PIGUŁKA

Rajd I  (2002)

– początek przygody Starych Koni to stres związany z wielką niewiadomą, skrywane  obawy czy przeżyjemy to szaleństwo bez uszczerbku na  zdrowiu i ciele,

– poznajemy organizatorów: dyrektorostwo Marysię i Władka Brejtów, naszą  przewodniczkę Agatę,  powożących wozami Jaśka i Staszka,

– odkrywamy hucuła, konia niezwykle dzielnego i pewnego, który drapie się po górach, pokonuje bagna, rwące rzeki górskie, nieprzetarte knieje i głazy pod kopytami, nigdy się nie kalecząc. A rączy galop pod koniec długiego dnia przemarszu to dla niego  igraszka,

– w I dzień rajdu gubimy w nurtach Wisłoka kłonicę dużego wozu, wóz się  rozlatuje, w ruch idzie siekiera,  przymusowy postój,

– szycie konia w Lipowcu przez Kornela – miejscowy koń, młody ogierek, rozdarł klatkę piersiową w niewiadomych okolicznościach, o czym pożalił się szef obiektu p.Kuśnierz gdy przybyliśmy na miejsce. Nasz prof. lek. wet. Kornel (3 w jednym)  przy pomocy lek. med. Andrzeja wykonują operację  zaszycia konia z rezultatem pozytywnym,

– zagłębiamy się w świat bez cywilizacji, szokują kolorowe od kwiatów łąki. Odkrywamy hektary poziomek na stokach Polańskiej, zbieramy je balansując między żmijami, poziomki niezwykłego aromatu i smaku,

– śpimy na Polanach Surowicznych w kultowym „Hiltonie” – drewniana buda bez  prądu i wody, łaźnia w potoku, nocleg w zbiorowej sali wśród ogłuszającego chrapania. Dla wrażliwych nocleg u w chacie studentów o tym samym standardzie(gołą twardą podłoga), lub na wozie taborowym napadanym  rano przez stado „bizonów” idących do wodopoju,

  kultowa jajecznica na rydzach w Lipowcu, także kultowy „kociołek” pieczony na ognisku,

– skopanie Bogdy na postoju w Zyndranowej przez nowego konia,  pożyczonego z powodu kulawizny jednego z naszych  i nie zaakceptowanego przez stado. Leczenie poszkodowanej medykamentami końskimi zaordynowanymi  przez Kornela,

– kolejne połamanie wozów na drodze z Lipowca do Zyndranowej, wyciąganie wozów z głębokiego błota przez chłopaków, potem szybki remont wozów w Zyndranowej,

– uciekły nam konie z  Dołżycy, kolejnego punktu na trasie. Wypuszczone na ogrodzone pastwisko po przybyciu na miejsce, zwąchały przysłowiową dziurę w płocie i czmychnęły. Szukanie bez efektu trwało pół nocy, przybył nawet dyrektor z Odrzechowej. Znalazły się ok. 30 km dalej, w wysokiej trawie koło Moszczańca, szły do domu. Wystające z trawy uszy zobaczył dyrektor, gdy o świcie wracał pokonany do domu. Dowieziono nas do tego miejsca samochodem dostawczym, połapaliśmy zguby  i kontynuowaliśmy przygodę..

Polany Surowiczne i I „Hilton”

Stare Konie i hucuły

Polany Surowiczne i IHilton

Stare Konie i hucuły

 

Rajd II 2003.

– wielka gościnność leśniczego i leśniczyny w leśniczówce Budy, zupa grzybowa i grillowana karkówka na powitanie, domowa, niezapomniana   atmosfera,

– śpimy na kupie na Polanach Surowicznych, chata studentów była w tym roku nie dostępna. Szeryf z wują Wojtem śpią na wozie ( w nocy 6 st.), wuja chory,

– niezmiennie czarujący kwietnymi kobiercami Biskupi Łan,

– brak jajecznicy na rydzach w Lipowcu, wielkie rozczarowanie. „Kociołek” bez zmian,

