogrodzie 21. Wyprawa do Darłówka


Pod wieczór mieliśmy prelekcję kajakarza, u którego obstalowaliśmy kajaki na spływ kajakowy na kolejny dzień. Pan Zimnowłocki ma na koncie nie lada kajakowe wyczyny,  o czym ciekawie opowiadał. Ma niepełnosprawnego syna, któremu wymyślił kajaki jako sposób na życie. Odbyli niesamowite rejsy, np. od Bieszczadów do morza, lub wielką pętlę bałtycką. Poprzez nagłaśnianie swoich dokonań zyskiwali środki na kolejne wyprawy, a syn nie tylko okrzepł fizycznie, ale też znalazł pracę i przyjaciół. Prelekcja była bardzo ciekawa.

22. Bardzo ciekawa prelekcja o wyprawach kajakowych 23. Grupa kajakowa


W środę grupa wybrała się samochodami do miejsca rozpoczęcia spływu kajakowego  rzeką Wieprzą.  W zależności od tego jak szybko kto wiosłował, można było płynąć nawet cztery godziny, ale można było osiągnąć cel po trzech. Wieprza to jedna w najpiękniejszych rzek Pomorza,  malownicza i miejscami dzika, trudna w górnym i środkowym biegu, łatwa w dolnych odcinkach. Płynie przez ciekawe pod względem przyrodniczym zakątki Pomorza, infrastruktura turystyczna jest jeszcze mało rozbudowana, co jest niewątpliwie zaletą.

24. Spływ rzeką Wieprzą 25.  Chwilo trwaj…
26. To jedna z najpiękniejszych rzek Pomorza 27. Jola z Rafałem dzielnie wiosłują


Rano odbyła się jazda konna dla tych którzy mimo spływu chcieli wcześniej jeździć, jednak gwoździem dnia była jazda wieczorna za zachód słońca. Pojechaliśmy z Weroniką, najpierw kręcąc się po lesie, który pod wieczór jest nie mniej piękny niż o poranku. W końcu wjechaliśmy na plażę i powoli zaczął się spektakl. Słońce było już bardzo nisko, widoki były magiczne, kolory bajeczne. Morze, konie, plaża – wszystko otulały ciepłe barwy i pozytywne wibracje.  Kręciliśmy się dłuższy czas po piasku, robiąc mnóstwo zdjęć i ciesząc się tym niezwykłym widowiskiem.  Warto jechać kawał drogi na urlop, aby móc uczestniczyć w takim spektaklu.

28. Konie i zachód słońca 29. Warto jechać kawał drogi  na urlop dla takich  doznań
30. Paparazzi są wszędzie (na szczęście) 31. Radość  tryska


W czwartek jeździliśmy wg przyjętego schematu, jedni o 7.30, drudzy o 9.30 po śniadaniu. Dziewczyny ze stajni kombinowały jak wszystkich zadowolić, gdyż w związku z ciepłym początkiem września miały spory ruch w interesie, przychodzili ludzie „z ulicy”, a przestrzegały zasady, aby żaden koń nie szedł pod siodło więcej niż dwa razy dziennie. Więc tego dnia wyciągnęły 27-letnią Nikitkę, która siodła nie widziała już ponad 1,5 roku. Staruszka okazała się nad wyraz rześka, Agnieszka twierdzi, że ona po prostu lubi chodzić pod siodłem w teren. Nie wiadomo czy to prawda, gdyż galop po piachu powodował u niej głośniejszy oddech, ale po jeździe ani jeden włosek pod siodłem nie był u niej mokry, w przeciwieństwie do innych koni.

 

32, W lesie na wydmach 33. Renia szykuje się do występu


Czwartek to tradycyjny dzień występów. Hasło tego roku brzmiało „przedmioty, powiedzenia i zawody, które wyszły z mody”. Hasło wymyślił zimą Olo i nikomu nawet przez myśl nie przeszło,  aby nie wyrazić aprobaty.  Poza tym hasło wydawało się dość łatwe, więc wypadało tylko skupić się i coś wymyślić.
Teatr zaczęliśmy o godz. 18.00, wcześniej wszyscy po kątach przygotowywali się do swoich występów, stres był niemały. Zgaga pozbierała od wszystkich propozycje i ustaliła harmonogram. Podjęła się też roli prowadzenia całego przedstawienia, co zrobiła z dużym wdziękiem.

34. Teatrzyk poprowadzi Zgaga 35. Występy zaczęli Gabi i Maciek


W pierwszej kolejności na scenę wyszli Gabi i Maciek i przedstawili zbiór przysłów, wyliczanek i rymowanek, które są stare jak świat, wiele znaliśmy już w dzieciństwie.  Na pewno wyszły z mody (choć  nie koniecznie z obiegu), z rozrzewnieniem przypomnieliśmy sobie te powiedzonka, niektóre recytowaliśmy jeszcze w przedszkolu. Artyści przedstawili je wg alfabetu, wykaz obejmował ze 30 pozycji. Zrobiło się bardzo wesoło. Oto przykłady (wyciąg):

A Abecadło z pieca spało, o ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach, strasznie się potłukło.
B Beksa lala, pojechała do szpitala,
A tam powiedzieli, takiej beksy nie widzieli.
C Chwała Bogu, westchnął wałach, że choć grzywa mi została.
D Dobranoc pchły na noc, karaluchy do poduchy, a szczypawki do karafki.
E Ele mele dudki, gospodarz malutki, gospodyni garbata, a córeczka smarkata. 
Ene due rabe, połknął bocian żabę, a żaba bociana, jeszcze tego rana.
H Hokus pokus, czary mary, nie ma szkoły, są wagary.
I Idzie kominiarz po drabinie, fiku miku już w kominie.
Idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak.
J

Jedzie jedzie pan pan, na koniku sam sam.
Jedzie jedzie chłop chłop, na koniku hop, hop.
Jedzie jedzie baba i z konika spada.  

K Która godzina, wpół do komina, komin otwarty, jest wpół do czwartej.
L

Leci sobie ptaszek z dala, górą słonko zapierdala,
Żabka w stawie dupkę moczy, kurwa, jaki świat uroczy.

M Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli.
N Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
O Opowiem ci bajkę, jak kot palił fajkę, a kocica papierosa, upaliła kawał nosa.
P Panie pilocie, dziura w samolocie, drzwi się otwierają, goście wypadają.
Ś Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi…
T Trumf trumf misia bela, misia kasia kąfacela, misia A, misia B, misia kasia ką-fa-ce.
U Uciekaj myszki do dziury, bo cię tu złapie kot bury…
Ż Żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała.

36. Stare koronki 37. To dzieło „naukowe” przeraża  38. Występ Marysi

                 

Wesoło usposobieni oczekiwaliśmy kolejnej artystki, którą była Marysia. Zanim weszła na scenę, zaprosiła do oglądania wystawionych na stoliku pod sceną starych babcinych koronek. Czego tam nie było: koronkowe kołnierzyki i mankiety, ozdobione koronkami chusteczki, serwetki i małe saszetki. To wszystko wyszło z mody, lecz ciągle jest piękne i bardzo wartościowe. Następnie Mania pokazała starą, niemal rozsypującą się w rękach książkę, bez okładek i o trudnym do ustalenia roku wydania, jednak jako wydawcę wskazującą na „Bibliotekę Dzieł Naukowych”. Tytuł książeczki to „Płeć i charakter”. W rozdziale IX „Psychologia męska i żeńska” zawarte są niezwykłe teorie na temat tego czym jest kobieta, które wpędziły nas w przerażenie. Pisze tam m.in.:

„Osobowość i indywidualność, jaźń i dusza, wola i charakter – wszystko to oznacza jedno i to samo, co w świecie ludzkim jest udziałem tylko mężczyzn, czego zaś brak kobietom.
Ponieważ dusza ludzka jest mikrokosmosem, a wybitni ludzie to tacy, którzy wyłącznie duchem żyją, przeto kobieta musi być z natury absolutnie niegenialna.
Jak mogłaby być istota bezduszna geniuszem? Genialność jest identyczna z głębią, a proszę spróbować jeno połączyć ze sobą przymiotnik głęboki z rzeczownikiem kobieta, sprzeczność dostrzeże każdy. Genialność jest tylko spotęgowaną, w pełni rozwiniętą, wyższą, powszechnie uświadomioną męskością
Kobieta nie pozostaje ani moralna, ani antymoralna,  jest bezkierunkowa, ani dobra, ani zła, nie jest ani aniołem, ani diabłem, jest amoralna, tak jak i alogiczna. Wszelkie istnienie atoli jest istnieniem moralnem i logicznem. Kobieta zatem nie istnieje.
Na zapytanie więc dotyczące znaczenia bytu mężczyzny i bytu kobiety, możemy obecnie dać odpowiedź. Kobiety nie mają ani istnienia, ani jestestwa; nie istnieją i nie są niczem. Jest się mężczyzną, albo jest się kobietą, odpowiednio do tego, czy jest się kimś, lub się nim nie jest”.

 Uff… jak dobrze że takie „naukowe” dyrdymały wyszły z mody, że zacytowane dzieło naukowe można traktować jedynie jako kabaret, choć o wątpliwej jakości humoru.

39. Pokojówka i pan dziedzic 40. Scenka pt „Żelazko z duszą”


Kolej przyszła na Wujów, którzy jak zwykle przygotowali się sumiennie. Weszli na scenę jako pokojówka i pan i przedstawili scenkę pod tytułem: „Żelazko z duszą”. Pokojówka w skromnej, długiej, domowej sukience, w fartuszku i białym czepku na głowie, podeszła do deski do prasowania, nakrytej starym obrusem, wzięła do ręki żelazko, wyjęła z niego pogrzebaczem duszę zagrzaną w piecu obok i zamruczała pod nosem:    

„Ot, i dusza rozpłomieniona do czerwoności… Wrażę ją z ostrożnością, pomału, pomału, do żelazka”.
Zamyka żelazko, pokazuje kalesony i prasuje.

„Niechże z tych z kalesonów pana wyparuje wszelkie paskudztwo; (puka się w głowę)  i brudy myślne też!”
Odstawia żelazko, podnosi kalesony z ironią:

„Wielkie, niby ten obrus!  I aż ciężkie od krochmalu, oj!”
Opuszcza je na deskę. Wchodzi pan niepostrzeżenie, klepie pokojówkę w pupę.
„A czym to się panienka tak interesuje, kalesonami, czy nadzieniem?”
Pokojówka  odwraca się prostując z kalesonami w rękach i odpowiada:
„Pan doprawdy mocny w gębie… A to ‘nadzienie’ – jak pan powiada – czy ma jeszcze datę ważności?!”
Pan rzuca do publiczności, pykając fajkę:
„Frechowna panienka, chyba czort w niej pali!”
Oddala się statecznym krokiem. Pokojówka mruczy:
„O Święta Panienko, Oby tylko Pani tego nie słyszała…”
Zabiera kalesony i wychodzi.
Zgodnie z hasłem z mody wyszły: Zawody – a) pokojówki w dworku i b) zawód dziedzica, ziemianina. Przyrządy – a) żelazko z duszą, b) stroje określające status społeczny. Powiedzenia – zwroty językowe, np. „brudy myślne”, „mocny w gębie”, „frechowna panienka” „czort w niej pali”.
Brawo, scenka była stosunkowo krótka, ale obejmowała wszystkie elementy hasła, świetnie to wymyślili.

41. Jak przez wieki ewoluował sposób widzenia świata i sposób wyrażania myśli


Następnie na scenę weszły damy z różnych epok, usiadły przy stole, weszła też narratorka prowadząca kolejne przedstawienie i zagaiła:

„Płyną wieki, mija czas. W ciągu stuleci zmieniało się ludzkie życie, ubiory i język. Powiedzenia, stroje i zawody, wychodziły z mody. Spróbujmy prześledzić jedną taką niematerialną zmianę: język i sposób wyrażania myśli w różnych epokach. A kanwą do tego niech będzie opis naszych bieszczadzkich rajdów.
W średniowieczu zapewne z zachwytem wysłuchano by takiej opowieści”.

Na tą zapowiedź od stołu wstała dama średniowieczna i przedstawiła jakim językiem przedstawiłaby rajdowanie w tamtej epoce: 

42. W średniowieczu snuta opowieść brzmiałaby tak

 

„I stało się, iż jezdni, mężni drużynnicy, koni dosiedli i w Bieszczad ruszyli, przez knieje dzikie i rzeki wezbrane. Droga była sroga, pełna błota, głazów i cieni, kędy szeptały borze duchy starych czasów, a wilcy w dalekich jarach wyli. Męże ci, krzepcy i bogobojni, modły zanosili do Pana nad pany, by ich strzegł na szlaku i w nocnych ciemnościach. A gdy słońce za lasy się skryło, przy ognisku siadali, miód pili z rogu, pieśni śpiewali o wojnach i cudach. Także ów rajd nie był li tylko przejazdem, lecz dziełem ducha i serca, pamiętnym czynem w kronikach godnym zapisania. A ziemia, po której jechali, drżała cicho pod kopytami, jakby poznawała swych synów i błogosławiła ich cichym tchnieniem pradawnego ładu”.

Narrator zapowiada kolejną damę:

„W epoce romantyzmu opis rajdu konnego brzmiałby zapewne inaczej, może tak?”

43. Dama romantyczna widziała konne wędrowanie romantycznie

 

Na środek wyszła dama w eleganckiej sukni aksamitnej i zgrabnym kapelusiku, i przedstawiła swoją kwestię w sposób adekwatny do epoki romantyzmu:

Rajd konny po Bieszczadach jawił się jako podróż nie tylko przez dzikie ostępy Karpat, lecz i przez najgłębsze zakamarki duszy. Wśród mgieł porannych, unoszących się nad górskimi dolinami, jeźdźcy sunęli w milczeniu, jakby baśniowe widma unoszone tęsknotą serca. Szum potoków, łagodny szelest traw i cichy krok końskich kopyt splatały się w pieśń wolności, jaką tylko dusza romantyczna pojąć może. Gdy dzień chylił się ku zachodowi, a niebo barwiło się zlotem i purpurą, noc znajdowała ich przy ognisku, zamyślonych, zapatrzonych w gwiazdy, które zdawały się szeptać dawne legendy. Była w tej podróży pewna melancholia, lecz i ukojenie – jakby sam duch gór tulił ich w ramionach ciszy”.

Narrator: A jak mogłaby sobie wyobrazić rajd konny wiejska dziewczyna, np. Jagna z Reymontowskich Lipiec?”

44. A co do powiedzenia o rajdowaniu miała Jagna z Lipiec?

 

Na środek wyszła Jagna z Reymontowskich Lipiec i wygłosiła:

„A rajd ten konny po Bieszczadach, to jakby kto w same serce ziemi wlozł, gdzie góry jak chłop zgarbiony, las gęsty, a droga wąska i kręta, kiej warkocz dziołchy. Jeźdźcy sunęli wolno, cicho, ino końmi parskało i ptaki gdzieś śpiewały, a wszyćko to jakby śniło. W dzień słońce prażyło, w nocy rosa siadała, a ogień trzaskał, że aż się duszo grzoła. I śpiewali, bo to i strach, i radość człeka brała. Tam człek czuł, jak ziemia godo do niego, jak duch wiatru przez kark mu lezie i coś mu w serce prawi. Bo to nie jeno jazda była, jeno jakby modlitwa, jakby pokłon naturze i dawnym czasom. A w tych ostępach, co niejednego wilka i zbója pamiętają, szło się tak, jakby człek szedł za cieniem własnych pradziadów. I każda chwila tam miała wagę. A los jak ziarno przesypywał się przez palce”.

Narrator: „Życiu człowieka zawsze towarzyszyły baśnie i legendy. I w tych naszych bardzo „technicznych” czasach spróbujmy się do nich odwołać i zapytać Tolkienowskiego elfa, co on powiedziałby o rajdzie konnym?”

45. Elf Tolkiena też ciekawie widział konną przygodę 46. Damy z różnych epok  widziały świat różnie

 

Wszedł elf Tolkienowski i powiedział jak on widzi bieszczadzki rajd konny.

„Rajd konny przez ziemie Bieszczadu jest niczym pieśń dawnych dni, którą śpiewają jeszcze wiatry pośród smrekowych grani. Wędrowcy, dosiadający swych wiernych rumaków, przemierzają doliny i wzgórza, gdzie echo dawnych czasów wciąż szepta wśród liści. Tam, gdzie rzeki srebrzyste spływają z gór, a niebo rozświetla się blaskiem słońca zachodzącego, dusza odnajduje ciszę, której próżno szukać w krainach niżu. Nocą, przy ogniu, gdy cień tańczy z płomieniem, a pieśni pradawne wypełniają powietrze, serca biją zgodnie z rytmem wieczności. I choć ścieżki są dzikie, a droga niepewna, wędrówka ta jest błogosławieństwem – albowiem kto w niej uczestniczy, ten zbliża się do tajemnic tego świata”.

Narrator: „Lata płyną, czas się zmienia, tylko my, stare Konie, nie zmieniamy się wcale. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy niezmiennie razem, kreatywni i dzięki temu bogaci w przeżycia. I tak będzie po zawsze”.

Dziewczyny dostały duże brawa.

47. Klan Słowików w swojej scence 48. Przerażające czasy, jeszcze je pamiętamy


Po damach z różnych epok na scenie pojawił się klan Słowików i przedstawili hasła przerażające, ale nie tylko niemodne, na szczęście też od lat nieaktualne. 

Gerard: Olbrzym i zapluty karzeł reakcji.
Rafał: Partia ma zawsze rację.
Jola: Wieczna przyjaźń polsko – radziecka. 

Aż trudno uwierzyć że żyliśmy w czasach takich haseł. Brrr…
Przyszedł czas na Renię. Renia przedstawiła jak się pakowały i co zabierały na letnisko  panie przed stu laty, gdy modnym się stało wyjeżdżanie latem na wieś. 

49. Renia opowiada o podróżowaniu w minionym wieku 50. Damy w podróży – chyba  dziś mamy lepiej, choć narzekamy

 

„Słynna publicystka Elżbieta Kiewnarska, publikująca w poczytnym czasopiśmie dla inteligentek „Bluszcz”, wydaje w roku 1929 poradnik „Dobra pani wyrusza na letnisko”… i już wszystko wiadomo.   Pani  pojedzie nowoczesnym środkiem lokomocji jakim jest pociąg, więc konieczny będzie mały koszyczek z prowiantem:
– butelka czerwonego wina, pieczony kurczak,  wędlina, sardynki w puszce, kawa i herbata w termosach, trochę owoców i kwaskowych cukierków.
Reszta bagażu pojedzie wozem, więc spakować należy niezbędne sprzęty do urządzenia się na letnisku. Jako wyposażenie pokoju potrzebne będą:
– lampy, lichtarze, świece, bańki z naftą,  lustra, wazony na kwiaty,
a jako wyposażenie kuchni zabrać należy:
– komplet garnków żeliwnych i emaliowanych, zastawę stołową, koniecznie widelczyk do cytryn,  dwie brytfanki, wanienkę do ryb, tłuczek do kartofli, łopatkę do kotletów, solniczkę, chochlę, tasak, imbryk do kawy i herbaty, młynek do kawy, formy do ciasta i misy do ucierania,  maszynkę do lodów,  moździerz, czerpak do wody, szufelkę do węgla, dużą balię i kocioł do gotowania bielizny, żelazko węglowe, magiel ręczny, deskę do prasowania,  czyścidła, zmiotki, szczotki, 18 ścierek.
A stroje? Tutaj podpowiada czasopismo „Przegląd Mody”. 
Na poranki pani potrzebować będzie szlafroczek, potem ubierze suknię z piki lub jedwabiu, może być suknia w kwiaty. Nie należy zapomnieć o skarpetkach i pończochach, wywiniętych do kosek, bo obnażona stopa pani z trudem znosi żwir, drzazgi, kamienie, które powodują zgrubienie naskórka. Nie zawadzi też mieć parę białych sukien, łatwych w praniu i prasowaniu, i płócienne białe buciki na angielskim obcasie”.  

Uff, brzmi to jak kabaret. Chyba z pakowaniem się na letnisko mamy dziś prościej. 
Dalej pojawiła się przed publiką Hania, która wyszła na środek ze starą niemodną walizką i zaproponowała szybki konkurs: znalazłam tą starą walizkę na strychu, a w niej pełno drobiazgów. Może pamiętacie te przedmioty, zgadujcie co to takiego”. 
Niestety pamiętamy te walizkowe drobiazgi z dawnych czasów (bo tak długo już żyjemy), ale od lat nikt czegoś takiego nie widział i nie używał. Były tam: temperówka na żyletki, podręczna przeglądarka do slajdów (dziś obsługa media-marktów nie wie nawet, co to jest slajd), uchwyty do wciągania butów  oficerskich, płyta pocztówkowa (tak, tak, takich słuchaliśmy), igły z kości słoniowej do robienia dziurek w tkaninach, koziołek do odkładania sztućców przy talerzu i – uwaga – suszka kołyskowa. Ni mniej ni więcej.  Zrobiło się rzewnie.

51. Co Hania znalazła w starej walizce? 52. Suszka kołyskowa


Przyszła kolej na Kornelów. Zawsze mają ambitne teatrzyki, nie inaczej było tego roku. Na podstawie scenki z „Zemsty” Aleksandra Fredy pokazali całkiem już zarzucony obyczaj pisania listów pod dyktando, gdy przy okazji dochodzi do komicznych sytuacji. Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list rzekomo pisany od Klary do Wacława, realizując własną intrygę, ale nie radząc sobie z tym tematem. Nie wie jak list ułożyć, złości się, co rusz posiłkuje się przerywnikiem „mocium panie”, często przez niego używanym w chwilach stresu i gniewu.
Cześnik:
„Siadaj waść tu, zmaczaj pióro, będziesz pisał po mym słowie. 
Teraz trzeba
 pisać właśnie, jakby Klara do Wacława”.
Dyndalski ma opory, pan się niecierpliwi.
„Co się waszeć o to pyta, maczaj pióro, pisz i kwita.
Tylko że to mocium panie, aby udać trzeba sztuki,
Owe brednie, banialuki, to miłosne świergotanie,
Jak tu zacząć mocium panie”?
Dyndalski próbuje coś podpowiadać, pan ironizuje, zagląda przez ramię na kartkę i się złości, że sługa gryzmoli. Dyktuje dalej nadmieniając ”pisz dokładnie”.
„Bardzo proszę”… mocium panie…
Mocium panie… „me wezwanie”…
Mocium panie… „wziąć w sposobie, jako ufność ku osobie”…
Sługa pisze dosłownie, nie pomija żadnego „mocium panie”, pan w gniewie drze kartkę krzycząc „niech cię czarci chwycą, z taką pustą mózgownicą”.
Dyndalski: „jaśnie pana własne słowo”.
Cześnik: „milcz waść, przepisz to de novo. Mocium panie opuść wszędzie”.
Pisz de novo, pisz, powiadam, mózgu we łbie za trzy grosze”.
Ostatecznie z tej współpracy nic nie wychodzi, pan przegania sługę i decyduje się zrobić to inaczej. Nawet lepiej będzie może, gdy wyprawię doń pacholę, z ustną prośbą…”

Dziś takich dylematów nikt już nie ma, nikt nie dyktuje listów, bo czy jeszcze pisuje się listy? A przerywników w mowie potocznej typu „mocium panie” też nikt nie używa. Ale wesoło było posłuchać. Artyści odegrali scenkę bardzo profesjonalnie.

 

53. Jak pisano listy pod dyktando za Fredry 54.  Ci aktorzy nie odbiegają od profesjonalistów grających „Zemstę”


Wg ustalonej kolejności na scenę wszedł Jurek i przedstawił stare co prawda przysłowia, które zmodyfikował, dając im nowe życie.

Gdy się człowiek śpieszy, to się koń nie cieszy.
Dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie zrobi w konia.
Pieniądze szczęścia nie dają, lecz przy kupnie konia bardzo pomagają.
Nie chwal konia przed zachodem słońca, a kobiety przed śmiercią.
Lepszy wróbel w garści niż koń na dachu.
Lepiej mieć konia co się dąsa, niż prezydenta alfonsa.
Konia z rzędem za prezydenta nie bandytę.

Okazuje się, że zdania mogą zyskać całkiem nowe znaczenie, jeśli się zmieni bodaj jedno słowo. Ale także, gdy postawi się kropkę w całkiem innym miejscu. Oto przykład:

Moja stara piła leży przed domem.
Moja stara piła. Leży przed domem.

Uśmialiśmy się, a niemodna piła także znalazła miejsce w naszym ambitnym teatrzyku.

 

55. O co chodzi z tą starą piłą?


Na koniec wyszła na scenę Zgaga i przedstawiła stare zawody, które wyszły z mody.

