Archiwum kategorii: Bez kategorii

XVIII Spęd Starych Koni, 2007

RELACJA  Z  XVIII WIOSENNEGO  SPĘDU  STARYCH  KONI

 1–3  CZERWCA  2007r –  FORAN Club w DORUCHOWIE

( pow. Ostrzeszów)

Wojciech  Hendrykowski

         

Na temat spędu były liczne kontrowersje – czy w ogóle go robić, gdzie i kiedy. Rajdowicze twierdzili, że to za blisko rajdu – obydwie imprezy w odstępie zaledwie dwóch tygodni. Warszawska filia Starych Koni od dłuższego czasu miała nam za złe, że spędy organizujemy  gdzieś u podnóża Sudetów i dla nich to za daleko. Wszyscy zgodnie uważali, że ostatnio serwujemy trochę zbyt ubogi program. Postanowiliśmy więc, po pierwsze spęd zrobić bliżej Warszawy, a więc w południowej Wielkopolsce, a po wtóre wzbogacić program licznymi atrakcjami turystyczno-krajoznawczymi.

 Ostateczny wybór miejsca na XVIII  Wiosenny Spęd Starych Koni  dokonany został po uprzedniej wizji lokalnej, z udziałem Krzysztofa Lorenza, Andrzeja Olszowskiego oraz  moim – z uwzględnieniem opinii  Marioli Dębickiej-Pobłockiej z Grabowa.  Odwiedziliśmy kilka  miejsc  – w Kobylej  Górze,   Mikstacie  („Mikstat Las” – były  ośrodek szkoleniowy Hitlerjugend) oraz FORAN w Doruchowie  gdzie ostatecznie „wylądowaliśmy”.

DORUCHÓW zlokalizowany  jest pow. ostrzeszowskim, którego stolica – OSTRZESZÓW – położony jest między Kępnem a Ostrowem Wlkp.  przy drodze nr 11,  w kotlinie otoczonej Wzgórzami Ostrzeszowskimi.  W pobliżu znajdują się dwa najwyższe wzniesienia  Wielkopolski – Kobyla Góra (284 m npm) oraz , bliżej, Bałczyna (278 m npm).   Około 40 % powierzchni gminy zajmują lasy (grzyby, polowania), malownicze stawy, strumienie,  rozwinięta  infrastruktura turystyczna/agroturystyka,  rezerwaty, (Pieczyska, „Jodły ostrzeszowskie”), ośrodki jeździeckie, wiele ciekawych miejsc i zabytków,   itp..

Urodziłem się w Ostrzeszowie, poczułem się więc upoważniony do przygotowania koncepcji programu, przy aktywnej pomocy Marioli.

 Więcej >>>

www.powiatostrzeszowski.pl  

www.ostrzeszow.pl 

http://www.transvet.com.pl/foran.html   –  FORAN

  W  piątek (1.06) rano wyruszyliśmy  z Wrocławia dwoma samochodami, – ja z Olem, w drugim był Maciek Czarniecki, który, jak się okazało, jest prawdziwym mistrzem kierownicy. Na trasie spotkaliśmy się na dość dużej  stacji benzynowej. – w momencie, kiedy ją opuszczałem,  Maciek rozmawiał  przez komórkę – i następnie wyjechał na drogę „pod prąd” (w przeciwieństwie do mnie, co jednak  wymagało  kilkudziesięciometrowego  objazdu).  Po pewnym czasie  dzwoni Maciej – gdzie jesteście, jak Was mam złapać, bo jadę już prawie

150  km/godz.  i  nic...    Maciek – odpowiedział Olo –  jesteś znakomitym kierowcą, ale to my jesteśmy lepsi i tak niiiigdy nas nie dogonisz, dlatego lepiej  zwolnij  – ponieważ ….my jesteśmy za Tobą, z tyłu…

… Ale do celu dotarliśmy już razem…- po drodze odwiedzając Sanktuarium Św. Idziego w  MIKORZYNIE,  patrona płodności. 

„… Wstawiennictwo Św. Idziego okazało się skuteczne i 22 sierpnia 1085r.  urodził się (Władysławowi  Hermanowi) wymarzony syn.  Dano mu na imię Bolesław, a później otrzymał przydomek Krzywousty…”             Więcej>>>

http://www.powiatostrzeszowski.pl/po/index.php?option=com_content&task=view&id=70&Itemid=35

http://www.sanktuarium.idziego.of.pl/

 Po południu, dojechało jeszcze kilka osób i zgodnie z planem  przewodnictwo naszej grupy objął Pan Ryszard Mazur, kierownik Gminnego Ośrodka Kultury w  Doruchowie, który przez kilka godzin oprowadzał nas po okolicy i interesująco opowiadał o historii i współczesności tej gminy.

Najpierw odwiedziliśmy wieś TORZENIEC, gdzie zlokalizowany jest obelisk  upamiętniający fakt jednej z pierwszych na ziemiach polskich  zbiorowych egzekucji 34  mieszkańców  wsi i jeńców  wojennych,  dokonanej  przez Wehrmacht   już 1 i 2 września 1939r.

DORUCHÓW znany jest   z  „Uciesznego teatrum, albo sprawiedliwego niektórych niewiast karania”  czyli ostatniego (1775 r.)  na ziemiach polskich procesu czarownic i  następnie spalenia  na stosie 14  kobiet, oskarżonych o rzucanie czarów na dziedziczkę Doruchowa, która „..gdy dostała wielkiego bólu w palcu, a włosy na jej głowie zaczęły się zwijać – uznała, że jest to niewątpliwie urok rzucony przez wiedźmy”. Po próbie pławienia w wodzie, licznych i urozmaiconych torturach,  kobiety w beczkach  przywieziono na miejsce, wciągnięto na stos, przyciskając im kark i nogi dębowymi klocami…. Stos płonął całą noc…- oczywiście  na miejscowej Łysej Górze (Wzgórzu Czarownic), która  nie wzbudziła jakoś w nas większego przerażenia- kilka lat jednak minęło, a dziedziczki (nie mając kołtuna) też nie są już tak zawzięte…

Egzekucja w Doruchowie  wywołała ogromne poruszenie w całym kraju –  rok później sejm zabronił tępienia czarów za pomocą tortur i zniósł karę śmierci za nie…

W Doruchowie  znajduje się także kościół, obok którego zlokalizowany jest grobowiec rodziny Thielów, miejscowych b.właścicieli ziemskich – m.in. ppłk Stanisław Thiel dowodził  przebywającym tu sztabem Frontu Południowego w trakcie powstania wielkopolskiego.

W mini-muzeum (Izbie Pamięci)  w Gminnym Ośrodku Kultury   zapoznaliśmy się ze starymi sprzętami codziennego użytku, ubiorami i  obyczajami mieszkańców  tych okolic.  

Więcej >>

 http://www.doruchow.pl/      >> banerek >> „więcej o gminie Doruchów” (m.in.)   

http://www.powiatostrzeszowski.pl/po/index.php?option=com_content&task=view&id=70&Itemid=35&limit=1&limitstart=4   

Po powrocie do „miejsca zakwaterowania”, powitaniu przybyłych w międzyczasie osób, spożyciu  obiadokolacji,   resztę  wieczoru  spędziliśmy  przy ognisku, kiełbaskach i piwie  oraz  śpiewach i  rozmowach –  nie zapominając  oczywiście o nieśmiertelnym „Zdrowiu Konia”.  

Sobotnia (2.06)  jazda konna zapowiadała się  interesująco, m.in.  ze względu na pogodę – i zapewne taka byłaby do końca, gdyby nie przykry incydent, który zakończył się niestety  w szpitalu w Ostrzeszowie. Pechowcem okazał się Andrzej  Gasiński, który nie zdążył jeszcze dobrze ulokować się w siodle, kiedy znalazł się na ziemi, odnosząc dość poważne obrażenia (zwichnięcie i złamanie) łokcia. Natychmiast musiałem go zawieźć  do szpitala – prześwietlenie potwierdziło konieczność  przeprowadzenia operacji – pozostał w szpitalu z unieruchomioną ręką.  Konieczny  zabieg  odbył się kilka dni później w Piekarach Śląskich. Ten dzień i konie nie były szczęśliwe również i dla córki Andrzeja, Karoliny, która została zmuszona do rozstania się ze swoim rumakiem w trakcie ponad 3 godzinnej jazdy w terenie, na wytyczonej 18 km leśnej trasie. W spacerze uczestniczyło 8 koni, kilkanaście osób ulokowało się na znacznie bezpieczniejszym wozie, który towarzyszył jeźdźcom. Wóz jechał pięknymi ostępami leśnymi, na przemian wśród wysokopiennego boru, młodniaków, leśnych polan, przeważnie stępa, a za nim kawalkada jeźdźców. Niestety pierwsze kilometry dla konnych nie były zbyt ciekawe, gdyż konie, „wystane” poprzedniego dnia, były pełne energii, a wypadek, który się zdarzył przed stajnią,  nie nastrajał do ciekawszych ewolucji jeździeckich. Dopiero później, było sporo kłusa, nieco galopu.

   Popołudniowy program turystyczno-krajoznawczy, czyli samochodowy rajd po ziemi ostrzeszowskiej  zaczęliśmy od  GRABOWA /nad Prosną,   gdzie mieszka Mariola Pobłocka.  Jest to była wieś królewska, znana od XIIIw, – odwiedziliśmy zespół budynków pofranciszkańskich, z neobarokowym kościołem, gdzie znajduje się Izba Pamiątek, muzeum  pszczelarstwa, biblioteka.  Charakterystyczne – co pokazuje odsłonięty kawałek ściany – jest to, że do jego budowy wykorzystano rudę żelaza, jako tani i łatwy w obróbce materiał, co można zauważyć i przy innych budowlach  w tych okolicach.

Dzisiejszy Grabów to także spożywcza spółka giełdowa  Profi  S.A. – pasztety, zupy,  II dania, itp… – z tego też powodu nasz krótki pobyt zwiększył znacząco obroty handlujących tymi produktami miejscowych  sklepów…

Mówiąc o Grabowie nie można nie wspomnieć o rzece  PROSNA  – lokalnej Rospudzie…   http://www.powiatostrzeszowski.pl/po/index.php?option=com_content&task=view&id=70&Itemid=35&limit=1&limitstart=3

Kolejnym naszym celem był  KOTŁÓW, najstarsza osada na tej ziemi (XI w), z najciekawszym w okolicy zabytkiem zlokalizowanym na Kotłowskiej Górze (230 m npm)  czyli romańskim kościołem  z XII w.  który – wg legendy – budowali aniołowie, a kamienie do budowy nosiły diabły. Pochodziły one z kamieniołomu fundatora Piotra Włostowica  w Sobótce (D.Śl.),

W świątyni powitał  nas, niezwykle życzliwie i sympatycznie, Proboszcz  ks.Adam  Kosmała,  na wstępie prezentując zupełnie  niezłą znajomości naszej strony internetowej.

We wnętrzu kościoła zwraca uwagę piękny rokokowy ołtarz główny z obrazem Matki Boskiej Kotłowskiej,  autorstwa wrocławskiego artysty Adama Scholza (1605r).

Kotłów znany jest również z zaistniałego  40 lat temu  konfliktu między parafianami a Kurią   Metropolitalną w Poznaniu,  w wyniku  mianowania nowego proboszcza  wbrew woli parafian,   żądających awansowania dotychczasowego wikarego. Konfrontacja ta w kolejnych fazach,  przybierała  formy i natężenie właściwe raczej dla wojen religijnych – „… podział dotknął prawie każdą rodzinę.., dzieci wystąpiły przeciwko rodzicom…brat poniósł rękę na brata… problemem stał się pochówek zmarłych – nawet ich traktowano jako wrogów…   Dochodziło do wzajemnych prześladowań, niszczenia dóbr, a nawet walk”.  Po kilku latach, mimo usiłowań i nacisków wiernych, „ich” proboszcz nie tylko nie został przez Kurię zaakceptowany – a wręcz przeciwnie, „zasuspensowany i ekskomunikowany” na wskutek przestępstw kanonicznych. W odpowiedzi, większość parafian wraz z (byłym już) księdzem zadeklarowało przejście do Kościoła Polskokatolickiego – powstała nowa parafia polskokatolicka. Konflikt trwał nadal…   Na początku lat 80-tych zakończono budowę nowego kościoła, (arch. Wacław Kozieł z Wrocławia), mającego  obecnie najwyższy status jedynej w  kraju  Prokatedry   polskokatolickiej – (katedry znajdują się we Wrocławiu, Częstochowie i Warszawie). Aktualnie w parafii w Kotłowie mniejszość (ok. 700 osób) należy do Kościoła  rzymskokatolickiego, większość (ponad 2000 osób) – do Kościoła  polskokatolickiego.  Początkowa nienawiść  zamieniła się w pokojowe współistnienie – rodziny już się ze sobą spotykają, rozmawiają, mimo, że chodzą do różnych kościołów. Obydwa Kościoły mają podobną liturgię i doktrynę – podstawowe różnice, to odrzucenie dogmatu o nieomylności papieża, zniesienie celibatu księży oraz spowiedź powszechna obok spowiedzi usznej.

Opuszczając kościół po niezwykle interesującym spotkaniu z księdzem Adamem  Kosmałą,  zadawaliśmy sobie nawzajem pytanie –  jak mogło do tego dojść  w  Europie w II poł. XX w !?

…. Niestety, ulewa  uniemożliwiła nam podziwianie ze wzgórza w Kotłowie   wspaniałych widoków na doliny Prosny i Baryczy, leżące  100-150 m  niżej.

Więcej >>>    

http://www.opiekun.kalisz.pl/148/tekst_5.htm  

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kot%C5%82%C3%B3w#Zabytki  

  Z Kotłowa  udaliśmy się do MIKSTATU – miasteczka nazywanego często żartobliwie „małym Paryżem” ze względu na podobieństwo herbów obu miast (Gozdawa – podwójna biała lilia andegaweńska ze złotą przepaską).  W strugach deszczu zatrzymaliśmy się  przy cmentarzu,  gdzie znajduje się zabytkowy kościółek drewniany Św. Rocha  z XVIIIw,  kryty gontem i blachą.

Ciekawostką jest odpust Św. Rocha, który od wielu pokoleń przypada w Mikstacie na dzień 16 sierpnia – mieszkańcy gminy przyprowadzają wtedy na poświęcenie zwierzęta gospodarskie i domowe, aby Św. Roch chronił je od chorób.

W  Mikstacie  urodził się Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz , który  uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego w Ostrzeszowie.

http://www.powiatostrzeszowski.pl/po/index.php?option=com_content&task=view&id=70&Itemid=35&limit=1&limitstart=2 

www.mikstat.pl

 Z Mikstatu  wyruszyliśmy do stolicy powiatu –  OSTRZESZOWAwww.ostrzeszow.pl; http://pl.wikipedia.org/wiki/Ostrzesz%C3%B3w) gdzie przed budynkiem starostwa powiatowego  oczekiwał na nas Pan Bohdan  Ogrodowski – szef  promocji starostwa, który  opowiedział nam  o historii oraz  współczesności  miasta, gminy i powiatu.  Spotkanie odbyło się przy tablicy  upamiętniającej  kilka  tysięcy  ofiar akcji wysiedleńczej i wywłaszczeniowej w czasie okupacji hitlerowskiej  –  mieszkańców ziemi ostrzeszowskiej.

Ponadto, w okresie (1940-45)  przez obóz jeniecki  w Ostrzeszowie  przewinęło się ok. 150 tyś.  (przy 5 tyś stałych mieszkańców) internowanych cywilów oraz jeńców alianckich różnych narodowości. Wśród uwięzionych znalazł się o. Maksymilian Kolbe, skąd został wywieziony  do obozu koncentracyjnego, co upamiętniają tablice pamiątkowe.

      Ponowne opady deszczu zmusiły nas do obejrzenia wyłącznie przez szyby samochodu  m.in. pomnika  harcerzy (ok. 3 metrowa lilijka), dokumentującego  bardzo bogate  tradycje harcerstwa ostrzeszowskiego,  oryginalny basen kąpielowy w lasku brzozowym,  stadion (popularny Cross Ostrzeszowski), itp.. 

Wyjeżdżając z Ostrzeszowa, odwiedziliśmy w szpitalu kontuzjowanego Andrzeja,  będącego  po kolejnych badaniach i w dobrym ( w miarę)  humorze, zadowolonego z opieki.

Ponieważ nadal lało, sobotni wieczór spędziliśmy nie przy ognisku, lecz w sali, przy filmach Andrzeja Lisowskiego,  rozmowach oraz degustacji  różnych  płynów – oraz chleba ze smalcem (m.in.)…. Odwiedził nas również  nasz  przewodnik z Ostrzeszowa Bohdan Ogrodowski z małżonką, którego uhonorowaliśmy   okolicznościowym dyplomem. 

 

Niedziela (3.06) – na poranną, godzinną   jazdę konną  zdecydowały się tylko  dwie osoby – koleżanka- Szwedka oraz Krzysztof   Cholewicki (Kach).