– w ramach urozmaicenia programu rajdu odbył się wyjazd na Słowację, docelowo zwiedzać muzeum Andy Warhola w Medżilaborce, ale poza tym miały być inne atrakcje. Do granicy jedziemy  wozami taborowymi, dalej słowackim autobusem z działającymi tylko 2 biegami. Na granicy czeka rzeszowska TV, robią wywiad z szeryfem. Po zwiedzeniu muzeum niespodzianką okazuje się impreza w szkole w Mikovej – w stołówce pełnej dzieciarów, pachnącej głęboką komuną, dostajemy knedliczki z gara nabierane przez kucharki rękami, do tego śliwowicę, polewaną w dużej ilości przez Duszana, ichniego przedstawiciela. Dalszy ciąg „imprezy” odbywa się na dworze w niezwykłej scenerii – na betonowym podwórzu stoją w pachnącej bliskości kubły na śmieci, dalej zdezelowany  autobus i inne automobile z minionej epoki.  Obiecana kapela cygańska to łysa chłopina z harmoszką, usiłująca coś tam  z niej wydmuchać, w końcu ratują sytuację śpiewające dziewczynki ze szkoły, przy akompaniamencie pani nauczycielki. Pani porwała harmoszkę i zagrała na samej części klawiszowej, a dziewczynki śpiewały bardzo pięknie. Doniesiono pierogi, do tego maślankę i kolejne porcje śliwowicy.  W impulsie i napadzie głupawy wyszedł „na podium” Krzysiu  i zarecytował wiersz o traktorze, bardzo pasujący do klimatu. Potem Agatka o murzynku i  Zgaga o żuczku. Pojawiła się kiełbacha z rożna jedzona rękami, znalazł się jeden rzeźnicki nóż do krojenia, ogólna wesołość. Łodzianki śpiewają  piosenkę o szarym mieście Łódź. W powrotnej drodze w autobusie  cementuje się miłość polsko-słowacka w osobach przedstawicieli obu nacji: medialnego Jurka i dwubiegowego kierowcy. Zaparowane szyby autobusu i zero widoczności zastanawiają do dziś, jakim cudem dojechaliśmy  do granicy. Tam czekał wóz i woźnica Jasiu będący  „pod wpływem”, jako że lało, a my się spóźnialiśmy. Przeżywamy szaleńczy galop wozami, kładły się na wirażach. Błoto bryzgało fontannami pod plandeki, cudem dojechaliśmy żywi, ubłoceni od stóp do głów,  ze śmiechu pół żywi. Za nami pojawiła się straż graniczna policzyć czy wszyscy wrócili,

– na trasie z Lipowca na Polany Surowiczne przez górę Tokarnię dopada nas  „Wielki Deszcz” – nieprzerwana ulewa (2,5 godziny), trauma nie do zapomnienia. Nie pomogły peleryny, przemokliśmy do komórek. Potem jeszcze jazda w mokrych ciuchach 2 godziny na wozie, życie nam uratowała śliwowica Duszana, którą Wołodia przypadkiem odkrył w plecaku,

– na Polanach Surowicznych wieczorową porą zgubiły się Łodzianki. Wszczęto poważne poszukiwania, szukaliśmy prawie 2 godziny  penetrując przepastny las do ciemności. Na koniec się okazało że zgubione wcale nie były zgubione, gdyż z całą świadomością siedziały sobie w ustronnym zakamarku na stoku góry i kontemplowały ciszę i smak  letniego popołudnia, 

– hitem stały się kanapki z miętą – lunch w drodze powrotnej  z Polan do Odrzechowej. Kanapki dowieziono w ramach posiłku południowego, miętę zbieraliśmy na postoju, gdyż rosły jej tam całe łany,

– na pożegnalnej kolacji wystąpiła Julia Łemkówna, śpiewała przepiękne, łemkowskie ballady.

Leśniczówka Budy

Balanga na Słowacji

Leśniczówka Budy

Balanga na Słowacji

Rajd III 2004.