56. Zgaga opowiada o starych zawodach, które wyszły z mody

 

„Małe miasteczko, a w nim cicha uliczka z kolorowymi domkami, okryta jeszcze mrokiem nocy. Na horyzoncie zaczyna jaśnieć niebo, zapowiedź wschodzącego słońca. U wylotu słychać kroki – to latarnik wyruszył na swój poranny obchód, jego podopieczne mogą odpocząć, ich pracę zastąpi słońce.
Oj, a co tu za hałas. No tak, to wózek mleczarza podskakuje na bruku, dziw, że butelki z niego nie wypadną. Chłopak zamienia puste na pełne i za chwilę wózek znika za zakrętem. Zapada cisza, ale nie na długo.
Pierwsze otwierają się okiennice w domu praczki. Dzisiaj poniedziałek, więc przyniosą za chwilę bieliznę z domu doktora. A wczoraj było przyjęcie u burmistrza, pewnie obrusy i ścierki też będą do prania.
Obok pralni znajduje się poczta i za chwilę ktoś wpadnie nadać telegram, zamówić rozmowę międzymiastową lub kupić znaczek.
Z bramy za pocztą wybiega chłopak – ustawia na chodniku stołeczek, obok pudło, siada  i jeszcze trochę drzemie. Wczoraj padało, a do magistratu burmistrzowi i jego urzędnikom nie wypada przecież przyjść w brudnych butach. Chłopak zarobi więc dziś parę groszy.
Ostatni w rządku jest dom z szyldem „Repasacja”. Tu klientki śpieszyć się nie muszą. Ale nylonowe pończochy, zwłaszcza te ze szwem, mają to do siebie, że często lecą w nich oczka. A wczoraj było przecież przyjęcie u burmistrza. 
I tak zaczyna się nowy dzień…”     

Oj, gdzie te czasy…. brawo.
Na tym występy się skończyły, ale jeszcze Józek zaproponował wielki jeździecki Konkurs Grande Prixe, obiecując ciekawe nagrody. Powołał komisję sędziowską, podzielił całe towarzystwo na kilkuosobowe zespoły i zaproponował losowanie kopert i rozwiązanie znajdujących się wewnątrz zadań. Podeszliśmy do tego bardzo ambitnie, zadania nie były wcale łatwe. Komisja sędziowska po wyznaczonym czasie zebrała prace i wyłoniła zwycięzców. Nagrodą były oryginalne flots  z ważnych, historycznych zawodów jeździeckich. Było dużo zabawy i śmiechu, wygrał zespół w składzie: Gabi, Rafał, Zbyszek i Maciej. Brawo.

57. Wielki konkurs Grande Prixe – zwycięzcy 58. Ta grupa też odbiera nagrody


Z przyjemnością zasiedliśmy do stołu, gdzie czekał zasłużony, suty posiłek. W naszej biesiadzie uczestniczyła Kinga i Weronika, fajnie było pogadać także poza stajnią. Przy dobrych winach czas miło leciał, pogaduszkom nie było końca. Także sesjom zdjęciowym, na pewno zimą chętnie wrócimy do tych beztroskich chwil.

59. Biesiada 60. Stres minął, można porajdać


W piątek prognozy zapowiadały upał, więc wydawało się, że duże wzięcie będzie miała pierwsza jazda. Ale rano w stajni pojawiły się tylko 3 osoby. Jazdę poprowadziła Ola. Było więcej niż zwykle kłusa i galopu, więc trasę obliczoną przez dziewczyny na ponad godzinę śmignęliśmy dużo szybciej. Można się było bez pośpiechu wyszykować na śniadanie.

61. Na jazdę poszła 27-letnia Nikitka 62. Wujowie w Dolinie Charlotty


Dzień natomiast obfitował w inne aktywności – kilka osób pojechało na wyprawę rowerową do bardzo ciekawej, małej wioski Łącko, pełnej starych domów szachulcowych.  Inna grupa rowerzystów popedałowała znaną trasą w stronę Darłowa, a jeszcze inni  wybrali się do słynnej Doliny Charlotty, wielce reklamowanej w mediach. Nie zabrakło też zwolenników wędrowania plażą, co zawsze jest przyjemnością.

63.  Wyprawa rowerowa do wsi Łącko, spotkanie na pomoście 64. Ta grupa popedałowała do Darłowa

 

Dzień miał być upalny, jednak po południu przyszło nagłe załamanie pogody i gładkie morze w jednej chwili pokryło się falą. Ciśnienie tak gwałtownie spadło, że wiele osób źle się czuło. Cztery osoby zamówiły sobie jazdę wieczorną na zachód słońca, ale pojawiły się chmury i nie do końca się to udało. Konie też były wyjątkowo pobudzone, leniwa z reguły Pepsi rozrabiała jak mały źrebak.
Nagle zrobiło się zimno, nie przeszkodziło to jednak spotkaniu się wieczorem przy ognisku, gdyż sobota przed wyjazdem nie nadaje się do takich imprez. Trzeba się było zmierzyć z faktem, że obóz dobiega końca. Zwyczajowo Wojtek wygłosił laudację, jego krasomówstwo jest nie do zastąpienia. Podziękował Iwonie za zorganizowanie kolejnego, udanego obozu, za ciekawy program, który zawsze mamy zapewniony. Podziękował Kindze i dziewczynom ze stajni za ciepłą atmosferę którą nam zapewniają, za konie i piękne jazdy. Podziękował całej grupie – że ciągle trwamy, że jesteśmy. Mania podziękowała Wojtkowi, bo klimat który tworzy razem ze swoją gitarą jest ważnym elementem każdego rajdu i rajdobozu, bez niego nic nie byłoby takie samo. Kupcio podziękował Manii, że nie zapomniała o Wuju, a jeszcze ktoś podziękował Kupciowi, że się znalazł i nie zapomniał o Mani, która nie zapomniała o Wuju. I tak sobie dziękowaliśmy, popijając piwo i czekając aż się upieką kiełbaski. Spędziliśmy kolejny, niezapomniany wieczór.

65. Ognisko pożegnalne 66. Nie należy się smucić, jeszcze jeden dzień przed nami
67. Laudacja Wojtka 68. Śpiewamy z zaangażowaniem


W sobotę było już zdecydowanie wietrznie i sztormowo, ale rytmu jazd konnych to nie zaburzyło. W tym roku plaża była wyjątkowo grząska i kamienista, do galopu nadawały się tylko niektóre, krótkie kawałki. Nadrabialiśmy w lesie, miękkie dukty wśród sosen i wrzosów były lepsze do galopu. Tego dnia zażyliśmy wszystkiego, galopów plażą i lasem, także widoku wzburzonego morza. Zakończyliśmy obóz bez ofiar, choć były trudne momenty. Po jeździe żegnaliśmy się z dziewczynami ze stajni, były drobne upominki dla każdej, wyraziliśmy nadzieję na kolejne spotkanie za rok, na co także one wyraziły nadzieję.

69. Największy koń w stajni Largo i jeden z najmniejszych – Nataszka 70. Jaga na Sarze
71. Żegnamy się z załogą stajni 72. Drobne upominki dla wszystkich


Dzień upłynął na spacerach, rowerach, ostatnich zakupach – ale głównie na pakowaniu kufrów. Nie mamy ich tyle co kobiety z Reniowej scenki, ale jednak tych klamotów jest zawsze całkiem sporo.

73. Ostatnie spacery – niezwykły spektakl 734  Uroczy porcik rybacki w Jarosławcu


W niedzielę po śniadaniu każdy ruszył w swoją stronę. Do zobaczenia za rok.

 

  

 

 

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy rajdobozu

 

 

 

XXIV Rajd Starych Koni, Pieniny 20 – 09.06.2025

W czerwcu 2025 roku Stare Konie tradycyjnie ruszyły na rajd konny, niezmiennie ignorując pesele, strzykania tu i tam, wszelki inne niemożności i niedomagania. Co z tego że strzyka, gdy silne, wewnętrzne pragnienie przeżycia tej kolejnej konnej przygody jest niezłomne. Temu pragnieniu przyświeca starosłowiańskie słowo zew, oznaczające „głos”, „wezwanie”. Gdy tylko zima odejdzie, nasze mustangi pod wodzą niezastąpionego Józinka wzywają, kolejna przygoda czeka. Szykujemy się mentalnie, w końcu pakujemy niewyobrażalnie wielkie kufry i ruszmy w drogę.
W bieżącym roku miejscem rajdowania były ponownie Pieniny, a bazą wypadową jak i rok wcześniej ranczo Andrzeja, Józkowego brata, w Jaworkach koło Szczawnicy. Bardzo nam się tam podobało, Pieniny zachwyciły, a fakt że do Pienin jest bliżej niż w Bieszczady odgrywa istotną rolę. Podstawą tego projektu  jest jednak wspaniałomyślność naszego wodza, który swoje wierzchowce przyprowadza wierzchem z Sanoka do Jaworek ponad 200 km.  To niesamowite przedsięwzięcie i bardzo ci dziękujemy Józiu za ten prezent. Piękne jest, że  rajdować możemy na naszych ulubieńcach,  które znamy i których się nie boimy. Co prawda co roku pojawia się jakiś jeden czy dwa nowe wierzchowce, ale mamy zaufanie do Józkowych propozycji i każdy nowy konik jest   szybko zaakceptowany i przyjęty do zespołu.

1. Na końcu wsi, wśród drzew, jest nasza baza wypadowa w Pieniny 2. Ranczo Andrzeja Mosa w Jaworkach


W tym roku przyjechali: Jaga z Walterem, Lalucha z Wują,   Renia z Andrzejem, Dorota, Marysia, Aldona, Ewa Gdańszczanka, Ewa Formisia, Zgaga, Maciek Warszawski, Stefan, Leszek, Kupcio, Siostry Sisters, oraz na cztery dni Hania Olowa. Koniki na których jeździliśmy to Rodos, Melisa, Hermes, Eldik, Fikus, Wiarus, Czantoria, Emir, Wezyr i nowy Foksal. Józek dosiadał różnych koni w różnych dniach, ale m.in. przewodził raz na młodziutkiej Wetlince własnej hodowli, która była z nami po raz pierwszy.
Gdy przybyliśmy do Jaworek okazało się, że jest tam „na zakładkę” inna grupa, więc przez pierwsze 2-3 dni było dość ciasno i nie każdy miał komfortowe warunki. Jednak z dużą życzliwością i zrozumieniem przeżyliśmy te dni, a potem było już tylko dobrze. Dziewczyny, Tereska i Justynka, jak zwykle karmiły nas znakomicie, posiłki były obfite i smaczne, wszystko było „własnej roboty”  lub  sąsiada zza płotu, np. oscypki z zaprzyjaźnionej bacówki.  Cieniem na pozytywny obraz naszej bazy wypadowej kładł się niestety obraz bardzo rozkopanych Jaworek, istny plac budowy. Droga dojazdowa do posesji Andrzeja była zmaltretowana, wszędzie stały maszyny budowlane, nieco powyżej drogi rosło nowe osiedle. Budowane apartamentowce zapowiadają się apetycznie, jednak póki co pobojowisko robiło złe wrażenie. Na szczęście ranczo Andrzeja znajduje się na końcu wsi, a za nim jest już tylko pięknie. W piątek po przyjeździe i po obiedzie część osób wybrała się na wieczorny spacer do rezerwatu Wąwóz Biała Woda, gdyż dobrze jest rozprostować kości po podróży, ale przede wszystkim dobrze jest ucieszyć oko urokiem rezerwatu, w zderzeniu z wcześniejszym placem budowy w tej urokliwej kiedyś wiosce.

3. Po długiej podróży spacer do rezerwatu Wąwóz  Białej Wody 4. Zaczynamy przygodę


W sobotę po podróży każdy był lekko nieświeży, jednak nie dostaliśmy żadnej taryfy ulgowej i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na pastwisko odłowić konie. Zawsze na początku jest trochę zamieszania, gdyż nie wiadomo kto jakiego mustanga dosiądzie, a gdy się to już wie, trzeba pod wiatą poszukać sprzętu  przynależnego do wyznaczonego konia. Siodła i ogłowia mają numery, Józek informuje jaki numer przynależy do danego konia, ale nie wiadomo gdzie co leży, a części siodeł nie ma pod wiatą, tylko nie wiadomo gdzie. Szukamy więc siodeł i ogłowi, także derek, szczotek, kopystek,  pakujemy peleryny do sakw, a kto jedzie wozem, organizuje się na wozie.   Ale co tu dużo mówić, mamy wieloletnią rutynę i przesadnie długo te zabiegi w pierwszy dzień nie trwają.

5. W pierwszy dzień jest trochę zamieszania ze znalezieniem sprzętu  6. Ogarniecie się w końcu?


W pierwszy dzień cztery osoby zadeklarowały chęć jechania na dwie zmiany, tam i z powrotem, a dziesięć osób chciało jechać tylko raz, tam lub z powrotem. Obstalowaliśmy więc dziewięć koni plus jednego dosiadł Józek. Nasze deklaracje wyglądały bardzo ambitnie, na szczęście Józek przyprowadził wystarczającą ilość koni, każdy mógł jeździć ile tylko chciał.
W kolejnych dniach nie było już tak ambitnie, co rusz ktoś odpuszczał. Stąd ścisk na wozie, pogłębiający się w kolejnych dniach. Ale cóż, tak już będzie… a póki co jakoś dajemy radę.
Józek z góry założył, że pierwsze dwa, trzy dni będą lajtowe, gdyż już dawno przestał wierzyć, że przyjedziemy na rajd zaprawieni do boju. Kiedyś upominał żeby przed rajdem pojeździć gdzieś trochę, ale wie, że to zalecenie nie jest przestrzegane. 
Więc w sobotę spokojnym stępem podróżujemy za wozem  Doliną Białej Wody, zmierzając do tego samego miejsca biwakowego, w którym biwakowaliśmy w pierwszy dzień poprzedniego rajdu. Jedziemy jednak początkowo trochę inaczej, najpierw wąwozem do rozejścia szlaków, następnie koło bacówki łąkami w górę i potem w lewo pod Przełęcz Rozdziela. Łąki zachwycają, także panoramy. W zeszłym roku jechaliśmy tędy w deszczu, dodatkowo mgła nie dawała szans się pozachwycać. Teraz widzimy jak tu wszędzie pięknie, z wrażenia nikt się nie odzywa. Józek zafundował pierwszej grupie mały kłus i mały galop, na dobry początek, ale druga grupa wracała tylko stępem, gdyż na powrocie stale było w dół. W tym roku jest generalnie więcej ceprów na szlakach, ale nie są to ilości denerwujące, raczej spotkania są sympatyczne, tym bardziej, że jesteśmy dużą atrakcją dla wędrowców. Idzie gruby pan z grubą panią, trasa jest łatwa, ale wędrowcy są mocno upoceni. Wołamy: dzień dobry, efektywnie państwo spędzacie czas. Pan woła: a wy, jak efektownie. I wszystkim jest miło.
Poniżej Przełęczy Rozdziela spotykamy Hanię Sister, która do tego miejsca dotarła pieszo i porobiła nam serię zdjęć, gdyż miejsce było cudne.

7.  Pogranicze Beskidu Sądeckiego i Pienin Małych 8.  Sobotnia wędrówka

 

Po kolejnej pół godzinie spotykamy się z wozem, pałaszujemy bardzo dobry żurek, odpoczywamy i druga grupa rusza podobną trasą do domu. Na wozie był wielki ścisk, wręcz trudno się było ruszać, ale krążyły procenty i dowcipy, tak że „wesoły autobus” podróżował nie mniej atrakcyjnie niż konni.    

 

9. Nasz pierwszy biwak 10. Renia w historycznym fartuszku napełnia miski


Wieczorem było pod wiatą ognisko inauguracyjne, gdzie śpiewaliśmy z wyjątkowym  zaangażowaniem, a Wuja wyciskał z gitary ostatnie soki. „Jesteście w formie” – chwalił grupę nasz gitarzysta. Ale jak tu nie mieć pary, gdy przygoda dopiero się zaczyna i wszyscy się cieszą. Wieczór był bardzo piękny. Nie zapomnieliśmy o naszym kochanym Olu, który bardzo chciał być w Pieninach, ale w ubiegłym roku zdrowie nie pozwoliło, a w tym – nie doczekał. W tym roku reprezentowała go Hania. Olo to twórca nazwy „Stare Konie”, także inicjator powstania śpiewnika, bez którego ogniska trudno sobie wyobrazić. Mieliśmy nadzieję, że słyszy nasze śpiewanie.

11. Ognisko inauguracyjne 12.  Klimatyczne chwile


W niedzielę przyjechała z Krakowa nasza fanka Kasia i prosto z samochodu ruszyła z nami w trasę.
Jedziemy w Beskid Sądecki, do miejsca znanego z poprzedniego roku pod szczytem Radziejowej (najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego), zwanego przez dwóch Mosów Czarna Woda. W dawnych czasach była tu wieś łemkowska o tej nazwie, podobnie jak w Dolinie Białej Wody mieszkali Łemkowie we wsi o nazwie Biała Woda. Łemków wysiedlono po wojnie i wioski pochłonęła dzika przyroda. Niestety Jaworki oparły się ekspansji przyrody i dramatycznie się rozbudowują.  Początek naszej niedzielnej marszruty to przebicie się   przez budowlane pobojowisko, by wreszcie przez łąki i lasy ruszyć do góry i zostawić te destrukcyjne obrazki za sobą.  Jedziemy przez mieczykową łąkę (mieczyków w tym roku jak na lekarstwo, być może trafiliśmy na inny moment wegetacji), wjeżdżamy na znane łąki widokowe, skąd dobrze widać Trzy Korony i Tatry słowackie.  Widoczność jest dużo lepsza niż w ubiegłym roku, powietrze mimo wysokiej temperatury jest bardziej przejrzyste. Mamy więc ucztę duchową, po czym wjeżdżamy w las, by po jakimś czasie zacząć opuszczać się stromo w dół, na spotkanie z wozem.

13.  Tradycyjnie gimnastyka była każdego dnia 14.  Cudne panoramy z Beskidu Sądeckiego na Pieniny i Tatry

 

W zeszłym roku Józek wybrał niefortunnie ścieżkę  zjazdową niewiarygodnie stromą,  teraz zdecydował się na inną, ale też stromą. Ostatecznie docieramy do znanego miejsca w głębi lasu pod Radziejową, gdzie czeka już wóz, zupa gulaszowa i Renia w swoim historycznym fartuszku, w którym napełnia podstawiane miski. Najedliśmy się do imentu i na skraju lasu,  na kupie drągów, odpoczywamy w ożywczym chłodzie.  Kasia z Wujem grają na harmonijkach, istna sielanka, chętnie siedzielibyśmy tak do końca świata.

15.  Odpoczywamy po konnej wędrówce 16.  Muzykanci umilają chwile odpoczynku


Trzeba się jednak pozbierać. Andrzej proponuje Józkowi inną drogę powrotną, byłoby coś nowego, a ponadto obiecuje pyszne panoramy.  Leśna droga przy której biwakujemy wyszła z nieistniejącej wsi Czarna Woda, dotarliśmy do niej z lewej strony gór. Teraz mamy pojechać na prawą stronę od drogi, Andrzej z Józkiem konsultują co i jak. Wyjazd do góry jest jednak jeszcze bardziej stromy niż ścieżka którą tu zjechaliśmy. Drapiemy się  dużą stromizną przez gęsty las, konie dyszą i trzeba stawać, aby wyrównały oddech. Ten wariant podróży nie wydaje się dobrym pomysłem, ale  kiedyś ta stromizna się pewnie skończy. Być może zobaczymy nowe cudne łąki, więc wyglądamy z niecierpliwością jakichś prześwitów. Zamiast tego jest stale w górę i w górę. Wreszcie trafia się przyjazna, płaska ścieżka w prawo,  Józek decyduje się na nią zboczyć. Może chce ulżyć koniom, może tak mu podpowiada „niuch”. Ścieżka na chwilę daje wszystkim wytchnienie, niestety doprowadza do koryta rzeki bez wody,  którym trzeba zjechać w dół, gdyż innego wariantu nie ma. Wyschnięte koryto rzeczne jest usłane  głazami i połamanymi gałęziami, jazda nim na dół jest mordercza i wydaje się nie mieć końca. Ostatecznie wracamy do drogi leśnej od której zaczęliśmy ten nowy wariant, czyli pobłądziliśmy i wyszedł jeden wielki niewypał.

17. Na stromiźnie stajemy, by konie złapały oddech 18.  Zejście z góry po wyschniętym potoku górskim 19.  Morderczy zjazd  w dół

 

Jedziemy chwilę tą drogą, w końcu Józek zjeżdża w las w kierunku   pierwotnego szlaku, chwilę klucząc i forsując nieznaną, podmokłą łąkę. Ale osiągamy znane łąki, z panoramami które tak rano zachwycały. Po drodze Fikus skubiąc trawę zaplątuje się w uwiązie wiszącym na szyi, zaczyna panikować i próbować się wspinać. Ewcia  zeskakuje z siodła i razem z Józkiem,  który ruszył do pomocy, rozplątują wystraszonego konia
Tego dnia obie grupy podróżowały tylko stępem, stale było góra – dół. Tego jak i każdego dnia jazdy trwały po ok. 2 godziny w jedną stronę.

20. Uff, wreszcie znajome ścieżki 21. Fikus się zaplątał w uwiązie, chwilowa przerwa


Jak na niedzielę przystało kuchnia zaserwowała rosół i schabowego, a po obiedzie poszliśmy na lody i potem „na bobry”. Już wcześniej widzieliśmy z siodeł, że na rzece w Wąwozie powstały bobrowe tamy, których w poprzednim roku nie było. Teraz porobiły się duże rozlewiska i mieliśmy nadzieję, że może szczęście dopisze i zobaczymy choć ogon któregoś z budowniczych. Szczęście dopisało – zobaczyliśmy nie tylko ogon, ale całego bobra, a może to nie był jeden, może się zmieniały. Bo praca trwała w najlepsze, nie przerywały jej ani na chwilę. Wypływał taki boberek spod suchego już świerka, płynął do połowy rozlewiska, fikał kozła i wracał pod wodą pod świerk. Może coś tam targał w łapkach pod wodą, czego nie było widać, ale takich rund wykonał niezliczoną ilość,   zupełnie ignorując kibiców stojących na brzegu. Było to fascynujące.

22. Bobry pracują zawzięcie, nie przeszkadza im publika 23. Oglądamy niesamowity spektakl

 

Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku, Kasia grała na skrzypcach, śpiewaliśmy piosenki pominięte poprzedniego wieczoru. Ale energii w narodzie było dużo mniej, trudy rajdowego życia dały się we znaki. Doris chora padła, Stefanowi wysiadło kolano, Siostry Sisters uchodziły się i były zmęczone, Kupcio  wisiał na ławce pół żywy, poprzednią noc spędził na ławie w jadalni, gdyż chrapanie w pokoju nie dało mu oka zmrużyć. Więc ile się dało tyle wysiedzieliśmy, było bardzo miło i muzycznie, ale dość spokojnie i nie przesadnie długo.
Jednak w poniedziałek w jadalni od rana było bardzo wesoło, gdyż Marysia usiłowała przekazać różne komunikaty, ale wyszło że frekwencja ma problemy ze słuchem, koncentracją i zrozumieniem i ciężko szło z przyswojeniem tego wystąpienia. Co rusz ktoś czegoś nie dosłyszał lub nie zrozumiał. A wieczór miał być wiankowy, więc pewne ustalenia były istotne. Nie mówiąc o tradycyjnym porannym rozdziale koni i kolejności jazd. Marysia zaczęła powtarzać wolno, dobitnie i po wiele razy, a Stefan widząc co się dzieje powtarzał wszystko swoim tubalnym głosem, dając szansę tym co mniej słyszą i rozumieją trudniej. Była przy tym kupa śmiechu, a jakie efekty uzyskał, okazało się potem przy koniach, gdzie i tak nigdy nic nie pasowało.  Dodatkowo w jadalni  rozbroiła nas Majka zwracając się do przypadkowej osoby: podaj mi chleb, bo ty słyszysz.
Ale jakoś udało się wyjechać. Tego dnia zrezygnowały z jazdy wierzchem trzy osoby, poprzedniego dwie. A z czterech osób początkowo deklarujących jeżdżenie na dwie zmiany zostały dwie. Zwiększyło to ciasnotę na wozie, więc Andrzej tego dnia wyciągnął stary wóz, który był co prawda większy i dawał szansę rozsiąść się wygodnie, ale nie miał plandeki, więc nie chronił od deszczu, słońca i kurzu.  Hania Sister już rzadko kiedy  korzystała z tego środka lokomocji, na biwaki docierała pieszo, robiąc po 15 – 17 km.
Pojechaliśmy na Połoniny Szlachtowskie, cudne miejsce, dojechaliśmy tam trochę innymi ścieżkami niż w zeszłym roku. Dzień był gorący, ale wyżej powiewało, więc dało się oddychać. Pierwsza grupa galopowała krótko dwa razy, druga – raz. Widoczność znowu była dobra, wyraźnie widzieliśmy Gerlach w Tatrach słowackich, poza tym rutynowo Wysoką (najwyższy szczyt Pienin), Trzy Korony, Sokolicę, Czertezik i wiele innych. To jedno z najpiękniejszych miejsc w naszych pienińskich wędrówkach. Biwakowaliśmy tam gdzie w ubiegłym roku, na drodze leśnej w kierunku Przehyby w Beskidzie Sądeckim. Na wozie dojechał bigos, wcinaliśmy popijając piwem.