Śniadanie, pakowanie, rozliczanie, alokacja pasażerów  do poszczególnych  samochodów oraz -jeszcze  przed ostatecznymi pożegnaniami i wyjazdem  – sesja zdjęciowa z  udziałem  ogiera  „Halogen”,  wnuka   słynnego ogiera EL PASO, sprzedanego do USA na aukcji w Janowie w 1981r  za kwotę 1 mln USD. ( Wcześniej został tam wypożyczony i w 1976 r zdobył tytuł championa USA ). Było to w okresie światowej koniunktury na konie arabskie, kiedy padały cenowe rekordy za polskie araby – w 1985 r. na aukcji w USA klacz Penicylina została sprzedana za 1,5 mln dolarów, Diana – za 1,2 mln dolarów  a ogier Bandos w 1983 r. osiągnął cenę 806 tys. USD.

(Polecam  >> http://serwisy.gazeta.pl/turystyka/1,50355,399667.html?as=1&startsz=x

 Po opuszczeniu gościnnego FORANU, w mniejszej już nieco grupie ponownie udaliśmy się do OSTRZESZOWA, tym razem do Muzeum Regionalnego im. Wł. Golusa, znajdującego  się w Ratuszu na rynku.( http://ock.ostrzeszow.pl/index.php/muzeum_regionalne)    Najpierw obejrzeliśmy wystawę poświęconą  Antoniemu Serbeńskiemu (1886-1957),   absolwentowi krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, uczniowi m.in. Leona Wyczółkowskiego,  znanemu w płd. Wielkopolsce (i nie tylko) artyście, głównie pejzażyście,  stosującemu w swoich  pracach różnorodne techniki (olej, akwarela, pastel, ołówek, drzeworyt).  Wniósł on w środowisko ziemi ostrzeszowskiej i południowej Wielkopolski powiew innego świata, galicyjski koloryt oraz młodopolską nonszalancję, nie mogąc jednak początkowo liczyć na zrozumienie i akceptację.   W Ostrzeszowie spędził prawie ćwierć wieku, w br. przypada 50 rocznica Jego śmierci –  pochowany jest na miejscowym cmentarzu.

           Jedną z wiodących kolekcji  muzeum  stanowią  pamiątki, dokumenty, fotografie z okresu II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem  pamiątek norweskich.   Po klęsce Norwegii niemieckie władze okupacyjne wystosowały do norweskich oficerów pismo, którego nagłówek brzmiał dosłownie „Zaproszenie do internowania”. Zobowiązywało ono żołnierzy  do stawienia się w punktach zbornych – po wywiezieniu z Norwegii i  przejściowym pobycie w obozach jenieckich na terenie Polski, oficerowie ci  trafili do oflagu XXI C w Ostrzeszowie w sierpniu 1943 r.  Do wyzwolenia  w obozie przebywało ich ponad 1100,  w tym naczelny dowódca norweskich sił zbrojnych generał Otto Ruge.

W 1982 r muzeum nawiązało współpracę z norweskim środowiskiem kombatanckim dzięki pracownikowi Norweskiego Czerwonego Krzyża, którego ojciec również był więźniem  oflagu – stając się z czasem kompetentnym ośrodkiem muzealno-dokumentacyjno-informacyjnym,  dotyczącym  norweskich oficerów więzionych w czasie II wojny światowej w obozach jenieckich na terenach okupowanej Polski.   

(Więcej info  >>  http://oflag21c.ovh.org/ )

Stała wystawa w muzeum nosi tytuł „Oficerowie norwescy w oflagu XXI C” – w dniach 29.06-1.07 br. w ramach, Dni Ostrzeszowa odbędzie się cykl imprez  polsko-norweskich, w tym sesja..

Następnie udaliśmy się do baszty, będącej pozostałością  po zamku obronnym z XIV wieku,  która  po odrestaurowaniu stanowi punkt widokowy (24m) umożliwiający podziwianie  panoramy  miasta i okolic, w tym zabytków. Jednym z nich jest klasztor pobernardyński z przełomu XVII/XVIII w. na miejscu wcześniejszego, drewnianego spalonego w czasie najazdu szwedzkiego. Obecnie znajduje się tam klasztor Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu. Inne ciekawsze zabytki, widoczne z wieży to m.in. późnogotycki kościół farny z połowy XIV wieku oraz wieża wodociągowa z 1917 r. W baszcie znajduje się również ekspozycja narzędzi tortur, świadcząca o dużej  kreatywności  ich konstruktorów oraz  dobrej  znajomości ludzkiej anatomii. Ponadto –  ich specyficznym poczuciu humoru, albowiem niektóre z  urządzeń  to innowacyjne projekty, budowane z myślą i intencją  uczynienia  „procedur śledczych” bardziej humanitarnymi (sic!). Mogła się o tym przekonać nasza Pani ZGAGA, która bez większego uszczerbku na zdrowiu zasiadła (i potem jeszcze wstała o własnych siłach) na fotelu z kolcami – czyżby wpływ / współczesne  wcielenie którejś z  „pań z Doruchowa” ?  Po muzeum i baszcie kompetentnie oprowadzała nas pani pracująca w muzeum.

Kolejny – i ostatni już etap to ANTONIN.  Niewiele brakowało, aby na trasie doszło do kolizji  samochodu Andrzeja Lisowskiego z moim – z  analizy  tej sytuacji przez pryzmat kodeksu drogowego jednakże  rezygnuję – najważniejsze, że  na miejscedotarliśmy bez problemów…Antonin to przede wszystkim Radziwiłłowie (ordynacja przygodzicka)   i  pałacyk myśliwski, wybudowany  w latach 1821- 1826 w/g projektu  znanego architekta berlińskiego Karola Fryderyka Schinkla dla  Księcia  Antoniego  Radziwiłła, herbu Trąby, namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego, mianowanego na to stanowisko przez króla pruskiego w 1815r.  Przed wizytą w pałacyku  udaliśmy się do kaplicy grobowej Radziwiłłów, znajdującej się po przeciwnej stronie drogi, która jest dostępna wyłacznie  po uprzednim umówieniu się.   Mauzoleum to nawiązuje zarówno do stylu romańskiego jak i bizantyjskiego, w dużym oknie znajduje się witraż z Matką Boską Ostrobramską – ślad powiązań Radziwiłłów z Litwą. Zwraca uwagę, pochodzący prawdopodobnie z VI w. i wykonany na terenie państwa bizantyjskiego,  bogato rzeźbiony łuk triumfalny z białego marmuru, przedstawiający  240  misternych figur, z których każda jest inna. Po zdemontowaniu wspólnymi siłami części podłogi zeszliśmy do podziemi, gdzie znajdują się trumny  kilkunastu  członków tej magnackiego  rodziny. Niektóre z nich są uszkodzone, m.in. przez złodziei, a także zapewne przez ks. Michała (8 imion) Radziwiłła („Rudego”), ostatniego ordynata przygodzickiego i „czarnej owcy” w rodzinie. Jego hulaszczy tryb życia, złe zarządzanie majątkiem i w efekcie znaczne straty,  spowodowały ustanowienie kurateli sądowej. Rozwścieczony „Rudy” powyrzucał w odwecie z krypty trumny ze zmarłymi członkami rodziny, w tym swojego syna Michała, który zginął śmiercią lotnika w 1920r.Część trumien wróciła potem do podziemi, jednakże 9 z nich nadal znajduje się w ziemi/grobach na przykościelnym cmentarzyku.  Po wybuchu II wojny światowej Michał – który od najmłodszych lat uważał się za Niemca – w ohydnym geście podarował pałac w Antoninie Adolfowi Hitlerowi, co jednak nie uchroniło go przed koniecznością opuszczenia Antonina i oskarżenia o kontakty z Żydami… zmarł w 1955r. w wieku 85 lat na Wyspach Kanaryjskich w majątku swojej drugiej żony, którą zresztą wiele lat wcześniej opuścił dla innej kobiety, planując przy tym popełnienie bigamii…

Więcej info  >>  http://pl.wikipedia.org/wiki/Radziwi%C5%82%C5%82owie

       Wspomniany już pałacyk myśliwski był ostatnim etapem naszych wojaży. Oryginalność tej budowli polega m.in. na tym, że jest wzniesiona na planie ośmioboku z czterema skrzydłami, oraz z uwagi na zastosowany  budulec – cegła i ruda darniowa  dla poziomu piwnic oraz drewno modrzewiowe z ceglanym wypełnieniem dla pozostałych 4  kondygnacji.  Środkową część budynku zajmuje tylko 1 ośmioboczna, trzykondygnacyjna sala myśliwska z ozdobnym stropem, wspartym na centralnej kolumnie, mieszczącej kominki i przewody kominowe. W pałacu tym,  na zaproszenie ks. Antoniego Radziwiłła, przebywał (co najmniej dwukrotnie w 1827 i 1829)  i koncertował Fryderyk Chopin – pamiątki po kompozytorze zgromadzone są  w wydzielonym Salonie Chopinowskim. W pałacyku odbywają się koncerty i festiwale –

więcej >>

 http://www.polskiedwory.pl/pages/polska/ostrow1.html    

http://www.ckis.kalisz.pl/antonin/antonin.php

Po wypiciu kawy, konsumpcji lodów i słodkości w ładnym bardzo wnętrzu/scenerii  oraz  spacerze po parku,   rozjechaliśmy się do swoich domów.

Niestety, nie wszystkie zgłoszone osoby pojawiły się na Spędzie – szkoda również, że  reprezentacja stolicy  przybyła  w tak  osłabionym  składzie, aczkolwiek znakomitym  – pomimo dogodnej lokalizacji (względnej bliskości Warszawy) oraz wielu wolnych miejsc w samochodzie Jurka  Tabora.

Dotarła za to reprezentacja  Europy  płn. –  Halina Rehnqvist (Kubzdela) wraz ze swoimi dwoma koleżankami – Szwedkami. Halinki nie widziałem ok. 30 lat – aczkolwiek nie może to chyba być prawda, bo w tak zamierzchłych czasach to na truskawki wybierała się jeszcze wówczas z drabiną…

  Ze swojej strony wszystkim bardzo dziękuję –  zawiedzionych i nieusatysfakcjonowanych – przepraszam!                                                                       

Wojciech Hendrykowski – wojthen@wp.pl

W tekście wykorzystano m.in. informacje zawarte w książce  Marka Olejniczaka  „Między Prosną a Baryczą” (wyd. PTTK Ostrów Wlkp  2001) oraz materiały Muzeum Regionalnego w Ostrzeszowie im. Wł. Golusa.

 

===================================================================

 

Pamiątkowa fotografia uczestników XVIII spędu

 

Obszerne i wyczerpujące sprawozdanie z ostatniego (być może na prawdę ostatniego) spędu starych konni zamieszczam jak wdać bez zdjęć. Autor opracowania uznał, ze skoro nie ma pełnej dokumentacji fotograficznej wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy w ciągu owych trzech dni nie warto dawać wyrywkowych fotografii którymi obecnie dysponuję. Lepiej podać linki do odpowiednich stron internetowych, gdzie każdy może w pełni satysfakcjonująco obejrzeć raz jeszcze wszystko to co nam tak pięknie pokazał. Gdy uda nam się skompletować serwis zdjęciowy, wstawię wówczas na stronę odpowiedni ich zestaw. Na razie zamieszczam na swoją odpowiedzialność tylko pamiątkową zbiorową fotografię, jaką zrobiliśmy przed wyjazdem z Doruchowa

Olo

 

 

 

© 2002-

2009 Stare Konie All rights reserved. Zalecana rozdzielczość 1024×768 oraz IE 5.5 lub nowszy.

III Bal AKJ, 2007

 

Sprawozdanie

 

W ostatnia sobotę karnawału „Konie Wiecznie młode”, czyli AKJ okresu Świniar,   zorganizował już po raz trzeci wielki bal. Stare Konie zostały zaproszone, a Heniutek Sheriff wszechczasów pełnił rolę honorowego gospodarza balu – otwierał bal, szedł w pierwszą parę inaugurującego tańca, wznosił zdrowie konie. Bal odbywał się w Klubie oficerskim „Oko” przy ul. Pretficza oczywiście we Wrocławiu, gdyż Młode Konie nie są zwolennikami imprez wyjazdowych.

Bal swoim charakterem przypominał nasze dawne bale rocznicowe, kolejne „Skoki na Bankiet”, był liczny – brało udział blisko setka kowbojów i kowbojek, barwny – stroje organizacyjne były zachowane z dużym pietyzmem i huczny – orkiestra grała co koń wyskoczy zagłuszając wszystko i wszystkich.

 

Huczny Bal AKJ w pełni

 

Oprócz tańców były również konkursy kowbojskie (piłowania kłody) i znane   inscenizacje (Carramba) .

 

Carrrramba!!

Dziewczyny młodokonne odtańczyły ognistego kankana.

 

     
Ognisty kankan 

Stare konie wystąpiły z klasycznymi tańcami kowbojskimi –  zespół „Gwiazdy szeryfa” dał pokaz line dance’a co zyskało powszechne uznanie.

 

Line dance w wykonaniu zespołu „Gwiazdy Szeryfa” (próba przed występem)
Tańce trwały do świtu, a stare konie nie ustępowały młodym na parkiecie

 

Bawiono się do bladego świtu, a stare konie nie ustępowały młodszemu pokoleniu
 ….i ja też tam byłem, sporo tańczyłem, gorzałkę piłem, a co zaobserwowałem tutaj umieściłem.

– Wasz Olo

Gala Starych Koni 2007

 

WIELKA GALA STARYCH KONI

czyli

VII Jubileuszowy Bal AKJ po Przejsciach

Jelenie Góra, pałac Paulinum

27 stycznia 2007

Ewa Formicka

 

Tegoroczny bal Starych Koni odbył się w ekskluzywnej scenerii Pałacu Paulinum w Jeleniej Górze, a organizatorem był Krzyś i Grażynka. Już pół roku temu znany był termin (27-28.01.2007) i miejsce, a Krzyś zapowiadał,  że będzie wielka gala, bo miejsce to wymusza.  Poszła w eter informacja, że obowiązują± stroje z epoki, choć nie sprecyzowano z jakiej – więc w tym temacie była dowolność.

Pałac Paulinum to była rezydencja rodziny Kramstów, przemysłowców pochodzenia niemieckiego, powstała w XIX wieku ma wzór kompleksów pałacowo – zamkowych Saksonii.

wnętrza, częściowo wyposażone w oryginalne meble z tamtych czasów, tworzą niepowtarzaln± atmosferę. Posiada 29 pokoi o wysokim standardzie i stylowym wyposażeniu. Umiejscowiony jest na szczycie osamotnionego wzgórza na obrzeżach miasta, a piękny park o gęstym zalesieniu i wysokie skałki powodują, że jest dobrze izolowany od zgiełku miasta.

Choć w tym roku prawie w ogóle nie było zimy, to wyjątkowo na „czas balowy” spadło sporo śniegu i park pałacowy nabrał szczególnego uroku. Aleja parkowa od kamiennej bramy do gmachu na szczycie wiodła przez dżunglę ośnieżonych choinek, co od momentu przyjazdu dobrze nastrajało. Część osób przyjechała już w piątek i te osoby skorzystały w pełni z uroków zimy, której do tej pory nie było szans uświadczyć. W sobotę po śniadaniu z oranżerii pełnej kwiatów poszli na spacer, jedni na  piękny jeleniogórski  rynek i okoliczną starówkę, inni w parkowe alejki.  Nie omieszkano też poinhalować się jodowanym powietrzem w pałacowej grocie solnej, której pokłady soli pochodzą aż z Morza Martwego i która jest jedną z atrakcji Pałacu. Pobyt w grocie szybko wrócił zdrowie paru Koniom, którzy dotarli na balową imprezę z mocno nadwyrężonym zdrowiem, bo właśnie we Wrocławiu szalał wirus.

Pałac Paulinum Jedna z baszt pałacowych
 Widok z okien pałacu na Karkonosze  Jeleniogórska starówka w zimwej szacie

 Niestety w nocy z piątku na sobotę i potem w sobotę do południa rozszalała się w rejonie Wrocławia i ¦widnicy taka śnieżyca, że ci, którzy na bal postanowili czy też musieli jechać w sobotę, stanęli przed nie lada wyzwaniem. Pierwsi odważni dojechali tylko do Krzyków, po czym zawrócili z powrotem, gdyż rokowania co do dalszej jazdy wydawały się beznadziejne. Rozgrzały się telefony, wymieniano informacje o prognozach pogody zasłyszanych w kolejnych dziennikach. Ostatecznie spora część osób wybrała jazdę pociągiem, a tylko sześciu śmiałków dosiadło jednak konie mechaniczne, ale jazda była chwilami dość dramatyczna. Jakkolwiek nie było w końcu aż tak Ľle, skoro Joanna z Tadeuszem pokonali trasę Wrocław-Jelenia Góra dwukrotnie – zapomnieli zabrać z domu…. strojów balowych. co uwiadomili sobie dopiero na rogatkach Jeleniej Góry.

W sumie na bal w różnym czasie i z różnych kierunków dojechało: 36 osób. W tym jedną trzecią stanowiła silna grupa Starych Koni, była też grupa przyjaciół Starych Koni zintegrowanych z nami od dawna, pojawili się przyjaciele przyjaciół i krewni Starych Koni a nawet przedstawiciele „Koni ¦rednich”. Jak twierdzi Krzyś, świeża krew od czasu do czasu jest bardzo wskazana.