– niezwykłym zjawiskiem był bociani sejmik w leśniczówce Budy. Wieczorami ok. 25 bocianów zleciało z łąk i nocowało na szczytach świerków, klekocząc do późnej nocy, 

– równie niezapomnianym akcentem był cudnej urody Węgierski Trakt, hektary kolorowych łąk, orgia kwiatów, wśród których trawa nie miała szans się przebić.  W środku kapliczka Św. Jana Nepomucena, której okrążenie 3 razy w lewo i 3 razy w prawo daje gwarancję spełnienia intencji, które tam przywiodły,

– w Lipowcu wyprawa wozem zaprzężonym w jeepa na bobry. Oglądamy efekty działalności tych miłych stworzeń, jak również ślady wilków. Przewodnikiem był pan Kuśnierz, znawca praw przyrody i ważna postać na tamtejszym terenie, 

– zwiedzamy cerkiew w Komańczy, przewodnikiem jest otwarty na turystów pop. Prowadzimy ciekawe rozmowy, zadajemy niewygodne pytania, poznajemy historię obiektu i tajniki prawosławia. Po upływie paru miesięcy cerkiew spłonęła do fundamentów, a liczyła ponad 400 lat.. Zwiedzamy też klasztor Nazaretanek w Komańczy, miejsce internowania kardynała Stefana  Wyszyńskiego, oprowadzała zakonnica mówiąca z szybkością karabinu maszynowego, gdyż bardzo się śpieszyła na modły,

– młoda Łodzianka – źrebak zginęła na 2 godziny na Polanach Surowicznych,

– rano na Polanach podchodzą pod nasze jałówki wilki, widzieliśmy je na własne oczy!!!! Woźnice wyskoczyli z pukawkami żeby intruzów przepłoszyć, ale prosimy aby pozwolili najpierw nacieszyć się widokiem, cieszymy się do woli,

– w drodze powrotnej ma miejsce nerwowe starcie między dwoma kowbojami,  wywołane zaginięciem grupy konnej w bezkresie dżungli. Zdarzenie zakończone pozytywnie,

– na pożegnalnej kolacji ciekawie gawędził Andrzej Potocki, autor książki „W dolinie górnego i dolnego Wisłoka”, historyk i krajoznawca, kolega dyrektorostwa.

Węgierski Trakt

Cerkiew w Komańczy

Węgierski Trakt

Cerkiew w Komańczy

 

Rajd IV 2005

– odeszła Agatka, nastał Marek, wozowego Jasia zastąpił Waldek,

– skończyła się leśniczówka, nastała Grażynka, wraz z nią pyszne gołąbki, ciasto truskawkowe  i  inne smakołyki,

– spalił się nasz „Hilton” na Polanach Surowiczych, zostały fundamenty i resztki komina, robiąc przygnębiające wrażenie. Nasze obozowisko przeniesiono do studentów obok, warunki podobne, brak prądu i wody, łazienka w strumieniu,

– na Polanach Surowicznych grasował groźny byk Felek, wrogo nastawiony do świata, więc spacery po łąkach były ryzykowne, aczkolwiek podniecające. Okazało się, że Felek miał problem z przyrodzeniem, być może z powodu nadużywania, gdyż  żywot wiódł w tabunie dorodnych jałówek. Za naszego pobytu został odłowiony, celem rozpoznania problemu, niestety problem okazał się beznadziejny i Feluś  oddał życie. Los Felka  stał się kanwą rzewnej  ballady, którą w porywie serca spłodziły obozowe źrebaki i którą śpiewaliśmy przy ogniskach,

– w prywatnym schronisku w Zawadce Rymanowskiej nie wpuszczono do środka psa Morusa, który z nami rajdował. Wywołało to konflikt z szefostwem, nie pomogły żadne pertraktacje, Morusowi przeznaczono budę. Ostatecznie Wołodia w poczuciu solidarności z psem Morusem decyduje się spać na ganku, gdzie wynoszą mu łoże, a Morus wskakuje pod kołdrę gdy gasną  światła,