24. Połoniny Szlachtowskie – za plecami Gerlach i Pieniny Małe 25. Połoniny Szlachtowskie – za plecami z prawej Trzy Korony i Sokolica


Tradycyjnie nie było czasu na odpoczynek po powrocie z wędrówki, pilnie należało ruszyć na zbiór kwiatów. Tradycyjnie obiad jedliśmy ukwieceni, a wianki jak zawsze były kolorowe i ambitne. Obiad był pyszny, pomidorowa i klopsiki z kaszą.

26.  Wiankowy obiad 27.  Wiankowe towarzystwo


Do rzeki jest w Jaworkach daleko, ale gdy tylko wstaliśmy od stołu, dzielnie ruszyliśmy w drogę.  Po raz kolejny rozkopane Jaworki zrobiły złe wrażenie, poza tym było gorąco, dużo kurzu, a w Grajcarku przygnębiająco mało wody. Ale atmosfera w stadzie panowała jak zwykle radosna, nikt nie manifestował zmęczenia, a miejska gawiedź miała uciechę.

28.  Maszerujemy do centrum Jaworek zwodować wianki 29. Do mostu nad Grajcarkiem jest daleko

 

Wianki nie miały szans odpłynąć, ale Kupcio w ubiegłym roku wszedł w butach do wody aby  im pomóc, więc w tym roku nie mogło być inaczej. Potem przyznał się, że przewidująco zaimpregnował odpowiednio buty, może kolejnej takiej kąpieli by nie przetrwały. Patrzyliśmy z mostu na Kupciowe wyczyny, każdy obserwował swój wianek oczekując, że tego nie pominie. Oczywiście żaden nie został pominięty, wszystkim udzielono pomocy i miejmy nadzieję że popłynęły dalej niż wzrok sięgał. Czy jednak w dobie zmian klimatycznych i suszy hydrologicznej osiągną Bałtyk? Ale co tam, tyle razy dopłynęły, że szczęście mamy od dawna zapewnione, o czym świadczy chociażby fakt, że spotkaliśmy się kolejny raz na  rajdowej przygodzie. Póki co Stefan tradycyjnie wyciągnął swoją srebrną zastawę i swoją słynną wiankową nalewkę i biesiadowaliśmy na moście nad Grajcarkiem  do ostatniej kropelki.

30.  Wiankowe dziewczyny 31. Wiankowe chłopaki
32. Wianki zostały zwodowane 33.  Kupcio pomaga wiankom odpłynąć


Wieczór kontynuowaliśmy przy ognisku, było intensywnie trunkowo i intensywnie muzycznie.  
Wtorek – w nocy lało, ranek wstał słoneczny, ale chłodny. Trasa miała być długa, więc chłodek był bardzo pożądany. Przy siodłaniu pojawił się nowy chłopak Artur, gość Andrzeja. Przyjeżdża do Jaworek od czasu do czasu. Ponoć znalazł gdzieś w internecie informacje o Starych Koniach  i został mile zaskoczony – tak powiedział – że nas spotkał. Okazał się bardzo pomocny przy ściąganiu koni z pastwiska, które tego dnia były bardzo wysoko, pomagał też przy siodłaniu. Pojechał z nami w trasę i generalnie okazał się „w dechę koleś”.
W planie była Szlachtowa przez Durbaszkę, ale do Durbaszki jechaliśmy inaczej niż wcześniej, dlatego trasa miała być dość długa.
A więc jedziemy Wąwozem do bacówki, potem do góry i w prawo, skrajem rezerwatu „Zaskalskie – Bodnarówka”. Tym sposobem omijamy wyciąg krzesełkowy w Jaworkach, od którego pięliśmy się na Durbaszkę w zeszłym roku.  Trasa jest do pewnego momentu całkiem nowa.

34. Wyjeżdżamy ponad bacówkę 35.  Nowa trasa na Durbaszkę

 

Jedziemy przez bezkresne łąki, pełne kierdli owiec. Owce lekceważą konnych, konie również ignorują owce. Najgorsze są jednak psy pasterskie, które broniąc stad robią wielki rejwach i straszą atakiem.  Tego konie nie lubią, a my mamy złe doświadczenia ze spotkania z owcami pod Smolnikiem, gdzie psy narobiły tyle hałasu i zamieszania, że konie poszły w rozsypkę, a Mania zaliczyła glebę.  Teraz mijamy kilka stad, przy każdym „pracuje” po kilka psów, a raz jest ich osiem, wszystkie niezmiernie zadziorne.   Na szczęście wszystkie te kudłate agresory są karne i słuchają swoich juhasów, a ci reagują szybko widząc próbę ataku. Raz kilka takich zajadłych napastników zostaje zawróconych zaledwie jednym słowem krzykniętym przez pastucha, niestety nie udało się dosłyszeć tego słowa. Ale było to niesamowite. Pastuch był Łemkiem albo Słowakiem.

36.  Pieniny to mekka pasterstwa 37.  Stad pilnują agresywne psy


W pierwszej części jazdy Józek zarządził dwa krótkie galopy na rozgrzewkę, ale Wielkie Galopowanie jest przed nami, do tego służy odcinek mniej więcej spod Wysokiej do zjazdu do Szlachtowej. Aklimatyzację mamy za sobą, więc można poszaleć. Tego dnia dość mocno wiało, a na wierzchowinie porywy wiatru były bardzo silne, trzeba było dobrze zabezpieczyć kapelusze, aby ich nie zgubić. Wiatr nie tylko wiał, ale też groźnie huczał i zawodził, dźwięki te drażniły co wrażliwsze ucho.

38. Ścieżka grzbietowa Małych Pienin, teren Wielkiego Galopowania 39.  Foksal, przyczyna wielkiego zamieszania

 

Okazało się, że wietrzny wokal zdenerwował też naszego nowego, czteroletniego arabka Foksala.  Z tylnej pozycji wyrywa nagle do przodu i mijając całą kawalkadę rusza  oszalałym galopem do przodu, uciekając nie wiadomo przed czym i nie wiadomo dokąd. Dorotka dosiadająca szaleńca nie spodziewała się takiego numeru, pewnie podróżowała na luźnych wodzach jak wszyscy. Nie tracąc jednak zimnej krwi ogarnia się i próbuje wprowadzić konia na koło, tak aby nie stracił z oczu stada i w końcu się opamiętał. Jednak ten manewr wiązał się z utratą stabilnej powierzchni pod nogami – koń wytraca nieznacznie szybkość, lecz na nierównościach potyka się, upada, znowu podnosi, ostatecznie gubi Dorotkę i jak wiatr rusza w połoninę. Gna jak oszalały, jednak czuje że stado nie pędzi za nim, więc sam wyznacza sobie okręg po którym  lata, chcąc widzieć resztę. Dorotka leży w trawie, a my wszyscy umarliśmy na chwilę. W końcu siada, my łapiemy oddech, a Józek podbiega do reanimacji. Okazuje się, że nasza dzielna pani doktor nie dlatego leżała długo w trawie, że była połamana, ale dlatego, że była wściekła, że tak się dała podejść temu małemu gnojkowi.  A mały łobuz w końcu opadł z sił, zbliżył się do stada i łatwo dał się złapać. Dorotka na pewno była w szoku, ale jakoś otrzepała piórka i po dłuższej chwili, gdy już  sprawdzone zostały wszystkie kosteczki, dzielnie dosiada swojego niesfornego arabka, bo droga jest jeszcze daleka. Ruszamy  stępem do przodu, o galopach nikt już nie myśli.  Po dość krótkim czasie  Doris woła z tyłu, że arab szykuje się do powtórzenia swoich panicznych wyczynów, więc zeskakuje z siodła, oddaje konia  Józkowi i siada na Józkową Czantorię. Cała dalsza trasa to próba spacyfikowania arabka przez Józka. Arab jest niespokojny, wystraszony, oczekujący jakiegoś wyimaginowanego kataklizmu. Tak dojeżdżamy stępem do Szlachtowej, gdzie przewidziany jest biwak i wreszcie można wypuścić parę i zaznać relaksu.

40. Biwak w Szlachtowej 41. Muzeum Pienińskie

 

Przyjechał czerwony barszczyk, biesiadujemy na drągach. Część osób która nie była w muzeum, idzie zwiedzać.  W drodze powrotnej prawie całą ścieżkę grzbietową przebywamy szybkim galopem, można się tylko domyślać, że Józek chce zmęczyć niesfornego wyścigowca, wytłumaczyć młodemu kto tu rządzi. Ugalopowaliśmy się więc za wszystkie czasy. W krótkich przerwach podziwiamy bardzo dobrze widziane Tatry, Radziejową, Wysoką – jest to wybitnie widokowa trasa.

42. Powrót ze Szlachtowej 43.  Gdzie się nie rozejrzeć, wszędzie pięknie

 

Na koniec zjeżdżamy kamienistymi ścieżkami na dół, poimy konie gdzie tylko się da. Wszyscy są zmęczeniu, szczególnie ci, co spędzili w siodle łącznie ponad 5 godzin.
Na obiad dostaliśmy ogórkową z zacierką i kurze udko. Wieczorem były spokojne pogaduchy w ogrodzie, także tradycyjnie spacery do rezerwatu, bo tego nigdy za dużo.
Na większości rajdów jest jeden dzień bez konia, nie mogło być inaczej tego roku. Nasze szefostwo zaproponowało w środę wyjazd do Chochołowa do term, gdyż jest to nie mniejsza atrakcja Podhala niż spływ Dunajcem, którego zakosztowaliśmy w poprzednim roku. Chochołowskie termy są największe na Podhalu i jedne z największych w Polsce. Posiadają 46 różnorodnych basenów plus wiele innych atrakcji: gejzery, sztuczną falę, hydromasaże, zjeżdżalnie pontonowe, izbę solną i wiele innych. Po końskich szałach wymoczyć kosteczki było dobrym pomysłem.  Jazda autobusem w korkach jest co prawda długa i uciążliwa, ale wszyscy stwierdzili, że się opłacało. Jednak poprzedniego dnia po obiedzie szeryfa zakomunikowała, że chcąc wziąć udział w tym atrakcyjnym wydarzeniu należy zademonstrować gotowość i przygotowanie – oczekuje załogi na środowym śniadaniu w czepkach na głowie.
Więc w środę na śniadaniu mieliśmy rewię czepków kąpielowych. Jak zwykle kreatywność nie miała granic. Czegóż to nie  widzieliśmy. Były czepki prawdziwe, udekorowane kokardami, były czepki z bandamek, z czapeczek turystycznych, papieru toaletowego, a nawet z koronkowych majtek z zaszytymi nogawkami. Stefan przywdział na głowę torbę foliową z „Biedronki” i udawał biskupa.

44. Rewia czepków kąpielowych 45.  Czy to czepek kąpielowy, czy biskupia mitra?

 

Szeryfa pochwaliła frekwencję: dobrze się spisaliście, możecie jechać do wód. Ale jako że wyjazd odbędzie się dopiero po obiedzie, do tego czasu dla chętnych pań odbędzie się badanie piersi przez doktor Dorotę, zaraz po wstaniu od stołu należy się zapisywać.  Doktor będzie miała asystenta, kto nim będzie, dowiecie się. Chłopaków nie ignorujemy, zaraz potem odbędzie się badanie męskich jąder, metodą palpacyjną. Też należy się zapisywać, u doktor Andrzeja. A kto będzie pomagał przy macaniu – zobaczycie.

46.  Bogate śniadanko na rajdzie 47.  Doktor Doris w akcji


Środowe przedpołudnie minęło więc na badaniach, do Dorotki ustawiła się kolejka, każda kowbojka skorzystała z niezwykłej okazji. Dorotka przywiozła swój specjalistyczny sprzęt do USG Wyszło, że wszystkie jesteśmy zdrowe jak ryby, więc rajdować będziemy przez kolejne lata. A jak z chłopakami? Też dobrze.
Gdy autobus pełen kowboi odjechał do Chochołowa, trzy osoby wybrały się na wyprawę przyrodniczą do Wąwozu, szukać ciekawych okazów florystycznych. I znaleźli – na skałach rośnie tam lilia bulwkowata, kwiatek bardzo rzadki, o statusie „zagrożony wyginięciem”.

48. W chochołowskich termach  49. Przyrodnicy ruszają  w plener

 

50. Lilia bulwkowata – takie cuda rosną w Wąwozie Biała Woda


Wodniacy wrócili późno, więc późno grillowaliśmy pod wiatą. Wuja miał dyspensę od gitary, do kiełbasek sączyła się delikatna muzyczka z Dorotkowego akordeonu. A skoro nie było zwyczajowego, grupowego śpiewania, Siostry Sisters postanowiły zapełnić tą lukę i spontanicznie dały czadu. Zaśpiewały piosenkę z zupełnie innej bajki, piosenkę ich dzieciństwa,  śpiewaną im przez mamę, która w ten sposób  edukowała dzieci patriotycznie. Bo była to pieśń ze starego śpiewnika sprzed I wojny światowej, opowiadająca o tym, jak dzielne kobiety swoją postawą wspierały swoim mężczyzn, którzy szli do powstania. Aplauz był wielki. 
Na koniec spontanicznie zajęliśmy się etymologią, rozbierając różne brzydkie słowa, bo trzeba nadążać za światem, który jest coraz bardziej brutalny.  Czym się różni napierdalać od dopierdolić? Proszę bardzo, uczona filolożka objaśniła ten i inne przypadki. Nie zostaniemy w tyle.
Było bardzo wesoło.

51.  Wojtuś reanimuje paluszki, koncertuje Doris  52. Występ Sióstr Sisters wzbudził ogólny aplauz

 


W czwartek od rana żar się lał z nieba, więc ruszyliśmy w trasę nieco wcześniej. Pojechaliśmy w kierunku Obidzy, początkowo trochę inaczej niż w zeszłym roku. Najpierw Wąwozem, potem pod bacówką w lewo, łąkami do góry, kolejno szlakiem niebieskim, następnie czerwonym. Są tam bardzo widokowe łąki, ponownie zachwycał Gerlach, widziany bardzo wyraźnie. Dużo galopowaliśmy, ku uciesze ceprów, których było całkiem sporo.  Józek jechał na nowej młodziutkiej Wetlince, która bardzo dobrze się spisała jako czołowa, była grzeczna i niewrażliwa na niespodzianki. Arab został w domu. Ala w galopie zgubiła kapelusz, więc trochę trwało jego odzyskanie.

53. Co za radocha… 54. Ala zgubiła kapelusz

 

Gdy poszaleliśmy do woli, był zjazd na dół w kierunku wozu, a biwak wypadł w miejscu oznaczonym jako „stanowisko głuszca”. Ptaków o tej porze roku nie mieliśmy oczywiście szans spotkać, ale miło wiedzieć, że w tym rejonie mają się dobrze. W cieniu drzew kto mógł zaległ na derce lub na gołej trawie, a kto nie musiał przyjąć pozycji horyzontalnej, siadał gdzieś na drągu lub na wozie, chłodząc się zimnym piwkiem. Generalnie zmęczenie robiło swoje, niektórym udało się pospać parę minut. Odpoczywaliśmy dość długo, odpoczynek w tym gorącym dniu, na niełatwej trasie, był niezbędny.

55. Wóz też jeździł atrakcyjnymi ścieżkami. 56.  Na stromiznach pasażerowie schodzą z wozu i pedałują pieszo
57. Biwak w ostoi głuszca 58.  Trudy dnia dawały się we znaki

 

Wracaliśmy podobnie, choć czasem innymi ścieżkami. Zdarzyło się pobłądzić, jechaliśmy trochę „po krzakach” i podmokłych łąkach. Zdarzyło się, że Józek wyciągnął maczetę, ale ścinał raczej mizerne gałązki, to nie to co bieszczadzki busz. Wydawało się że raczej nie chce wyjść z wprawy.
Poza ścieżkami leśnymi panoramy były obłędne, Pieniny są cudne.
Po obiedzie Maciek postawił urodzinowe ciasto, sernik i owocowe z galaretką. Siedzieliśmy w błogości pod domem, konsumując i ciesząc się przynależnością do tej nietuzinkowej, fantastycznej  grupy.  

59.  Urodziny Macieja 60.  Był sernik i owocowe z galaretką


Piątek przywitał nas deszczem, więc czekaliśmy do 10.00 aż przejdzie. Deszcz rzeczywiście się skończył, została pożądana rześkość. Z powodu rozkopanych Jaworek większość tras zaczynaliśmy w Wąwozie Białej Wody, aby nie kręcić się po budowlanym pobojowisku. Tym razem również pojechaliśmy najpierw do bacówki, stamtąd do rezerwatu „Zaskalskie”, następnie pod Wysoką, chwilę nad Wąwozem Homole i dalej do szosy w kierunku „Szałasu pod Homolami”. W dużej części trasa była nowa w stosunku do poprzedniego roku, choć na horyzoncie stale zachwycały te same piękne Pieniny i Beskid Sądecki. Na łąkach galopowaliśmy energicznie. Mamiły kwitnące łąki, wolne od ceprów, których poranny deszczyk zatrzymał w pokojach. Krótki postój wywołał Rodos, który się rozogłowił i którego Józek pomógł zaogłowić ponownie.

61. Rodos się rozogłowił 62. W piątek Józek ponownie dosiadał Foksala


Z powodu deszczowych prognoz w trasę poszedł znowu mały wóz, więc wozowi mieli ciasno. Wozem przyjechała fasolka po bretońsku, do tego skrzynka piwa, która na wozie zawsze musiała się zmieścić, mimo ciasnoty. Po posiłku niektórzy leżeli w trawie na derkach, inni odpoczywali na  wozie snując wesołe pogaduszki. Na drugą jazdę zapisana była Aldona, ale nagle się zorientowała, że nie zabrała butów jeździeckich. Wyszło, że pojedzie konno boso. Zawsze pomocna szeryfa odstąpiła swoje i tym sposobem szeryfa pojechała boso, tyle że wozem, co było dużo łatwiejsze. Po drodze w przydrożnym sklepie nabyła gumowe klapki, ponoć takie jakie chciała mieć – więc obie dziewczyny były zadowolone.   Druga grupa galopowała co rusz, znowu ugalopowaliśmy się do woli, do utraty tchu. Bezkresne łąki wręcz zachęcały do galopów,  radocha była wielka. Dopełnieniem tego pięknego dnia – bo nawet pogoda zrobiła się ostatecznie piękna –  były góry pierogów na obiad, ruskich, z mięsem i z jagodami. Były wspaniałe, każdy wciskał w siebie ile tylko był w stanie zmieścić. Od stołu aż trudno było wstać.

631. Znowu w trasę poszedł mały wóz 64. Hanka studiuje mapę, znowu ruszy w trasę pieszo
65. Maja na biwaku 66. Jedni w trawie, inni wiszą na wozie


Na godzinę 20.00 zapowiedziano ognisko kończące rajd, gdyż rano wyjeżdżała Doris. Wystroiliśmy się galowo, ogień punktualnie zapłonął. Marysia tradycyjnie odśpiewała ułożony w ekspresowym tempie hymn rajdu, przy czym była kupa śmiechu, bo nasza poetka jest w tym coraz lepsza. Wojtuś przygrywał na gitarze, wszyscy powtarzali słowa refrenu. Po tym wesołym początku podziękowaliśmy pięknie naszym organizatorom, mając dla wszystkich skromne upominki. Dziękowaliśmy Józiowi za piękne, bezpieczne trasy, za przyprowadzenie z daleka koni, co jest niezwykłym wyczynem. Andrzejowi – za wóz, ogólną organizację, pomoc i humor w każdej chwili. Dziewczynom – za dogadzanie naszym brzuchom, choć trochę z tym jak zwykle przesadziły. Wszystko było pyszne, domowe, tylko jak to się odbije na wadze, to inna sprawa.
Wszystkim za niezłomną cierpliwość, gdyż widzimy jak niełatwym przedsięwzięciem jest taki rajd, ile wymaga zaangażowania. Przez takich organizatorów ledwie skończymy jeden rajd, już planujemy następny, wydawałoby się wbrew rozsądkowi.

67. Ognisko pożegnalne – Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi. 68. Andrzej dostał kowbojski pasek z ozdobną klamrą
69. Dziewczyny dostały szampany 70. Było miło


Nadmienić trzeba, że Józek dostał kalendarz ze swoimi końmi, podobny jak 5 lat wcześniej. Tyle że teraz były w nim zupełnie inne konie niż w tamtym, żaden się nie powtórzył. A ponieważ do tego nowego kalendarza „nie załapał się” młodziutki Foksal, którego nie miało tu być, więc wypada  rajdować jeszcze co najmniej 5 lat, żeby był pretekst do kolejnego kalendarza, z kolejnymi końmi i z małym, uroczym, niesfornym arabkiem.
Dużo ciepłych słów otrzymaliśmy od gospodarzy, więc chyba nas tu polubili.
Wieczór upłynął pośród śmiechu i śpiewu, śpiewaliśmy dużo piosenek które śpiewamy rzadko, np. Okudżawę. Krążyły ekskluzywne trunki, m.in. Wściekły Pies serwowany przez Maćka. Śpiewanie było znowu bardzo zaangażowane, a Siostry Sisters dały się namówić na powtórzenie swojego hitu.
W sobotę z jazdy zrezygnowały dwie osoby, natomiast zdecydował się ktoś inny, kto pauzował ostatnio. Jazda była jedna, jednego czy dwa konie pożyczył Andrzej. Tym sposobem Stefan dosiadł nieznanego nam Belmondo. Jednak zanim nastąpiła faza dosiadania, musieliśmy gnać po konie wysoko w góry, gdyż nie było ich na pastwisku w zasięgu wzroku, nawet Andrzej się denerwował, czy w ogóle gdzieś są. Poszli po nie najwytrwalsi, była to niezła wyrypa. W nocy padało, więc konie zeszły z gór w błotnej  panierce, oskrobać je z tej panierki było żmudne i czasochłonne. Każdy miał potem kurz we wszystkich swoich zakamarkach.

71. Konie wróciły z pastwiska w panierce 72.  Oskrobać swojego wierzchowca z błota to dłuższy zabieg


Wreszcie wyjechaliśmy, było słonecznie i rześko. Skierowaliśmy się do rezerwatu, a tu nagle halt – drogę przecina stado owiec. Owce przechodzą z jednej strony drogi na drugą, a wiadomo że jak owce zaczynają iść, to nie ma końca. Józek zatrzymuje konną kawalkadę na chwilę, mając nadzieję na jakąś przerwę w tym strumieniu, ale na nic takiego się nie zapowiada.  Kudłate stwory idą i idą,  są ich dziesiątki. Psy jazgoczą, wyrażają swoje złe zamiary,  konie zaczynają się denerwować. W końcu Józek w desperacji forsuje stado i my wszyscy za nim wpychamy się w kierdel, nie czekając że nas przepuszczą. Bez przykrych incydentów udaje się przejechać i kontynuować jazdę.
Jedziemy od bacówkowego rozdroża w górę w stronę Beskidu, piękno ukwieconych łąk, nieodległych gór i pachnącego lasu poraża, chłoniemy w milczeniu. Jedziemy do ostoi głuszca, potem włóczymy się różnymi ścieżkami, improwizując, Józek omija Jaworki, chcąc je dużym łukiem objechać i wyjechać z drugiej strony. Świeży, rozświetlony słońcem, rozśpiewany las nie mniej zachwyca niż rozległe panoramy. 

73. Ostatnia jazda na rajdzie 74.  Żal serce ściska


Początkowo chłopaki planowali biwak w lesie, ale prognozy były niejednoznaczne,  więc zdecydowali się na biwak pod naszą wiatą, po powrocie z jazdy. Więc prosto z konia, bez przebierania się, piknikujemy pod wiatą, wcinając pieczone kiełbaski. Niestety były to już ostatnie rajdowe akcenty, aż nie chciało się odejść od ognia. Gawędzimy, pijemy piwo, Figa nie odstępuje nas na krok. Jest słonecznie, ciepło, cieszy fakt że zakończyliśmy przygodę szczęśliwie, ale martwi, że tyle było czekania, a mięło jak z bicza strzelił.