Najbardziej wygrani byli Ci, którzy przyjechali poprzedniego dnia (Olowie, siostra Formisi z mężem i Andrzej „Żeglarz” znany nam z rajdu bieszczadzkiego i rajdobozów, ze swą uroczą żoną), bądź dotarli dostatecznie wcześnie (Astrid z Andrzejem). W sobotnie przedpołudnie Krzyś zorganizował dla nich wycieczką do pobliskiej stadniny (prywatnej) „Gostar”, gdzie nie tylko obejrzeliśmy piękny obiekt, stajnię, kryt± ujeżdżalnię, podziwialiśmy wspaniałe konie, ale raczyliśmy się w tutejszym barze pysznymi ruskimi pierogami, których tu nie gotują a pieką we frytkownicy. Przy stadninie działa sekcja sportowa, a prócz zwykłych zawodów, odbywają się tutaj w lecie zawody „West”, w różnych kowbojskich konkurencjach. Po obiekcie oprowadzał nas  kierownik ośrodka p. Rafał Szafir.

Tuż przed 20.00 wszyscy przyodziani w balowe szaty „z epoki” pojawili się w górnym korytarzu i w błysku fleszy rozpoczął się korowód zejścia ze schodów. Było przy tym sporo uciechy, a rozmaitość strojów była zdumiewająca.

W sali balowej czekały pięknie udekorowane stoły ustawione w podkowę, zasiedliśmy, a Krzyś przemówił.

Powitał, życzył, zapowiedział…

Po zagajeniu kelnerzy w białych kitlach wnieśli gorące dania, a że w brzuchach burczało, więc przystąpiliśmy do pałaszowania. Dania były wykwintne i smaczne, więc znowu każdy dobrze się nastroił.

Przez resztę wieczoru i nocy w sąsiedniej sali działał szwedzki stół, pełen pyszności, gdzie krzepiliśmy nadwątlone siły, a w drugiej sali działał barek, gdzie rozcieńczaliśmy krew alkoholem, co skutkowało niezbędnym, dobrym humorem.

A potem była już tylko muzyka, tańce i swawole. Zaproszony zespół grał świetnie (choć trochę testował nasze uszy), nikt się nie lenił i nie ustawał, a rytmy były chwilami mocno ekspresyjne. W przerwie między tańcami w holu pałacowym obejrzeliśmy mrożące krew w żyłach sceny rzucania nożami do celu. Czarny kowboj najpierw rzucał do tarczy, a potem do czerwonej kowbojki „przyklejonej” do tejże tarczy, obrysowując jej kształty nożami ostrymi jak brzytwa.  Absolutnie podniósł nam adrenalinę, gdy przystąpił do tego wyczynu z zawiązanymi oczami. Parę osób nie mogło na to widowisko patrzyć. Ale ostatecznie kowbojka przeżyła, odetchnęliśmy z ulgą  i wróciliśmy do dalszej zabawy. 

Miłym akcentem były podziękowania i drobne upominki: dla szeryfa naczelnego Starych Koni Ola – za całokształt, oraz dla Andrzeja L., który niezmordowanie kręci filmy na wszystkich naszych imprezach i które w przeciwieństwie do innych mediów są dostępne do oglądania „od zaraz”.

O 24.00 odśpiewaliśmy „zdrowie konia”, ale nie był to bynajmniej koniec zabawy. Trwała dalej do 3.00 nad ranem, a rytmy były coraz energiczniejsze. Zaczerpnąć tchu chodziliśmy do pięknej oranżerii, skąd za oknem, w blasku latarni, można było delektować oczy wirującym śniegiem obsypującym  puchem konary starego drzewa.  Na pewno dla wielu była to jedyna okazja tej zimy.

W niedzielę późniejszym porankiem spotkaliśmy się na śniadaniu w uprzątniętej sali balowej. Wcinaliśmy dobre rzeczy, leniwie gawędziliśmy. Grażynka zaoferowała się oprowadzić towarzystwo po całym pałacu, co skrzętnie wykonaliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie zabytkowe sale, w tym salę gdańską z XIX w., z oryginalnymi meblami z epoki, posłuchaliśmy historii obiektu, zobaczyliśmy ciekawą galerię zdjęć w oranżerii. Parę osób pognało jeszcze do parku nacieszyć się i pooddychać zimą i po tym ostatnim akcencie rozjechaliśmy się do domów. Nie wszyscy wszakże – Olowie zostali jeszcze do następnego dnia. Dzięki temu mogli wysłuchać koncertu muzyki jazzowej, który odbył się w pałacu w niedzielny wieczór. Grał zespół „Nestor Band” – ten sam, który przygrywał nam ubiegłej nocy do tańca. Tu dopiero można było właściwie docenić jego kunszt. Koncerty „Muzyka w Pałacu Paulinum” odbywają się tu tradycyjnie w każdą ostatnią niedzielę miesiąca i cieszą się wśród Jeleniogórzan wielkim powodzeniem (miejsca trzeba rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem).

W poniedziałkowy poranek można było na odmianę podziwiać z okien pałacu stado saren, które podeszły bardzo blisko i spacerowały po alejkach parkowych pogryzając gałązki wystające ze śniegu, Hania zrobiła im kilka zdjęć.

 

Bal z „przyległymi” atrakcjami należy uznać za udany, a Grażynka i Krzyś robili wszystko by tak było. Dwoili się i troili aby każdemu dogodzić, zapewnić maksimum atrakcji i pełny luksus, jak na wielką galę starych koni przystało.

Do domów wyjechaliśmy zadowoleni.


Zdjęcia: Grażyna Formicka-Zeppezauer, Hania Olszowska, Grzegorz Hołdys
Na stronę wstawił: Olo

Co się zdarzyło u Starych Koni w roku 2007

 

Po dwóch latach prezentacji zdjąłem z naszej strony internetowej sprawozdania z imprez  starokońskich, które odbywały się w roku 2007 i wcześniej. Tu omówię tylko pobieżnie co się wówczas zdarzyło.

Rok 2007 był bogaty w wydarzenia. Odbyły się dwa spędyXVIII w Doruchowie (1-3.VI.2007) i XIX w Katach Bystrzyckih (16-18.XI.2007); ten ostatni był szczególnie uroczysty, bo odbywał się w dziesięciolecie założenia stowarzyszenia „Stare Konie”.

Uczestniczyliśmy  w dwóch balach: Wielkiej Gali Starych Koni w pałacu „Paulinum” (27.I.2007), którą zorganizował Krzyś Dworowski wraz z Grażynką – był to nasz siódmy bal karnawałowy i w III Balu AKJ (17.II.2007), zorganizowanym przez „Młode Konie” w klubie oficerskim „Oko”.

 Jak co roku odbył się VI Huculski Rajd Konny (15-24.VI.2007) w Beskidzie Niskim i

V Rajdobóz starych koni (25.VIII-2.IX.2007) w Rakowie

Sezon zakończyliśmy Spotkaniem wigilijnych (14.XII.2007) które świętowaliśmy w Klubie Seniora na Biskupinie we Wrocławiu.

W tym roku zmarł też prof. Ludwik Maciąg, członek honorowy naszego AKJ-tu i uczestnik naszych rajdów konnych w latach 60-tych. Aukcja jego obrazów, jaką Krzyś Lorenz zorganizował na XIX Spędzie wsparła wydanie albumu pośmiertnego jego prac *).

Perof Ludwik maciąg na I Rajdzie AKJ Wrocław 1966 r

W roku 2007  nasz serdeczny przyjaciel Wuja Woyt został mianowany Ambasadorem RP w Królestwie Norwegii i Republice Islandii. Był tam akredytowany prze pełne cztery lata – do czerwca 2012.

OSLO 20070614:
Kong Harald mottok torsdag Polens ambassadør, Wojciech Kolanczyk, i høytidelig audiens på Slottet.
Foto: Bjørn Sigurdsøn / SCANPIX

Wuja Woyt składa listy uwierzytelniajace Królowi Norwegii

To wszystko zdarzyło się w roku 2007, zostało opisane i w swoim czasie umieszczone na naszej stronie internetowej. Strona ta miała jednakże ograniczoną pojemność i żeby można było wstawić kolejne relacje z naszych imprez w następnych latach trzeba było zrobić miejsce a więc usunąć stare wpisy. Wcześniejsze wpisy usunąłem w roku 2010, nie zlikwidowałem ich jednak. Odpowiednie strony html przetworzyłem na pliki pdf, powstawiałem do nich zdjęcia i wypaliłem na dysku CD, który Wam oferuję. Będę się starał w podobny sposób opracować materiały z pozostałych lat  i również udostępnić zainteresowanym jako uzupełnienie do filmów Andrzeja i Jurka oraz do bogatej fototeki zdjęć robionych przez wielu członków naszego towarzystwa. Ponieważ obecna strona, zmieniona i ulepszona w 2016 roku jest pojemniejsza, pliki te wracają sukcesywnie na nią i są umieszczane w archiwum, gdzie będzie je można znów przegladać.

 

 

Opracowanie płyty CD luty-marzec 2010
Ponowne wstawienie do archiwum marzec 2016

 

*) Michał Woźniak „LUDWIK MACIĄG”, album malarstwa, wyd. PUBLICUS, Warszawa 2008.

Wigilia Straokońska 2008 „Za szafą”

 

 

Wigilia starokońska za Szafą

Dobrzykowice 19 grudnia 2008

 

 

19 grudnia Stare Konie zjechały „Za szafę”, by podzielić się tradycyjnym, wigilijnym opłatkiem. „Za szafą”  to stylowa restauracja o  bardzo ładnym wystroju i z dobrym jedzeniem,  położona w Dobrzykowicach, na trasie Wrocław – Jelcz Laskowice, a wymyślona przez Zgagę. Istnieje od lata, lecz wystrój posiada bardzo retro  i ogólnie klimat ciepły i zachęcająca do ponawiania odwiedzin. Dwa  tygodnie wcześniej 4-osobowa delegacja skonsumowała tam niedzielny obiad, który był pozytywnym testem.

Wigilijny spęd zwołano na godzinę 19.00, lecz większość przybyła znacznie wcześniej, z obawy przed ewentualnym  pobłądzeniem i problemami z odnalezieniem nieznanego obiektu. Zastaliśmy pięknie nakryty stół, miłe ciepełko z buzującego kominka i dyskretnie sączącą się muzykę, w tym kolędy. Choć wigilia to okoliczność nie trunkowa, jednak starym obyczajem, bez którego nic zdarzyć się nie może – Heniu rozpoczął spotkanie własnej produkcji geringerówką. Wznieśliśmy toast za pomyślność i „obrzędów czas nadszedł”. Rozdano opłatki i popłynęły życzenia. Jako że każdy życzył każdemu, a było nas 24 osoby, więc sporo to trwało.  Panowała iście rodzinna atmosfera, życzeniom nie było końca.

Ale kiedyś się skończyły. Wtedy wstał Heniu i oświadczył, że właśnie się oświadczył. No, może nie dopiero co,  ale jesteśmy pierwszą grupą ludzką, którą z przyjemnością o tym informuje. Oświadczyny miały miejsce w październiku, Marycha je przyjęła, ślub przewidziany jest na czerwiec, a podróż poślubna to konny rajd bieszczadzki. Ta miła wiadomość wszystkich zaskoczyła, ale jak sam narzeczony rzecz podsumował: „dość już kociołapstwa”. Wiec wszyscy przytaknęli i radość zapanowała wielka. Po tym przemówieniu kto tylko chciał, mógł oglądać na palcu narzeczonej błyszczący pierścionek z szafirem i brylancikami.

Wreszcie pojawili się kelnerzy i wnieśli dymiący, czerwony barszczyk, więc zasiedliśmy do spożywania. Dostaliśmy poza barszczem pierogi z kapustą i grzybami, karpia, kapustę z grochem, kompot z suszu i na koniec  smaczne ciasta.  Spożywając gawędziliśmy sobie w grupach mniejszych i większych, a co rusz wynurzał się z lewa lub prawa jakiś Mikołaj i rozdawał rozmaite drobiazgi. Oczywiście tylko tym, co byli grzeczni i zasłużyli, jednak nie słyszeliśmy aby ktoś wniósł reklamację, że został pominięty.

  1. Zaczynamy geringerówką –Henio ogłasza zaręczyny z Marią
2. Po złożeniu życzeń siadamy do stołu 3. Podano pyszny barszczyk….
4. …i pierogi  5. Rozmowy przy stole w większym gronie     6. …  i mniejszych grupach 

7. …  oraz podgrupach  8. Pojawiły się też Stare Konie rzadziej widywane na naszych imprezach    9. Śpiewamy kolędy 

 

Tym samym rok nam się zakończył… ale już za progiem stał Nowy. A na Nowy Rok  planów jest co niemiara. Więc aby nie było za chwilę zamieszania, Olo puścił listę z propozycjami imprez w nowym roku i wszyscy gremialnie wpisywali się wszędzie.

Tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy starokońską wigilię i rozjechaliśmy się do domów.  „Za szafą”  spędziliśmy bardzo ciepły i uroczy wieczór.

 

Ewa Formicka

 

Tekst: Ewa Formicka
Zdjęcia: Ewa Formicka i Pani Zgaga
Opracował i wstawił na stronę: Olo

Lista obecności

 

  Klacze

Ogiery

Renia Lisowska

Andrzej Lisowski

Maria Pietrzyńska

Henryk Geringer d’Oedenberg

Dorota Lange

Andrzej Szmyrka

Ania Szmyrka

Krzysztof Lorenz

Ania Trzeciakowska

Tadeusz Smulikowski

Iwona Biały

Andrzej Olszowski

Jarka Lorenz

Walter Bartelmus

Joanna Smulikowska

Lucek Podgórski

Hania Olszowska

Kornel Ratajczak

Ewa Formicka

 

Majka Ogielska

 

Jadwiga Bartelmus

 

Ewa Ratajczak

 

Pani Zgaga

 

„Mikołajkonie” czyli wyprawa Starych Koni na Mazury, 2008

…Mikołajkonie, a może Mikołakoniki (polskie)       

 

 

 

 

 

M  I  K  O  Ł  A  J  K  O  N  I  E

czyli Mikołajki ‘08
(23-31 sierpnia 2008)

 

Pod koniec sierpnia br. Stare Konie ruszyły na Mazury. Ponieważ Rakowo odbyło się w tym roku w maju, a termin sierpniowo-wrześniowy wszedł jakby na stałe do starokońskiego kalendarza, więc należało coś z tym fantem zrobić. Wiosną Andrzej P. poddał pod rozwagę wyjazd do Mikołajek, do stacji hydrobiologicznej PAN, z którą jest zawodowo związany. Co prawda nie ma tam koni, ale miejsce urokliwe, wkoło jeziora i inne atrakcje turystyczne, standard stacji bardzo dobry, więc może by tak coś innego? Pomimo wizji końskiej posuchy pomysł od razu „chwycił” i zaczął żyć swoim życiem.

Z tymi końmi nie do końca miało być beznadziejnie – podobno w okolicy pojawia się co roku pewien człowiek ze stadkiem koni i wynajmuje je pod wierzch, a kierowniczka stacji obiecała jazdy obstalować. Ponadto słyszeliśmy z plotek, że wielką przygodą jest buszowanie po rezerwacie w Popielnie na konikach polskich, co jest dość łatwe do przeprowadzenia, tyle, że do Popielna jest kłopotliwy dojazd. Więc nadzieja na jakieś konie istniała. Jednak nie wyglądało aby ktoś się specjalnie napinał na wczasy w siodle, więc zostawiliśmy sprawy swojemu biegowi. Żeby skończyć temat koni to należy w tym miejscu nadmienić, że zupełnie nie wypaliły. Facet ze stadkiem nie przyjechał, a inne ośrodki jeździeckie zlokalizowane były daleko, nie mniej niż 20 km od naszego obozu, a ceny panowały zawrotne. Natomiast w Popielnie nie było tego lata ani koni do jazdy ani instruktora. Trzeba jednak podkreślić, ze jakoś specjalnie nie cierpieliśmy z tego powodu. No, może 2 osoby trochę ucierpiały…

23 sierpnia w stacji hydrobiologicznej PAN w Mikołajkach stawiła się „silna grupa pod wezwaniem” w osobach: Hania i Olo, Marycha i Heniu, Zgaga, Renia i  Andrzej, Ewa i Jurek, Majka, Jadwiga i Walter, Halina i Szwedka Eva (obie ze Szwecji), Staszka i Włodek.  Grupę tą zasilali od czasu do czasu końscy żeglarze, którzy żeglowali po okolicznych akwenach i odwiedzali nas wieczorami, a byli to: Ewa i Jan, Jurek medialny i Jurek doktor. A pod koniec pobytu dotarła cała kupa gości w osobach: Astrid z Andrzejem, Krzysiek z Grażynką, warszawska Ruda i Maria Grazia z Włoch. Więc jak widać okresowo było dość kameralnie, a okresowo bardzo się zaludniało.

Po długiej jeździe trzeba rozprostować nogi W jadalni

 

Przyjemną niespodzianką był bardzo wysoki standard obiektu, a przede wszystkim ładne 2-osobowe pokoje z łazienkami, co jest naszym odwiecznym życzeniem, ale nie zawsze spełnianym. Było też wyśmienite jedzenie w dużych ilościach, a naszą opiekunką i dobrym duchem była nieoceniona pani Irena Sawicka, dogadzająca na wszelkie sposoby.