– niesamowite błądzenie po bezdrożach Piotrusia, dżungla amazońska niech się chowa. Gęsta, splątana, nieprzejezdna leśna trasa, w większości jedziemy nurtem Potoku Biały po głazach i rumowiskach, to jedyny „przejezdny” trakt. Potok  przekraczamy 16 razy w płonnej nadziei na coś lepszego na drugim brzegu, obustronna beznadzieja,

– jeden z postojów mamy w Zyndranowej, w kultowej agroturystyce pani Rosół. Wszystko tam do bólu unijne, a pani R. przemawia przy byle okazji, podkreślając  unijność  każdego elementu posesji. Ale gdy krowa zaniemogła,  zaradziła baba co odczynia,

– na bezdrożach między Zyndranową a Hutą Polańską doszło do utopienia koni wozowych w błocie, z trudem wydłubaliśmy je z  mazi, było nerwowo.  Konni w tym czasie drapią się pieszo na Studeny Wierch i Baranie dzierżąc konie w ręku,  gdyż stromizny są zbyt duże by wjechać tam w siodle. Ten i ów o mało ducha nie wyzionął,

– na wozie w drodze do Huty Polańskiej odbył się taniec na rurze w wykonaniu szeryfa, jako skutek procentowych napojów owocowych, najlepiej gaszących pragnienie,

– Ewa – Łodzianka inicjuje wianki w Noc Świętojańską, od tej pory stały składnik wszystkich, następnych rajdów, 

– niemiłe przypadki w Zyndranowej to: przysznurowanie do drzewa Ewy Łodzianki przez kręcącego się wkoło drzewa  konia, także potraktowanie jej kopytami, skręcenie nogi przez inną kowbojkę, gdy szwendała się po nocy. Oba przypadki były niebezpieczne i miały dalsze, negatywne reperkusje,

– zgubiliśmy Jurka medialnego przy wyjeździe z Zyndranowej, nie zabraliśmy go, bo się zapodział. Widząca to miejscowa babunia pognała na rowerze za wozami,  zatrzymała kawalkadę  krzycząc:  „zgubiliście jednego”,

– ślad niedźwiedzia na Polanach Surowiczych, blisko naszego obozowiska,

– na koniec rajdu mamy prawdziwy wyścig huculski, galop po łące „ile sił w płucach”, wygrywa Weronika.

Błądzenie w lasach Piotrusia

Wianki u pani Rosół

Błądzenie w lasach Piotrusia

Wianki u pani Rosół

 

 

Rajd V 2006

– w pierwszy dzień rajdu wywraca  się  w lesie Platyna na grząskiej po burzy nawierzchni, poważnej kontuzji doznaje  Staszka,  powrót poszkodowanych do domu,

– na Polanach Surowicznych stanął nowy „Hilton”, niestety jeszcze niezdatny do zamieszkania, śpimy znowu u studentów,

– rajd zdominowała kultowa impreza „śniadanie na trawie” na Polanach Surowicznych, autorstwa Reni. Śniadamy rzeczywiście na trawie, damy w  falbaniastych majtkach, specjalnie uszytych na tą okazję przez wrocławską krawcową, dżentelmeni w  amerykańskich long-johnach rodem z Ameryki. Kalesony  przypłynęły zza oceanu w ostatniej chwili, okrążając  kulę ziemską chyba ze 2 razy wkoło,  tak długo szła paczka,  

– pierwszy i jedyny raz na rajdzie mamy tańce, było to na podłodze z desek w „Latarni Wagabundy” w Woli Michowej, razem z grupą emerytów, którzy ubiegli nas w zamówionym zakwaterowaniu (skutkiem tego zamieszania spaliśmy w luksusowym pensjonacie „Kira”). Szef  Kiju bawi nas opowieściami i raczy tokajem, sprowadzanym osobiście z Węgier,

– sprośne dysputy na wozie, Jurek medialny przeegzaminowany do bólu na tematy intymne, dziewczyny dla ochłody wyskakują z wozu w majtkach i halkach do wody, potem katar,

– nawałnica po wyjeździe z Duszatyna, jazda w ulewie. Nasze bagaże moknące na małym wozie Marek przerzuca do samochodu znajomego, którego spotkał przypadkiem na szosie. Przy wjeździe do Komańczy dopada nas burza, pioruny walą w asfalt i straszą konie, które się rozpierzchają. Kolejnego dnia znowu jazda w ulewie.