75. Ostatnie chwile 76.  Biwak na podwórku


Po krótkim odpoczynku poszliśmy na lody do pobliskiej budki, parę osób poszło na dalszy spacer. Podczas obiadu Wojtek w imieniu grupy jeszcze raz podziękował organizatorom za piękną imprezę i wyraził nadzieję na kolejne spotkanie. Ale co będzie, los pokaże.
Na pewno będzie dobrze.

Baj baj koniki, za rok spotkamy się znowu.
Z wami chłopaki też.

 

Józek na Wetlince Andrzej 

     

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: uczestnicy  rajdu

Kolejne pożegnania

Maj to piękny miesiąc, wg wielu osób to najpiękniejszy miesiąc w roku. Wszystko kwitnie, pachnie i napawa nadzieją. Po prostu chce się żyć.

Ale okazuje się że może być inaczej. Tegoroczny maj przyniósł Starym Koniom dużo smutku, gdyż pożegnaliśmy aż dwóch naszych wspaniałych kolegów – odeszli Andrzej Prejs i Tadeusz Smulikowski. Andrzej i Tadeusz uczestniczyli w wielu naszych imprezach – spędach, balach, spotkaniach opłatkowych – gdzie dali się poznać jako barwni i weseli kompani. Zawsze uczynni, budzący zaufanie i sympatię. Do dobrej zabawy nie potrzebowali konia, ale z parkietu schodzili ostatni.

Andrzej Prejs Tadeusz Smulikowski

 

Żegnajcie chłopaki, będziemy pamiętać wspólnie spędzone chwile.

 

 

Pożegnanie Ola

 

 

Olo Pasterz Spotkanie nad Odrą, w pandemii, 2020

 

 

 

Środowisko Starych Konni pogrążyła w głębokim żalu wiadomość o odejściu naszego drogiego przyjaciela, Andrzeja Olszowskiego, w czasach studenckich noszącego, nie wiedzieć czemu, ksywę „Krwawy Olo”. Widać nie była ona adekwatna do pogodnego i łagodnego charakteru Andrzeja, skoro przymiotnik „Krwawy” zniknął i odtąd był tylko „Olem”. W ostatnich latach, z inicjatywy Wuja Toma, dostrzegającego Jego środowiskowe znaczenie i dostojeństwo wieku, przemianowany został na „Pasterza”. Towarzystwo chętnie zaakceptowało to miano, jak również sam zainteresowany z dumą wziął do ręki ofiarowany mu z tej z okazji pastorał.

Krwawy Olo Nasz Olo

 

W osobie Ola tracimy ikonę Nieformalnego Stowarzyszenia Starych Koni, bowiem z inicjatywy Andrzeja, 15.11.1997 r. odbyło się pierwsze spotkanie dawnych uczestników rajdów konnych. Rajdy te organizował Wrocławski AKJ w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zdawać by się mogło, że studenckie, młodzieńcze doświadczenia pozostaną tylko we wdzięcznej pamięci ich uczestników, zaangażowanych (po zdobyciu dyplomów) w rozwijanie karier zawodowych oraz życie rodzinne. Tymczasem na zaproszenie Ola stawiła się liczna grupa weteranów rajdowych, wypełniając szczelnie mieszkanko państwa Olszowskich na wrocławskim Kozanowie. Radość ze spotkania po latach była tak wielka, że balowaliśmy do białego rana, gwałcąc obowiązek zachowanie ciszy nocnej w wielorodzinnym bloku. Okazało się, że miłość do koni i jazdy konnej, scementowały również relacje osobiste weteranów rajdowych, co trafnie odczytał Olo.

Inauguracyjne spotkanie przyszłych Starych Koni u państwa Olszowskich

I Spęd 

Wrocław 15 listopada 1997

Posiedzenie trwało do białego rana

 


Pokłosiem spotkania była myśl o kolejnym spotkaniu, co miało miejsce w maju następnego roku. Potem były spotkania kolejne i kolejne, nazwane dość szybko spędami, a Olo jako pierwszy nazwał uczestników tych spotkań „Stare Konie”. Ruch starokoński rozwijał się dynamicznie, doszły bale, wigilie, rozmaite inne spotkania, w końcu prawdziwe rajdy konne i rajdobozy, wreszcie różne jubileusze. Pojawiali się stale nowi/starzy koledzy i koleżanki, czemu sprzyjała charyzma naszego przywódcy.

Jeden z pierwszych Spędów w Komarnie, 2006 Comiesięczne spotkania  w Union Pacific we Wrocławiu, do czasu aż lokal został zamknięty (2006?)
Bal w Dworzysku, 2005 Bal  w Książu, 50-lecie AKJ Wrocław, 2015
Jubileuszowy X Spęd, Kąty Bystrzyckie, 2007  Jubileuszowy XX Spęd, Karpacz, 2017
Rajd Huculski, 2003 Rajdobóz na Mazurach, 2008
Rajdobóz w Rakowie, 2007 Spotkanie w Książu, 2015
Wigila nad Odrą, w pandemii, 2020 Wigilia we Wrocławiu, 2021

 


Olo od samego początku uczestniczył w tych imprezach stając się z czasem najstarszym przedstawicielem dawnych członków AKJ-tu Wrocław, stróżem obyczaju i Mistrzem ceremonii wznoszenia toastu „Za zdrowie Konia”.

DCF 1.0
Toast „Za Zdrowie Konia” na elegancko, bal w pałacu Paulinum 2007 Toast „Za Zdrowie Konia” na spędzie, Rudna 1998


Zasługi Ola dla Stowarzyszenia są ogromne i trudno sobie w tej chwili wyobrazić, jak bez niego i jego ofiarnej pracy uda się utrzymać bieżącą łączność pomiędzy członkami. Była ona zapewniana poprzez stronę internetową, której był twórcą i administratorem. Niezależnie od tego prowadził korespondencję z członkami stowarzyszenia, zapewniając nam bieżącą informację o wszelkich zdarzeniach i inicjatywach organizacyjnych. Nie sposób nie wspomnieć o Jego ogromnej zasłudze, jaką było zainicjowanie opracowania nowej wersji śpiewnika rajdowego, który stale był uzupełniany o nowe utwory, również z inicjatywy Ola. Jeszcze ostatnio prosił mnie o włączenie do naszego repertuaru Jego ulubionej „Pieśni gruzińskiej” Bułata Okudżawy.
Drogi Przyjacielu! Obiecuję, że przy najbliższej okazji zaśpiewamy ją dla Ciebie.

 

Wuja Woyt

Śpiewnik dla Starych Koni jest bardzo ważny

 

 

   

Żegnaj przyjacielu

 

 

 

 

XXXIII Spęd Starych Koni, Mysłakowice 20 – 22.10.2023

Tegoroczna wczesna jesień była słoneczna i ciepła, stanowiąc niejako przedłużenie pięknego lata, więc po powrocie z bardzo udanego pobytu nad morzem, aż chciało się znowu gdzieś jechać. Spontanicznie powstał pomysł zorganizowania jesiennego spędu, a po krótkich konsultacjach na miejsce spędu wybraliśmy Mysłakowice, agroturystykę „U Luizy”. Pobyt majowy u Luizy wszystkim się podobał, więc po co szukać czegoś więcej. Sporo osób deklarowało chęć uczestniczenia w spędzie i na podane konto zaczęły wpływać pierwsze zaliczki. Niestety tak dobrze było tylko na początku. Tydzień przed wyznaczonym terminem przyszło tak gwałtowne ochłodzenie, że zapał wielu osób zaczął stygnąć. Prognozy mówiły, że na sam weekend przewidziany jest wręcz śnieg, do tego zero stopni. U Luizy było już wszystko nagrane, więc nie dało się imprezy odwołać, ale frekwencja topniała. Ostatecznie zaliczkę wpłaciło dwanaście osób, a dojechało w piątek tylko osiem.

1. Agroturystyka „U Luizy” w Mysłakowicach 2. Witajcie


Żeby jeszcze pognębić dzielną grupę która nie rezygnowała z wyjazdu, podróż piątkowa była bardzo trudna – mgła jak mleko, zimno, ślisko i po drodze kilka ciężkich wypadków. Jednak gdy dwie pierwsze dziewczyny wysiadły z samochodu u Luizy na podwórku, słońce świeciło jak gdyby nigdy nic. Az każda chciała, żeby druga ją uszczypnęła. Okazało się że nie należy za bardzo wierzyć prognozom pogody, bo jak ogólnie wiadomo prognozy się sprawdzają lub nie, a pogoda generalnie zmienia się jak w kalejdoskopie. Tak właśnie się stało i dwa dni naszego pobytu były bardzo udane – aura zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Pełni otuchy pownosiliśmy bagaże do pokoi i ruszyliśmy do stajni, gdyż koniki czekały. Jazdę prowadziła znana nam Wiktoria. Dosiedliśmy tych konie które nam przeznaczono i  pojechaliśmy w teren. Za miastem było jeszcze trochę mgły, tak że góry były mało widoczne, ale kłusowaliśmy sobie raźno po wilgotnych łąkach, ciesząc oko ich bezkresem  i pustką. Po drodze spotkaliśmy stadko saren, robiliśmy sporo zdjęć. Jazda była bardzo przyjemna, każdy miał satysfakcję  że się nie przestraszył i przyjechał.

3. W piątek po przyjeździe siodłamy konie 4. Czekamy na hasło do wymarszu
5. Bezkresne łąki w rejonie Mysłakowic 6. Pokonujemy rzekę  Łomnicę


W tym czasie osoby nie jeżdżące konno odbyły relaksujący spacer wzdłuż rzeki Łomnicy, na której jest parę urokliwych progów skalnych, a szum wody dobrze robi na zmęczone głowy
Na obiad Luiza zaserwowała smaczny barszczyk i wiadro pierogów, były ich aż trzy rodzaje. Zjedliśmy ogromne ilości, bo były wspaniałe.
Po obiedzie piliśmy najpierw wino, potem słynną wiśniówkę gwarecką, przysłowiowy „miód w gębie”. Jako że byliśmy chwilę po wyborach parlamentarnych, było o czym mówić i co zakrapiać.  Z powodu małej frekwencji wieczór był bardziej rodzinny niż rozrywkowy, na pewno będzie niezapomniany.

7. Na podwórku u Luizy – witają owieczki kameruńskie 8. Wieczór przy wiśniówce gwareckiej


W sobotę od rana świeciło tak intensywne słońce, że trudno było uwierzyć w jakich warunkach tutaj przyjechaliśmy. Podano obfite śniadanie, w tym słynne, smaczne twarożki. Spożywaliśmy bez pośpiechu, nic nas nie goniło.
Potem była jazda, wyprawiliśmy się na dwie godziny. Pojechaliśmy obrzeżem suchego zbiornika przeciwpowodziowego, zbudowanego na początku 20 wieku. Zbiornik został zbudowany celem ochrony Doliny Łomnicy przed powodziami, z których np. powódź w roku 1897 miała katastrofalne skutki.  Jechaliśmy trochę dnem zbiornika, trochę wałem, a widoki na Karkonosze były filmowe. Widoczność była jak brzytwa, niebo pomalowano na niebiesko, białe chmurki zdobiły niedalekie szczyty. Śnieżkę widzieliśmy było jak na dłoni. Łąki na dużym obszarze były jeszcze zielone, ale też miejscami zupełnie brązowe. Kontemplowaliśmy więc orgię kolorów, było po prostu bajkowo. Dojechaliśmy do gospodarstwa rolnego wśród łąk, w którym hodują kozy, osły i kucyki. Jadąc dalej dotarliśmy ostatecznie do lasu i galopowaliśmy po jego krętych ścieżkach. Na koniec Wiktoria zrobiła dla chętnych ostre galopy. Część koni została na wielkiej łące, a część pojechała poszaleć. Konie tej drugiej grupy po oddaleniu się poszły w cwał, aż wiatr świszczał w uszach. Było to wspaniałe, wróciliśmy usatysfakcjonowani.

9. Jazda sobotnia, świat jak malowany 10. Jedziemy dnem suchego zbiornika przeciwpowodziowego
11.  W tle Śnieżka i Karkonosze 12. W jesiennym lesie


Po powrocie do stajni mieliśmy jeszcze sporo czasu żeby posiedzieć przed domem na słońcu, wygrzać nadwyrężone kosteczki, pohuśtać się na huśtawce, dać szanse licznym kocurkom poleżeć na przyjaznych udkach. A przede wszystkim nacieszyć się chwilą gdy nie ma nic do roboty.

13. Relaks w słońcu 14. Relaks na huśtawce
15. Miłe lenistwo 16. Relaks z mruczkiem


Obiad był królewski, obfity i smaczny, aż trudno było potem wstać od stołu. Ale w końcu wstaliśmy, gdyż dalszy program był bogaty. Trzy osoby pojechały zwiedzić  starą kopalnię uranu w Kowarach, a pięć pojechało do Parku Miniatur, również w Kowarach. Jedno i drugie było bardzo ciekawe.
Kopalnia rud uranu w Kowarach działała w latach 1950 – 1958. Cały urobek wywożono do Związku Radzieckiego, gdzie uran wzbogacano i konstruowano pierwsze bomby atomowe. Miejsce było okryte tajemnicą, a górnicy pracujący w kopalni podpisywali dokumenty o zachowaniu dyskrecji. Kopalnię zlikwidowano na skutek wyeksploatowania zasobów, ale na początku lat 70-tych  stwierdzono taką koncentrację radonu w powietrzu kopalnianym, że zdecydowano się na zbudowano tam inhalatorium, podlegającego pod Uzdrowisko Cieplice. Przez rok działania inhalatorium udało się przyjąć 3600 kuracjuszy, którzy przeszli terapię radonową, mającą cenne działania prozdrowotne. Niestety z braku funduszy inhalatorium zlikwidowano. Obecnie jedna ze sztolni udostępniona jest dla turystów, trasa ma 1600 m, a zwiedzanie trwa ok. 90 min. Ogląda się narzędzia i urządzenia górnicze, ale także stare radzieckie mapy.

17. Kopalnia uranu w Kowarach 18. Jedna ze sztolni jest przygotowana dla turystów 19. Była to ciekawa wycieczka


Park Miniatur ma ok. 20 lat, to zbiór najważniejszych zabytków Dolnego Śląska, odwzorowanych w skali 1:25, z wielką precyzją. Jest ich 60, są wśród nich zamki i pałace, kościoły, starówki niektórych miast, górskie schroniska. Miniatury zgrupowano na terenie fabryki dywanów, w dużym ogrodzie wśród drzew i kwiatów. Na terenie obiektu jest mała kawiarenka, sklepik z pamiątkami, są przewodnicy, którzy ciekawie opowiadają. Np. dowiedzieliśmy się, że zamek Książ powstawał dwa lata, a pracowało przy nim wielu modelarzy. Samo tylko okładanie starej części zamku małymi kamyczkami trwało kilka tygodni. Wszystkie obiekty są w bardzo dobrym stanie, pomimo że nie są nigdzie chowane na zimę. Są stale odnawiane i zachowują intensywne kolory. Jest to niezwykłe miejsce, warte zobaczenia.

20. Park Miniatur w Kowarach – Śnieżka 21. Pałac Paulinum z Jeleniej Góry
22. Miniatura zamku Książ 23. Hanka i Iwona w Książu


Zwiedziliśmy potem prawdziwą starówkę Kowar, która jest bardzo ładna i kolorowa.

24. Starówka w Kowarach 25. Spacer po starówce w Kowarach


Po powrocie do pensjonatu ogarnęliśmy się szybko, gdyż ognisko już płonęło. Czekały kiełbaski,  kaszanka i cukinia na upieczenie, więc wśród śmiechu i pogaduszek przystąpiliśmy do kucharzenia. Każdy upiekł sobie co chciał, w międzyczasie popijając piwo i przyrządzonego przez Józka grzańca. Było dość ciepło i generalnie bardzo przyjemnie, więc nikt nie wybierał się spać. Ale koło 23 zaczęło kropić, więc zwinęliśmy wszystko i poszliśmy pomieszkać.

26. Ognisko w ciepły sobotni wieczór 27.  Piekliśmy kiełbaski i kaszankę,  piliśmy piwo i grzańca


W niedzielę od rana padało. Nie była to może ulewa, nie ochłodziło się istotnie, ale jak tu siadać na konia w deszczu, czy powędrować w góry. A te zadania były zaplanowane. Póki co dostaliśmy bogate śniadanie, a prowadziła kuchnię nowa dziewczyna Marta. Było w bród serów, wędlin, jajka w koszulkach, pomidory i inna zielenina, a do tego Marta nasmażyła górę naleśników. Co rusz donosiła nowe, a wszystko znikało. Nieśpiesznie biesiadując czekaliśmy na poprawę pogody, jednak nic takiego nie nastąpiło. Więc wczesnym południem ruszyliśmy do domu.

28. niedzielne śniadanie 


Luiza była z nami tylko w piątek, w sobotę rano wyjechała na wcześniej zaplanowany urlop. Ale wszystko hulało wzorowo. Wiktoria zarządzała rozdziałem koni i z koleżanką prowadziła jazdy, Marta świetnie gotowała i dodatkowo bawiła gości, ognisko się zapaliło, wszystko co trzeba mieliśmy, wystarczyło tylko poprosić. Podwórko jak zwykle pełne było zwierząt, więc przyjemność była dodatkowa. Szkoda że w niedzielę nie dało się zrealizować programu, ale wracaliśmy do domy zadowoleni,  zaopatrzeni w słoiczki z rosołem, wsiowe jajka, dżemy z cebuli, winogrona prosto z krzaka i dobry nastrój.  Z pewnością jeszcze tu wrócimy.

29.  Lord – ślązak 30. Loczek – quarter horse 31. Zefir – tinker
32.  Wróćcie jeszcze 33.  Trudno się rozstać 34.  Do miłego…

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć

 

Tekst i większość zdjęć: Ewa Formicka. Zdjęcia plenerowe na koniach: Wiktoria

XX Rajdobóz Starych Koni, Jarosławiec 2 – 10.09.2023

W roku 2023 rajdobóz Starych Koni ponownie odbył się w Jarosławcu, rekomendacją była frekwencja rok wcześniej – 30 osób. Nigdy na nasze imprezy nie przyjeżdżało tyle ludzi, nie licząc wigilii i rozmaitych jubileuszy. A skoro tyle przyjechało nad morze, widocznie wszystkim się podobało. W jarosławieckiej stajni Horyzont odpowiadają nam konie i miła obsługa stajenna, odpowiada hotel mający całkiem dobry standard, smaczne jest  jedzenie. Morze jest za płotem, a galopy po plaży dają dużo uciechy. Więc czego chcieć więcej. Niestety nad morze jest daleko i prawdopodobnie kiedyś z tego powodu będziemy szukać innego miejsca, ale póki co 2 września Stare Konie w ilości 29 osób zjechały do Jarosławca. Imprezie szefowała jak poprzednio Iwonka, a program zaproponowała bardzo bogaty i różnorodny.

1. Stajnia Horyzont w Jarosławcu 2. Stare Konie w Jarosławcu 2023


Każdego dnia po śniadaniu były trzy jazdy konne, jako że na jednej jeździe mogło być tylko 5 osób. Osoby nie jeżdżące konno miały po obiedzie zagwarantowaną bryczkę. Obiadokolacje jadaliśmy w godzinach 14 – 15, by potem realizować ciekawy program.
W niedzielę życie obozowe ruszyło pełną parą. Każdy dzień zaczynaliśmy od gimnastyki, którą prowadził niezmordowany Wojtuś. Zawsze w gimnastyce uczestniczyła spora grupa chętnych.
Niedzielne jazdy konne były ekscytujące, gdyż morze było lekko wzburzone, co dodawało smaczku. Galopy pod wiatr, do melodii huczących fal… piękne przeżycie.

3. Codzienna poranna gimnastyka 4. Pierwsza jazda


Po obiedzie ruszyliśmy do wsi Starkowo koło Ustki, ok. 30 km od Jarosławca, by zwiedzić tam Muzeum Śledzia. Muzeum jest niewielkie, ale bardzo ciekawe, natomiast w gospodzie obok można najeść się śledzi w każdej postaci, a wszystkie przepyszne. Byliśmy dopiero co po smacznym i obfitym obiedzie, ale to nie przeszkodziło by napchać się śledziami do imentu.

5. Muzeum Śledzia w Starkowie 6. Najedliśmy się śledzi w różnej postaci


Wieczorem zorganizowaliśmy oficjalne otwarcie obozu, podczas którego organizatorka rozdała program pobytu, a ponadto wręczyła każdemu zaproszenie na bankiet  urodzinowy, zaplanowany na wtorek. Tym samym wydało się że trzy osoby świętować będą okrągłe urodziny, czyli innymi słowy będzie imprezka. Natomiast na wieczorze inauguracyjnym miłym akcentem było powitanie australijskich gości, Ety i Paula, którzy właśnie kontynuowali swoją podróż poślubną po Europie. Powitani zostali chlebem, solą i koszem kwiatów, a wzruszona Eta w swoim wystąpieniu podkreśliła jakie to dla niej ważne móc spędzić czas i zaznać przygód ze starymi przyjaciółmi. Po przemówieniach Wojtek odpalił gitarę i zabrzmiał śpiew wielkiej mocy, każdy bardzo się starał. Wieczór wesoło płynął, śpiewaliśmy dopóki paluszki naszego gitarzysty dawały radę.  Uśpiewaliśmy się prawie jak na rajdzie.

7. Wieczór inauguracyjny 8. Śpiewamy Sto Lat nowożeńcom
9. Eta i Paul zostali powitani chlebem, solą i kwiatami   10.  Niedzielny wieczór zakończony gromkim śpiewaniem


W poniedziałek rano jeźdźcy ruszyli do stajni, każdy w swojej grupie. Pogalopowaliśmy  po plaży i po lesie, uciecha była wielka. Słońce dopisało, cieszyła oko pusta plaża i postrzępione grzywy fal. Dzień dobrze się zaczął.

11. Kolejny dzień, kolejna jazda, Doris z Pepsi 12. Wojtuś i Largo
13. Józek i Wacek 14. Iwona na Koridzie

 

Kontynuując zabawę liczna grupa cyklistów ruszyła po obiedzie do wypożyczalni rowerów, by następnie udać się na wyprawę rowerową do Darłówka, a jest to ok. 20 km w jedną stronę. Wzdłuż polskiego wybrzeża są wyznakowane przepiękne trasy rowerowe na ogromnym dystansie ponad 500 km, są one dobrze przygotowane i oferują wspaniałe widoki.  Będąc nad morzem warto przejechać się odcinkami tej trasy, jest to duża frajda.

15, Rowerowa wyprawa do Darłówka 16. Eksplozja radości


Późnym popołudniem robiliśmy grilla pod naszym pensjonatem, szefowa przygotowała kiełbasę i sałatki, były rozmaite trunki. Siedzieliśmy na leżakach i ogrodowych fotelach gawędząc i czas miło leciał.

17. Popołudniowy grill 18. Pieką się kiełbaski


We wtorek po śniadaniu galopowaliśmy po plaży i po lesie, frekwencja na jazdach była niezmiennie duża. Jazdy tego roku prowadziła współpracownica Kingi Ala, zaspakajając w zupełności nasze oczekiwania – ugalopowliśmy się do woli.

19. Galopem po plaży 20. Co za radość…


Ale głównym punktem programu we wtorek były urodzinki dwóch kowbojek i jednego kowboja, czyli imprezka. Zrobił się jednak drobny problem – Iwonka  poprosiła o przybycie w miarę możności w strojach eleganckich, ale niech to nie będzie kowbojada.  Prawdopodobnie obie jubilatki zamierzały wystąpić w kreacjach, do których kowboje nie będą pasować. Więc zrobił się mały popłoch, gdyż oprócz strojów  kowbojskich, żadna z pań nic innego w walizce nie miała. Ale poszły wici po pokojach, że na promenadzie można nabyć za parę zł bajeranckie kapelusze, więc panie ruszyły do boju. Nakupiły kapeluszy, dając na koniec sezonu zarobić sprzedawcom. Spódnicę każda jakąś miała, a jeśli któraś nie miała, to też nabyła. Tak że z jednej strony jubilaci mieli dla nas niespodziankę, ale z drugiej strony my zaskoczyliśmy jubilatów, schodząc na bankiet  elegancko wyszykowani.

21.  Zaczynamy wieczór urodzinowy 22.  Był to wieczór elegancki 23.  Obowiązywały kapelusze (nie kowbojskie)

 

W sali bankietowej stwierdziliśmy brak jubilatów – czyżby zapomnieli, czy śpią po aktywnym dniu? Kręciliśmy się chwilę zdezorientowani, aż tu nagle na scenie zobaczyliśmy trzech zgrzybiałych staruszków, którzy pojawili się nie wiadomo kiedy. Dwie babinki i jeden dziadulo, przygarbieni, w chuścinach i o laseczkach, drżącymi głosami zaintonowali: „starsi przyjaciele, starsi przyjaciele, starsi przyjaciele trzej, już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj”.  Gdy staruszkowie opanowali drżenie rąk, gdy złapali równowagę i powietrze w płuca, wygłosili odę do starości.

