Archiwum kategorii: 2022

Ach co to był za ślub!

 

 

12 listopada a.d. 2022 miało miejsce radosne i niecodzienne wydarzenie – mianowicie Eta i Paul stanęli na ślubnym kobiercu. Delegacja Starych Koni oczywiście udała się do Australii aby wziąć udział w tej pięknej uroczystości i złożyć Nowożeńcom w imieniu nas wszystkich najserdeczniejsze życzenia wiele szczęścia i radości na nowej drodze życia. Jak piękna była to uroczystość i jak wspaniale wyglądali Państwo Młodzi niech zobrazują zdjęcia które przysłali nasi delegaci, a my je prezentujemy poniżej.

 

 

Mamy nadzieję że gdy delegacja powróci  opowiedzą wszystko w szczegółach, a my to wstawimy na starokońską stronę internetową.

 

Panna Młoda i druhny z Polski Eta i polska ekipa

 

Na razie ściskamy Nowożeńców jak najserdeczniej.

 

 

Tekst : Olo
Zdjęcia: różni autorzy
Wstawienie na stronę: Formisia

XIX Rajdobóz Jarosłwiec 2022

Jarosławiec 3 – 11 wrzesień 2022

Po kilkunastu latach rajdobozów na Pojezierzu Drawskim w Rakowie i Komorzu  oraz po trzech wypadach na Kaszuby do Salina, Stare Konie zdecydowały się na rewolucyjną zmianę i wyjazd na rajdobóz 2022 nad morze. Było sporo dyskusji na ten temat, gdyż rajdobozy kojarzyliśmy do tej pory z jeziorami. Tym niemniej morze dla każdego jest ważnym składnikiem letniego urlopu, więc dlaczego by nie połączyć końskiego obozu z Bałtykiem? Miejsce wynalazła i obóz zorganizowała Iwona, a był to ośrodek jeździecki „Horyzont” w Jarosławcu. Iwona znała ten ośrodek z wielu swoich wcześniejszych w nim pobytów i rekomendacja była obiecująca. Niestety w lipcu pogruchotała sobie kosteczki spadając z konia w tymże ośrodku, więc zapał potencjalnych uczestników uległ na chwilę ostudzeniu i wkradła się niepewność – będzie coś z tego czy nie? Na szczęście sprawy organizacyjne były już mocno zaawansowane i nie było powodu szukać innego miejsca, a nasza połamana koleżanka doszła na tyle do siebie, że – w kołnierzu na szyi – zdecydowała się pojechać do Jarosławca i przewodniczyć zabawie. Bo zabawa była przednia, od pierwszego dnia do ostatniego. Zapisało się i przyjechało 30 osób, co było swoistym rekordem.

1. Jarosłwiec, tu mieszkaliśmy 2. Stare Konie w Jarosławcu

 

Ośrodek „Horyzont” usytuowany jest na klifie tuż nad plażą, co dodaje mu smaczku. Składa się z niewielkiej dobrze utrzymanej stajni, ujeżdżalni krytej i otwartej, oraz hoteliku o całkiem dobrym standardzie. Wszyscy dostali pokoje dwuosobowe,  w tym szczęściarze mieli  okna z widokiem na morze. Na dole mieliśmy jadalnię i salę imprezową ze sceną, przed domem był ukwiecony ogród, gdzie miło było posiedzieć. Stoliki w jadalni były czteroosobowe, więc zapadła decyzja aby na każdy posiłek siadać w innym składzie, tak by wszyscy z wszystkimi mogli się do woli nagadać. Cały obiekt prowadzi jedna rodzina (mama, tata, córka i zięć), z tym że ponad to co wymieniono wyżej posiadają jeszcze gospodarstwo rolne i 100 krów. Koni jest 20 – przez większość doby przebywają na pastwiskach, skąd są zabierane do stajni te, które pójdą na jazdę. Nasza grupa korzystała z 6 – 7 koni, przy czym ilość jeźdźców nieznacznie zmieniała się każdego dnia. Na początku jeździło 10 osób, z czasem co rusz ktoś się wykruszał. Jeździliśmy w dwóch grupach. Pierwszą jazdę prowadziła szefowa stajni Kinga, drugą pracująca w stajni Karolina. Jazdy najczęściej trwały po 1,5 godziny, jednak zdarzyło się spędzić w siodle 2 godziny, a pod koniec pobytu wystarczyła nawet jedna – program obozu poważnie nadwyrężył naszą formę.