– błądzenie na szczycie Polańskiej.

Śniadanie na trawie

Damy na płocie

Śniadanie na trawie

Damy na płocie

 

 

Rajd VI 2007

– pierwszy rajd bez gitary, wieczorne długie Polaków rozmowy,

– „Hilton” na Polanach Surowicznych gotowy do zamieszkania,  „pokoje” 2-osobowe,

– znowu robimy „śniadanie na trawie”, wyciągamy falbaniaste majtki i long-johny, powtarzamy to jeszcze na trasie,

– zaorano sporą część  Biskupiego Łanu, bezkresnych kwiatowych dywanów, żal serce ściska,

– zwiedzamy pogorzelisko po cerkwi w Komańczy,  żal serce ściska,

  wystawiamy świadectwo ukończenia II klasy huculskiej wagarowiczowi, który z nami rajdował  (zamiast siedzieć w szkole),

– wianki mamy pod dachem z powodu wieczornej nawałnicy, wodowanie ich nastąpiło dopiero  rano po śniadaniu,

– na „drodze przez mękę” z Polan Surowicznych do Odrzechowej wywrócił się wóz z załogą. Toboły i ludzie z lewa polecieli na tych z prawa, cudem nikt się nie połamał, było kupę strachu. .„Droga przez mękę” to 2-3 km niesamowitych dziur, kolein i błota, jazda nią co roku wyzwalała adrenalinę, aż w tym roku nastąpiło to, co wisiało w powietrzu od zawsze, wywaliliśmy się. Cudem nikt nie ucierpiał. Rozleciał się też mały wóz w nurtach Wisłoka, został w krzakach. Na koniach zaprzęgowych 2 osoby wróciły do Odrzechowej wierzchem.

Wianki pod dachem

Kraksa na „drodze przez mękę”

Wianki pod dachem

Kraksa na „drodze przez mękę”

 

 

Rajd VII 2008

całkowita rewolucja:

– już nie Odrzechowa i Beskid Niski, teraz Bieszczady,

– już nie hucuły, teraz duże konie – a z tym związany nowy stres i obawy,

– nie Marek, ale Józek i Artur,

– już nie poniewierka, teraz „dwójki” z łazienkami w porządnych pensjonatach,  na własne życzenie. Dla jasności: poniewierkę wspominamy z czułością i nostalgią, ale  druga młodość ma swoje prawa,

– pojawił się rasowy gitarzysta Kaziu. Razem z wują Wojtem dali wspaniały koncert bluesowe w Baligrodzie, wystąpiła też damska sekcja rytmicznej, powstała  ballada o Jiżim,

– popas w kultowej „Siekierezadzie” w Cisnej, również kultowy „Cień PRL-u” w Dołzycy. Na ścianach czołowi komuniści i proletariackie hasła, brak klamek w drzwiach i w kranach woda ”złamana”. Tutaj mamy wianki, super zabawa pod wiatą, tańce z pochodniami, striptiz szeryfa i taniec na rurze,

– wyprawa ciuchcią bieszczadzką w nieznane, oczywiście w strojach organizacyjnych. Inni pasażerowie ciuchci, myśląc że kręcą film, domagali się zdjęć z naszą barwną grupą., a piękna dziewczyna z dzieckiem na ręku koniecznie z Kaziem,

– niezapomniana noc w schronisku na Jaworzcu, schronisko bez prądu, ale z wodą, najczęściej zimną. Najpierw karkołomny podjazd wozami w rejon schroniska i noszenie bagaży na ostatnim odcinku, potem  karkołomne wędrówki w ciemnościach krętymi schodkami z górnych pokoi do dolnej toalety. Faceci wieczorem wracają do „Cienia PRL-u” na mecz piłkarski w telewizji (gdyż tam jest prąd), schodzą po ciemku stromą kamienistą drogą do szosy, tam czeka umyślny samochodem. Dziewczyny spędzają wesoły i jednocześnie nostalgiczny wieczór, susząc kolejne butelczyny i  wspominając dzieciństwo,

– sjesta pod ruinami dzwonnicy w Terce, drzemka na obrzeżach cmentarza z braku lepszego, dogodnego miejsca,

– Kaziu uczy nas śpiewać bluesa  w Wołkowyji.