Na piwku w Mikołajkach

Na rybce


Na promenadzie w Mikołajkach Wiczorem tańce

 

Stacja położona jest w lesie nad samym jeziorem Mikołajskim, na przeciwległym brzegu niż kurort Mikołajki. Do miasteczka jest ok. pół godziny drogi, a same Mikołajki to obecnie popularne i gwarne letnisko, pełne turystów i imprez, a także sklepików z bursztynem i pamiątkami. Wzdłuż jeziora ciągnie się urokliwa promenada, a na wodzie cumują dziesiątki jachtów.

Spędziliśmy urlop bardzo turystycznie, zwiedzając co tylko się dało i dopełniając tradycji, że na naszych urlopach zawsze jest bardzo aktywnie i nie ma przyzwolenia na lenistwo.

Niedzielę przeznaczyliśmy na buszowanie po kurorcie. Dzień mimo beznadziejnych prognoz był słoneczny i dość ciepły, więc zaczęliśmy od piwa na rynku w małej knajpce, a skończyliśmy w smażalni ryb nad wodą na bardzo drogiej  i bardzo smacznej rybie.


Potem smęciliśmy się tu i tam, trochę po sklepach, trochę po promenadzie, trochę po własnym ośrodku. Wieczorem w sali kominkowej odbyła się kolacja powitalna z tańcami. Potańczyliśmy do muzyki mechanicznej, posiedzieliśmy przy ogniu gawędząc i  sącząc rozmaite trunki, nastrój był luźny i wesolutki.

Po skończonej potańcówce część osób przeniosła się na taras rekreacyjny, by posiedzieć jeszcze trochę na powietrzu, bo spać się nie chciało. Coś tam sączyliśmy, śmialiśmy się z byle czego. Niebo było niesamowicie rozgwieżdżone, a w dali migały dziesiątki światełek w rozbawionych, letnich Mikołajkach. Siedzieliśmy do północy.

 

Przy makiecie „Wilczego Szańca”

 

Zwiedzamy zakamarki „Wilczego Szańca”

 

W poniedziałek nie miało się na upał, więc zaplanowaliśmy wycieczkę po najważniejszych, okolicznych atrakcjach. Najpierw pojechaliśmy do Gierłoży zwiedzać „Wilczy Szaniec”, czyli kwaterę główną Hitlera. W czasie wojny na powierzchni 2,5 km kw było tu 80 budowli, w tym 50 bunkrów o ścianach grubości do 8 m. Trafiła się nam bardzo fajna przewodniczka, która w ciekawy sposób opowiedziała historię tego miejsca, w tym historię słynnego zamachu na Hitlera,  oprowadziła też po obiekcie. Kwatera przed wejściem Armii Czerwonej została wysadzona w powietrze, jednak jest jeszcze co oglądać i jest czego posłuchać. Bunkry robią wielkie wrażenie.

Z Gierłoży pojechaliśmy do Reszla zobaczyć stary zamek. Reszel leży już na Warmii i zawsze był miastem polskim, w przeciwieństwie do krainy Wielkich Jezior. Zamek zbudowali krzyżacy, ale od XV w. był siedzibą biskupów warmińskich, a samo miasteczko było ważnym centrum kulturalnym. Tutaj również trafiliśmy na sympatycznego przewodnika, który oprowadził po zamku, a potem sami zwiedziliśmy w dość szybkim tempie resztę miasteczka.

Bo śpieszyliśmy się do Świętej Lipki, aby zdążyć na ostatni koncert organowy w słynnym barokowym sanktuarium. Sanktuarium to należy do najsłynniejszych zespołów barokowych w kraju, a jego największą atrakcją są stare organy z ruchomymi figurkami, o przepięknym brzmieniu. Latem o każdej pełnej godzinie można wysłuchać krótkiego 20-minutowego koncertu, a jest to wielka uczta duchowa. Nam udało się wysłuchać m.in. „Ave Maria” Godunowa, „Toccatę” Bacha, „Poloneza” Ogińskiego i parę innych znanych perełek organowych. 

 

Przy zamku w Reszlu

Widok z zamku na miasteczko

Wróciliśmy do stacji naładowani historią, muzyką i głodni jak licho. Wieczorem siedzieliśmy przy kominku.

We wtorek nadal było słonecznie, ale wciąż dość chłodno, więc nadal nie było warunków do plażowania. Niektórzy dzielnie postanowili odsłonić trochę ciała na leżaku nad wodą, a byli i tacy, co weszli nawet  do wody.

Święta Lipka

Natomiast jeszcze inni popłynęli w rejs po jeziorach. Stacja posiada własny kuter służący do badań naukowych i tego dnia Pani Docent wypływała na jeziora na połów „kryla”. Oczywiście chodziło o określony okaz faunistyczny, którego obecność w wodzie miała o czymś tam świadczyć. Nie będąc w temacie ustaliliśmy, że chodzi o złowienie kryla. Już wcześniej wiedzieliśmy, że jest możliwość  popłynąć  na taką wyprawę, ale tylko 8 osób, gdyż  tyle kuter mógł zabrać. Przy śniadaniu Heniu zrobił nabór i ostatecznie 8 Starych Koni wyruszyło na wodne łowy. Wyprawa trwała ok. 2 godzin,  spenetrowano jeziora: Mikołajskie, Tałty, Tałtowisko i Ryńskie.
Pogoda była jak malowana, na jeziorach dziesiątki jachtów i piękne widoki dookoła, jednak wiał dość silny wiatr i chwilami było wręcz zimno. Tym niemniej była to fantastyczna przygoda dla tych, co nie żaglują i nie miewają tego typu atrakcji  za często.


Wyprawa na połów „kryla”

Natomiast po południu byliśmy umówieni w stacji PAN w Popielnie, by wreszcie zobaczyć konie. Oprowadzać po niej i poopowiadać miał główny hodowca koników polskich doc. Zbigniew Jaworski. Wcześniej w rozmowie telefonicznej Heniu prosił także o możliwość pojeżdżenia konno i bryczką. Do Popielna pojechaliśmy swoimi samochodami, a wyprawa była odrębną przygodą. Jechaliśmy dziurawymi drogami leśnymi błądząc wiele razy, by w końcu dotrzeć na przystań nad Bełdanami i odczekać sporo czasu zanim niezwykły wehikuł przypłynie, a przewoźnik jakoś upcha na nim 4 czy 5 samochodów.

 Wyprawa do Popielna (na promie)

 

Koniki polskie w Popielnie hodowane są częściowo w stajni, a częściowo żyją w stanie wolnym w rezerwacie. Jest to rasa wyhodowana na bazie tarpana, który wyginął na początku XIX w. W stanie dzikim żyją w tabunach, składających się z ogiera, który przewodzi grupie, oraz kilku klaczy i ich potomstwa. W rezerwacie na terenie Puszczy Piskiej (w okolicach Popielna) żyją 4 takie tabuny.
Pobyt w stacji zaczęliśmy od wysłuchania jej historii oraz od zwiedzenia muzeum przyrodniczego i hodowli bobra. Nasz przewodnik ciekawie opowiadał, ale wszyscy czekaliśmy na wyjazd do puszczy. Okazało się, że do jazdy są tylko 4 koniki, natomiast wóz traperski był jak się patrzy. Obsiedliśmy go, a 4 osoby pojechały wierzchem z tyłu za wozem. Nasz przewodnik uprzedzał na wszelki wypadek, że tabun nie łatwo spotkać, więc nie róbmy sobie zbyt wielkich apetytów. Jednak ku ogólnemu zdziwieniu i uciesze dość szybko ujrzeliśmy wspaniałe stadko na śródleśnej łące.
Był to tabun ogiera Osman. Widok był imponujący i wyjątkowy. Konie pasły się spokojnie pod lasem, a gdy nadjechaliśmy, niektóre przerwały nieśpiesznie swoje zajęcie, przyglądając się leniwie nieproszonym gościom. Najwyraźniej tego typu spotkania miewały częściej, gdyż nie wykazywały niepokoju ani zbytniego poruszenia. W tabunie był młody ogier Namur, którego przywódca popychał do przodu celem rozpoznania wroga i jakby namawiał do przepędzenia intruzów. Część stadka zbliżyła się nieco, a młody ogier zachęcony przez swojego zwierzchnika rzeczywiście usiłował nas przepędzić. Widać było, że broni swoich dam i kupki dzieci. Więc nasyceni tym niezwykłym widokiem, zrobiwszy dziesiątki zdjęć, pojechaliśmy dalej. Namur biegł za nami jakiś czas chcąc się upewnić, czy aby nie wrócimy.

Koniki Polskie  – tabum Osmana Koniki polskie interesują się motoryzają

 

Po tej wspaniałej uczcie pognaliśmy jeszcze na chwilę nad Śniardwy, gdyż jak „być w Rzymie i nie widzieć papieża”. Po czym ruszyliśmy do „domu”. Droga powrotna wypadła dookoła jeziora Bełdany, gdyż prom już nie kursował. Było tego ok. 25 km. Chwilę jechaliśmy przez środek rezerwatu, gdzie ostatni samochód został „zaatakowany” przez członków innego konikowego stada. Dorodna klacz ze źrebakiem wyszła na środek drogi, a po zatrzymaniu samochodu wsadziła łeb do środka przez okno w poszukiwaniu smakołyków. I znalazła, ale o tym sza…(dzikich zwierząt wszak nie wolno karmić).Wieczorem siedzieliśmy nad wodą przy ognisku, gawędząc, pijąc piwo i zagryzając kiełbaski z grilla.

   
Kajakiem po Krutyni Wśród ptactwa wodnego

 Środa była dniem wiodącej atrakcji obozowej, to jest spływu kajakowego Krutynią. Niestety dzień wstał ponury i niebo nie wróżyło nic dobrego. Ale kajaki były obstalowane, program ustalony, więc nie było odwrotu. Zresztą nikt nie myślał o odwrocie, no może jedna osoba…Pojechaliśmy samochodami do wsi Krutyń, gdzie zaokrętowaliśmy się dwójkami i ruszyliśmy w nieznane.

Rzeka Krutynia (długości ok. 100 km) jest uznana za jeden z najbardziej malowniczych szlaków kajakowych w Polsce. Spływ całą rzeką trwa kilka dni i jest wielką przygodą. My płynęliśmy tylko 3 godziny (z Krutynia do Ukty), ale i tak wrażenia były niesamowite. Płynęliśmy wśród szpaleru drzew i trzciny, w przeźroczystej wodzie falowały kobierce niezwykłej roślinności. Towarzyszyły nam całe tabuny kaczek i łabędzi, nad głowami poszybowała czapla siwa. Czasem między drzewami dojrzeć można było skrawek łąki, spróchniałą kładkę lub niewielką, uśpioną wioskę.

W połowie trasy zacumowaliśmy w „przydrożnym” barze we wsi Rosocha, gdzie nawcinaliśmy się naleśników z malinami, a maliny były prosto z lasu. Niestety pod koniec spływu zaczęło padać, więc do celu dobiliśmy nieco mokrzy i mocno podmarznięci. Gdy tylko udało się pozbyć pojazdów i gdy zostaliśmy odwiezieni busem z powrotem do Krutynia, pognaliśmy głodni do poleconej knajpy na gorący obiad. A tam specjalnością zakładu okazała się zupa pokrzywowa, kompletny ewenement. Pokrzywy nie pokrzywy, nikt czegoś takiego nigdy nie jadł, ale rzuciliśmy się na nią z wielką ochotą. I trzeba powiedzieć, że była to najlepsza zupa na świecie.

Naleśniki z malinami i nie tylko w połowie drogi

 

Najedzeni i rozgrzani pojechaliśmy jeszcze w drodze powrotnej obejrzeć ośrodek jeździecki w Gałkowie, należący do znanego polskiego jeźdźca z „naszych” czasów. Obejrzeliśmy stajnie, konie i kawałek treningu, a dwie kowbojki zamówiły się nawet na jazdę następnego dnia, co też wykonały. Były potem bardzo zadowolone, jednak regularne jazdy zostały zweryfikowane przez to co napisano na początku: odległość i ceny.

Wieczorem w sali kominkowej baby zarządziły tańce, jako przeciwwagę dla meczu w telewizji, który wybrały chłopaki. Tańce miały być „powtórką z rozrywki”, czyli chodziło o przećwiczenie line dance’a, na wszelki wypadek, ale chcieliśmy też pokazać Ewie Szwedce co umiemy.

Kowbojskie tańce Po tańcach trzeba się ochłodzić

 

Najpierw uczono Szwedkę, potem Szwedka uczyła nas, jakiegoś rodzimego folku. Atmosfera gęstniała, robiło się coraz głośniej i weselej, w końcu szaleństwo taneczne oderwało na chwilę chłopaków od TV, gdyż wrzawa realna zagłuszała widocznie wrzawę wirtualną na boisku. Na koniec panie wzięły „flachę pod pachę” i poszły cucić rozgrzane organizmy nad wodę, gdyż bardzo się nadwyrężyły. Był to niezwykle wesoły wieczór.

Czwartek to dzień obcowania z przyrodą. Zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy do Kadzidłowa odbyć prawdziwe safari. Kadzidłowo to prywatny rezerwat dzikich zwierząt, a leży w sercu Puszczy Piskiej pomiędzy Mikołajkami a Uktą. Część zwierząt żyje w zagrodach i wolierach, a część na dużych ogrodzonych wybiegach, na które wchodzi się po drabinach przez płoty i gdzie obcuję się z nimi całkiem dosłownie.

 Można tam głaskać i karmić muflony, łanie, osły, świnki wietnamskie, daniele i wiele innych. Początek Kadzidłowa przed laty to zbierane rozmaite stworzenia uszkodzone na szosach, we wnykach i w różnych innych nieszczęśliwych okolicznościach. Teraz jest tam mnóstwo zwierząt pozyskiwanych we wszelki możliwy sposób, w tym niektóre rzadkie i zagrożone wyginięciem jak głuszec, jarząbek, biały jeleń (w Polsce tylko w Kadzidłowie), podgorzałka (w Czerwonej Księdze), ryś, także wilk, łoś i wiele innych. Ośrodek prowadzi dużo ciekawych projektów badawczych, np reintrodukcja rysia. Po obiekcie chodzi się z przewodnikiem, dzięki czemu można wysłuchać wiele ciekawych opowieści, a całość trasy trwa ok. 2 godzin. Nagłaskaliśmy się różnych sierściuchów do woli, ale  upragniony wilk nie był łaskaw wyjść z głuszy, mimo zachęty ze strony przewodniczki. Widocznie akurat pożarł Czerwonego Kapturka.

W kadzidłowie

Głaskanie sieściuchów

Niestety ośrodek poszedł bardzo w komercję i przyjeżdżają tam tabuny turystów, a grupa goni grupę. Nam wyszło penetrować rezerwat ze sporym tłumem, co odbierało sporo przyjemności.

Z Kadzidłowa pojechaliśmy eksplorować następne ciekawe miejsca w najbliższej okolicy. Najpierw zawadziliśmy o cerkiew staroobrzędowców w Wojnowie, do której niestety nie udało się wejść, gdyż trafiliśmy akurat na prawosławne święto. Ruszyliśmy dalej szlakiem ciekawostek – do starego klasztoru filiponów na obrzeżach wsi nad jeziorem Duś. Niedawno zmarła ostatnia zakonnica, ale zespół klasztorny jest nadal atrakcją turystyczną, a szczególnie salka modlitewna z zespołem stareńkich ikon i ksiąg liturgicznych. Klasztor jest obecnie własnością prywatną i wchodzi w skład obiektu agroturystycznego, ale właściciel utrzymuje go w bardzo dobrym stanie. Następnie pojechaliśmy do przepięknej leśniczówki Pranie, siedziby  Gałczyńskiego nad jeziorem Nidzkim. Poeta spędził tu ostatnie lata życia i tutaj pracował nad poematami „Niobe” i „Wit Stwosz”.   Latem odbywają się tutaj koncerty  muzyki poważnej i wieczory poezji, często w wykonaniu znanych postaci świata artystycznego, ale niestety nie wiedzieliśmy o tym. Jeśli przyjedziemy w przyszłym roku, to na pewno nie omieszkamy skorzystać z pełnej oferty tego urokliwego miejsca.

W pałacu w Rynie w kawiarni Dziedziniec pałacu w Rynie

 

Wieczorem jak zwykle było wesoło i procentowo, dojechała Astrid z Andrzejem. Dla podgrzania atmosfery nasz etatowy szeryf Heniu wywabił towarzystwo nad jezioro i zarządził „delfinki”,  jak za dawnych lat bywało. Niestety  nie było chętnych, więc szeryf dał dobry przykład i odstawił „delfinki” sam, z wielką gracja i ku ogólnej uciesze kibicujących.