24. Nagle pojawiły się trzy staruszki 25. Staruszki odstawiły niezłe schow

 

Iwona – 
Co to za życie bywa w młodości, nie czujesz serca, wątroby, kości,
Śpisz jak zabity, popijasz gładko i nawet głowa boli  cię rzadko.
Jurek –
Dopiero człeku twój wiek dojrzały, odsłania życia urok wspaniały,
gdy łyk powietrza z wysiłkiem łapiesz, rwie cię w kolanach, na schodach sapiesz,
serce jak głupie szybko ci bije, lecz każdej chwili czujesz że żyjesz.
Mania –
Więc nie narzekaj z byle powodu, masz teraz  wszystko czego za młodu
nie doświadczyłeś, ale dożyłeś.
Więc chociaż czasem w krzyżu cię łupie, ciesz się  dniem każdym, miej wszystko w dupie.

Staruszki zebrały niesamowity aplauz, tym bardziej że „skąd my to znamy”. Pomachawszy publiczności rękami, chwiejnym krokiem zeszli ze sceny.
By po chwili…. wpaść na scenę ponownie, ale jakże odmienieni. Po zrzuceniu chust,  kaftanów i odrzuceniu lasek zobaczyliśmy trzy małolaty: Iwonkę w mini, Manię na szpilkach, Jurcysia w zgrabnych spodenkach. Małolaty ruszyły w energiczny pląs wyśpiewując: „I srebro i złoto, to nic, chodzi o to, by młodym być, więcej nic…”.   Gromkie brawa wstrząsnęły salą, zabawa była przednia. Po chwili do jubilatów ruszyli z prezentami przedstawiciele publiczności, gdyż mimo wszystko byliśmy przygotowani. Kach życzył Iwonce:
          „Spod zroszonej gleby grudki, wstają jasne niezabudki,
           Jubilatko otwórz oczy,  krąg przyjaciół cię otoczy”.
Maciej życzył Marysi:
          „W Jarosławcu się zebrali, ludzie duzi, średni mali
            i to tylko z tej przyczyny, że dziś Mani urodziny.
           ……………………………………………………………………
           Zdrowia, szczęścia, pomyślności,
           od wszystkich zebranych gości,
           Wznosimy okrzyki dzisiaj, niech żyje nam Marysia”
Jaga życzyła Jurkowi, nie wygłaszając co prawda własnej poezji jak poprzednicy, ale robiąc to nie mniej ciepło. Jubilaci podziękowali, byli bardzo wzruszeni.

26. Staruszki  pozbyły się kamuflażu, zobaczyliśmy trzy małolaty

 

27. Jubilaci dostali prezenty

 

Rozlano szampana, zaśpiewano gromkie „sto lat”, po czym jubilaci rozkroili zamówione torty i przystąpiliśmy do konsumpcji. Rozwinął się bardzo miły, klimatyczny wieczór. Marysia zainicjowała wspomnienia dawnych, AKJ-towskich lat, zachęcając aby każdy coś opowiedział o tamtych czasach, a szczególnie aby każdy zrelacjonował skąd się wziął w AKJ-cie.  Trunki się lały, rzewność gęstniała, wspomnienia płynęły. Wieczór był niezwykły.
W środę rano nie jeździliśmy konno, gdyż zaplanowano spływ kajakowy, a to wymagało czasu. Zaraz po śniadaniu kajakarze pojechali samochodami do wsi Jeżyczki, ok. 2o km od Jarosławca, by tam zaokrętować się i spłynąć rzeką Grabowa (największy dopływ Wieprzy)  do Darłówka. Grabowa płynie spokojnie i leniwie, nie ma zawirowań i niebezpieczeństw. Płynie się głównie wśród łąk, nurt rzeki obramowany jest może trochę nudną trzciną, ale w słońcu jest to bardzo dobry relaks. Spływ trwa ok. 3 godziny. Kajakarze nie zaznali żadnych  przykrych zdarzeń, w przeciwieństwie do poprzedniego roku. Dopłynęli do portu jachtowego w Darłówku, gdzie w kawiarni przy falochronie  spędzili trochę czasu na kawie i lodach, po czym wrócili na późny obiad. Każdy był bardzo zadowolony.​​

28.  W środę obdył się spływ kajakowy 29. Spływ rzeką Grabowa
30. Ach, jak przyjemenie, kołysać się wśród fal… 31.  …gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal

 

Późnym popołudniem nienasycone dziewczyny wynegocjowały u Kingi jazdę konną celem  oglądania zachodu słońca. Zachód słońca z końskiego grzbietu to magia, robi niesamowite wrażenie. Ale trzeba tu odnotować, że na obozie mieliśmy cały czas piękną pogodę i spektakularne zachody  można było oglądać każdego wieczoru.

32. Wieczorna jazda na zachód słońca 33. Niezwykłe przeżycie

 

W czwartek rano tradycyjnie jeździliśmy konno, ale głównym tematem dnia były występy estradowe,  do tegorocznego hasła obozowego, które brzmiało: „Morze (może) po horyzont”. Hasło to jak i wszystkie inne hasła w poprzednich latach,  wydawało się początkowo mega trudne i nie do ogarnięcia. Jednak zawsze w bólach i cierpieniach rodziły się niezwykłe przedstawienia, tak było i tym razem.
Jak każdego roku wiele osób początkowo czuło bunt i niemoc. Ale też jak co roku wynik ostateczny przeszedł najśmielsze oczekiwania, kreatywność i  talenty buchnęły jak fontanna. Zadziwiła też wielka różnorodność, szerokie horyzonty Starych Koni wydają się nie mieć granic.
Zanim zaczęły się występy na scenie, na sali można było zobaczyć trzy niewiasty, które prezentowały swoje szerokie horyzonty na T-shirtach w które się odziały. Z tyłu miały wydrukowaną fotkę jeźdźców na tle morza, do tego napis „Jeśli zechcesz, twoje horyzonty mogą być zawsze szerokie”. Z przodu każda obwiesiła się zdjęciami swoich szerokich horyzontów, i tak: Iwonka  pokazała siebie na nartach zjazdowych i biegowych, w kraju i nie tylko, także konie, góry i żagle, sporty które namiętnie uprawia. Ewcia pokazała zaliczone szczyty alpejskie, ujeżdżanie wielbłąda na pustyni w Izraelu, skoki za młodu przez wysokie przeszkody, biegówki, a także nagrodę Ko-Nike za wyczyn literacki. Karolina-podróżniczka pokazała siebie na wulkanie Teide na Teneryfie, safari w Afryce, Bajkał na Syberii, kwitnącą wiśnię w Tokio, ale także udział w konkursie barmańskim, gdzie dobrze jej poszło.

34. Dziewczyny prezentują swoje szerokie horyzonty 35. Teatrzyk Ola plus company

 

Występy estradowe zaczął Olo and company, przedstawiając scenkę w trzech odsłonach na podstawie piosenki Andrzeja Koryckiego „o moim morzu”. Artyście  towarzyszył  chórek (Jaga, Ewa, Hania) wyśpiewujący morskie przerywniki pomiędzy poszczególnymi odsłonami. Dekoracją całości był Neptun jak żywy, personalnie Walter. Olo zaczął opowieść jako mały chłopczyk, w czapeczce z daszkiem i ze szpadelkiem w rękach, snując wspomnienia zgrabną rymowanką:  

„Dawno temu w mieście, co z Poręby słynie,
Tato załatwił wczasy całej naszej rodzinie.
No i właśnie tego lata oczka moje młode,
Pierwszy raz zobaczyły tę  ogromną wodę.
Siedzę sobie ze szpadelkiem, babki z piasku kroję,
i tak z ciekawości pytam „Czyje jesteś morze?”

a ono mi odpowiada: (chórek) „twoje Jędruś, po horyzont twoje”.

Następnie chórek pociągnął gromko „Morze, nasze morze…”, a artysta wskoczył za zasłonkę, by  przeistoczyć się w dorosłego faceta. Tenże dorosły facet po chwili kontynuował opowieść:

„Gdy płynęliśmy na Bornholm prawie dziewięć wiało,
Jakieś ptasze pazurkami obiad ze mnie rwało.
Powiedziałem, że się nie dam i dzielnie walczyłem,
Lecz w końcu z sił opadłem, pawia razem z obiadem za burtę  puściłem!
I wkurzony albo gorzej na fordeku stoję,
Czyje jesteś morze – pytam”. 

Chórek: „twoje ofermo, po horyzont twoje”.
I chórek dalej (Olo się przebiera):

„Hej me bałtyckie morze,
Wdzięczny ci jestem bardzo,
Toś ty mnie wychowało,
Szkołeś mi dało twardą.
…………………………………………..
W ciszy czy w czasie burzy
Trzeba przy pracy śpiewać,
Bo kiedy śpiewu nie ma
Neptun się będzie gniewać”.

Za zasłonką Olo powrócił do współczesności, wyłonił się w kowbojskim kapeluszu jako Stary Koń i wyrecytował:

„Ostatnio Stare Konie zabrały mnie na wycieczkę (do Jarosławca),
Bym w gorącym, mokrym piachu ogrzał swą laseczkę.
Stoję w ciszy kontemplując te jesienne zorze.
Pytam – czyjeś ty teraz morze?”

 Chórek: „twoje dziadku, ciągle po horyzont twoje”.
I dalej chórek zaśpiewał piękne, nostalgiczne szanty:
……………………………………………………………………………………..
„Niedaleko mojego domu jest morze wielkie jak świat,
Wielkie głębie nie znane nikomu i ze skarbami wrak.
Niedaleko mojego domu jest port, gdzie żaglowce śpią,
Czekają na Wielką Wodę, zabrać mnie z sobą chcą”.

Olo dopowiedział resztę:
„Niedaleko mojego domu… gdybym tylko chciał, wyjść,
Proszę, nie mówcie nikomu. Nie wyjdę!  wśród Starych Koni najlepiej mi!

36. W zgrabnej rymowance Olo przedstawia swoje związki z morzem 37. Ola nie zmamią dalekie morza i podwodne skarby, chce być ze Starymi Końmi

 

Grupa dostała gromkie brawa, wysoko podnosząc poprzeczkę. Jednak za dużo czasu na wesołość nie było, gdyż po chwili na scenę wjechał rydwan zaprzężony w dwa rącze hippokampy, wioząc dostojnego Neptuna, władcę mórz, z żoną Salacją. Wychodząc naprzeciw marzeniom Starych Koni o dalekich horyzontach, Salacja przybliżyła wizje osiągnięcia tych zamierzeń:

Chcesz horyzont zobaczyć w wodzie,
Neptun z żonką, Salacją, to sprawią.
Bestie morskie rozszarpią trójzębem,
Błyskawice i deszcze sprowadzą,
Hippokampy pomogą w tym dziele
I poniosą po falach bez strachu,
Aż po morski wyłącznie horyzont,
Po zalaniu i ziemi i lasów.

Mamiąc dalekimi, morskimi horyzontami Salacja pokazała też drugie oblicze:

On może po horyzont. daleko to, czy blisko?
Sam tego nie wie nieboże, bo zna tylko to środowisko.
Wiedza ulata z czasem, nowej się nie chce zyskać.
Lecz on może! Po horyzont! pilota TV naciska.

Powiało i grozą i ironią, więc dla zneutralizowania rozchwianych emocji Neptun podał żonie wodze i trójzęba, chwycił za gitarę i zaintonował kolejne szanty, zachęcając salę do włączenia się w wesołe śpiewanie. Wcześniej dostaliśmy słowa piosenki, więc  gromki śpiew rozległ się na widowni, ożywiając atmosferę.

38. Rydwanem zaprzężonym w hippokampy wjechał Neptun z żoną Salacją 39. Neptun rzucił wodze, chwycił za gitarę i popłynęło elektryczne szanty

 

Kiedy rum zaszumi w głowie, cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści.
          Hej ha! Kolejkę nalej, hej ha! Kielichy wznieśmy,
          To zrobi doskonale, morskim opowieściom.
Słona woda jest niezdrowa, za to piękna w morskiej bryzie,
A Salacja żądna władzy, słoną wodą słynie.
          Hej ha…
Po horyzont wody spiętrza, a po diabła nam tak dużo,
Neptun stajnie ma w opiece, bo wyścigom służą.
          Hej ha…
Stare Konie morze lubią, Neptun trójząb dla nich ostrzy,
Hippokampy – konie morskie, naszych koni siostry.
          Hej ha…

Kolejni artyści dostali gromkie brawa, nagradzające piękny występ, ale też wspaniałą scenografię, którą aktorzy sami stworzyli. Niewiarygodne, ileż to talentów drzemie w naszych ludziskach. Sala się rozbawiła i rozśpiewała, oczekując w dobrym nastroju następnych pokazów. Hippokampy odwiozły Neptunowe stadło w siną dal,  a na scenie zobaczyliśmy kolejne przedstawienie.
Stateczny profesor w stanie krytycznej apatii, opatulony kocem, siedzi w fotelu ze wzrokiem utkwionym w gazecie, nie przejawiając chęci do żadnej aktywności. Jego troskliwa asystentka  dokłada wszelkich starań by atrakcyjnymi propozycjami przerwać tą wegetację.

A. Panie profesorze, może napije się pan kawy?
P: mooooże….
A: a może zje pan coś dobrego – golonkę z chrzanem i kapustą?
P: mooooże….
A: a może pójdziemy na spacer z kijkami?
P:  mooooże….
A: a może obejrzymy film dla dorosłych?
P: mooooże….
A: a może pojedziemy na spęd Starych Koni do Jarosławca nad       morze?
     Profesor zrywa się z fotela, energicznie odrzuca koc i woła:
P: Tak! Tak! Jedziemy nad morze! Nad morze!
     Morze nasze morze. Aż po horyzont! I Stajnia Horyzont! 

Scenka oprócz samego sedna pokazała wielką siłę słowa moż(rz)e wynikającą z potrójnego jego znaczenia. Pierwsze znaczenie słowa może to propozycja – może to zrobimy, może tamto – kuszące pomysły, jako przeciwwaga apatii i braku aktywności. Drugie znaczenie: słowo  może (moooże) to forma migania się człowieka zniechęconego i apatycznego od podsuwanych propozycji. Trzecie znaczenie to bodziec porywający do porzucenia apatii – morze, tak, tam chcę jechać, tam gdzie będą Stare Konie i morze aż po horyzont w stajni Horyzont. 

40. Asystentka apatycznego profesora walczy z tą apatią 41. Pojechali nad morze, do Starych Koni


Takie widzenie hasła obozowego wszystkim się spodobało i na pewno dało do myślenia. Była burza oklasków, ale już po chwili weszły na scenę kolejne dwie artystki, by w podobnym klimacie przedstawić swoją scenkę, bardzo ambitną. Maja i Hanka zagrały scenkę na podobieństwo cyklicznej audycji Radia Wrocław 102,3 FM z cyklu „Na końcu języka”. Hania odegrała swoją zwykłą rolę eksperta-językoznawcy, natomiast Majka wcieliła się w redaktora prowadzącego. Tematem przedstawienia był związek i znaczenie trzech wyrazów: może, morze i horyzont.
Na początku wyjaśniona została etymologia słów może i morze. Chociaż dziś brzmią tak samo, kiedyś było inaczej, bo ż i rz wymawiało się różnie. Oba wyrazy mają bardzo stary rodowód i pochodzą z języka praindoeuropejskiego, który poprzez prasłowiański dotarł do polskiego. Rekonstrukcja językoznawców: może od mogti, a morze od moŕe.
Trzecie słowo, horyzont, pochodzi z greki i poprzez łacinę pojawiło się w polskich tekstach w XVI wieku, a jego definicja zasadniczo nie zmieniła się od starożytności. Oznacza okrąg powstały w wyniku przecięcia sfery niebieskiej na dwie części: widoczną dla obserwatora i zasłoniętą przez Ziemię. Horyzont zwany był też widnokresem, ziemiokresem i widnokręgiem. Pierwsze dwa słowa wyszły już z użycia, a współcześnie posługujemy się horyzontem (1339 użyć w Narodowym Korpusie Języka Polskiego) lub – rzadziej – widnokręgiem (170 użyć). Horyzont ma też inne znaczenia, w tym zakres wiedzy i zainteresowań.
Po tej dogłębnej analizie językowej nastąpiła konkluzja: może być morze po horyzont. Dwie uczone białogłowy dostały zasłużone brawa, wiedzy nigdy dość. A teatr trwał dalej. 

42. Audycja radiowa – etymologia  słów morze, może, horyzont 43. Horyzont


Już do tej pory różnorodność tematyczna była wielka, a jeszcze nie byliśmy nawet na półmetku. Ciekawe co  jeszcze tli się w głowach Starych Koni, co jeszcze można powiedzieć o morzu i horyzoncie.
Na środek wyszedł Kach i na początek zachłysnął się pięknem morza po horyzont w Jarosławcu, gdy ognista kula słońca jest jak nabiegła krwią źrenica między daleką linią wody i na wpół zaciśniętymi powiekami chmur. Akordu pełnego harmonii winno dopełniać osiem nut duszy, takich jak: czystość, cierpliwość, zacność myśli, wysiłek, zadowolenie, wolność od chciwości, wolność od zawiści, nieustanne współczucie dla istot żywych! Ale czy tak jest, czy świat tak wygląda? Artysta zadał pytanie: czy kraj złożony w znacznej większości z ludzi którzy każdego dnia dostrajają swe życie do brzmienia tego akordu może się stoczyć w PIS-zatracenie.
Otóż nie. 

44.  Kach czyta swoją poezję, polityczną oczywiście 45. Słońce jak źrenica oka między powiekami wody i chmur

 

Gdy przez chmury zły deszczyk przeciekł,
I paskudny wiaterek zawiał,
Na pobliskim uniwersytecie
Powołano wydział bezprawia.
Planowano katedrę chamstwa,
Samodzielny zakład cynizmu,
Kursy plucia, teorię kłamstwa,
I myślenia bez sylogizmu.
Jak na białe mówi się czarne,
Wkuwać miały chłopięta pilne,
W planie było bezprawie karne,
Jakoż i bezprawie cywilne.
I tu pierwsza migocze puenta,
Na skromnego wierszyka progu,
Jeden zgłosił się na studenta,
Reszta na pedagogów.

No cóż, tego byśmy nie chcieli, to jest istnienia takich uniwersytetów. Pozostając z  nadzieją na normalność oklaskami nagrodziliśmy artystę.  Po Kachu przyszła kolej na Jarkę, która podobnie jak jej przedmówca i jak spora część aktorów w Jarosławieckim teatrze, przedstawiła poezję własnej produkcji, także z ważnym przesłaniem.

„Morze po horyzont” to nasze hasło klubowe,
Może (?) aż po horyzont – zostanie nam to w głowie.
A może także w pamięci, może nam życie zmieni?
Iść śmiało po horyzont, nie tkwić na znanej przestrzeni?
Niezgoda na stagnację – to droga do życia otwarta.
I chociaż dla każdego inne to ma znaczenie,
Każdy chce widzieć horyzont jako swój cel i przeznaczenie.
A na zakończenie trochę sztampowo mi wychodzi:
My młodzi, choć może już nie tak młodzi,
Ale w tym marszu „po horyzont” nic nam nie przeszkodzi.

46. Jarka przekonuje, że wiek nie przeszkadza szerokim horyzontom 47. Zbyszek opowiada o śmieciach w oceanach po horyzont

 

Brawo Jarka, tak właśnie będzie, nic nam nie przeszkodzi dobrze się bawić i zrealizować jeszcze niejeden szalony pomysł, aż po horyzont istnienia…..
Niestety ten entuzjazm i optymizm mocno zważył Zbyszek, który po Jarce zrobił  wykład, dający przysłowiowym obuchem w łeb. Tematem jego wystąpienia było: „Morze po horyzont… śmieci”, jedna wielka apokalipsa. Słyszymy na ogół różne szczątkowe informacje na ten temat, ale zebranie wszystkiego w jedną syntetyczną całość daje efekt piorunujący. Usłyszeliśmy, że Wielka Pacyficzna Plama Śmieci między Hawajami a wybrzeżem Kalifornii ma powierzchnię pięciokrotnie większą od Polski i osiąga masę ponad 80 ton. Plama ta rozrosła się przede wszystkim w ostatnich 20 latach, ale niektóre elementy mają rodowód o wiele starszy. Plama śmieci  rośnie z każdym dniem, dryfując wraz z prądami morskimi, zmieniając swój skład i masę i łącząc się z innymi, mniejszymi plamami śmieci, których  jest w morzach i oceanach dużo więcej. Uczeni szacują że 20% śmieci w oceanach to skutek działania rybołówstwa przemysłowego, a 80% to śmieci przemysłowe napływające do mórz z lądu (w tym nie tylko plastik). Aż dwie trzecie wyłowionych przedmiotów pochodziło z fabryk w Chinach i Japonii, co potwierdza tezę, że azjatyckie giganty są głównymi sprawcami zamieniania mórz i oceanów w składowiska odpadów. Ale ludzie niszczą oceaniczne ekosystemy na różne sposoby. Problemem jest też postępujące zakwaszanie wód (wynik coraz większej emisji dwutlenku węgla), a także ogromne ilości pestycydów spuszczane do  rzek przez działające na ogromną skalę rolnictwo przemysłowe, wreszcie duży ruch oceaniczny, to jest statki produkujące nie tylko spliny i śmieci, ale także ogromny hałas. Wszystko to razem sprawia, że  co roku ginie 100 tys. zwierząt związanych ze środowiskiem morskim. Pomysłów na zatrzymanie tego trendu jest wiele, w życie wchodzą nowe technologie, nad którymi pracują naukowcy z całego świata. Ale to ciągle kropla w morzu potrzeb.
Ufff… i cóż tu można powiedzieć. Powiało grozą, ale nie pozostaje nam nic innego jak zdyscyplinować się na własnym, małym podwórku. Mniej dóbr nabywać, wyeliminować tak zwane reklamówki, ograniczyć chemię domową, nie marnować żywności … i wierzyć że tęgie głowy coś wymyślą.
Nie łatwo było powrócić do rzeczywistości, ale nie można się też było smęcić bez końca. Na scenę wkroczyła Marysia i zaczęła przekonywać, że życie jest piękne, po horyzont, po kres. Ale  zaznaczyła jednocześnie, że życiu trzeba się trochę przypodobać, trochę przypochlebić, trochę nadskakiwać, nie rozgniewać, nie rozdeptać.  Wtedy hojność zapewniona. Artystka aż wzięła lornetkę, aby się przekonać czy po horyzont jest tak wspaniale.

48. Życie jest piękne po horyzont – tak twierdzi Marysia 49. Mania przedstawia  wiersz W.Szymborskiej

 

Jesteś piękne – mówię życiu,
Bujniej już nie można było.
Bardziej żabio i słowiczo
Bardziej mrówczo i nasiennie.
Staram mu się przypodobać,
Przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
Z pokornym wyrazem twarzy,
Nie znajduję – mówię życiu –
Z czym mogłabym Cię porównać.
Nikt nie zrobił drugiej szyszki
Ani lepszej ani gorszej.
Chwalę hojność, pomysłowość,
Zamaszystość i dokładność.
I co jeszcze – i co więcej?
Czarodziejstwo, czarnoksięstwo.
Byle tylko nie urazić,
Nie rozgniewać, nie rozdeptać.
Od dobrych stu tysiącleci
Nadskakuję uśmiechnięta.
Szarpię życie za brzeg listka:
Przystanęło, dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
Cokąd idzie, zapomniało?

Nie Marysia jest autorką tej poezji, to Wisława Szymborska. Ale Mania tak wspaniale odegrała   przesłanie noblistki na scenie, że aplauz był wielki.
Po Manii na scenie powiało, zaszumiało i w niebieskich łuskach pojawiła się delikatna, efemeryczna syrena. Podobno przed wyjazdem nad morze miała problem jak wszystkie baby:  „Jadę nad morze, Boże  co ja na siebie włożę!!!??? M o ż e ktoś mi pomoże????”
Ale kostium który syrenka ostatecznie wybrała na tą eskapadę był absolutnie odlotowy.
A nad morzem wszystko się może zdarzyć. Parafrazując piosenkę Alicji Majewskiej syrenka wyśpiewała: „Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców którzy mnie nie mieli, a chcieli…”. Po czym dopowiedziała: „ale wasza strata chłopaki, teraz załapałam się na  Neptuna, władcę mórz. Że ma tylko trzy zęby? No cóż, starość nie radość, ale idę w to… Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Odpływam po horyzont, do mojego króla”.  W aktorskich wyczynach Dorotka – bo ona była syreną –  nie pozostała w tyle za Manią, występ także okraszono dużym aplauzem.