Prawdziwe Bieszczady i duże konie

Wyprawa ciuchcią bieszczadzką

Prawdziwe Bieszczady i duże konie

Wyprawa ciuchcią bieszczadzką

 

Rajd VIII – 2009

– brak dnia bez deszczu,

– charakter rajdu konno-pieszy, dużo chodziliśmy pieszo za wozem z powodu stromizn i innych przeszkód, np z powodu pękniętej opony na Otrycie i złamanej ośki,

– zachwycające bieszczadzkie panoramy i inne niezwykłe miejsca: Krywe, Tworylne, Ryli, przełom Sanu pod Otrytem, niezapomniane wrażenia. Błądzenie po bezdrożach Otrytu, bezkresne lasy pełne głębokich kolein, strome  zjazdy i podjazdy (Jawor, Żuków), pokonywanie wpław Sanu wiele razy,

– przekładanie wianków z dnia na dzień z powodu braku suchego wieczoru,

– totalne pobłądzenie w lasach nad Soliną, plątanina gałęzi i chaszczy, maczeta Józka do wyrąbywania tuneli w tej matni bez końca w ruchu. W końcu impas: przed nami pionowa ściana w dół na śliskim błocie, za nami las bez początku i końca. Desperacka  decyzja  Józka że spuszczamy konie luzem (niech walczą o życie), a my zjeżdżamy na butach i pupach. Przygoda ryzykowna, mnóstwo(masa?)adrenaliny,

– nieustające problemy z wozem, pękła opona i ośka, potem zajechane zostały hamulce, zjazd stromą szosą w dół bez hamulców, perspektywa wjechania do ciężarówki stojącej na  końcu stromej szosy na skrzyżowaniu, desperacki manewr Artura ratujący sytuację,

– trudne trasy. Dwukrotne „nadzianie się” na drogach leśnych na zamknięte na głucho szlabany,  wchodzące końcówkami głęboko w gęsty las – nie możność otwarcia ich ani objechania. Wpychamy konie na siłę w leśny mur, ocierając się o szlabanowe końcówki, co powoduje straty w ludziach – rozdarcie uda jednego z kowboji na żelastwie, upadek z konia innej kowbojki, zmiecionej z siodła przez gałęzie. Sporo emocji wymieszanych ze strachem,

– wianki w Zwierzyniu pod wiatą w wielkiej wesołości, śpiewy niosły się po wsi, a rano  we wsi gadali, że profesory z Wrocławia pięknie śpiewają. Celebrowanie zaślubin szeryfa, oczepiny nocą na tamie na Sanie, wianek pani młodej razem z wszystkimi innymi zgodnie  pożeglował do morza,

– niesamowita wyżerka w leskim zamku, kolacja  pożegnalna 7-daniowa.

 

Z pionowej ściany kapią mustangi

Połonina na Ryli, w tle Otryt

Z pionowej ściany kapią mustangi

 

Rajd IX 2010

   po raz pierwszy wyściubiliśmy nosa poza góry poważne,  

 – frekwencja na rajdzie była najmniejsza z dotychczasowych, było tylko 11 osób, za to koni mieliśmy w nadmiarze i  najeździliśmy się do syta,

– pogoda nie dopisała,

– trasy były trudne, a pokonywaliśmy je głównie galopem. Trudno uwierzyć że to  tylko pogórze, a skala trudności  poważna, Było wiele trudnych zjazdów i podjazdów, wyrąbywanie drogi maczetą, błądzenie aż do kręcenia się po lesie w kółko,