Nocna delfinada

 

W piątek od rana lało i nie było dobrych prognoz. Pomysłów na spędzenie dnia  było kilka, ale deszcz wszystkie zweryfikował. Smęciliśmy się trochę, po czym padło hasło, że jedziemy do zamku w Rynie na kawę, bo tylko zajęcia typu barowego wchodziły w grę.  W deszczu ruszyliśmy, mając nadzieją, że kiedyś przejdzie. Zamek w Rynie to XIV-wieczna siedziba krzyżacka, której pierwszym komturem był Fryderyk Wallenrod, brat Konrada Wallenroda, znanego z dzieła Adama Mickiewicza. Przechodził różne koleje losu, adekwatne do historii regionu, m.in. w początkowym okresie posiadał folwark przyzamkowy nastawiony na hodowlę koni. W późniejszych latach był siedzibą starostwa, siedzibą łowczego książęcego, więzieniem, domem kultury i muzeum regionalnym. Pogarszający się stan techniczny obiektu spowodował sprzedanie go w ręce prywatne i po gruntownym remoncie adaptowany został na luksusowy hotel, przy zachowaniu substancji zabytkowej i funkcji historycznych. Obecnie można się tam wyspać w pokoju 4-gwiazdkowym za cała fortunę, wypić herbatę za 10 zł, wziąć udział w letnich koncertach kameralnych czy Biesiadach Rycerskich, ale również obejrzeć z przewodnikiem zabytkowe wnętrza w zachowanym średniowiecznym stylu. My wybraliśmy herbatę i przewodnika.

Wieczorem najechali następni goście, w tym także nasi żeglarze, więc zorganizowaliśmy kolejne tańce i swawole przy kominku, napchani niemiłosiernie pyszną kaczką z jabłkami. O północy wypiliśmy zdrowie konia, co by tradycji stało się zadość.

Balangowe szaleństwa Zdrowie Konia

 

W sobotę parę osób wyjechało, natomiast pozostali wyruszyli do Mikołajek, by pobuszować na posezonowych  wyprzedażach  we wszystkich możliwych sklepikach i  sklepikach. Każdy coś tam zakupił, a prawie wszystkie dziewczyny nabyły żeglarskie skarpetki w biało-granatowe paseczki. Jako że „mała rzecz a cieszy” poprawiliśmy sobie tym humory i w przyjemnych nastrojach zaokrętowaliśmy się na stateczek wycieczkowy by odbyć ostatni rejs po Śniardwach. Trochę siąpiło na początku, ale potem wyszło słońce i rozkoszowaliśmy oczy błękitem nieba, bezkresem wody  i  niezliczona ilością  żagli po horyzont. Płynęliśmy leniwie  popijając herbatę z rumem i … niestety myśląc o powrocie. Bo wszystko dobre co się dobrze kończy.

Wycieczka statkiem po Śniardwach

 

Na podsumowanie należy powiedzieć, że nasze wczasy w siodle bez koni okazały się całkiem udaną imprezą, Miejsce i wygody w stacji hydrobiologicznej bardzo wszystkim odpowiadały,  również formuła aktywnego urlopu, niekoniecznie na końskim grzbiecie.  Świat jest piękny, pełen fascynujących miejsc i atrakcji. Warto czasem wyściubić nosa poza utarte ścieżki i poszerzyć horyzonty.

Ale w przyszłym roku będzie poważny dylemat do rozwiązania – co wybrać. Wszak z końskiego grzbietu nie zamierzamy schodzić.

Mamy na to jeszcze dużo czasu.

Ostatni rzut oka na Mikołajki

 

Tekst: Ewa Formicka
Fot. Ewa Formicka, Pani Zgaga, Hanka Olszowska i Jerry Falkowski
Zdjęcia e-redakcja podpisała na własną odpowiedzialność.

 

VII Rajd Bieszczadzki – impresje Ety, 2008

 

 No i po Jubileuszowym Rajdzie 2008 i już po przejściach

 

Wygląda na to, że im lepiej bawię się na rajdzie tym ciekawsze mam powroty do Wrocławia.  Jeśli czytaliście moje pierwsze wrażenia po moim poprzednim rajdzie dwa lata temu, to może pamiętacie jak entuzjastycznie się o nim wyrażałam, a mottem sprawozdania było „Hej, w prerii mieć dom….”.   A na koniec nasza fantastyczna podróż powrotna nie klimatyzowanym autobusem z Marycha, która też  już   pewnie znacie.

Trudno sobie to wyobrazić, ale tegoroczny rajd był lepszy.  Lepsza organizacja i zadbanie o Radowiczów, także o konie, lepsze konie, lepsze trasy i wręcz fantastyczny nastrój.  Na pewno pomogło, że mieliśmy dwóch mistrzów gitary i harmonijek ustnych.  Jeden to Wuja Wojt, którego nie musze zachwalać, wszyscy wiemy jakiej klasy jest to muzyk i człowiek. Drugi, Kazio, były gitarzysta Maryli Rodowicz, pojawił się pierwszy raz na Starokońskiej imprezie i bardzo szybko załapał o co tu chodzi.  Mieliśmy wiec wspaniale koncerty i podkłady muzyczne do naszych śpiewnikowych śpiewów.  Po świetnych jazdach, po przepysznym jedzonku, przy szampańskich (lub inno-alkoholowych) humorach, mieliśmy co wieczór konsolidującą imprezą. Mam nadzieje, że wyrażam zdanie wszystkich mówiąc, że rajd naprawdę się udał.

Po rajdzie postanowiłam tym razem nie wracać do Wrocławia, ale zabrać się z Jurkiem do Warszawy i tam parę spraw załatwić. Wcześniej umawialiśmy się, że przynajmniej pierwsza noc spędzę w Zalesiu a potem przeniosę się do koleżanki mieszkającej przy

Al. Jerozolimskich. Przed wyjazdem Jurek wspomniał o jakichś możliwych komplikacjach z noclegiem, ale będąc niepoprawną optymistką uznałam „możliwe” za nieistotne no i pojechaliśmy.  Oczywiście gdzieś w połowie drogi, przy pomocy komórki okazało się, że nocleg u Jurka w ogóle nie wchodzi w rachubę, owszem, cały autobusik Austriaków jest w drodze do niego i oczywiście będą nocowali. Tak więc „zupełnie naturalnie” (dla mnie w każdym razie) zwróciłam się do Hani Warszawianki, która jechała z nami, czy nie mogłaby mnie przyjąć na noc.  Biedna Hania najpierw przeżyła coś w rodzaju szoku, ale jak już się oswoiła z taką możliwością, to nie tylko mnie przyjęła, ale jeszcze okazała ogromną gościnność.  Zapędziła również swoich wspaniałych synów – o rany! Nie tylko przystojni i wysocy, ale na dodatek ogromnie sympatyczni.  Tyle, że za młodzi….  A wiec zapędziła tych synów do pomocy (głównie transport) w moich perypetiach.  No i tu zaczyna się opis perypetii.  Bo pewnie nikt z rajdowiczów nie zdawał sobie sprawy (ja zresztą też nie), że mieli miedzy sobą kryminalistkę, osobę poszukiwaną przez policję za przestępstwo gospodarcze.

Otóż mając perspektywę wożenia się z bagażem przez Egipt i Dubai, a potem tanim samolotem z Londynu (limit do 15kg bagażu) wysłałam wszystko co miało mi się przydać na rajdzie paczką do mojego brata we Wrocławiu. Włączając oczywiście bardzo starannie kompletowane przez dwa lata „stroje wyjściowe”. Paczka, owszem, przyszła, ale jak brat już podpisał że ją przyjął, to podsunęli mu papierek z Urzędu Celnego, że coś zostało z paczki wyjęte.  Na to mój brat poprosił o kopie tego papierka, co by mógł się wytłumaczyć przed siostrą, dlaczego czegoś w tej paczce brakuje.  Ponieważ mu odmówili, to skreślił swój podpis i w zamian podpisał papierek, że tej paczki nie przyjmuje..  Następnie napisał list do Poczty żądając wyjaśnień.  A potem został wezwany na Policje w celu złożenia zeznania na temat tej paczki.  Czy wiedział, że siostra wysyła, czy wiedział co wysyła, czy często takie paczki przysyła, a jak często siostra wyjeżdża za granice, a czy on często wyjeżdża za granice itp. W końcu dowiedział się że chodzi o kapelusz, który miał skore i zęby krokodyla, a to jest przemyt, że który obywatele Unii Europejskiej muszą ponieść należną karę.  Wiec nie tylko, że zostałam bez niczego na rajd, bo paczkę odesłali już z powrotem do Australii (nb. jeszcze nie doszła), ale jeszcze są trudności.  Toteż już   po rajdzie, będąc w Warszawie, postanowiłam wpaść do Urzędu Celnego i spróbować coś wyjaśnić. A tu powiedziano mi, że Proszę Pani, sprawa jest już  na Policji i podali mi numer mojej sprawy.  Na Policji pan posadził mnie naprzeciwko siebie i kazał cala historie kapelusza opisać własnymi słowami. Posłusznie powiedziałam dlaczego i po co, że to stary kapelusz i przewoziłam go już   kilka razy przez granice tam i z powrotem i nigdy nic nie było,  wiec dlaczego teraz.  „No bo nasi celnicy nareszcie się uczą”.  Pokazał mi też  paragraf gdzie stało, że do krajów UE nie wolno wwozić żadnych materiałów wskazujących na pochodzenie od zwierząt pod ochroną.  Krokodyle pod ochrona w Australii?!  Przecież to szkodniki i należy rzucać na nie uroki, a nie chronić.  A na kapelusze to mamy krokodyle hodowlane.  A  ma Pani dowód, że to z hodowlanego? No nie mam, ale też kupiłam go w czasach, kiedy takie dowody nikomu nie przychodziły do głowy.  A ma Pani dowód kiedy go Pani kupiła? No też  nie mam, ale przecież ten kapelusz to zwykła krowa i tylko wąski pasek jest z krokodyla. Może i wąski, ale 45cm długi i do tego dochodzi 5 małych kłów.  No tak, bo gdybym zabiła dużego krokodyla, to może byłaby to przynajmniej jakaś chwała, a tu przecież najwyraźniej jakieś ‘baby’.  W takim to duchu przebiegała nam rozmowa i przyznam, że prawie zaprzyjaźniliśmy się z Panem Policjantem.  Na imię miał Artur. Poskarżył mi się, że nie po to poszedł do Policji, żeby walczyć z kapeluszami, tylko żeby łapać przestępców, a ja mu tu na przestępcę nie wyglądam. Zgodziłam się z nim skwapliwie.  Niemniej sprawa została założona i on musi spisać protokół. Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców, nazwisko panieńskie matki, kolor oczu, kolor włosów, wzrost i waga, znaki szczególne, obywatelstwo, adres w Polsce, adres w Australii, telefony itp.  W pewnym momencie powiedziałam, że czuję się tak, jakby mi za chwile mieli zrobić zdjęcie z profilu pod ściana.  Na to usłyszałam, że gdyby to miało miejsce dwa lata temu to nie tylko zrobiliby zdjęcie, ale jeszcze wzięli odciski palców  – ale na szczęście ten wymóg znieśli.  Zaczęłam się zastanawiać, czy może wsadzą mnie do aresztu. Spisaliśmy też moje zeznanie, czyli jeszcze raz wszystko od początku i musze przyznać, że pan Artur bardzo mi pomagał żeby miało wygląd profesjonalny, a ja żebym wyszła na niewinną.  Niemniej jak poszedł zadzwonić do pani Prokurator, żeby zapytać co mi najprawdopodobniej grozi, to wrócił z pytaniem: „Szczoteczkę do zębów Pani ma przy sobie?”  Tym mnie zaskoczył, ale zaraz się roześmiał i powiedział: „ Sześć miesięcy w zawieszeniu na dwa lata i 1000 złotych grzywny”. Też nie najlepiej, ale najpierw musi się odbyć sprawa, a w międzyczasie mogę opuścić kraj.  W razie czego maja mojego brata.  I w tym to przyjacielskim duchu rozstaliśmy się z panem Arturem – on życząc mi umorzenia sprawy, a ja życząc mu awansu na łapacza przestępców.  Jak mnie zasądzą, to wpiszą mi to do akt i jako kryminalistka nie będę mogła w Polsce dostać pracy.  To może ja już zostanę w tej Australii?

A skoro mowa o Australii to przypominam o mojej ofercie zorganizowania rajdu (i nie tylko) u siebie.  Zaproszenie rozszerzam na inne kraje strefy Akajotowej, proszę, zjeżdżajcie do Australii.  Rajd odbędzie się w przyszłym roku (2009) w kwietniu lub październiku, bo to najsympatyczniejsze miesiące. Wkrótce prześlę wstępne informacje i kosztorys, ale już   możecie zacząć się  przygotowywać.  Na razie choruje, bo gdzieś złapałam półpasiec i trochę mnie pomęczył, ale pomału dochodzę do siebie.

Serdeczności – do usłyszenia –Eta

VII Rajd – prawdziwie bieszczadzki 2008 – Kronika

 

 

„VII RAJD – prawdziwie bieszczadzki”

Ewa Formicka

 

Piątek – Przyjazd

Rajd roku 2008 można by nazwać rewolucyjnym, gdyż wszystko do czego nawykliśmy przez ostatnie 6 lat uległo zmianie. Pewne kanony zdawały się być wieczne, a tu nagle wszystko inaczej. Primo – nie pojechaliśmy (z różnych powodów) do Odrzechowej lecz dalej na wschód, w same Bieszczady. Drugie primo – rajd odbyliśmy na dużych koniach, co wydawało się kiedyś niemożliwe. Trzecie primo – nie było ani jednego upadku z tychże, rzecz całkiem nie do pomyślenia. Była co prawda jedna ewakuacja z konia „na wszelki wypadek” i dla odczynienia gorzałka upadkowa została uiszczona, ale trudno to nazwać upadkiem. Tak czy owak tradycji stało się zadość.
Naszym nowym organizatorem był Józek z Sanoka, dysponujący własnymi końmi i działający jako prywatna instytucja. Rajd zaczęliśmy we wsi Berezka niedaleko Zalewu Solińskiego w piątek 20 czerwca, a skończyliśmy w niedzielę 29 czerwca po śniadaniu. Dojechali kowboje w osobach: po raz siódmy szeryf Heniu, Formisia, Jurek medialny, Renia i Andrzej, po raz szósty Zgaga i wuja Woyt, po raz piąty Marycha i Hania Warszawianka, po raz czwarty Jola i Majka, po raz drugi Lalucha, Eta i Ewa Gdańszczanka, po raz pierwszy Kazio i źrebaki Rafał i Adaś.
Zameldowaliśmy się w eleganckim pensjonacie „Karino, każdy dostał wymarzoną „dwójkę” z wygodami, a wyszynk był całkiem niesamowity i od razy zapowiadał popuszczanie pasa. Wieczorem zasiedliśmy do suto zastawionego „szwedzkiego stołu”, okraszonego smażonymi pieczarkami i plackami ziemniaczanymi ze śmietanką. Poznaliśmy Józka i jego prawą rękę Magdę, oraz powożących wozem taborowym Artura i Ewelinę. Gdy złapaliśmy oddech po ciężkiej podróży i niemożliwie napchaliśmy brzuchy, ruszyliśmy asystować przy karmieniu koni, które pasły się za domem. Całe stadko przygnało zaraz zwabione dźwiękiem wiader, a Józek przedstawił to towarzystwo i spontanicznie doszło do przydziału koni. Wracaliśmy do pensjonatu usatysfakcjonowani, gdyż każdy dostał to o czym marzył. W rajdzie wzięło udział 9 koni plus prywatny Magdy. Były to: pełnej krwi angielskiej Berdanka, czystej krwi arabskiej Egibar, oraz małopolskie Gloria, Gaskończyk, Walkiria, Basior, Bojar, Czakram, Indefiks i Magdy Ładny. Wóz pociągnęły Szaman i Basia.
Uspokojeni zrobieniem dobrego interesu i obstalowaniem najlepszego konia z możliwych, rozpoczęliśmy rajd po Bożemu: zagrały gitary, popłynął gromki śpiew i „woda ognista”, a śmiech niósł się po wsi do późnych godzin nocnych.

 

Sobota – Pierwszy dzień

W sobotę nie było żartów,  należało swój wybór skonfrontować z rzeczywistością – to jest odłowić mustanga, wyrychtować i dosiąść. Do południa pojechało na konfrontację  8 osób,  po południu  pozostali.  Celem wycieczki była nieistniejąca wieś Bereźnica Niżna i jezioro Myczkowskie. Droga wiodła kręto zaroślami  wzdłuż potoku o tej samej nazwie,  jechaliśmy przez gąszcz wierzby, olchy i starych drzew owocowych. Od czasu do czasu Józek pokazywał w krzakach mało wyraźne podmurówki domów i resztki piwnic. W latach międzywojennych było tu ponad 30 domów, teraz  na starym cmentarzu zachowało się kilka nagrobków, a na gałęzi drzewa ktoś  zawiesił lustro.  Dolina  jest dzika i malownicza. Gdy poprzez gałęzie drzew  zobaczyliśmy połyskującą taflę jeziora, zawróciliśmy z powrotem. Wycieczka trwała w obie strony 2 godziny. W drodze powrotnej spotkaliśmy wóz z resztą ludzi, który  dojechał dokąd się dało i także zawrócił.

Po południu w to samo miejsce pojechała II grupa, a ci co nie pojechali wierzchem, wybrali się nad Solinę zażyć kąpieli. Przypadkiem załapali się na rejs statkiem po jeziorze,  więc wrócili  pozytywnie naładowani.  Wieczorem pojedliśmy kulebiaku z barszczem, nie licząc całej masy półmisków  wędlin i sałatek,  posiedzieliśmy przy piwie. Biorąc pod uwagę, że  konfrontacja z końmi  była owocna i satysfakcjonująca,  wszyscy  nakręcili się pozytywnie i rano można było ruszać w bieszczadzkie ostępy.