 

50.  Na scenę wpłynęła niebieskołuska syrena 51. Syrenka chwali się że poderwała Neptuna

 

Po syrence na scenę wkroczyli nasi goście z Australii i również dali czadu. Eta na okoliczność występów estradowych ułożyła tekst piosenki, do muzyki Katarzyny Gaertner, a wykonała przy gitarze nieocenionego wuja. Talentem błysnęła wielkim.

Trzeba mi wielkiej wody, tej dobrej jak i złej,
Na wszystkie moje przygody i klęski drogi mej.
Trzeba mi fal szumiących, na piasku morza brzeg,
I  białych mew lecących po horyzontu kres.
         Stada koni pędzących, towarzyszy w dał mknących
         Po horyzont zielony, w niebo wnet przemieniony.
         Śpiewów przy ognisku, w bratnim kręgu uścisku,
         Barwy jesiennych lasów i bardzo dużo czas
I może kiedyś się znowu spotkamy
Na drogach wiodących donikąd,
Gdzie tylko kwiatów woń, gdzie kwiatów woń,
Gdzie dzikich koni pędzące tabuny
Unoszą kurzu baśniowe chmury,
Gdzie horyzontu kres, kres otwiera się.

Paul nie mniej zaszpanował, gdyż choć jego piosenka była krótka, wykonał ją zdecydowaną polszczyzną, z którą trochę powalczył:

Jak Pomorze nie pomoże,
To pomoże może morze,
A  jak morze nie pomoże
To pomoże może horse from stable ‘Horizon’!

52. Eta śpiewa piosenkę swojego autorstwa 53. Paul powalczył z językiem polskim, dobrze mu poszło

 

Artyści się bardzo podobali, brawa były rzęsiste. Nadmienić trzeba, że Eta miała jeszcze drugą piosenkę, ale ramy kroniki są ograniczone. Tak czy owak niesamowite, że wśród Starych Koni mamy takich artystów, brawo. Stare Konie pokazały niezwykłe talenty.
Ale to ciągle nie był koniec. Oto na scenie zobaczyliśmy Macieja, z pluszowym zającem w ręce, który po prostu wyrecytował:

„Było morze, w morzu kołek,
A na kołku siedział zając, i nogami przebierając śpiewał tak…
Było morze w morzu kołek,
A na kołku siedział zając i   nogami przebierając śpiewał tak… „

I tak po horyzont. W morskich klimatach każdemu coś w duszy gra, Maciejowi grało właśnie tak. Oklaski były gromkie, a jakże. 

54. Było morze, w morzu kołek…. 55. Jurek opowiada  jak jego życiowe horyzonty zdominował AKJ i konie


Teraz kolej przyszła na Kupcia. Kupcio także zaprezentował własną twórczość, nie pozostał w tyle. W zgrabnej rymowance przedstawił swoje życie, całkowicie zdominowane   końmi, z którymi zetknął się niejako przypadkiem w studenckim czasie. Każdy z nas podążył w życiu drogą taką lub inną, na wybór tej drogi zazwyczaj wpływ miało jakieś zdarzenie lub jakieś okoliczności. Jurkowi konie otworzyły szerokie horyzonty i został im wierny po zawsze, ale pociągnął go w tym kierunku kolega całkiem niechcący.

Raz pod mym domem ryknął przyjaciel jak trąba,
Jedziemy poszerzać horyzonty do Książna,
Wszak cała konna elita tam podąża.
Z szarego socrealu dnia codziennego
Nagła zmiana na coś innego.
Bryczesy, toczki, oficerki i siodła,
Ta aura młodego studenta uwiodła.
……………………………………………………………..
Dalej Jurcyś ciągnie rymowaną opowieść jak po powrocie z Książna życie akajotowiczów kwitło w stajni na Osobowicach, a także jak sprzedawali konie na poważnych aukcjach w Książnie, za poważne dolce.

Z Osobowic stajni – wyobrażasz sobie,
Do Książna na aukcję, do dziś sucho mi w dziobie.
Dzięki temu Szron czy piękna Blekrosa
Nie poszły na mięso ani też do woza.

Kolejne zwrotki rymowanki to opowieść jak słynny major Zieliński ćwiczył towarzystwo na ujeżdżalni i jak jego nauki skutkowały w siodle, ale też w damsko-męskich relacjach. Wierszyk jest dość sprośny i nie będzie zacytowany, można jedynie powtórzyć, że szerokie horyzonty naszego kolegi mocno się w tamtych czasach ugruntowały, w różnych kierunkach. Aplauz był, a jakże.
Po długiej rymowance na scenie pojawiła się Zgaga i swoje przemyślenia na temat morza po horyzont przedstawiła w bardzo krótkim wystąpieniu. Brzmiało to następująco:
Może morze może sięgać aż po horyzont, a może morze sięgać za horyzont (albo nie może tam sięgać). Kto to wie czy może. Ja jednak nie będę sprawdzać, wolę zostać tutaj, z Wami. Będę sobie siedzieć i patrzyć w dal na to morze i na ten horyzont.
Przemyślenia są dość zagmatwane, więc cztery asystentki pownosiły kartoniki z kawałkami tego  zdania, aby w sposób obrazowy pokazać co autor miał na myśli. Czy ten myk rozsupłał językową zagwozdkę trudno powiedzieć, ale siedzieć sobie i patrzyć na morską dal jest dobrym, relaksującym pomysłem… więc relaksujmy się w miarę możności.

56. Zagmatwane przemyślenia Zgagi na temat morza po horyzont 57. Filozoficzny wywód  Józka


Występy zakończył Józek. Zanim wszedł na scenę rozdał publiczności tajemnicze, zaklejone koperty, po czym wygłosił wykład pt: „Próba zagnieżdżenia pierwiastka metafizycznego w światowym dziele STARE KONIE w toku procesu MożeSZszszsz po Horyzont”. Prelegent skonstatował, iż w poprzednich wystąpieniach w wystarczający i wszechstronny sposób zdefiniowano pojęcie HORYZONT i wykazano bez cienia wątpliwości: Stary Koniu – możesz! To znacznie uprościło zadanie prelegenta. Zaczął, jak zauważył, niekonwencjonalnie – słowami: Już starożytnym … i ciągnął
„Już starożytnym wydawało się, iż wiedzą kto to są Stare Konie. Otóż prawda jest inna! Ich gniazdo sprzed około 60 laty, to pewien „starosłowiański gród” gdzie przez wieki pisano gotykiem, który przeszedł płynnie w szwabachę, choć był moment iż myślano o cyrylicy – aż stanęło na literkach łacińskich. No i poniosło DZIEŁO… Literatura i artefakty dowodzą o STAROKOŃSTWIE, wyobraźcie sobie Państwo,….w Australii !!! Skąd ten fenomen? Otóż, jak wykazano już we wcześniejszych wystąpieniach, osobniki tworzące owo DZIEŁO cechuje: racjonalny, naukowy OPTYMIZM oparty o pragmatyczną, permanentną FANTAZJĘ!!
Przypominając, iż przytoczone ustalenia obejmują w konkluzji tezę: „Stary Koniu Możeszsz i to po Horyzont” pozostaje jeden oczywisty krok do konstatacji: to JEDYNE TAKIE DZIEŁO w historii.!!!
Sz.P. – uważni obserwatorzy sygnalizują jednak pewne chmury na odległym jeszcze Horyzoncie!  Ich analiza doprowadza do kolejnej ważnej acz nieprawdopodobnej wręcz konstatacji, niestety popartej prawami KOSMOLOGII: energia niektórych Osobników zdaje się osłabiać!, wyczerpywać! I tu czas zaprząc do zgodnego działania leżące odłogiem metafizykę w parze z mistyką. Czas na działania tu i teraz. W kapeluszu naszego Pasterza są do wylosowania na paskach zadania dla każdego Starego Konia: wybierz wskazanie dla siebie, połącz z imienną kartą tego wieczoru – i działaj!”

Każdy po wylosowaniu swojego zadania i naklejenia go na otrzymany wcześniej w kopercie obrazek, zaprezentował całość wśród komentarzy, śmiechu i refleksji.
A oto przykładowe sentencje, wylosowane i naklejone na obrazki pod zdaniem:  „MOŻEsz aż po horyzont, więc TY:”

Czujesz brak perspektyw, oddechu, horyzontu? Gdzieś w stajni czeka na osiodłanie koń.
Siadasz, wyciszasz się, wchodzisz w głąb siebie. Możesz też zaprosić przyjaciół.
Zaplanuj bezkarnie ulec choć jednej swojej słabości – na początek.
Dostałeś talenty abyś mógł unieść nadchodzącą jesień.
Strzeż się konia z poczuciem humoru – nie te latka.

Był to bardzo dobry wykład na zakończenie estradowego wieczoru. Wśród zabawy, humoru, poezji – przyszedł moment na refleksję i zadumę. A że stanowimy jedyne takie dzieło w historii to fakt. Cieszmy się tym, idzie jesień….
Po tak bogatym wieczorze trzeba się było napić, ale nie z gwinta, na twardym krzesełku czy w siodle. Nieodzowny był ekskluzyw, więc przywdziewając kapelusze z dużym rondem i wstążką (panie), wybraliśmy się w piątek do winnicy w Darłowie. Winnica w Darłowie ma zaledwie, lub aż – 10 lat, i jest najbardziej wysuniętą na północ winnicą w Polsce. Prowadzi ją małżeństwo pasjonatów, którzy na dwóch hektarach uprawiają winorośl ze szczepów Solaris, Muscaris i Cabernet Cortis. Szef obiektu pokazał nam swoje uprawy, ale także winiarnię gdzie wino się produkuje i rozlewa. Na zakończenie zaprosił na degustację, gdzie mogliśmy się przekonać, że produkowane w Darłowie wino jest doskonałe. Każdy zakupił buteleczkę lub dwie. Wycieczka wszystkim się podobała.

58. Wizyta w winiarni w Darłowie 59. Oglądamy plantację w winiarni
60. Oglądamy proces tworzenia wina 61. Degustacja wina i oliwy


W końcu przyszła ostatnia sobota. Poza jazdą konną żadnego programu nie było, ale jazdy mieliśmy wspaniałe, ugalopowaliśmy się do woli. Były sesje foto, bo jak wiadomo zdjęć nigdy dość. Bryczka dla chętnych cały czas była dostępna, to również wielka przyjemność. Były też niekończące się spacery po plaży, tej przyjemności także długo nie zaznamy. 

62. Czy to film…. 62. To również artystyczne  ujęcie
63. Ostatnie galopy 64.  Morze po horyzont, radość po horyzont


W stajni podziękowaliśmy Kindze za niezapomniane przeżycia w siodle, oraz za elastyczność którą wykazywała, gdyż co tu dużo mówić – w tak dużej gromadzie, wśród młodzieży trochę starszej, zdarza się czasem zamieszanie czy niesubordynacja. Kinga w tym roku nie jeździła z nami (poza jazdą sobotnią i jedną wieczorną), ale zdalnie pilnowała porządku i przede wszystkim rozdziału koni.  A koniki ma wspaniałe: w dobrej kondycji, grzeczne, chętne – tylko jeździć. Chętnie się z nimi jeszcze spotkamy. Miło też wspominać będziemy Alę, która prowadziła z nami jazdy i robiła to dobrze, oraz bardzo pomocnego i niezawodnego Adriana. Podziękowaliśmy też mamie Kingi, czyli szefowej hotelu. Pani Danusia wykazywała elastyczność na ile mogła, przed nami miała dużą grupę i była bardzo zmęczona. Ale zupki robiła doskonałe.
W sobotę wieczorem spotkaliśmy się na ostatnim ognisku,  wypiliśmy trochę wina, trochę pośpiewaliśmy – ale każdy czuł na plecach powiew długiej podróży. Podziękowanie dostała Iwonka za sprawną organizację spotkania, a przede wszystkim za ciekawy i urozmaicony program. Dobrze się bawiliśmy każdego dnia. Rajdobóz jarosławiecki dobiegł końca. Baj baj morze po horyzont….

65. Ostatni grill 66. Ostatnie śpiewanie
67. Podziękowania dla organizatorki rajdobozu 68. Baj, baj morze po horyzont

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć

Tekst: Formisia
Zdjęcia:  Formisia, Karolina, Zbyszek i inni

XIX Spęd Starych Koni (Jubileusz), 2007

To już10 lat! Mineło nie wiadomo kiedy i dlaczego. 10 lat temu, 15 listopada 1997 roku zaprosił Olo do siebie do domu grupe starych AKJ-towcow, żeby powspominać stare rajdowe czasy, pooglądądać slajdy i zdjecia, jak się da to pośpiewać. Nikt wtedy nie myślał o dalszych, regularnych spotkaniach, pojęcie „Stare Konie” jeszcze nie zaistniało. Wcinaliśmy krakersowe koreczki, zadumaliśmy się nad widokiem nas samych w latach studenckich – łza się w oku kręciła na przemian ze szczerym smiechem. Po sesji zdjęciowej odkurzylismy w szarych komórkach wszelkie możliwe rajdowe
piosenki i cicho śpiewaliśmy przy gitarze (aby nie drażnic sąsiadów) do samego rana.

Na wiosnę ktoś dał hasło, żeby spotkać się ponownie. Tym razem nad jeziorem, jak na rajdach bywało, rozpalić ognisko, upiec kiełbachę, pośpiewać odważniej. I tak poleciało… spędy „Starych Koni” stały się regularnym obyczajem towarzyskim byłych członków Akademickiego Klubu Jeździeckiego. Szeregi tego nieformalnego stowarzyszenia pęczniały, gdyż znajdowaliśmy lub znajdowali się sami coraz to nowi członkowie. Z czasem akcentem niezbednym
tych spotkan stały się żywe konie, a dosiadało ich wielu śmiałków,
niejednokrotnie pierwszy raz od lat studenckich. W koncu już tylko krok był od zapakowania się na wozy taborowe i ruszeniu w siną dal, jak za dawnych lat bywało. Co też stało się w roku 2001, od kiedy zaczęliśmy regularnie rajdować. Dwa lata później nastała era rajdobozów, kiedy to towarzystwo zapragnęło pohasać na dużych koniach, urlopując jednocześnie w ekskluzywnych warunkach. Życie zaczęło upływaćć od rajdu do rajdu, od rajdobozu do rajdobozu, a było ich do tej pory odpowiednio 6 i 4. Czas  pomiędzy” okraszaliśmy regularnymi spotkaniami w każdy ostatni wtorek miesiąca w westernowej knajpie „Union Pacific” na wrocławskim rynku, a z czasem także balami karnawałowymi, wigiliami i różnymi innymi okazjonalnymi spotkaniami.

I nie wiedzieć kiedy minęło 10 lat. Przeżylismy wiele pięknych chwil,
spotkań, zabaw, przyjemności. Przyjeżdżali ludzie z całej Polski, a także z dalekich krajów, jak: Niemcy, Szwecja, Holandia, Francja, Anglia, Ameryka, Australia. Powstało mnóstwo zdjęć, filmów, opowiesci, zaistniała strona internetowa. Parę osób w tym czasie odeszło na zawsze.

1. Przyjazd 2. Powitania
3. Nadejszła wiekopomna chwila… 4. Wniesiono tort jubileuszowy

 

I tak oto doczekaliśmy pięknego Jubileuszu, który należało obejść uroczyście. Na miejsce spotkania jubileuszowego wybraliśmy po wielu przemyśleniach pensjonat „Pod Bukiem” w Kątach Bystrzyckich koło Lądka Zdroju, niedaleko kultowej Lutyni. Miejsce wynalazła Jadwiga. Spotkanie miał przygotować wybrany przez Ola Komitet Organizacyjny, a datą spedu był 16-18 listopada 2007 r. Zjechały nan ostatecznie 34 osoby. 

Pensjonat „Pod Bukiem” jest ekskluzywny przytulny, a gospodarze
dołożyli wszelkich staran, żebyśmy się tam czuli dobrze. Do dyspozycji mieliśmy stylowo urządzone pokoje i smaczną, domową kuchnią, a biesiadowaliśmy w jadalni wypełnionej starymi meblami, z kominkiem, na którym buzował ogien. Niestety kilka osób musiało nocować pensjonacie po sasiedzku, gdyż „Pod Bukiem” było tylko 28 miejsc, a wiekszosc starych koni zgłosiła sie na przysłowiowa „ostatnia chwile”. Ta sytuacja była pewnym dysonansem, ale
ostatecznie zabawa była przednia, wiec może ten akcent nie umniejszył jej walorów.

Wiekszość ludzi zjechała na impreze już w piątek, tak że do kolacji zasiadaliśmy prawie w komplecie. Po kolacji siedzieliśmy przy kominku gawedząc, a wieczorem oglądalismy filmy Andrzeja i Jurka z tegorocznego rajdu i rajdobozu. Było miło i rodzinnie.

W sobotę od rana program był napięty. Wcześniej nie wiedzieliśmy jaką pogodą uraczy nas połowa listopada, więc Komitet miał w zanadrzu różne warianty programowe: była w planie wycieczka w góry, jazda konna, basen, wizyta w Lutyni, zwiedzanie Lądka. Jednak rzeczywistość wymusiła tylko spacer po najbliższej okolicy i basen, gdyż nastała prawdziwa zima ze sniegiem, mrozem, sporymi oblodzeniami i nic więcej nie dało się wykonaę. Spora grupa
wyruszyła dziarsko do lasu za wsią, a cześć pojechała do Stronia zażyć kąpieli i jacuzzi w bardzo ładnym i nowoczesnym basenie.

Zasadnicza „Akademia” była przewidziana na godzine 16.00. Wtedy to wszyscy stawili się w strojach organizacyjnych przy w wspólnym stole w sali kominkowej, a na przysłowiowy dobry poczatek Renia wniosła wielki tort z fajerwerkami, oczywiscie własnego wypieku. Panowie odbili szampana, a na środek został wywołany sprawca wszystkiego, czyli Olo. Komitet w imieniu całej starokońskiej braci podziękował mu za to, że stał sie sprawca wszystkiego. Że nas kiedyś skrzyknął, że nas przez te lata „spinał” do kupy, że organizował
wiele imprez lub co najmniej czuwał nad organizacja. Że zawsze był. Olo dostał w podzięce drewniane popiersie konia, jak na Starego Konia przystało, z odnośna tabliczka grawerowana. Po spełnieniu toastu przystapiliśmy do pałaszowania Reniowego wypieku, który był oczywiscie wysmienity. Przy piciu szampana Zgaga wreczyła wszystkim starym koniom legitymacje klubowe, które sama wymysliła i wykonała. W dalszej części Akademii odbyły sie dwa
pokazy w Power Point. Formisia zabrała towarzystwo w podróż
sentymentalna po starokońskim 10-leciu, prezentując wyciag slajdów wykonanych z setek zdjeć różnych autorów powstałych na przestrzeni rzeczonego czasu, opatrzonych odpowiednim  komentarzem. Zgaga przedstawiła przychówek starych koni, co tenże porabia i jak się zmieniał na przestrzeni lat. Wszystko w pięknej oprawie graficznej, również z dowcipnym komentarzem. W trakcie projekcji obu pokazów zapanowała wesołość wielka, wiec w bardzo dobrych nastrojach ruszylismy po ich zakonczeniu do drugiej sali, gdzie Krzyś Lorenz przygotował aukcje obrazów niedawno zmarłego prof. Ludwika Maciąga (nawiasem mówiąc obrazów ze swojej kolekcji). Dochód z aukcji został przeznaczony na wydanie albumu o twórczości Ludwika Maciąga. Do sprzedaży zostało wystawionych 13 obrazów, w tym kilka akwarel i monotypie. Cały dzien obrazki były wystawione na widok publiczny, aby móc   się z nimi oswoić. Trick ten zdał egzamin, gdyż licytacja była bardzo zażarta i to odnosnie każdego prawie egzemplarza. Sprzedano wszystkie obrazki, najtańszy poszedł za 100 zł, najdroższe za 450 (2 obrazy), a łacznie zebrano i przekazano do wydawnictwa 3600 zł. Szczęsliwcy zostali uwiecznieni na wspólnym zdjęciu, po czym udaliśmy sie na pokoje na krótki relaks i pindrzenie. Aby o godz. 19.00 zejść się znowu przy biesiadnym stole, tym razem w części artystycznej.

Część artystyczną oficjalna otworzył szef Komitet  Organizacyjnego Tadziu, a nastepnie wystąpił sam mistrz Olo. Najpierw przemówił, podsumowujac krótko minione 10 lat. Nastepnie jako Jednoosobowa Samozwańcza Kapituła Starych Koni, zarządzeniem z dnia 15 listopada 2007 roku, przyznał wyznaczonym przez siebie osobom ordery, dyplomy i nagrody. Każdemu z tych osób za to, czym się delikwent zasłużył. Śmiechu było co niemiara, a nagrodzone osoby nie omieszkały zadbać o wspólną fotkę. 

W tej bardzo dobrej atmosferze przystąpilismy do pałaszowania obiadu, bo w brzuchach burczało. Jakiś czas po obiedzie odbył sie dalszy etap cześci artystycznej oficjalnej, to jest występ zespołu „Nóżka”, przechrzczonego swego czasu na „Gwiazdy Szeryfa”. Gwiazdy ćwiczyły wczesniej zapamietale i teraz z lekką tremą, jak na gwiazdy przystało, zademonstrowały jeden ze swoich „line-danców”, myląc się całkiem umiarkowanie (a może wcale). Wiekszość towarzystwa znała już ten numer, ale po nim nastapił numer całkiem nowy, to jest prawdziwy kankan, włącznie z demonstracją majtek z falbankami do kolan i szpagatami. Po zakończonych wszelkich częściach planowych, nastała cześć artystyczna nieoficjalna, to jest tańce i swawole do póznych godzin nocnych. Na stół wjeżdżały coraz to nowe dania, odbijano coraz to nowe butelki, a tańce szły pełną parą. Nie obeszło sie bez wężyków, kółeczek, plasów grupowych i tańca na rurze. O północy popłynął jak dzwon toast na zdrowie konia, po czym tańcowano dalej.

Rano umiarkowanie wyspani, ale niezmiennie wygalantowani, zasiedliśmy do wspólnego śniadania. Spożywaliśmy leniwie gawędząc i nigdzie się nie spiesząc. Panowała miła i rodzinna atmosfera. Po śniadaniu wszyscy ruszyli na spacer, zażyć kapieli tlenowej w okolicznych lasach i pagórkach, a okolica była bardzo ładna i zachecająca do buszowania po jej zakamarkach. Tak dotrwaliśmy do pory obiadowej, kiedy to ruszyliśmy w podróż powrotną do Wrocławia, wkraczając z nadzieja w nowe 10-lecie Starych Koni.

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjecia: Pani Zgaga, Ewa Formicjka, Hanka Olszowska
Opracował i wstawił na strone: Olo

© 2002-2005 Stare Konie All rights reserved. Zalecana rozdzielczość 1024×768 oraz IE 5.5 lub nowszy.

Rajd XVIII, 2019 r.

 

Osiemnasty bieszczadzki rajd Starych Koni był kojąco podobny do wszystkich poprzednich – ten sam przewodnik stada Józek, w większości te same, znane konie, te same Bieszczady. Jednak był też dramatycznie inny od wszystkich, gdyż zabrakło na nim Henia, naszego charyzmatycznego szeryfa. Heniu odszedł wiosną, pogalopował samotnie na niebieskie łąki (do ostatnich chwil dosiadał konia). Na rajdzie rok wcześniej brylował jak zawsze i nikt wtedy nie przypuszczał, że mógłby nas opuścić. On czy ktokolwiek. Ale się stało… nasze szeregi zaczynają się przerzedzać.

Tym niemniej nie braliśmy pod uwagę rezygnacji z rajdu, sprawy organizacyjne były daleko posunięte. A w jakimś sensie Heniu był z nami cały czas – był jego kapelusz, jego gwiazda szeryfa, były myśli i wspominki, a nawet ostanie łyki  „geringerówki”.  Ponieważ nie pozostawił receptury swojej słynnej nalewki, więc łyki były naprawdę ostatnie. Jednak będziemy kultywować różne zapoczątkowane wspólnie inicjatywy, a do rajdu dwudziestego bardzo chcielibyśmy dotrwać.

Na rajd przyjechało aż 19 osób, a spotkaliśmy się ponownie w Dwerniku u Gosi i Jarka, gdzie bardzo nam się podoba. Gospodarze wybudowali nowy, mały pensjonat, więc warunki lokalowe były dużo lepsze niż dwa lata wstecz. W nowym domu przybyła też obszerna stołówka, więc skończyła się ciasnota biesiadna pod wiatą, a obsługa nie musiała ganiać z półmiskami przez całe podwórze, czasem w deszczu. Trochę żal było tej wiaty, ale zasiadaliśmy pod nią przy ogniskach, więc niczego nie ubyło.