3. Dubaj, największa plaża w Europie (widok z klifu) 4. Przystań rybacka w Jarosławcu

 

Jarosławiec to mała, nadmorska mieścina,  mniej więcej na środkowym wybrzeżu, leżąca w otoczeniu sosnowych lasów. Wzdłuż plaży ciągną się na długości 2 km wysokie klify, które z jednej strony stanowią atrakcje turystyczną, ale z drugiej strony sztormy podmywające klif były powodem zniszczeń i ciągłych dalszych zagrożeń. W roku 2018 rozpoczęła się największa w historii naszego kraju inwestycja umacniania klifu, polegająca na wpuszczeniu w morze kamiennych, gwiaździstych ramion, mających  wyhamowywać impet sztormowych fal. Jednak to byłoby za mało, więc dodatkowo  powiększono plażę poprzez nasypanie pomiędzy kamienne ramiona piasku, skutkiem czego powstała największa sztuczna plaża w Europie, nazwana dość szybko polskim Dubajem. Podobno przywieziono 10 tys. m kw. piasku z Ustki, a Dubaj ma ok. 5 ha. Jest to aktualnie największa atrakcja Jarosławca, aczkolwiek to atrakcja dość dyskusyjna. Na pewno spełnia swoje zadanie jako ochrona Jarosławca, głównie ulic biegnących nad samym klifem. Jednak gdy zejdzie się po stromych schodkach na dół, morze jest tak daleko, że ledwo je widać. A gdy się dojdzie do wody, plażowanie między kamiennymi falochronami nie każdego zachwyca. No ale zawsze można pomaszerować kilometr na zachód na „normalną” plażę, a na Dubaju można zobaczyć wiele ciekawostek przyrodniczych.

5. Rukwiel nadmorska, roślinka rosnąca na Dubaju, umacnia wydmy 6. Nasza ulubiona knajpka „Wilk Morski”

 

Jarosławiec ma sporo innych atrakcji, tak że jest tam co robić. Jest ceglana latarnia morska przy głównej ulicy miasta, jest bardzo ciekawe muzeum bursztynu, jest wreszcie klimatyczna mała przystań rybacka,  przy której  ulokowały się liczne smażalnie ryb. Są też urokliwe knajpki, wśród których szczególnie upodobaliśmy sobie „Wilka Morskiego”, gdyż siedząc tam przy stoliku widzi się morze. Zjechaliśmy do Jarosławca w sobotę. Niedziela była dniem odpoczynku, relaksu i zakosztowania uroku wymienionych wyżej atrakcji. Wieczorem odbyło się oficjalne otwarcie imprezy. Spotkaliśmy się w sali imprezowej w strojach organizacyjnych i dość szybko atmosfera eksplodowała. Były nie tylko wesołe pogaduchy, ale także tańce, nawet mocno szalone. Na koniec Jurcyś wywijał na stole.

7. Wieczór inauguracyjny – Iwonka czuwa 8. Kupcio wywijał na stole 9. Zabawa na całego

 