 

Niedziela- Do Baligrodu

Rano po śniadaniu jak zwykle szeryf zarządził  kto jedzie na I grupę, a kto na II. Ponieważ większość zawsze wolała na I, wiec szeryf dzielił po uważaniu, a najlepiej było siedzieć koło niego i pchać się łokciami. 

Trasa rannej grupy była bardzo malownicza i urozmaicona, ale drugiej również. Każda grupa dokonywała codziennie odkrycia, że ich trasa była lepsza i w ogóle   najlepsza  na  całym rajdzie.

I tak ranni pojechali chwilę asfaltem do Woli Matiaszowej, potem kolorowymi łąkami pełnymi margaretek łagodnie pod górę, galopując po nich ku wielkiej uciesze. Widoki były pyszne, a pogoda zamówiona. Wjechaliśmy do lasu i dotarliśmy do fermy hodowlanej jelenia karpackiego, oglądając z daleka nie małe stadko. Osiągnęliśmy Wierchy (635 m), a jadąc dalej zobaczyliśmy w oddali główne Połoniny i odbyliśmy sesję zdjęciową. Wjechaliśmy na teren Ośrodka Edukacji Leśnej i jakiś czas snuliśmy się wzdłuż szkółek modrzewia, dębu, świerka, klonu. Dalej droga wiodła przez stary las bukowo –  jodłowy z domieszka modrzewia i sosny,  było  sennie i wspaniale chłodno, a konie deptały łany storczyków rozsianych na wątłej ścieżce. Plątanina ścieżek  mizerniała i ginęła w czeluściach lasu, aż w końcu zapętliliśmy się w gąszczu gałęzi bez wyjścia, drapiących po twarzach i rękach. Adrenalina podskoczyła, ale Józek przyjął właściwy azymut, więc w końcu dotarliśmy do celu, czyli miejsca popasu ponad wsią Bereźnica Wyżna.

Dojechał wóz z roześmianą resztą bandy, także nasz samochód dostawczy z kuchnią polową i jedzeniem,  toteż  w dość szybkim czasie pałaszowaliśmy fasolkę po bretońsku,  dokładając wiele razy.  Konie powiązaliśmy do  drzew i krzaków,  a sami na końskich derach, znowu z pełnymi brzuchami, zalegliśmy w wysokiej  trawie.  Ten i ów zasnął głęboko, innym gryzące niemiłosiernie mrówki nie pozwoliły na najmniejszą drzemkę.  Wkoło roztaczała się bajkowa panorama, łąka pachniała, że aż w nosie kręciło, a kwiatów nikt by nie zliczył. Szczególnie dwa monstrualne  storczyki wzbudziły wielki zachwyt i zostały uwiecznione na taśmie filmowej. Oceniono je na dactylorhiza maculata.

Trasa liczyła po ok. 2 godziny, a na popasie także posiedzieliśmy ok. 2 godzin. Zrelaksowaniruszyliśmy dalej, a celem był ośrodek wypoczynkowy pod Baligrodem. Grupa konna znowu błądziła niemiłosiernie,  forsując dziewiczy teren i polegając na nosie przewodnika stada. Nos ten działał bez zarzutu, więc wszelkie pobłądzenia miały  zawsze  pozytywny finał.

Wozowych, nasączonych  rozmaitymi trunkami,   dopadła wena twórcza i posuwając się do przodu piękną, leśną drogą, tworzyli. Dzieło miało dotyczyć tego co się zdarzyło do tej pory na rajdzie, jednak czy to weny było za mało, czy trunków za dużo,  czy  też za mało cierpienia, a za dużo wesołości – dość, ze dzieło nie powstało. Jechaliśmy po dość dużej stromiźnie w dół, a że z hamulcami było nie najlepiej i trzeba się było posiłkować starą opną podkładaną pod tyle koło, więc problem hamowania zdecydowanie  wenie przeszkadzał.  Rozbawieni dojechaliśmy do Baligrodu, gdzie zakotwiczyliśmy w przydrożnej knajpie, by…. wypić piwo.  Sącząc chłodny trunek w przyjemnie chłodnym miejscu wzmożyliśmy wysiłek twórczy, ale nic to nie dało.  Potem się okazało, ze grupa I wozowa także tworzyła w czasie swojej zmiany i osiągnęli rezultat całkiem interesujący. Ale o tym potem.. W każdym razie Renia miała niezły ubaw, uczestnicząc w konspiracji każdej z grup, jako że tworzenie odbywało się w tajemnicy przed pozostałymi.

W bardzo wesołym nastroju dotarliśmy do ośrodka Visan, na pograniczu osady Bystre i nieistniejącej wsi Rabe.  Jak to już było do końca, dla koni wytyczono i ogrodzono przenośnym ogrodzeniem tymczasowe pastwisko wśród lasu, a my ruszyliśmy szturmem łapać pokoje. Niby były obiecane dwójki, ale nigdy nic nie wiadomo.  Część ludzi  załapała się na pokoje z łazienkami w pawilonie, a część w domkach kampingowych. Standard ośrodka był  dobry, więc nikt nie narzekał. Po obiedzie, również nie budzącym żadnych uwag i jak zwykle za obfitym,  odsapnęliśmy chwilę, by wieczorem spotkać się przy ognisku  pod wiatą, obowiązkowo w strojach organizacyjnych. Każdy  tam dotarł  z jakimś trunkiem pod pachą. Gdy tylko ogień buchnął, popłynął nasz wyjątkowo gromki śpiew.  Przerobiliśmy ze dwa śpiewniki, a dwie gitary cięły jak szalone.  Gdy atmosfera dojrzała, wyszła na „scenę” grupa pierwszo-wozowa i odśpiewała swoje wypociny. Wypociny okazały się być nie lada arcydziełem na temat naszego medialnego Jurcysia, który w czasie rajdu ciężko pracował i nakręcał  film.  Woził  samochodem straszne ilości  profesjonalnego sprzętu i ustawiając się w wiadomych miejscach na trasie, a także na postojach i ogniskach,  kręcił i kręcił.  Tym samym przejdziemy do historii, obojętnie, czy zobaczymy  efekty czy nie. Ktoś z rodziny na pewno zobaczy.  Ale także Jurcyś przejdzie do historii, gdyż zaistniał w  rajdowej balladzie. W trakcie wieczoru intensywnie mieszaliśmy trunki,  więc wesołość rosła i rosła. Dziewczyny coś tam odtańczyły, pojawiły się nawet nie wiadomo skąd dwie wiedźmy w kolorowych perukach, które także odtańczyły szamańskie hołubce. Nasi dwaj gitarzyści, Wuja i Kaziu, którzy wcześniej poćwiczyli na osobności, dali niesamowity popis bluesa, aż ciarki szły po plecach. Dziewczyny spontanicznie stworzyły chórek i sekcję rytmiczną w jednym wydaniu, a rejwodziła Marycha. Wszelkie próby zaprzestania działalności gitarowo-bluesowej były kwitowane groźbą reklam. Bawiliśmy się świetnie, ale ponieważ od rana czekała kolejna trasa, więc w końcu zakończyliśmy tą zabawę i poszliśmy spać.

Poniedziałek – Żebrak i Wagabunda

Tego dnia ruszyliśmy do Woli Michowej, do „Latarni Wagabundy”, znanej nam sprzed 2 lat.  Od rana było upalnie i duszno, a trasa wiodła co prawda lasem, lecz  po szutrowej drodze, w całkowitym odkryciu. Konie i wozy jechały tak samo, po ok. 2 godziny każda  zmiana. Początkowo był to stary asfalt,  którym od czasu do czasu przemykały ogromne ciężarówy  wożące drzewo. Za każdym razem wzbijały tumany kurzu, co w niemiłosiernym upale mocno dokuczało. W końcu  skończył się pseudo asfalt i zniknęły leśne czołgi, ale  zaczęły się smolarnie pracujące pełną parą. Stojące powietrze  przeniknął zapach palonej smoły. Jechaliśmy tylko stępem, gdyż inaczej się nie dało. 

Przez dłuższy czas posuwaliśmy się po terenie nieistniejącej wsi Rabe wzdłuż ściany lasu, a w jedynym prześwicie zobaczyliśmy jak na dłoni dostojną Chryszczatą (997 m).. Droga zrobiła się mocno stroma, koniska mimo stępa spociły się jak szczury. Po nie camiędzy drzewami łych 2 godzinach osiągnęliśmy Przełęcz Żebrak (816 m),  gdzie zaplanowano postój. Powiązaliśmy konie do drzew w gęstych zaroślach, porozkładaliśmy na trawie koce (robiące za derki) do wyschnięcia. Nadjechała kuchnia i po chwili wcinaliśmy pyszny bogracz, znowu nakładając wiele razy. Na przełęczy istniał mocno zdezelowany punkt biwakowy, składający się z desek będących kiedyś ławkami. Poza tym rosła jak wszędzie wysoka trawa, w której storczyk podkolan biały zaglądał nam do talerzy. Pousiadaliśmy na deskach lub trawie, gdzie się dało, a miły chłód regenerował siły.

Gdy wszyscy odpoczęli, a szarość nieba zaczęła się podejrzanie zwiększać, ruszyliśmy w dalszą drogę. Od przełęczy droga wiodła zdecydowanie i stromo w dół. Heniu jako jeden z głównych hamulcowych powiesił się na hamulcu, a reszta załogi  wozu znowu przystąpiła do  działalności twórczej, znowu z mizernym skutkiem. W końcu zaczęło lać, a w dali zobaczyliśmy błyskawice.

Grupa konna odłączyła się od wozu i pojechali czerwonym szlakiem na szczyt Jawornego (992 m), zakosami w miarę możności, gdyż było dość stromo. Po osiągnięciu szczytu okazało się, ze szlak grzbietowy jest zasłany skalnym rumowiskiem, więc trzeba to było jakoś omijać, a nie zawsze się dało.  Czakram  usiłował przeskakiwać bloki skalne, a z boku straszyła dość spora stromizna. Do tego trzeba dodać mrok na szczycie  i słyszaną w dali burzę, co dodawało grozy i podnosiło adrenalinę.  Jazda w dół nie poprawiała nastroju, gdyż było ślisko na błocie i liściach, a  w końcu  zaczęła się  ulewa i nieźle kowboi zlała.  Na otarcie łez dobili w końcu do łąki na dole,   gdzie  pojawiło się na chwilę słońce i można było odbyć sesję foto. Odbył się  też krótki galop,  a nadmiar wrażeń  skwitowała Berdanka nagłym położeniem się w  trawie, bez „dania racji”, tak że Adaś ledwo uskoczył i uchronił swoje kończyny. Atrakcji dopełniła  kolejna ulewa towarzysząca  jeźdźcom do samego celu.  

A celem był „przewrócony wieżowiec”,  czyli  „Latarnia Wagabundy” w Woli Michowej.  Wszyscy przyjechali zmoczeni i zmęczeni, mniej lub więcej. Żeby dopełnić czary goryczy, nie czekały tym razem „dwójki”, więc było trochę zamieszania z pokojami. Przećwiczyliśmy to nie raz. Jakoś w końcu  uporaliśmy się z tematem, wymuszając więcej pokoi niż się należało.  Mimo standardu głęboko PRL-owskiego  była wszakże ciepła woda w kranach, więc był to miód na rany. Zaraz odbył się szturm na prysznice. A potem to już sama frajda – smaczny obiadek pod wiatą nad rzeką (Osława), nasz znajomy Kiju (szef schroniska) polewający tokaj ze swojego gąsiorka, ciepło, sucho i wesoło. Tyle …że do czasu . Po raz kolejny przyszła  wielka ulewa, tym razem z gradem  jak orzechy, po której  zrobiło się zimno i mokro. Zacinało z każdej strony i nie dało się nosa wyściubić. Staliśmy pokurczeni pod wiatą nie widząc co zrobić, aż tu nagle pokazała się filmowa tęcza i wszystko osłodziła. Kolejny dzień rajdowy dobiegł końca, poszliśmy grzecznie spać..

 

Wtorek – „Cuda, wianki”

Od rana pogoda była jak zamówiona, więc ochoczo ruszyliśmy dalej.  Konni z „Latarni Wagabundy” wspięli się kolorowymi, widokowymi łąkami na malowniczą połoninkę, po której odbył się dość intensywny galop. Potem w trawie sięgającej   końskich brzuchów  zjechaliśmy na dół do  malowniczej wsi Maniów. Cieszył oko widok   licznych,  starych chałup, sprzed nosa czołowego konia wyfrunął nagle  czarny bocian, a z krzaków wyskoczyła  dorodna łania. Przecięliśmy  szosę relacji Komańcza – Cisna i starą drogą równoległą do szosy, wzdłuż  Osławy,  zmierzaliśmy do przodu – czasem kłusując, czasem galopując, gdy tylko się dało. Droga była jednak bardzo błotnista, pełna głębokich kolein  wypełnionych wodą, a gałęzie nieraz dawały „po buzi”. Ponownie przecięliśmy szosę i bardzo stromym zjazdem ścięliśmy asfaltową serpentynę  w okolicy Przełęczy Przysłup (749 m),  by dotrzeć do miejsca popasu pod Żubraczem.  Za chwilę dojechał wóz  i samochód z kuchnią, więc głodni i w  komplecie rzuciliśmy się na bardzo szybko zaserwowaną zupę gulaszową.

Na miejscu postoju trawa się gała pasa i była mokra po deszczu, a już szykował się następny deszcz.. Nie za bardzo się dało posiedzieć, więc po dość krótkim popasie przystąpiliśmy do zwijania obozu. Przyszła siąpawka, więc powyciągaliśmy peleryny.  Tuz przed wyruszeniem w trasę  okazało się, że Berdanka zgubiła podkowę, najwyraźniej zostawiła w  błocie, którego tego dnia było w nadmiarze..  Józek z Arturem ekspresowo okuli klacz i  podróżowaliśmy dalej.

Siąpawka szybko ustąpiła, wyszło słońce i okrasiło piękny świat dookoła. Wozowi zatrzymywali się co rusz, gdyż do celu było  nie daleko,  a wkoło wszystko nęciło.: a to  lody w przydrożnym barze, pełnym wierzbowych zwierzątek, a to ikony w  galerii w Cisnej, a to duperele w dwóch innych galeriach w Cisnej.   No i wreszcie słynna „Siekierezada” w Cisnej, której nie wolno ominąć. Wystrój knajpy jest niesamowity, w każdym stole wbite siekiery., wszędzie mnóstwo diabłów i różnych niezwykłych akcesoria. Korzystaliśmy więc z uciech tego świata, opiliśmy się piwem w „Siekierezadzie”,  nabyliśmy pokaźną ilość dupereli i  bez pośpiechu  kontynuowaliśmy podróż,  by w końcu  dobić  do celu.

A celem był kultowy „Cień PRL-u”  w Dołżycy.  Tutaj  planowaliśmy  puścić wianki do morza, mimo, ze z jedno-nocnym poślizgiem. Miejsce wydawało się „na niuch” lepsze niż wcześniejszy kurort,  a poza tym  gnał z Ameryki Jerry Jankes na tą niepowtarzalną imprezę, a szybciej nie był w stanie przygnać.

„Cień PRL-u”  miał wszelkie atrybuty adekwatne do nazwy. Pokoje zamykane na kłódki, lub klamki, które odpadały. Woda w kranach   zimna,  określona przez  szefostwo jako „złamana”..
 Na ścianach  Lenin, Gomułka, Rokossowski i tym podobni faceci, dekoracji ścian dopełniały emblematy ZSMP, szyldy ulic znanych komunistów,  itp. Łazienki posiadały tylko co niektóre pokoje, te dla przodowników pracy. Wystrój pokoi i łazienek  odpowiedni do minionej epoki.

Jakoś tam opłukaliśmy się w zimnej wodzie i baby ruszyły na zbiór kwiatów, jako że chłopaki nigdy się za tym procederem nie parały.  A kwiatów w całych Bieszczadach był dostatek, łąki pękały w szwach od margaretek, wszelkich dzwonków, jaskrów, firletki, ostrożeni i całej masy innych. Naplotłyśmy więc wianków ile trzeba i powkładaliśmy je na głowy do obiadu, choć każdy ważył nie mało. Po obiedzie przenieśliśmy się pod wiatę, gdzie zapłonęło ognisko i gdzie rozpoczęła się prawdziwa orgia – jak na obrzędy świętojańskie przystało. Były śpiewy  pełną piersią, koncert bluesa,  tańce zwyczajne i z pochodniami, solo Ety. Eta przez wszystkie dni nie dawała za wygraną i tak długo rodziła w bólach, aż urodziła „Pieśń do szeryfa”. Nie trzeba nadmieniać, że dzieło jest z górnej półki, a myślą przewodnią jest zachwyt nad życiem rajdowym jako przeciwwaga dla pomysłów spędzania wczasów np. na Teneryfie. Jerry wielce spóźniony dotarł ostatecznie na balangę,  dostał wianuszek i nie jednego karniaka. Na wstępie  podlizał się szeryfowi koszulką zza oceanu, co sprowokowało szeryfa do striptizu, celem przywdziania rzeczonej koszulki i zademonstrowania ogółowi. Striptiz odbył się przy wielkim aplauzie całej „sali”,  więc już  tylko krok był od zatańczenia na rurze – co dla szeryfa nie jest  żadnym problemem i nowością. Wesołość była wielka, ale w końcu północ wybiła i po wypiciu zdrowia konia ruszyliśmy nad Solinkę  dokonać  obrzędu. Ciemności egipskie i dość karkołomne zejście do rzeki stanowiły poważne zagrożenie dla naszych kończyn, ale co tam,  wianki muszą popłynąć.  Zadanie wykonaliśmy dzielnie, a wartki nurt rzeki porwał  wianki w oka mgnieniu i nie ma najmniejszych wątpliwości, że od tej pory wszyscy będą bardzo szczęśliwi. Tak jak zresztą są  od kiedy wianki puszczamy. Tegoroczna zabawa była tak przednia, że po puszczeniu wianków nikt nie myślał o spaniu, wróciliśmy pod wiatę i bawiliśmy się dalej.  Trwały śpiewy, tańce i  ogólna  wesołość.