Na rajd przybyli: Reniowie, Wujowie, Staszkowie, Gerowie, Rudzi, Marysia, Dorota, Aldona, Maciek warszawski, Formisia, Olowie – Andrzej po raz drugi, Hania pierwszy raz i także po raz pierwszy Stefan z córką. Koni Józek przywiózł tyle, że każdy kto chciał mógł jeździć na dwie zmiany, natomiast ciasno zrobiło się na wozie. Do tego jednak trzeba się przyzwyczajać, na  wóz będzie coraz więcej chętnych.

1. Dwernik – nasza nowa siedziba 2. Wieczór inauguracyjny

 

Na majowym spędzie gremialnie wybraliśmy na nowego szeryfa Marysię i tak oto w piątek wieczorem, zaraz po przyjeździe do Dwernika, szeryf Maria otworzyła oficjalnie rajd. Zapowiedziała że łatwo z nią nie będzie, ale zaraz polała „geringerówki”, więc zrobiło się swojsko. Kapelusz Henia leżał na widocznym miejscu, gwiazda szeryfa błyszczała na marysinej piersi i było jak zawsze.

Jak zawsze było też zamieszanie przy ustalaniu kolejności jazd w sobotę rano. Tradycyjnie każdy chce jechać na pierwszą zmianę, zawsze jest harmider i trudno się połapać jak w końcu ma być. Co prawda jest proste rozwiązanie tej łamigłówki, wystarczy na stałe przydzielić konia do dwóch ludzi i niech sobie sami sterują kto kiedy jedzie. Na jednym rajdzie tak było i panował idealny porządek. Ale byłoby to złamaniem odwiecznej zasady, że po śniadaniu szeryf wyznacza kolejność i że musi być zadyma. Więc była zadyma, ale jakoś się uporaliśmy i ruszyliśmy w bieszczadzkie knieje.

Kochamy ranczo „U szeryfa” w Dwerniku, ale zarówno Dwernik jak i Zatwarnica znajdują się głęboko w Bieszczadach i wszędzie wkoło są strome góry. Jeździ się więc góra – dół po zarośniętych stokach, a atrakcją są nie zapierające dech widoki i niekończące się galopy, lecz trudne, zalesione zbocza górskie, pełne zwalonych drzew, chaszczy, potoków i dziur. Na takim terenie nie ma możliwości wymyślania nowych tras, najczęściej istnieje jeden wariant bezpiecznego przejazdu do określonego celu, a galopy zdarzają się tylko od czasu do czasu. Taki teren daje oczywiście dużo satysfakcji, jednak co tu dużo mówić – chciałoby się zobaczyć więcej rozległych panoram i zaznać więcej szumu w uszach podczas ekscytujących galopów.

3.  W Bieszczadach jest zawsze pod górę 4. Ale bywają urokliwe łąki i piękne panoramy

 

O ile w Osławicy, gdzie byliśmy trzykrotnie, 80% terenów do jazdy to widokowe, pofalowane  łąki i 20% to zwarta dżungla, o tyle trzy ostatnie rajdy mają proporcje odwrotne – 80 % przedzierania się przez busz i  20% widokowych łąk. Łąki dają nieograniczoną możliwość wyboru ścieżek, więc stale jest coś nowego. Panoramy są coraz inne i galopować można bez końca. Natomiast na stromych, zarośniętych zboczach walczy się o życie, przemieszczanie odbywa się stępem, a trasy są co roku te same, bo zazwyczaj istnieje tylko jeden wariant dotarcia do określonego celu. Jednym słowem w tym roku jeździliśmy po mniej więcej tych samych trasach co w ciągu dwóch ostatnich lat. Tyle że mało kto się zorientował, a może nikt. Bieszczady są bezkresne i tylko czujne oko wyśledzi, że się powtarzamy. Józek czasem wykombinował jakąś nową ścieżkę, czasem pobłądził, a biwaki organizował w innych miejscach, których jeszcze nie znaliśmy, więc tyle było  innowacji. 

W sobotę pojechaliśmy do wsi Nasiczne, ważnego miejsca w topografii Bieszczadów, skąd wychodzą liczne szlaki turystyczne. Konni jechali lasem po prawej stronie potoku Nasiczniańskiego, wóz jechał szosą. Jazda konna miała być lekkim rozruchem, jednak okazała się niezłym hard-corem. Zaraz na wstępie było błądzenie, skutkiem czego trafiliśmy na  potok o bardzo stromym brzegu, gdzie zarówno wjazd  jak i wyjazd z wody był bardzo trudny.  Chwilę potem na mokrych wybojach, w wysokim zielsku, leżało niewidoczne zwalone drzewo, a za nim następne. Konie nie widząc przeszkody i nie wyczuwając jej wsześniej zakotłowały się na tych niespodziewankach i cudem  nikt się nie wywalił. Wszędzie panowała nieprzebyta, mokra, parująca roślinność,  aż dziw że w tym upalnym czerwcu gdzieś na świecie było tak wilgotno. Bieliło się parzydło leśne, zapachy odurzały. Po 2,5 godzinie konni dotarli do miejsca biwaku, spóźniając się godzinę. Na biwaku zastaliśmy chmarę innych turystów i sporo samochodów. Zarekwirowaliśmy całą wiatę, ale nie siedzieliśmy długo, gdyż gwar przytłaczał. W drodze powrotnej obyło się bez błądzenia, tym samym ominęliśmy najtrudniejsze miejsca i były nawet trzy krótkie galopy. W leśnych prześwitach pyszniła się Magura Stuposiańska i Połonina Caryńska. Niestety dla sprawiedliwości  drugiej grupie trafiła się ulewa. Niektórzy szybko poubierali peleryny, inni sądząc że się nie opłaca nie zrobili tego. Tych zlało totalnie.

5. Gęsty bieszczadzki busz  6. Most na Sanie w Dwerniku

 

O zmierzchu zrobiliśmy wieczór poświęcony Heniowi. Formisia przygotowała pokaz zdjęć w power point, Andrzej przywiózł z domu rzutnik i ekran. Wiele osób bało się tego pokazu, tym bardziej że łzy się lały w mniej wrażliwych sytuacjach. Ale zgodnie z intencją autorki wszystko odbyło się w atmosferze umiarkowanie wesołej – nasz nieodżałowany szeryf przedstawiony został jako postać nie tylko  charyzmatyczna, ale też jako wielki kawalarz, główny obozowy zapiewajło, inicjator wielu zabawnych pomysłów i świetnie się bawiący pomysłami innych. Pokaz nie inspirował do mazania się, wręcz przeciwnie, mówił, że z Heniem mazać się nie wolno. Zdjęcia zachęciły do wspomnień, głos zabierało wiele osób. Mieliśmy poczucie, że ten wieczór był nam wszystkim potrzebny i był to wentyl dla ujścia długo tłumionego żalu.

W niedzielę znowu była zadyma przy organizowaniu jazd i można powiedzieć, że tą tradycję usilnie pielęgnowaliśmy. O godzinie 10.00, z uwiązami w dłoniach, ruszyliśmy na pastwisko po konie. Braliśmy ich każdego dnia tyle, ile było potrzeba, przeważnie 3-4 zostawały na pastwisku. Gdyby zostać miały tylko jeden lub dwa, Józek zabierał je w trasę i szły luzem. Bywało też tak, że jakiś koń nie miał jeźdźca na drugą zmianę. Wtedy siodło zabierał z biwaku samochód aprowizacyjny i koń szedł luzem z powrotem do domu.

Tego dnia wyprawiliśmy się do wiaty pod Zatwarnicą usytuowanej koło mostu na Sanie. Jak poprzedniego dnia jechaliśmy trasą znaną z dwóch poprzednich lat, ale chyba nikt tego nie zauważył. Trasę można podsumować krótko: niemożliwe błoto, stromo, prześwity z ładnymi widokami, zwarta roślinność wymagająca Józkowej maczety, wilgotny, pachnący busz, dużo parzydła i starych jodeł, ekstremalnie stromy zjazd do Zatwarnicy. Gdy trafiała się szutrowa droga, poboczem kłusowaliśmy i czasem galopowaliśmy.

7. Łąki gdzieś nad Chmielem 8. Wiata koło Zatwarnicy

 

Na biwak przyjechał wspaniały krupnik, a dodatkowo tego roku do każdego  lunchu  serwowano kosz soczystych jabłek. Były wszelkie napoje, w tym skrzynka piwa i nie rzadko Gosia podrzucała blachę drożdżowego ciasta. Panowało miłe rozleniwienie, pobrzmiewały pogaduszki w podgrupach, a pojedyncze osoby znajdywały kawałek starej ławki lub kopkę siana na szybką drzemkę. Biwaki były zawsze elementem integracyjnym i przyczyniały się do pogłębiania niemal rodzinnych więzi w grupie. Były to piękne chwile.

Ale w Dwerniku też było sielsko i rodzinnie. Tego dnia po jak zwykle wspaniałym i zbyt obfitym obiedzie wjechał na stół wielki arbuz udekorowany polnymi kwiatami i po chwili zapłonęły na nim sztuczne ognie. Była to forma tortu dla jednej z kowbojek, która planowała ukryć swój ważny jubileusz – ale się nie udało. Jubilatka dłuższą chwilę nie orientowała się o co chodzi, lecz gdy  popłynęły ciepłe życzenia… popłynęły też łez strumienie. Oprócz arbuzowego tortu był prezent w postaci okolicznościowej koszulki, przy której tworzeniu pracowało wcześniej kilka osób. Lał się szampan i spędziliśmy piękny wieczór.

9. To była niespodzianka… 10. Leje się szampan

 

Jednak impreza imprezą, ale nic nie zwalniało od spaceru na most na Sanie, dokąd  ganialiśmy co wieczór. Do mostu mieliśmy ok. 0,7 km i był to ważny punkt codziennego programu, gdyż na rajdzie obżeraliśmy się niemożliwie. Spalanie kalorii było koniecznością. Poza tym dopiero na moście łapaliśmy zasięg komórkowy, międzymiastowa na pobliskim „krowim mostku” w tym roku nie działała.  A jak tu żyć bez komórki przy uchu, niepodobieństwo.

Poniedziałek był dniem wycieczki, zwyczajowym dniem bez konia. Ale najpierw, zaraz po śniadaniu, byliśmy świadkami miłej uroczystości. Otóż dwóch ośmioletnich chłopców miało wręczone odznaki konnej turystyki górskiej, a był to syn gospodarzy Miłosz i syn znanej nam z poprzednich lat Kasi – Kacper. Odznaki wręczał Józek, mający uprawnienia w tym zakresie, a my stanowiliśmy publikę. Józek ładnie przemówił, chłopcy byli bardzo przejęci. Wymogi  zdobycia takiej odznaki są ambitne, więc fakt iż zdobyły je takie małe kajtki zrobił wielkie wrażenie. Gratulowaliśmy szczerze, a każdy z chłopców wziął potem udział w jednej naszej wyprawie, udowadniając swoje umiejętności.   

11. Degustacja piwa w browarze w Uhercach Mineralnych 12. Park Miniatur w Myczkowcach

 

W tym roku na wycieczkę pojechaliśmy w kilka ciekawych miejsc, ale głównym celem była pętla bieszczadzka, którą przejechaliśmy prawie w całości.  Trasa wiodła przez Smolnik, Lutowiska, Czarną, Równię, Olszanicę, Uherce, Myczkowce, Bóbrkę, Solinę, Berezkę, Średnią Wieś, Nowosiółki, Baligród, Cisną, Wetlinę, Brzegi Górne i Nasiczne. Z satysfakcją należy odnotować, że we wszystkich tych miejscach byliśmy konno w poprzednich latach. Oczywiście podróżowaliśmy wtedy po drogach i bezdrożach ponad wymienionymi punktami, ale zajeżdżaliśmy do nich na biwaki. Bieszczady mamy więc dość gruntownie spenetrowane, są to jednak tereny tak rozległe, że z pewnością czeka na nas jeszcze mnóstwo nieznanych miejsc. Tym razem brakowało ważnego elementu wycieczki, a mianowicie przewodnika, który by w czasie jazdy busem relacjonował którędy jedziemy i co widzimy. Z pewnością nie wszyscy się zorientowali na czym polegał sens tej podróży. Na szczęście było też  zwiedzanie różnych ciekawych miejsc, więc wycieczka się podobała. Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy w Uhercach Mineralnych, gdzie znajduje się słynny browar Ursa Maior, ciekawie przygotowany dla turystów. Jest możliwość degustacji piw, których produkuje się tutaj mnogość, ale są bardzo drogie. Można obejrzeć krotki film na temat produkcji piwa, są też sklepiki pełne dobra wszelakiego, również nadwyrężającego portfele. Posiedzieliśmy w browarze spory czas, mocno się nadwyrężając. Następnie pojechaliśmy do wsi Myczkowce, do Centrum Kultury Ekumenicznej. Na terenie Centrum znajdują się liczne atrakcje dla turystów – wystawy, mini zoo, mały ośrodek jeździecki – ale my zwiedziliśmy dwa najważniejsze miejsca, a mianowicie Ogród Biblijny i Park Miniatur. Ogród Biblijny to przedstawienie starego i nowego testamentu poprzez rośliny i poprzez cytaty z biblii nawiązujące do konkretnego gatunku. Tego typu ogrody powstają na całym świecie, w Polsce jest ich kilka, ale ten jest największy. Nasadzenia zaprojektowała pani doktor z Uniwersytetu Przyrodniczego w Krakowie. Podziwiać tu można ponad 100 gatunków roślin na kilku poletkach, nawiązujących do różnych ważnych zdarzeń biblijnych. Oprócz roślin  z naszej strefy geograficznej w ogrodzie zobaczyć można  oliwkę, figę, granat, palmę daktylową, lentyszek, szarańczyn i inne nieznane gatunki. Naszą grupę oprowadzała pani przewodnik, ale można też chodzić po ogrodzie samemu. Ogród wzbudził kontrowersje, jednym się podobał, innym nie. Na pewno jest to ciekawe rozwiązanie parkowe i warto było zobaczyć. Natomiast ciekawszym był Park Miniatur, gdzie w różnych parkowych alejkach znajduje się ok. 140 miniatur drewnianych kościółków i cerkiewek Polski, Ukrainy i Słowacji, skomasowanych wg grup etnograficznych, które te obiekty użytkowały. Nas szczególnie interesowały te obiekty, które poznaliśmy w czasie kolejnych rajdów. Są to: Średnia Wieś, Równia, Chmiel, Smolnik, Stefkowa, Wisłok i inne. Miło było pomyśleć, że po licznych zawieruchach historii ostało się jeszcze tak wiele pięknych cerkiewek, bo wiadomym jest, że bardzo dużo zostało zniszczonych.

Nasyciwszy się ekumenicznie pojechaliśmy na lunch do Nowosiółek, gdzie oprócz posiłku w sympatycznym barze, w programie było zwiedzanie Muzeum Łowiectwa. W Nowosiółkach byliśmy na jednym z poprzednich rajdów, także w tym muzeum. Więc kilka osób zrezygnowało z oglądania wypchanych zwierząt, rekompensując sobie czas piwem lub herbatą. W końcu wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy do Dwernika. W mijanych wioskach widzieliśmy niekończące się szpalery jaśminu, oraz imponujące ilości zasiedlonych bocianich gniazd. Był to bardzo miły  akcent wycieczki.  

13. Jubilatka serwuje tort owocowy 14. Wieczorem śpiewamy pod wiatą

 

Tego dnia szeryf zarządziła wieczór wiankowy, ale przyjechaliśmy tak skonani, że wianki zostały odwołane. Na każdym rajdzie Heniu kilkakrotnie zarządzał i odwoływał wianki, więc tradycję tę podtrzymaliśmy. Natomiast dla osłodzenia umęczonych wycieczką organizmów jubilatka zasponsorowała wspaniały owocowy tort, upieczony oczywiście przez Gosię. Było to pełne zaskoczenie i z wielką ochotą ruszyliśmy do boju. A bój nie był łatwy, bo na obiad dostaliśmy sycącą, wspaniałą golonkę z młodą kapustą, więc dać radę tortowi nie było łatwo. Ale udało się, jak zwykle zresztą. Tym bardziej spacer na most był konieczny i prawie wszyscy pognali.

We wtorek pojechaliśmy do Białej Stajni, gdzie tradycyjnie konie miały zostać na jedną noc. Nas odwieziono do domu busem i w środę rano busem pojechaliśmy do koni. Trick z zostawieniem koni w Białej Stajni daje możliwość pobuszowania po łąkach w rejonie Smolnika i Lutowisk, czyli innymi słowy nadrabiamy wtedy galopy, których w rejonie Dwernika nie ma za dużo. Natomiast wcześniejsza trasa konna z Dwernika do Smolnika jest dość upiorna, choć trzeba przyznać że jest mocno przetarta w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy dwa lata wstecz. Wtedy był to mega hard-core, teraz po prostu hard-core. Jest to gęsty busz, zwalone drzewa w trawie ścielą się gęsto, często niewidoczne. Wszędzie pełno nierówności, dziur i kamieni. Józek cały czas wymachuje maczetą i wycina przejezdny tunel. Są bardzo strome zjazdy i podjazdy. W jednym miejscu Wadera tak się zbiesiła, że jadąca na niej kowbojka musiała zeskoczyć z siodła i konieczna była pomoc Józka i jego perswazje, aby kobyła zechciała pokonać przeszkodę. W powrotnej drodze (następnego dnia) inny kowboj miał ten sam problem i też zeskakiwał z siodła. Osłodą tej upiornej trasy był San, który przekraczaliśmy trzykrotnie. Wreszcie po wyjeździe na łąki  łapiemy oddech, lecz  odkrywamy na nich tyle rowów, że poszaleć się nie da. Dwa lata wstecz na takim rowie glebę zaliczyła Dorota, w tym roku Lalucha. Natomiast koń Wojtka postanowił skakać przez rowy i raz w takim skoku wuja dostał w dziób gałęzią zwisającą nisko i prawie został oskalpowany. Dla osłody po tych ciężkich przeżyciach Józek wymyślił biwak nie pod cerkwią, jak ostatnio, tylko w bardzo klimatycznej karczmie „Wilcza Jama” w Smolniku. Karczma bardzo się podobała, a zimne lokalne piwo wskrzesiło nadwątlone siły. Na lunch dostaliśmy naleśniki z serem i powidłami, udekorowane kwiatami rumianku. Spędziliśmy miły czas i nudne będzie stwierdzenie, że nie chciało się jechać dalej.  

15. Jedziemy 16. W karczmie „Wilcza Jama” w Smolniku

 

Ale dalej też było super. Druga zmiana jechała bezkresnymi łąkami, galopując ile się dało i mając w końcu piękne widoki. Galopowaliśmy w tak wysokiej trawie, że napór trawy wyciskał stopy ze strzemion. W tym roku zastaliśmy na rajdzie późniejszą wegetację, lecz i tak kwiecia wszelkiego było bez liku. Czarowały dzwonki, margaretki, ślaz, komonica, bodziszki, wyka, wiązówka i wszechobecny podagrycznik. Trasę opisywałam dwa lata temu, więc dodać tylko można, że przed samą Białą Stajnią Józek pobłądził w bezkresie traw, przedłużając nieco podróż. Generalnie błądzenia było w tym roku znacznie mniej niż zwykle, ale buszować po Bieszczadach całkowicie bez błądzenia się nie da.

Po konnych ekscesach wróciliśmy busem do Dwernika i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na zbiór kwiatów, jako że wieczór  wiankowy miał być nieodwołalny. Czasu mieliśmy mało, więc tylko nieliczni pletli prawdziwe wianki, większość osób poprzyczepiała kwiaty do kapeluszy. Ale efekt był wspaniały i na obiad przybyło towarzystwo pięknie ukwiecone. Po obiedzie zjedliśmy urodzinowy arbuz i ruszyliśmy na most celem zwodowania wianków. Pojawiły się rozmaite nalewki, a Stefan  zaskoczył wszystkich elegancką zastawą do trunków, która wzbogaciła smak nalewanych płynów. Zrobiło się bardzo wesoło, tak że widząc nadjeżdżający samochód, ruszyliśmy szturmem w jego kierunku, domagając się myta za prawo przejazdu. Wystraszony kierowca wyciągnął portfel, pytając ile się należy. „Nie drogi panie, żadne takie – zaszczebiotała Marysia – dzieci zaśpiewają piosenkę”. W samochodzie nastąpiła konsternacja i po chwili dzieciaki z tylnego siedzenia  zakwiliły cienkimi głosami, ratując tym samym rodzinkę przed nocowaniem na moście. W tej radosnej atmosferze wianki poszybowały w nurt wieczornego Sanu i z satysfakcją obserwowaliśmy, że dziarsko zmierzają do morza. Był z nami Miłosz,  który z wielkim przejęciem zwodował własnoręcznie upleciony wianek i  cieszył się niezmiernie, ze jego kwiatki bez obciachu popłynęły tam gdzie trzeba, czyli prosto do Bałtyku. Spełniwszy tradycyjny obowiązek wróciliśmy do domu i zasiedliśmy przy ogniu pod wiatą. Tego roku mieliśmy nowe śpiewniki, wykonane wiosną przez Ola przy pomocy kilku osób, udekorowane okładką naszego nieocenionego grafika z Kanady Marka. Mając tą cenną kantyczkę śpiewaliśmy   dziarsko, idąc strona po stronie, niczego nie pomijając.

17. Szeryf Marysia z Heniowym kapeluszem i nalewką w eleganckiej zastawie 18. Za chwilę wianki popłyną do morza

 

W środę od rana panował wielki upał, a gzy cały dzień dokuczały szczególnie zjadliwie. Pojechaliśmy busem do Białej Stajni i ruszyliśmy w busz szukać koni, które miały do dyspozycji ogromny teren. Wydłubaliśmy je z krzaków, odkrywając przy okazji że Poligon się rozkuł, a Berdanka rozdarła gdzieś na gałęzi skórę na grzbiecie i nie nadawała się do użytku. Poligona Józek ekspresowo okuł, a Berdi dostała wolne, dając szansę jeżdżącej na niej Formisi przejechać się wozem (czego w/w ostatnimi laty nie doświadczała). Józek w tym roku przysposabiał do rajdów nowego trzylatka, który jeszcze nie nadawał się na czołowego. Jeśli na trzylatku jechał on sam, to prowadzącą była znana nam Kasia z Krakowa, dosiadająca Waderę. Jeśli Józek jechał na Waderze, to Kasia dosiadała trzylatka i jechała druga. Jednak Kasia już wyjechała, a Józek tego dnia zamierzał dosiąść trzylatka, bo tak mu pasowało. Zrobił więc prowadzącą Dorotę na Bojarze, gdyż Bojar się nadawał. Sam jechał za Dorotą i kierował „z tylnego siodła” którędy jechać. Dorota miała wielki dzień. Jazda pierwszej grupy była piękna, cały czas widokowe łąki pełne kwiatów, na horyzoncie główne Bieszczady, sporo galopu. Konni zaznali przygód podnoszących poziom adrenaliny – najpierw minęli kości obgryzionego przez wilki  jelenia, gdzie konie się spłoszyły, następnie Berdanka idąca luzem padła nagle w gąszcz trawy by się wytarzać i też spłoszyła konie. Na szczęście nikt nie spadł.

19. Piesze wędrówki to rajdowa specjalność 20. Biwak u podnóża Otrytu

 

Wozowi tez mieli fun, jechali skrajem tych samych pięknych łąk i też widzieli połoniny i główne szczyty. Powożący wozem Jarek zganiał od czasu do czasu towarzystwo z wozu, aby ulżyć koniom jadącym pod górę, lub gdy było za bardzo z góry. Wędrówki piesze są stałym elementem rajdów konnych, a niektórzy nawet gdy nie trzeba lubią pedałować za wozem, bo aktywności fizycznej nigdy za dużo. Na wozie było jak zawsze wesoło, a Wojtek grał na harmonijce ustnej.

Biwak mieliśmy w okolicy Białej Stajni, w wiacie, której jeszcze nie znaliśmy. Przyjechała fasolka po bretońsku i drożdżowe ciasto. Gzy gryzły niemiłosiernie, upał zwalał z nóg. Ale to wszystko było niczym wobec faktu, że tego dnia zginęła Heniowa gwiazda szeryfa. Marysia nosiła ją przypiętą do swojej kamizelki, ale po powrocie do Dwernika odkryła jej brak. Szukanie gwiazdy było rozpaczliwe, łzy się lały, lecz nic nie pomogło, zniknęła jak kamfora. Analizowaliśmy kiedy to się mogło stać i gdzie, lecz wniosek z całej akcji poszukiwawczej był nieubłagany – gwiazda chciała zostać w Bieszczadach. Wszystkim było przykro, ale cóż… skoro nie Heniowa  pierś,  to niech żyje wolność.