– odbyliśmy podróż ciuchcią „Strzała Południa” po okolicy, był napad na pociąg, były loty czarownic na miotle, wizyta w obserwatorium astronomicznym,  oglądanie nocą nieba  przez teleskop, a przy okazji podglądanie mnichów w klasztorze w Brzozowie przez tenże teleskop, 20 km dalej,

– nowy koń Łobez padał na ziemię przy siodłaniu,  wiązało się to z adrenaliną i w końcu z kontuzją kowboja, który go ujeżdżał,

– utopiony w błocie wóz połamał się totalnie na bezdrożach leśnych, gdzieś pomiędzy Przysietnicą a Mrzygłodem. Rydwan w postaci dyszla, wagi i koni odjechał osobno, w błocie został zanurzony głęboko kadłub. Sytuacja początkowo była  krytyczna, a zdarzyła się w głuszy, daleko od ludzkich sadyb. Ponad 2 godziny trwało wydobycie wozu z błota i powiązanie go sznurami do kupy. W tym celu chłopaki wycięły w lesie parę cienkich, młodych drzewek, które rzucone pod koła, miały stanowić pomost. Po tym pomoście jeden z koni wozowych wytaszczył kadłub na powierzchnię. Sznurami do powiązania konstrukcji były uwiązy wożone na rodem z końskich szyjach i (?). Dalsza jazda to nadal pokonywanie błotnistych kolein i plątaniny gałęzi,  załoga wozu szła pieszo. Na koniach było trudno, pieszo było trudno, wóz  też miał trudno. Dopiero przed Mrzygłodem Artur pozwolił  dosiąść wozu, piechurzy mieli już miękkie nogi. Całość to mnóstwo adrenaliny.

Połonina

Stare Konice - czarownice

Wóz w rozsypce

Stare Konice – czarownice

 

Rajd X 2011

– duża doza ekskluzywu, dwukrotne nocowanie z wypasionych hotelach z basenem i jaccuzi, trzykrotnie nocowaliśmy po 2 noce w jednym miejscu, co dało więcej   relaksu i luzu,

– rozpracowaliśmy temat geriatryka u Dorotki, aczkolwiek pozostały szczegóły do wygładzenia,

– szalony galop w ostatni dzień rajdu po otwartej łące, konie szorowały brzuchami po trawie, wszyscy przeżyli,

– wieczór wiankowy odbył się we właściwym terminie, był to jednocześnie wieczór Jubileuszowy. Był szampan, tort i medale za wytrwałość, a otrzymali je:

                        – za odbycie 10 rajdów: Henio, Renia, Andrzej, Formisia,

                        – za odbycie 9 rajdów: Zgaga, Staszka, Wołodia, Jurek medialny,

                        – za odbycie 8 rajdów: Marycha,

– za wytrzymanie z nami w ogóle, znoszenie naszych pomysłów i pobożnych życzeń, w tym wieczne molestowanie o „dwójki”: Józek,

– za nie poddanie się i permanentne,  uparte remonty wozu: Artur,

– za dźwiganie naszych bagaży, nieustannie się dziwiąc po co nam tyle klamoctwa: p.Tadziu.

– wyróżnienie za to, że się odważył z nami ruszyć na szlak: Paul australijczyk.

Wieczór  Jubileuszowy upłynął nostalgicznie i wesoło jednocześnie, wspominaliśmy minione rajdy, zdarzenia znaczące, niezwykle, wesołe i smutne. Wspominaliśmy  miejsca, ludzi, konie, osobliwości przyrodnicze i historyczne, dobrą zabawę i wypadki nie miłe. Wszyscy włączyli się do tych wspomnień, rozwijając  poszczególne punkty i  dodając własne refleksje. Miło było skonstatować, że tyle przeżyliśmy.

Miło pomyśleć, że już przed nami kolejna  10-tka. .

Do zobaczenia na szlaku.

Jubileusz – pijemy szampana

Jubileusz – dekorowanie Paula

Jubileusz – pijemy szampana

Jubileusz – dekorowanie Paula

 

Dodaj komentarz