 

Środa – Ciuchcia bieszczadzka

Rano po śniadaniu był czas wolny, gdyż o godz. 12.00  mieliśmy zabukowaną kolejkę bieszczadzką i  wyprawę w nieznane. W międzyczasie każdy robił co chciał, a  specjalna  komisja ruszyła nad rzekę celem sprawdzenia, czyaby któryś wianek nie daj Boże nie pozostał, zawieszony na gałęzi.  Wizja lokalna dała rezultat pozytywny.

O 12.00 w strojach bardzo organizacyjnych pojechaliśmy „cieniobusem”   do wsi Majdan,  skąd kursuje słynna bieszczadzka ciuchcia.  Turystów chętnych do podróży było mnóstwo, tak że zrobiło się trochę zamieszania z miejscami. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło i  ruszyliśmy w drogę. Wyprawa ciuchcią to wielka frajda. Kolejka przemierza dzikie i odludne ostępy wzdłuż biegu rzeki Solinka, doliną pomiędzy Berdem (11041 m) a Matragoną (990 m). Dociera do nieistniejącej wsi Balnica na granicy ze Słowacją, po czym zawraca. W Balnicy jest teraz osada leśna z 7 mieszkańcami i sklepik z potravinami. W sklepiku najedliśmy się lodów  i zupy chmielowej, po czym wróciliśmy do wagonu. Jeszcze przed wejściem do środka cyknęliśmy wspólną fotkę i wtedy rozwiązał się worek z chętnymi do  zdjęcia z nami. Co rusz ktoś podchodził i pytał, czy może się z nami sfotografować, starzy i młodzi. Staliśmy więc cierpliwie w szyku,  niektórzy siedzieli n                a ziemi, dopóki ostatni chętny został usatysfakcjonowany.    

Po powrocie do „PRL-u”  nawcinaliśmy się pod wiatą bigosu i za chwilę ruszaliśmy do następnego „przystanku”  w  tej  rajdowej przygodzie,   jakim  była  cerkiew w Ropience.    

Łopienka to nieistniejąca wieś  u stóp Łopiennika, po której nie ma śladu, za wyjątkiem okazałej i dobrze utrzymanej cerkwi. W XVIII i XIX w. wieś była największym w Bieszczadach ośrodkiem kultu maryjnego, na lipcowy odpust przybywało tam do kilkunastu tysięcy ludzi. Przed wojną liczyła ponad 40 domów, mieszkańcy byli różnej narodowości. Po wojnie  wszystkich wysiedlono, a cerkiew niszczała aż do roku 1992, kiedy zaczęto ją remontować. Wyprawa do Łopienki robi duże wrażenie, gdyż jest to miejsce całkowicie odludne –  jechaliśmy zarówno końmi jak i wozem po ok. 2 godziny w jedną stronę nie widząc ludzi ani ich sadyb  –  aby w  końcu dotrzeć do tak dobrze wyglądającej budowli. 

Było późne, letnie popołudnie, długie cienie na trawie, cisza,  spokój i pustka, szalony świat gdzieś za górami, za lasami… Spędziliśmy tam zaczarowane chwile. Konie powiązane do krzaków  chrupały soczystą trawę, my snuliśmy się wkoło,   zaglądając do środka i medytując pod Chrystusem Bieszczadzkim,  lub przysiadając  pod starą lipą  rosnącą obok  i wdychając jej aromaty.  A poza tym to  wszystko dookoła  pachniało i nie chciało się wracać. 

Ale głód robił swoje, a do domu daleko. Wróciliśmy na obiad dobrze po 20.00, a do jedzenia dostaliśmy  pyszny smażony ser z oprawą, nie mówiąc o zupie. Po obiedzie chłopcy zasiedli przed telewizorem, gdyż był Bardzo Ważny Mecz. Dziewczyny już się poniekąd przyzwyczaiły do takich ekstrawagancji, więc obyło się bez incydentów typu dąsy. Niektóre nawet też zasiadły.

 

Czwartek – Śniadanie na trawie

Tego dnia  miejscem docelowym było schronisko górskie na Jaworzcu. (605 m). Obie grupy miały trasę mocno urozmaiconą, ze sporą ilością galopu, po ok. 2,5 godziny jazdy.  Pierwsi konni pojechali najpierw lasem, poprzez pasmo Ryczywół,  błotnistymi ścieżkami, raz w górę, raz w dół, chwilami drogą szutrową. Wyjechali na malownicze łąki, narobili zdjęć, pogalopowali. Potem po torach starej kolejki wąskotorowej  leniwie człapali w stronę Przysłupia i dalej łąkami do postoju w Stzrębowiskach. Błota był dostatek, bo jak ktoś scharakteryzował Bieszczady, jest to miejsce gdzie: dominuje: „…wszechobecne błoto, ciężkie, gęste, nieustępliwe, panoszące się zielsko…”. Tak, zdecydowanie dużo mieliśmy tych atrybutów.

W tym czasie  na wozie  było jak zwykle  bardzo wesoło,. Robiliśmy  mnóstwo  zdjęć,  jednak co chwilę  wyrywał się jęk: „o nie, wyszła moja druga broda”, lub „jeszcze jedno proszę, tutaj widać garbaty nos”, albo :”tyle zmarszczek? Skasować proszę”. Pękaliśmy ze śmiechu i rzeczywiście, większość fotek poszła do kasacji. No cóż, zbyt wysoka technika…

Na planowanym postoju w Stzrębowiskach, na posesji u „Zbója”,  zaplanowane było śniadanie na trawie. Gdy tylko rozsiodłaliśmy konie i opędziliśmy pierwszy głód zaserwowanym żurkiem z jajkami i kiełbasą, przywdzialiśmy bieliznę organizacyjną i nakryliśmy trawę.  Renia ze Zgagą zadbały o to, aby nie zabrakło obrusów,  koszyka pełnego butelek wina, serów i  ciast.  Były wina czerwone i białe, a ciasto drożdżowe specjalnie nam upieczono. Sery ozdobiłyśmy polnymi kwiatami, znalazły się nawet kieliszki. Przy pięknej pogodzie zasiedliśmy do spożywania, a wszystko było przepyszne. Dookoła snuły się luzem nasze mustangi, w dali jak na dłoni widać było główne pasmo Bieszczadów od Smreka, poprzez Połoninę Wetlińską, Caryńską, po dalsze wzniesienia. Siedzieliśmy na tej trawie mocno rozleniwieni, ale czas płynął nieubłaganie, a droga czekała daleka. Więc ponownie wskoczyliśmy w stroje podróżne i ruszyliśmy dalej.

Grupa konna pojechała najpierw drogą szutrową wśród lasu i szpaleru storczyków, aż do rozległych łąk  z panoramą połonin bieszczadzkich na wyciągnięcie ręki.  Cieszyliśmy oczy i robiliśmy zdjęcia. Nie wiadomo skąd pojawił się „Zbój”  i przeprowadził nas przez krzaki i chaszcze bez żadnej ścieżki do torów starej  kolejki, a torami do wsi Kalnica. Tam nas zostawił i wrócił do domu.

Galopowaliśmy poboczem szosy, potem nasypem nad łąkami, by w końcu dotrzeć do Wetliny i napoić spragnione konie. Przeprawiliśmy się przez płytką stosunkową Wetlinę i bardzo dziurawą i błotnistą drogą wzdłuż rzeki posuwaliśmy się do przodu, galopując niemal co chwilę. Galopy przerywały gwałtownie pojawiające się kolejne głębokie grzęzawiska lub zwalone drzewa. W końcu zaczął się stromy podjazd pod schronisko na Jaworzcu.

Podjazd pod schronisko był na tyle stromy, że samochód dostawczy nie mógł tam podjechać. Nasze bagaże przewoził więc na pewnym odcinku wóz konny,  a manewry te wymagały nie lada kunsztu. Hamulce z trudem wytrzymywały zjazdy w dół, a wykręcenie także  było niezłą ekwilibrystyką. Artur poradził sobie doskonale, ale  ci, którzy brali w tym udział, dość znacznie podnieśli sobie adrenalinę.

W wysokiej trawie ponad schroniskiem powstało w oka mgnieniu ogrodzenie dla koni, a my mogliśmy  wykonać szturm na pokoje. Bo jak to w schroniskach  bywa, dwójek tam nie było. Nie było też prądu i nie wolno było chodzić w butach. Na najwyższe piętro wchodziło się niemal po drabinie, bardzo wąskiej nota bene. Wtarganie tam ciężkich toreb nie każdemu się udało, niektóre bagaże lokatorów najwyższego piętra zostały  niżej. Łazienki natomiast  były na poziomie piwnicy, więc chodzenie po ciemku  od piwnicy po dach było nie lada wyzwaniem.

Jeszcze za jasności dostaliśmy dobry obiad i do zmroku snuliśmy się tu i tam, chłonąc czar tego miejsca. Bo mimo niewygód sceneria wokół była całkiem bajkowa. Niezwykłe widoki,  pustka, aromaty pełni lata, fantastyczne światło przedwieczorne. Tutaj czuło się smak prawdziwej przygody.  

Na chwilę jednak  ten czar prysnął,  gdyż  czyjaś kolejna wizyta u koni ujawniła makabryczne odkrycie: Basior stał  w trawie z łbem całym we krwi, jego szeroka,  biała zazwyczaj łysina miała kolor intensywnie czerwony. Wyglądał jak oskalpowany koń Indianina. Przyniesiono wiadro wody i po umyciu rany okazało się, że nie jest tak źle. Koń skaleczył się gdzieś na sęku, ale rana nie była poważna  i nie zagrażała życiu. Ani zdrowiu.

Wieczorem podjechał zamówiony „cieniobus”, co było ukartowane i nasi chłopcy  pognali do „Cienia PRL-u” na kolejny Bardzo Ważny Mecz. Oczywiście do samochodu musieli kawał drogi zejść na pieszo, a potem w nocy wejść z powrotem na górę. Ale co się nie robi dla Bardzo Ważnego Meczu.

Dziewczyny zostały same i po zmroku rozsiadły się  na schodach  na pogaduchy.  Te siedzące wyżej piły koniaczek, te siedzące niżej piły białe winko, po  jakimś czasie nastąpiła zmiana. Nad głowami latały robaczki świętojańskie i  oświetlały  to wieczorne party.

Party kontynuowałyśmy potem w schronisku, gdyż zrobiło się chłodno.  Pogaduchy dotyczyły wspomnień z dzieciństwa i były to niezapomniane chwile. Spędziłyśmy naprawdę uroczy wieczór.

 

 


Piątek – Zamykamy pętlę

Od rana była okropna duchota, wróżąca kolejne opady. Odłowiliśmy konie i ruszyliśmy w drogę. Znowu był kołowrót z przewożeniem wozem bagaży do samochodu, zmiana wozowa część lżejszych bagaży znosiła na dół w ręku. Artur zmajstrował dodatkowy hamulec, bez którego  ten dzień mógłby mieć nie wesoły finał.  Nawiasem mówiąc hamulec ten później  został całkowicie „zajechany”, ale najpierw świetnie zdał egzamin przy dużych stromiznach i ostrych zakrętach. 

Konni natomiast zjechali na dół i napoili konie w Wetlinie. Jechaliśmy  wzdłuż Wetliny, raz lewym, raz prawym brzegiem, szukając lepszej drogi, ale żaden wariant nie był lepszy. Było grząsko, ślisko i dziurawo. Zrobiło się gorąco, deszcz nie nastał. Dotarliśmy w końcu do drogi szutrowej, jadąc raz zaroślami, raz lasem. Droga  zaczęła się znowu wznosić, Wetlina zostawała w dole, a z nią rezerwat „Sine Wiry”, dla nas nie widoczny. Wjechaliśmy na zielony szlak, w    ciemny las  bukowy, pełen powykręcanych, starych drzew o dziwnych kształtach. Odetchnęliśmy od upału, ale   po jakimś czasie wyjechaliśmy ponownie na otwarty teren z piękną panoramą.  Znowu odurzyły niezwykle ukwiecone łąki,  w tle zobaczyliśmy  Łopiennik i Wierchy. Te ostatnie pokonaliśmy na początku rajdu, więc tym samym zatoczyliśmy koło. Zjechaliśmy w dół do wsi Terka, gdzie w przypadkowej, wielkiej kadzi pełnej wody  znowu napoiliśmy konie.

W tym czasie wozy jechały również wzdłuż Wetliny, drogą przepaścistą, ponad rezerwatem „Sine Wiry”, w drugiej strony rzeki niż konni. Ponieważ  była duża stromizna, bardzo kręte serpentyny i problemy hamulcowe, więc jazda mocno podnosiła adrenalinę. Ale jak zwykle Artur spisał się na medal.

Wszyscy spotkaliśmy się w Terce pod sklepem, gdzie zakupiliśmy piwo i widokówki, posiedzieliśmy chwilę pod parasolami. Główny postój miał miejsce po  drugiej stronie ulicy, pod  ruinami starej dzwonnicy. Kuchnia polowa jak zwykle ekspresowo otwarła podwoje, zapłonęło ognisko, a do jedzenia  zaserwowano  kiełabachę, którą sami sobie upiekliśmy.  Upał się wzmógł, a koło dzwonnicy nie za bardzo było gdzie się schronić i posiedzieć. Jedynym miejscem okazała się równa jak stół, niewielka łączka obok dzwonnicy, pod wielką lipą. Jak się okazało był to zarośnięty trawą fundament starej cerkwi.. Ponieważ byliśmy pomęczeni  drogą i upałem, więc wzięliśmy końskie dery pod lipę i uwaliliśmy się na szczątkach cerkwi. Za plecami mieliśmy regularny cmentarz,  więc początkowo niektórzy szukali innego miejsca, mając mieszane uczucia. Ale innego nie było,  więc z aluzjami typu: „no cóż, trzeba się przyzwyczajać”   – kolejna osoba zalegała pod lipą.  Szeryf  po którejś dowcipnej aluzji skwitował : „na cmentarzu  jak się okazuje też może być pięknie i przyjemnie”.  Niewątpliwie  relaks był  przyjemny i  potrzebny. Gdy trochę podrzemaliśmy na cmentarzu i zregenerowaliśmy siły, pojechaliśmy dalej. 

Tego dnia  naszym celem była Wołkowyja nad Soliną. Wóz pojechał przez Bukowiec, a wesołość na nim panowała wielka. W przydrożnym sklepie każdy zakupił  małe co nieco, potem krążyły flaszki szampana na zmianę z „wiśniowym bukłaczkiem”. Ponieważ od dawna jesteśmy jedną,  wielką  rodzinę, więc  przy okazji wyszły na jaw różne rodzinne tajemnice,  które wesołość ogólną zwielokrotniły. Ale o tym sza…

Każda grupa jechała jak zwykle po ok. 2 godziny, każdym środkiem lokomocji.

W Wołkowyji  zajechaliśmy na osiedle willowe, a konie zaparkowaliśmy we wskazanym  ogródku. Nocowaliśmy w dwóch małych, prywatnych pensjonatach,   z widokiem na Solinę. Po obiedzie  poszliśmy na spacer nad wodę, jednak plaża nas rozczarowała. Woda pełna była zakwitów,  nad wodą błoto, między osiedlem a plażą ruchliwa szosa. Do tego w końcu zaczęło kropić. Wróciliśmy do własnego ogródka.

Właściciel obiektu zapalił co prawda ognisko, ale początkowo atmosfera się nie kleiła. Wkoło pełno było innych domków i innych turystów,  pozornie nie było klimatu na głośne śpiewy. Trochę nas ten tłok peszył, nie powyciągaliśmy nawet śpiewników.    Jola postawiła  szampany, pojawiły się inne trunki. Gitary po cichu zadźwięczały, a my nuciliśmy mur-murando, rozkręcając się trochę i nucąc w końcu co się dało. Trochę się poluzowało, a w końcu Kaziu wziął sprawę w swoje ręce i ambitnie postanowił nauczyć nas śpiewać bluesa. Zarządził co i jak,  kto kiedy co ma śpiewać. Ponieważ przez dłuższy czas należało powtarzać jedną kwestię, więc nauka  była trochę monotonna, ale powoli dawała efekty.  Prawdopodobnie doszlibyśmy do wielkiego kunsztu i perfekcji,  może powstałaby regularna kapela? Ale szeryfowi puściły nerwy  i  przerwał te wokalne wyczyny słowami: „dość już tego koncertu turkucia podjadka, zacznijmy coś porządnego”. No i zaczęliśmy poważne śpiewanie, teraz dość dziarsko. Turyści z balkonu zagrzewali do dzieła,  podpuszczając i domagając się więcej. 