Wieczorem oglądaliśmy stare zdjęcia i filmy, jeszcze z czasów studenckich. Przed seansem jak co dzień odbył się spacer na most, a świetlików latały całe roje.

W czwartek prognozy pogody były tak  złe, że Józek zdecydował się na krótką  trasę, bez otwartych przestrzeni. Oczywiście nic się nie sprawdziło i można było pojechać ambitniej, ale jest się mądrym po fakcie. Pojechaliśmy do znanego miejsca sprzed dwóch lat, leżącego ponad wsią Chmiel, jadąc cały czas gęstym lasem, cały czas góra – dół. Słyszeliśmy burzę gdzieś w oddali, ale nas nie dopadła. Na biwaku otwarliśmy Objazdowy Dom Kultury.

Dzień wcześniej Staszka ze Stefanem pojechali samochodem na objazd Dwernika, w poszukiwaniu sadyby Józka Soszyńskiego, który ponoć gdzieś tu mieszka. Józek to artysta plastyk, stary AKJ-towiec, kolega innego artysty, Grzesia Zyndwalewicza. Grześ także przez lata pomieszkiwał w Dwerniku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Józek  był uczestnikiem pierwszego rajdu AKJ w 1966 roku, figuruje na wielu zdjęciach. Mieszka w Dwerniku na stałe i Staszka go znalazła. Okazało się, że oprócz swojej głównej artystycznej działalności wydał też książkę, a teraz podarował Staszce dziewiczy maszynopis trzech swoich opowiadań dotyczących koni. I właśnie jedno z tych opowiadań zaczął czytać na biwaku Stefan, dyplomowany aktor. Zagnieździliśmy się wszyscy na wozie, bo nie było gdzie usiąść i słuchaliśmy opowiadania o koniu Mietku. Jedni wcisnęli się na wóz do środka, inni z braku miejsca wisieli na zewnętrznych burtach i tak oto w głębokim lesie oddawaliśmy się kulturze. Czytanie dowolnego tekstu przez profesjonalistę ma  szczególny smak, więc zapadliśmy w kulturalny letarg, okraszany od czasu do czasu salwą śmiechu. Niestety czas gonił i nie dało się doczytać do końca, ale Stefan kontynuował czytanie wieczorem pod wiatą. Po Mietku było drugie opowiadanie, a przy trzecim o wdzięcznym tytule „Koń Ciąbora” płakaliśmy ze śmiechu i wiata aż trzęsła się w posadach. Tekst jest niesamowity, ale sposób czytania miał tu wielkie znaczenie. Stefan robił to fantastycznie. Wieczór był odlotowy, zakończony Wielkim Śpiewaniem.

21. Kolejny dzień – znowu pod górę 22. Objazdowy Dom Kultury

 

W piątek przyjemnie się ochłodziło, pogoda nastała filmowa – błękitne niebo, białe chmurki, mało nachalne słońce. Pochowały się dokuczliwe gzy. Prognoza była dobra i pewna, więc pojechaliśmy na Przełęcz Nasiczniańską i dalej do nieistniejącej wsi Caryńskie. Przełęcz Nasiczniańska to jedno z najładniejszych miejsc w skali wszystkich rajdów, to także najgłębiej w Bieszczadach położony punkt, do którego się końmi wyprawialiśmy. Aby tam dojechać trzeba najpierw pokonać uciążliwą drogę w głębokim lesie, pełną stromizn, potoków, leżących na drodze drzew i kamieni – ale efekt ostateczny jest powalający. Byliśmy tu w roku 2017, lecz można by tę trasę powtarzać wiele razy. Na Przełęczy widać całe Bieszczady jak na dłoni, z jednej strony Bukowe Berdo, Tarnica, Halicz, z drugiej Połonina Wetlińska,  Magura Nasiczańska, Wysoki Wierch, szczyt Caryńska. Oczywiście wymienione szczyty widujemy na wielu trasach, ale na Przełęczy Nasiczniańskiej jesteśmy najbliżej nich, jesteśmy tam w samym sercu tego korca. Emocje są ogromne, tym bardziej że po nasyceniu oczu Józek zarządza ekscytujący galop.  Mamy wielkie fun. A zjazd do wsi Caryńskie (lub raczej do miejsca, gdzie wieś kiedyś była) jest także wielką przygodą. Świat jest tam tak rozległy, a trawy i inne zielsko tak bujne i wysokie, że tego dnia na dole „we wsi” trzy ostatnie konie zgubiły się w tym labiryncie. Jechaliśmy w dużych odległościach między końmi i w pewnym momencie  ostatni jeźdźcy nie zauważyli gdzie pojechali poprzednicy. Było trochę nerwów i kto wie jak by się skończyło, ale sokole oko Marysi wypatrzyło gdzieś ponad trawami kapelusz kowbojski – był to Jarek, który stał w pewnym miejscu jako czujka. Bo wóz dojechał wcześniej do celu i Jarek wyszedł konnym naprzeciw, by wskazać drogę. Zaparkowaliśmy nad brzegiem Potoku Nasiczniańskiego, pod dumnym szyldem „Bieszczadzki Park Narodowy”. Przyjechał lunch w postaci pysznych nudli z grzybami, było zimne piwo i szczęście było pełne.

23. Zjeżdżamy do miejsca  gdzie kiedyś była wieś Caryńskie 24. Na biwaku były nudle z grzybami, pycha

 

W trakcie biwaku szwendaliśmy się trochę po dolinie, ale też było sporo leniwego relaksu. Wracaliśmy potem tak samo. Wóz jechał regularnym szlakiem turystycznym, więc też ambitnie.

25. Przełęcz Nasiczniańska 26. Trudny zjazd z góry

 

Wieczór znowu był wesoły. Śpiewaliśmy pod wiatą, a Stefan zarządził aby pomiędzy śpiewanie wrzucać jakieś wesołe dykteryjki z życia rajdowego, także z rajdów studenckich, aby coś się działo. Sam opowiedział dykteryjkę sprzed paru godzin: „jadę sobie pod  górę, jest bardzo stromo. Józek jedzie na przedzie, a oczu z tyłu przecież nie ma. Między nami jest kilka koni. Nagle ni z tego, ni z owego odwraca się i mówi wprost do mnie – zjechało ci siodło, zejdź i przesiodłaj konia. Skąd skubaniec wiedział że zsunęło mi się siodło?” Ponieważ opowiastka wykonana została po aktorsku, więc łzy się lały ze śmiechu. Józek siedział z nami i też pękał ze śmiechu. Oczywiście zdradził skąd wiedział, ale niech to zostanie rajdową tajemnicą. Po chwili Dorota zrelacjonowała swoje przeżycia, a konkretnie przejazd nad przepaścią nad Potokiem Nasiczniańskim. Jest tam bardzo wąska ścieżka pełna kolein i gałęzi, z prawej strony teren opada zalesionym zboczem pionowo do potoku. Znamy to miejsce sprzed dwóch lat, wtedy też napędziło strachu. Każdy próbuje zmusić konia aby szedł środkiem ścieżki, ale te bestie nie chcą się plątać w gałęziach i błocie i z uporem maniaka wybierają skraj urwiska, wywołując nasze palpitacje serca. Dorotka relacjonuje: „mówię do Bojara – no idźże koniu środkiem, przecież zlecimy na dół. Koń nie słucha, wybiera skraj przepaści. Po wielu próbach pasuję – no dobra, nie będę się wtrącać”. Ta prosta, szczera relacja z trudnej drogi wywołała kolejne salwy śmiechu. Zachęciły innych do wesołych anegdot. W między czasie krążyły różne trunki, głównie whisky. Pod koniec wieczoru zrobiło się rzewnie, spontanicznie zaczęły się rozmaite podziękowania, ten i ów za coś komuś dziękował. Wieczór był niezapomniany.

W sobotę odbyliśmy ostatnią jazdę i ostatni biwak. Miało być light, ale jak Józek powie że light, to wychodzi odwrotnie. Jedziemy wzdłuż Sanu, znanym trudnym szlakiem. Szlak jest wyjątkowo gęsto usiany zwalonymi drzewami, niewidocznymi w trawie. Są też bardzo strome momenty, jak również trudne przejazdy przez potoki i dużo głazów i śliskiego błota. Przez zwalone drzewa konie przechodzą lub skaczą (często z dużym zapasem), ale zdarza się, że niektóre nie chcą pokonać przeszkody w żaden sposób. Wtedy jeździec schodzi z konia i przywołany Józek (który jadąc z przodu nie widzi tej sytuacji) rusza do pomocy. Tym razem zeszły z konia aż trzy osoby. A ci, których konie skaczą przez powalone drzewa, najczęściej dostają konarami po głowie. Bardzo też trzeba uważać na kolana, bo łatwo je rozbić między drzewami, gdzie jest najczęściej bardzo ciasno. Około godziny trwa ten horror, ale na koniec wyjechaliśmy na ukwiecone łąki i galop zrekompensował wszystko. Niestety parking koński miał miejsce w bardzo niedostępnym miejscu, na stromym, gęsto zalesionym zboczu. Trudno tam było konia wprowadzić i trudno było stamtąd samemu wyjść. Poszukanie drzewa do przywiązania konia w plątaninie gałęzi, rozsiodłanie, zabezpieczenie sprzętu tak, aby konie go nie podeptały, po czym wyjście z gęstwiny na łąkę było bardzo męczące.

27. Mega trudności 28. Konie piją San
29. Trudny parking 30. Cudny biwak

 

W tym czasie wozowi jechali pięknym lasem, widzieli świeże ślady wilka i misia.

Miejsce na biwak było najładniejsze ze wszystkich na tym rajdzie, była to widokowa łąka ponad wsią Dwerniczek, przy wiacie oplecionej krzakami róż. Do jedzenia dostaliśmy pieczoną kiełbasę z cebulką, było piwo, kawa i herbata. Siedzieliśmy długo, rozkoszując się urokiem widocznych wkoło gór i łąk. Nieubłagana była myśl, że jest to koniec rajdu, więc tym bardziej nie chciało się nigdzie jechać. Ale kiedyś ten moment nastał.

Druga grupa nie miała galopu na tej łące na której galopowała pierwsza, gdyż łąka w powrotną stronę miała spadek w dół. Józek chcąc wynagrodzić „drugim” stratę, przed samym Dwernikiem odbił w prawo i wyprowadził grupę na łąki ponad wsią, aby tam pogalopować. Wdrapaliśmy się na wysoko położoną łąkę z tyłu naszej hacjendy i przegalopowaliśmy ją ze świstem w uszach. Galop mógłby trwać o wiele dłużej, jednak nagle pojawiło się nie wiadomo skąd obce stado koni i „napadło” na nasze. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyliśmy. Oba stada zaczęły się obwąchiwać i fuczeć  na siebie, ale na wielkie szczęście nie doszło do żadnego starcia i agresji. Józek szybko wykonał telefon do Dwernika wzywając pomocy, ale w razie draki Jarek nie zdążyłby dobiec, odległość była za duża. Tak że sytuacja rozstrzygała się sama, ku wielkiej uldze pozytywnie. Tego dnia był z nami w trasie  Jarka syn Miłosz – to on poznał napotkane konie jako konie taty i pocieszył wszystkich: „to nasze konie, one są wykastrowane, więc będą spokojne”. Konie Jarkowe jakoś po swojemu poznały że nasze wierzchowce pochodzą z jednego podwórka, więc nie poszły z nimi na wojnę – i vice versa. Odetchnęliśmy z ulgą i po chwili wspólnego obwąchiwania udało się  powoli stepem odjechać, a stado Jarkowe zostało w górach. A swoją drogą to ciekawe, co one tam robiły, same w tych górach, na nie ogrodzonym terenie.

A na deser zobaczyliśmy w oddali misia, siedział sobie na środku zatoczki śródleśnej i gapił się na nas. Po krótkiej chwili pogalopował do lasu. Było to niezwykłe przeżycie, szkoda, że nikt nie zrobił zdjęcia, takie spotkanie zdarza się raz w życiu, a wielu ludziom  nigdy.  

Niezwykłe przeżycia ostatniej jazdy zmąciło niestety zdarzenie nieprzyjemne. Po rozsiodłaniu koni i próbie odprowadzenia ich na pastwisko, Fikus spłoszył się i przegalopował po  Dzidce, córce Stefana. Co prawda Dzidka podniosła się szybko i nie wykazywała uszczerbku na ciele, lecz wyglądało to paskudnie. Zdarzenie dało do myślenia i było potem drobiazgowo analizowane. Wniosek jest jeden – koń to żywioł, nigdy nie wolno popaść w rutynę i zawiesić czujności na kołku.

 

31. Napadło nas obce stado koni 32. Mamy gości

 

Tego wieczoru wystroiliśmy się galowo, bo był to wieczór pożegnalny, a poza tym spodziewaliśmy się gości w osobach Józka Soszyńskiego wraz z małżonką. Maciek zasponsorował tort, gdyż radość z odbytego rajdu po prostu go rozpierała. Goście przybyli na obiad, potem siedzieli z nami chwilę przy ognisku. Wspominaliśmy stare czasy, wspólnych znajomych. Józek podpisywał swoją książkę osobom, które ją zakupiły. Po odjeździe gości siedzieliśmy nadal pod wiatą próbując śpiewać – ale szło kiepsko. Widocznie każdy żył już myślą o podróży następnego dnia. Stefan się zdenerwował i skrytykował naszą marną, wokalną werwę: „życia, więcej życia, co tak ledwie mruczycie pod nosem”. Skutek był taki, że przy kolejnej zwrotce, pomiędzy  wersami, Gerard huknął dla wzmocnienia rytmu: „jeb…” – co wywołało salwy śmiechu. Od tej pory poszło trochę lepiej, ale nie do końca, bo jak tu być wesołym, gdy rajd dobiegł końca.  

Wcześniej przy obiedzie dziękowaliśmy organizatorom, Józkowi, Gosi, Jarkowi, mieliśmy jak zwykle prezenty. Gosia z Jarkiem dostali ładnie oprawione zdjęcie naszej grupy, w ramach znaczenia terenu, bo na ścianach wiszą zdjęcia innych grup, więc musimy tu także zawisnąć.  Józek dostał album pt: „Rajdy Starych Koni”, ze zdjęciami i tekstem o wszystkich naszych wspólnych rajdach, przy czym na zdjęciach on sam gęsto występuję. Dołożyliśmy ponadto elegancki kantarek z uwiązem, bo sprzętu jeździeckiego nigdy za dużo. Józek też wygłosił ładną mowę okolicznościową i wszyscy mamy nadzieję, że za rok się spotkamy.

Więc drogie Stare Konie, pielęgnujmy zdrowie, bo zadanie jest coraz ambitniejsze. Do dwudziestki nie daleko, wypadałoby dotrwać. Poza tym – rok bez rajdu, to rok stracony. Czas nam się kurczy, nie marnujmy go…

33. Pożegnalne ognisko 34. Ostatnie klimatyczne chwile

 

Tekst: Formisia
Zdjęcia: Formisia, Hania Olowa, Andrzej L.
Opracowała i wstawiła na stronę Formisia przy udziale Ola

 

Napisz do autorki Napisz do autorki artykułu

Pożegnanie Heniutka, 2019

 

Mowa pożegnalna, którą wygłosił na pogrzebie Henia w imieniu „Starych Koni” Wuja Woyt

 

   

 

Pożegnanie człowieka jest zawsze trudne, szczególnie gdy odchodzi ktoś kogo się dobrze znało i komu się wiele zawdzięcza.

W takiej chwili sięgamy pamięcią do chwil spędzonych razem, do wspomnień które zmarły pozostawił w naszej pamięci.

Myślimy o przyszłości, rozważając skutki dla naszego życia wynikłe z utraty przyjaciela.

Myślimy też o cechach charakteru zmarłego i o tym, jak jego życie wpłynęło na nas samych.

Refleksje te mają nam pomóc pogodzić się z losem i pustką, której wypełnienie wydaje się niemożliwe. Swój ból najbliżsi i przyjaciele próbują ukoić łzami. Nie powstrzymujmy ich, w majestacie śmierci są one potrzebne i oczyszczają zbolałe serca.

Śmierć Henia, poprzedzona wielomiesięczną, heroiczną walką o przezwyciężenie choroby nowotworowej, dotknęła boleśnie grono Starych Koni, któremu od przeszło dwudziestu lat przewodził, będąc animatorem i organizatorem corocznych rajdów konnych, rajdoobozów i spędów.

Henia poznałem pięćdziesiąt lat temu w 1969 roku na moim pierwszym rajdzie wrocławskim. Do udziału w tym rajdzie zostali zaproszeni przedstawiciele kilku działających wówczas Akademickich Klubów Jeździeckich. Ich reprezentanci podzieleni zostali na odrębne wachty, do odpowiedzialności których należał odpas koni i przygotowanie posiłków dla wszystkich uczestników. Heniu dowodził wachtą wrocławską. Tak się złożyło, że na jego dyżurze doszło do katastrofy, polegającej na przypaleniu wielkiego gara makaronu. Dla rozładowania atmosfery napięcia, towarzyszącej tej stracie, zaproponowaliśmy zorganizowanie uroczystego pogrzebu makaronu. Orszak żałobników wyprowadził ceremonialnie garnek poza teren obozowiska, gdzie dokonaliśmy pochówku przy wtórze żałobnych pieśni i przemówień.

Przytaczam dzisiaj tą anegdotę nie bez kozery. Żegnamy bowiem Przyjaciela, któremu zawdzięczamy tysiące chwil wypełnionych śmiechem i beztroską zabawą.

Po latach przerwy w kontaktach, z inicjatywy Andrzeja Olszowskiego spotkaliśmy się ponownie w gronie uczestników wrocławskich rajdów. Na tym spotkaniu zrodziła się idea zorganizowania rajdu Starych Koni. Pierwszy z nich stał się możliwy dzięki kontaktom zawodowym Henia i pomocy Stadniny Koni Huculskich w Odrzechowej. Szeryfem został Heniu, który odtąd szefował wszystkim kolejnym edycjom tej imprezy.

Był wielkim Szeryfem, facetem z fasonem, obdarzonym niezwykłą charyzmą, zmysłem wnikliwej obserwacji oraz poczucia humoru, demonstrowanych zwłaszcza w kupletach układanych i śpiewanych na zakończenie rajdów.

Urodzony i wychowany w ziemiańskiej rodzinie zawsze zachowywał elegancję oczekiwaną u osób noszących z dumą rodzinny sygnet na palcu. Nawet żartując, nie pozwalał sobie na zachowania prostackie, choć w naszym środowisku granice przyzwoitości bywają mocno poluzowane.

Jak każdy Szeryf Heniu cieszył się niepodważalnym autorytetem. To pozwalało mu na ucinanie zbędnych dyskusji i podejmowanie decyzji, które – choć czasami po cichu kontestowane – miały moc sprawczą. Najzabawniejsza była procedura wyznaczania kolejności jazd. Co prawda pytał kto ma ochotę jechać na pierwszą, a kto na drugą zmianę, po czym – licząc zgłoszenia od prawej albo lewej strony – według trudnych do odgadnięcia kryteriów decydował o przydziale. Zawiedzionym pozostawały tylko „śmichy, chichy”. Sam zwykle wybierał jazdę w pierwszej grupie, obejmując w niej odpowiedzialną rolę jeźdźca „na zameczku”.

Jeźdźcem był bardzo doświadczonym. Mimo licznych, ciężkich urazów doznanych podczas uprawiania tej dyscypliny, nigdy nie zrezygnował z dosiadania wierzchowca. Całkiem ostatnio, na kilka tygodni przed odejściem, pomimo ogromnego osłabienia chorobą i przechodzenia chemioterapii, siadł na konia i sprawdzał swoje przygotowanie do tegorocznego rajdu.

Heniu był znawcą nie tylko hodowli koni ich ras i genetyki, ale znał się także na innych zwierzętach gospodarskich. Patrząc na stada krów wypasanych na bieszczadzkich połoninach mawiał, że są to „najszczęśliwsze krowy na świecie”. Objaśniał nam gatunki spotykanych owiec, a i o trzodzie chlewnej mógł wygłaszać referaty.

Obecność Henia zwalniała nas z myślenia, kogo powitać lub pożegnać, komu i za co należy podziękować. Robił to z właściwą mu elegancją i stylem, który ceniliśmy.

Lubił ogniskowe śpiewy. Często je inicjował, zwłaszcza że sam był doskonałym śpiewakiem. Kanon jego ulubionych pieśni został włączony do świeżo, opracowanego, jeszcze z jego udziałem, śpiewnika.

Niestety nasz wspaniały Szeryf „Heniutek” nie zaśpiewa już z nami ani jego ulubionych Amarantów, ani Carramby. Już nigdy na rajdach nie usłyszymy jego zawołania „Śniadanko…!”, nie wypijemy powitalnej „Geringerówki”. Zachowamy za to we wdzięcznej pamięci wspomnienie przyjaciela i kompana wielu radosnych, wspólnych przeżyć.

Żegnaj Heniutku! Twój duch pozostanie z nami do końca naszych dni, podczas wszystkich kolejnych rajdów, spędów, ognisk i starokońskich spotkań, które wierni Twoim inicjatywom będziemy kontynuować.

 

 

Henio odszedł od nas, ale pozostaje w naszej  pamięci. Jeśli ktoś chciałby podzielić się swoimi wspomnieniami lub refleksjami z Nim związanymi, niech napisze, a opublikuję na tym miejscu.

***

Najpiękniejsze lata w moim życiu  wiążą się z Osobą HGd’O a w szczególności dwa bardzo znaczące dla mnie wydarzenia
– Henio przyjął mnie do AKJ W-w jako prezes w 1967 roku co  pozwoliło mi przeżyć multum znakomitych przygód,
– w 2007 roku natomiast bardzo serdecznie kibicował przez   całe CDIO WROCŁAW mojej córce Marysi, która zdobyła wtedy   mistrzostwo Polski juniorów.

K.A.Ch.

***

Jesteśmy w głębokim smutku po śmierci Henia. Straciliśmy bliską nam osobę.Bedziemy z naszymi myślami i modlitwą na jego pogrzebie. 

Jola i Gerard

***

Wczoraj, późnym wieczorem, otrzymałem bardzo smutna wiadomość o Heniu. Wiedzialem juz wczesniej ze mial pancreatic cancer, stage four. Niestety to jest terminal zwłaszcza metastatic , no i stało się;  wielka strata. Żal mi też Marychy, o ile nie mylę się, oni byli małżeństwem tylko 9 lat, byłem na ślubie.
Proszę Cię o zamieszczenie poniższego na stronie:

Rest in Peace Heniu; legend never dies ….
R.I.P.
yankee

***

Dzisiaj dobiegły mnie smutne wieści o Szeryfie…Jestem zdruzgotana. Nie wyobrażam sobie co mogą przeżywać teraz członkowie grupy Stare Konie… Łączę wyrazy najserdeczniejszego współczucia i proszę o przesłanie Żonie Pana Henia moje najszczersze kondolencje.

Z wyrazami szacunku,
Żaneta Niczyporuk

***

Marysiu, składam Ci tą drogą szczere kondolencje. W ostatnich dniach  wspominam Henia i Ciebie i wszystkie spotkania w których miałam szczęście brać udział. Byliście wspaniali Jestem wdzięczna losowi że miałam okazję poznać Henia. On był niesamowity. I Ty też.
Trzymaj się, buziaki
Grażyna Formicka

 ***

Stare Konie, tak bardzo mi przykro z powodu Waszej straty. Pamiętam że Henio był duszą towarzystwa, i zdecydowanie będzie go brakować. Dobrze, że tak często można go zobaczyć  na zdjęciach i przeczytać o nim w kronikach!.
Julia Tabor

 

***

 

„Odejście Henia to wielka strata dla Starych Koni…. i także dla źrebaków.  Zawsze zapamiętam Heniowe poczucie humoru – kawę w Katedrze Hodowli Koni na UP, na którą wpadałam czasem i było bardzo wesoło, przemówienie z okazji topienia mojego wianka na rajdzie – jak ja się  wtedy uśmiałam…

Karolina Królikowska

 

***

 

Śmierć Henia uświadomiła nam jak wiele Mu wszyscy koniarze zawdzięczali. Henio posiadał b. cenną cechę, siłę sprawczą. Gdy wracam pamięcią do naszych rajdów to myślę z wdzięcznością o Heniu.
Stan rzeczy w Kraju przeraża, dziwi, tumani. Myślę o tysiącach tych którzy polegli z bronią w ręku za Wolną Polskę. To co się dzisiaj dzieje w Kraju jest jak sikanie na ich groby. W ogólnej atmosferze upodlenia, Nobel Tokarczuk był jak promień słońca wpadający do piwnicy. Miejmy nadzieję, że nadchodzący rok będzie  lepszy.  Ściskam Was wigilijnie i noworocznie

Piotr Wende
12.12.2019 r.