 

Poszliśmy na całość,gitarzyści  „pobluesowali”. I nagle się okazało, że był to niezwykły  wieczór..

Niestety tego dnia po obiedzie pochorowała się nasza koleżanka Zgaga i trochę to psuło nastrój. Gorączkowała i leczył ją każdy kto mógł, serwując rozmaite leki, wg swoich wizji. Andrzej – lekarz  miał tu  oczywiście zdanie  wiodące. Zarządził, że czekamy do rana  i zobaczymy.

Sobota – pożegnanie

A od rana było słonecznie i chłodno. Zgaga ożyła na tyle, że mogła jechać wozem. Konni wyjechali ze wsi stromo w górę zielonym szlakiem wśród pól i łąk na znane nam już Wierchy, by dalej posuwać się drogą polną grzbietem.  Wszystko wkoło stanowiło istny landszaft: jakby chlapnięte niebieską farbą niebo, pełne białych cumulusów, łany margaretki  pokrywające pola jak śnieżną pierzynką, w dole połyskująca tafla Soliny. Zapachy odurzały. W wysokiej trawie galopowaliśmy długi czas. Potem wjechaliśmy do lasu, prześwietlonego słońcem i głośnego od ptasich treli. Dotarliśmy do  znanej fermy jeleni i dalej jechaliśmy lasem w stronę Bereźnicy Wyżnej, gdzie był I popas i teraz miał być ostatni. Wyjechaliśmy w Bereźnicy inaczej niż poprzednio, galopowaliśmy łąkami niemal bez końca. Był to piękny, ale ostatni galop na rajdzie. Biel margaretki oślepiała oczy. Po popasie II grupa również nagalopowała się do woli, nikt nie mógł narzekać. Koniki zdały egzamin super,  były zawsze grzeczne, nie robiły „numerów” , szły w szyku jeden za drugim, bez wielkich ambicji do ścigania się.

Na postoju pojedliśmy wspaniałej grochówki, poleżeliśmy w trawie delektując się ostatnimi chwilami. Wróciliśmy do Berezki cali, zdrowi, zadowoleni i bardzo z siebie dumni.  

Wieczorem zebraliśmy się przy ostatnim ognisku, ostatni raz napchaliśmy brzuchy całkiem nieprzyzwoicie. Heniu tradycyjnie ułożył na kolanie hymn rajdowy i odśpiewał, podziękował też naszym opiekunom”, którzy spisali się na medal. Józek doskonale prowadził nas po bezdrożach bieszczadzkiej głuszy, Magda dbała, żeby niczego nam nie brakowało i żeby wikt i opierunek był w najlepszym gatunku, Artur przewiózł nas wozem bezpiecznie, nierzadko przez trudne tereny, Ewelina była pomocą i okrasą całości. Pan Tadziu dzielnie zmagał się z naszymi niemiłosiernie ciężkimi bagażami, nie mogąc się nadziwić, po co nam było  tyle klamotów

Eta oficjalnie zaprosiła wszystkich na rajd do Australii, co rodziło się w jej głowie przez cały tydzień, aż się urodziło. Na wiosnę braliśmy pod uwagę rajd po norweskich fiordach, teraz wyszła Australia. Nasz nowy przewodnik Józek wspomniał, że chciałby w przyszłym roku porajcować w Górach Słonnych. Biorąc te wszystkie zasłyszane plotki pod uwagę, Heniu wzniósł toast za nasze spotkanie za rok, a będzie to „gdzieś miedzy Wrocławiem, Norwegią i Australią, czyli w Górach Słonnych”. Wszyscy przyklasnęli i wypada w wolnej chwili zajrzeć do mapy i zobaczyć gdzie to jest. Jedno jest pewne: rajdować nigdy nie przestaniemy.

Przeżyliśmy fantastyczną przygodę, będziemy długo  wspominać.

 

Fot. Formisia i inni, opracował Olo

© 2002-2010 Stare Konie All rights reserved. Zalecana rozdzielczość 1024×768 oraz IE 5.5 lub nowsze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rajdobóz cztery i pół

czyli znów Rakowo wiosną i my

 

 

 

 

4,5 RAJDOBÓZ STARYCH KONI

Rakowo 2008

 

W tym roku Krzyś wymyślił, że rajdobóz w Rakowie odbędzie się w „długi weekend” majowy, w dniach 21 – 25.05. Nie udało się ustalić dlaczego, ale tak się stało. Do  „Śniegórki” zjechały Stare Konie w środę  późnym popołudniem po dość trudnej, przedświątecznej podróży, a byli to: Ruda i Walter, Renia i Andrzej, Jola i Gerard, Iwona, Zdzichu, Astrid i Andrzej,  trzy nowe dziewczyny z Gdańska, córka Krzysia z  chłopakiem,  Formista. Rozlokowaliśmy się w obydwu domkach, a z powodu umiarkowanej frekwencji mieliśmy  dużo przestrzeni życiowej i luzu.  Szef Wojtek to już nasz kumpel, więc było miło i bezrygorowo.

 

Tegoroczny pobyt w Rakowie był dość krótki, bo niespełna 4 dniowy i  z tego powodu  bardziej niż zwykle nastawiony na relaks i odpoczynek.  Program  nie był nachalny, wypełniony atrakcjami umiarkowanie, za to mogliśmy do woli delektować się końmi i lasem, a także siedzeniem pod domkiem przy kawie i piwie,  a  wieczorem przy kominku. Do tego trzeba dodać, że pogoda trafiła się wymarzona, gdyż przy stale słonecznej aurze, nie było jednocześnie upałów i ani raz nie padało.

 

 

Środowy wieczór po przyjeździe zakończyliśmy tradycyjnym gulaszem z kaszą gryczaną, a ponieważ w małym domku buzował kominek (wieczory były dość chłodne), więc kontynuowaliśmy  spotkanie siedząc przy ogniu,  gawędząc i sącząc małe co nieco.

 

 

W czwartek po śniadaniu ruszyliśmy do stajni, gdzie czekała przyjemna swojskość –  ci sami fajni ludzie, te same fajne rumaki, ta sama mnogość piesków pod nogami. Każdy obstalował mniej więcej to co chciał i tradycyjnie w dwóch grupach ruszyliśmy w przepastne, sosnowe lasy.  Obie grupy pojechały na 2 godziny, wszyscy naładowali akumulatory. Wałęsaliśmy się po miękkich   duktach  leśnych i po falistych łąkach, pełnych niebieskiego przetacznika i kwitnących tu i ówdzie drzew i krzewów.  Mijaliśmy niezliczoną ilość oczek wodnych i bezimiennych jezior śródleśnych, kłusowaliśmy brzegiem Komorza i cwałowaliśmy skarpą nad jeziorem Brody.  Jedna z grup  zawadziła o barek z piwem w  Czarnem, co także jest tradycją.

 

 

W tym czasie jeszcze inna grupa pedałowała zawzięcie na rowerach,  delektując się  bezkresem  lasów i wentylując płuca  w czystym, pachnącym powietrzu. Okazało się, że mimo nie za wysokiej temperatury powietrza i sporego wiatru znalazła się też, nieliczna wprawdzie, grupa kajakowa.  Gdańszczanki wypłynęły dziarsko na jezioro Komorze, co było w tym dniu nie lada wyzwaniem.

 

 

Po zakończeniu zajęć „obowiązkowych”  siedzieliśmy w błogostanie na tarasie czytając gazety i gawędząc, a w między czasie tworzyły się stale nowe grypy i podgrupy rowerowe i piesze, które penetrowały okoliczny las bez końca. Wieczór upłynął miło przy buzującym kominku.

 

W piątek pojeździliśmy konno jak zwykle,  wszyscy nagalopowali się do woli.  Po powrocie w domowe pielesze i krótkim odpoczynku, a także po spałaszowaniu wcześniejszego niż zwykle obiadu, pognaliśmy do Czaplinka, gdzie czekała znana nam łupinka „Europa”.  Pogoda była jak wymalowana, słońce, niebieskie niebo, jezioro usiane białymi żagielkami.  Zaokrętowaliśmy się na „Europie” i ruszyliśmy na wyspę Bielawę, gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy. Wyspa Bielawa to piąta co do wielkości wyspa śródlądowa w Polsce, największa na poj. Drawskim. Jej  osobliwością jest gigantyczny 200-letni buk, pod którym zrobiliśmy piknik. Rano Zdzichu zakupił  wędzoną sielawę i węgorza, każdy zadbał  o stosowne trunki, tak że po dotarciu do wyspy  przystąpiliśmy do pałaszowania i zakrapiania. 

 

 

W czasie penetracji wyspy  inna grupa wybrała kajaki, „zaliczając” znany nam szlak wodny od jeziora Komorze poprzez rurę, jezioro Rakowskie, Lubicko, Brody, Strzeszyn, Kocie do jeziora Pile. Żaden szalony łabędź nie przeszkodził w rejsie i wszyscy mieli  sporo uciechy.

 

 

Po południu odbył się – także tradycyjny – mecz siatkówki, tyle, ze nie było wyraźnie podzielonych drużyn na MY i STAJNIA.  A  wygrali  oczywiście lepsi. Wieczorem zasiedliśmy   koło domu przy ognisku, a szef  Wojtek  wyciągnął grilla i upiekł nam pyszne jak zwykle kiełbachy i kaszankę, czym napchaliśmy się  całkiem nieprzyzwoicie. Wymagało to pilnego pobiegania po wieczornym lesie,  czego finałem był  spektakl zachodu słońca nad  j. Rakowskim, gdy   nieprawdopodobna czerwień i granat nieba w połączeniu z  czernią  lasu szokowały  swoją  niezwykłością.  Po spaleniu części  kalorii  wróciliśmy na ognisko, by z przyjemnością posłuchać  recitalu gitarowo wokalnego w wykonaniu Krzysia i Artura.

 

 

 

W sobotę, w ostatni dzień pobytu w Rakowie, głównym punktem programu  były Wielkie Derby, nazwane przez Krzysia ostatnimi. Choć z nikim tej ksywy nie ustalał,  to cos jest na rzeczy, gdyż do  wyścigu zgłosił się tylko Krzyś i Zdzichu. Oczywiście ze Starych Koni, poza tym  obsada była, a jakże. Trudno powiedzieć czy duch w narodzie ginie, czy rozum wraca, dość że wszyscy pozostali pojechali na wyścig w postaci kibiców. Derby odbyły się jak zwykle na łące pod Strzeszynem, tym razem przed południem.  Jedni pojechali tam koniem, inni rowerami. Na miejscu  zastaliśmy kupę innych ludzi, tak że piknik miał nie lada oprawę. Derby wygrał Krzyś na Rokusie, Zdzichu był trzeci na Ribanie.  Druga w wyścigu była Alabama pod dziewczyną zaprzyjaźnioną ze stajnią, czwarty był Szaman pod szefową stajni Anią.

 

 

A po wyścigu odbyła się prawdziwa uczta, nawcinaliśmy się wspaniałego żurku z kiełbachą i jajkiem, także pieczonych kiełbach i sałatek, zakrapiając jak zwykle czym się dało. Posiedzieliśmy na łące jakiś czas, a w tym czasie koniki drzemały powiązane do drzew w okolicznym lesie. W drodze powrotnej dwie rozweselone rowerzystki doznały spotkania trzeciego stopnia z glebą (to także już  tradycja), skutkiem czego jedna z nich musiała ostatecznie „wskoczyć” w gips. Ugruntowało to wypadkową statystykę rajdobozów, która mówi, że w Rakowie najgroźniejszy jest rower.  Stare Konie, strzeżcie się rowerów.

 

 

Tym niemniej nic nie zepsuło sympatycznej atmosfery wieczorku pożegnalnego, który spędziliśmy w jadalni przy sponsorowanym przepysznym smalczyku i ogórkach małosolnych produkcji samego szefa. Co prawda nie był to indyk,  jednak smakowało podobnie fantastycznie.   Więc zjedliśmy tych wiktuałów ogromne ilości. Podczas toastu Krzysiu zapodał pomysł, aby co roku zjeżdżać do Rakowa w okolicy Bożego Ciała i tym samym  zrobić sobie tutaj stałą metę wiosenn-długo-weekendową.  Bez wielkiej organizacji,  bez  wielkich atrakcji, po prostu skrzyknąć się po zimie i pojechać odpocząć. Miejsce znane i sprawdzone, standard wysoki, jedzenie dobre, konie bezpieczne, lasy  bezkresne, krajobrazy cieszące oko.

Jest to temat do dyskusji. Niniejszym zapraszamy Stare Konie do wyrażania swoich opinii w tym temacie, a czasu mamy dużo.

 

 

Tekst: Formisia
Zdjecia: Formisia
Opracował: Olo
Zdjęcia e-redakcja podpisała na własną odpowiedzialność. 

 

 

CO SIĘ ZDARZYŁO U STARYCH KONI W 2008 ROKU

W tym roku nie organizowaliśmy balu. Jakoś nie wyszło. Trudno było ludzi zmobilizować, a do tego nikt nie kwapił się by się zająć organizacją. Uczestniczyliśmy natomiast w balu „Śreniokonnym”. Ich bale wprawdzie nieczęste mają charakter zbliżony do naszych niegdysiejszych „Skoków na bankiet” organizowanych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Większa grupka Starych Koni wzięła w nim, udział a bal tradycyjnie otwierał Szeryf Henio. Panie dały nawet pokaz line dance’a co bardzo się podobało. Warto odnotować że w trakcie całego balu były na bocznej ścianie wyświetlane przeźrocza  z różnych imprez AKJ-towskich począwszy od I Rajdu z roku 1966.

W roku 2008 nie został zorganizowany żaden spęd, co należy do rzadkości. Spędy w swej pierwotnej postaci trochę się przeżyły, a nowa formuła jeszcze nie została skrystalizowana.

Rajdobóz został znów zorganizowany w terminie majowym w okolicy Bożego Ciała, tak jak pierwszy  i trwał tylko cztery dni, co pozostawiło pewien niedosyt. Zanumerowano go jako cztery i pół a nie piaty.

Kolejny siódmy już rajd konny został za to rewolucyjnie zmieniony. Po pierwsze zrezygnowano z koni huculskich w Odrzechowej i kowboje przesiedli się na normalne, „pełnowymiarowe” konie, a po wtóre z Beskidu Niskiego przenieśli się w Bieszczady, o które tylko zahaczali w poprzednich rajdach. Na rajd przyjechała też Eta z Australii. Niestety spotkała ją wielka przykrość – celnicy zarekwirowali jej kapelusz kowbojskie bo miał otok sporządzony z wąskiego paska skóry krokodyla! Miała w związku z  tym sporo różnych kłopotów, przesłuchiwano ją na tę okoliczność, czy przypadkiem nie należy do gangu przemytników skór dzikich zwierząt itd. Wlepili jej zdaje się jeszcze jakiś mandat czy coś w tym rodzaju. W końcu jakoś rozeszło się po kościach, ale co krwi napsuło, to napsuło i kapelusza nie oddali.

Niedosyt wywołany krótkim rajdobozem sprawił, że postanowiono, w normalnym sierpniowo-wrześniowym terminie też coś zorganizować. Andrzej Prejs polecił nam i poniekąd załatwił  lokum w stacji hydrobioologicznej w Mikołajkach, której przed pójściem na emeryturę dyrektorował.  Ośrodek ten jest bardzo ładnie położony nad zatoczką,  na przeciwległym brzegu jeziora  Mikołajskiego, od Mikołajek odległy zaledwie 4 km. Wygodne pomieszczenia (pokoje lub domki), smaczne jedzenie, przystępne ceny stanowiły jego niewątpliwa zaletę. Problem był jedynie z końmi. Do najbliższej stajni trzeba było dojeżdżać kilkanaście kilometrów, na co się zdecydowały tylko kilka razy Majka Lewicka i Szwedka Eva, przyjaciółka ś.p. Haliny Kubzdeli, z która przyjechała. Imprezę nazwaliśmy „Mikołajkonie”. Pobyt upłynął nam za to bardzo aktywnie na zwiedzaniu okolicy (Gierłoża, Reszel, Ryn, Święta Lipka, Popielno, leśniczówka Pranie, Kadzidłowo). Pływaliśmy stateczkiem po Wielkich Jeziorach Mazurskich, kajakowaliśmy po Krutyni i …  bankietowaliśmy. Odwiedzali nas także pływający w tym czasie na jachtach, po okolicznych akwenach Jurek Tabor, Górniakowie i Karwaś. W sumie impreza, pomimo zupełnie odmiennego charakteru była udana w mniemaniu większości jej uczestników. Duża odległość od Wrocławia sprawiła, że już więcej jej nie powtórzyliśmy.

Rok zakończyliśmy spotkaniem wigilijnym w „Chacie Polskiej”.

Pod koniec roku dotarła do nas przykra wiadomość: Opuściła nas Halina Kubzdela. Nie wiedzieliśmy, że od dłuższego czasu walczyła z paskudna chorobą (nowotwór), niestety przegrała, ale jeszcze zdążyła się z nami pożegnać.