W poniedziałek po śniadaniu pierwsza grupa ruszyła do stajni. Kinga już na naszą pierwszą piątkę czekała, rozdzielając konie wg własnego uznania. Konie były wypasione, błyszczące, jak na koniec sezonu w doskonałej formie. Siodłaniu towarzyszył dreszczyk emocji, gdyż nie znaliśmy tych koni ani sposobu prowadzenia jazdy. 
Ośrodek jeździecki znajduje się na końcu wsi (lub na początku, zależnie jak patrzyć), więc po wyjeździe ze stajni po chwili byliśmy w sosnowym lesie i niedługo potem wjechaliśmy na plażę.  Zjeżdżając z wydmy na dół i patrząc na pustą plażę i bezkres morza każdy z pewnością doznał zalewu endorfin. Był to piękny moment i wielka uciecha. Koniki przyzwyczajone do tego rodzaju aktywności nie reagowały na fale pluskające pod nogami, aczkolwiek morze było bardzo spokojne i fale były tego dnia jedynie symboliczne. Wkrótce zaczął się kłus i w końcu wymarzony galop. Galop brzegiem morza… jest to niewysłowiona radość.  Wszystko odbyło się w cudnej scenerii, gdyż pogodę mieliśmy jak malowaną. Galopowaliśmy wydawało się bez końca, aż po paru kilometrach tej radochy zjechaliśmy z powrotem do lasu i sosnowymi ścieżkami, też galopując, wróciliśmy do stajni.  W siodła wskoczyła druga grupa i pojechali zaznać tej samej przyjemności co poprzednicy. 

10. W stajni przed pierwszą jazdą 11. O tym marzyliśmy
12. Galop brzegiem morza 13. Druga grupa także ma fun

 

Po krótkim odpoczynku i przekąszeniu małego co nieco, dosiedliśmy rowerów i pojechaliśmy na kolejną wyprawę. Tym razem celem wyprawy było Darłowo, a jechaliśmy przepiękną trasą leśną wzdłuż wybrzeża, widząc morze od czasu do czasu między drzewami. Rowery wypożyczyliśmy w pobliskiej wypożyczalni rowerów. Bliżej Darłowa widać było nie tylko morzę, ale także jezioro po drugiej stronie trasy. Była to przepiękna przygoda, aczkolwiek bardzo wyczerpująca. Tak że wieczorem nie było żadnego oficjalnego programu rozrywkowego, gdyż każdy padł. Osoby które nie jeździły konno i nie zdecydowały się na wyprawę rowerową miały natomiast sporo wolnego czasu i korzystały do woli z plaży, spacerów i knajpek, że o książkach i pogaduszkach w podgrupach nie wspomnieć.  

14. Dosiedliśmy rowerów… 15. … i popedałowaliśmy do Darłowa

 

Podobny scenariusz mieliśmy każdego dnia, tyle tylko że po koniach   organizatorka proponowała coraz to inne atrakcje. We wtorek jeźdźcy dostali porządnie w kość – jazdy były bardzo wymagające, dużo galopu i plażą i potem w lesie – ale nie było ulgi, zaplanowany program był konsekwentnie realizowany.

16. Wyjazd ze stajni, na czele szefowa Kinga 17. W lesie też było ekscytująco

 

Tym razem kolejnym punktem programu był  spływ kajakowy rzeką Wieprzą, wcześniej ugadany przez Iwonę z właścicielem kajaków. Zaczynał się we wsi Kowalewo, ok. 20 km od Jarosława. Osoby zapisane na spływ zorganizowały się w dwójki i po dojeździe samochodami do Kowalewa każda dwójka zaokrętowała się na swój kajak i kawalkada ruszyła. Rzeka Wieprza jest piękna i dzika, płynie się prawie cały czas w szpalerze wierzby, trzciny i rozmaitych krzewów, od czasu do czasu widać zielone łąki. Słońce przygrzewało, świat był kolorowy, niebieski na dole, niebieski na górze.

18. Spływ rzeką Wieprzą 97. Wieprza jest dzika i piękna

20. Pustka i spokój 21. Mania z Maciejem

 

Na kajakach panowała luźna, wesoła atmosfera, pomiędzy kajakami krążyły paluszki i pogaduszki, robiono zdjęcia. W tym rozprężeniu Jola z Gerardem stracili w pewnym momencie czujność i znaleźli się w pasie gwałtownego nurtu, pod nisko zwisającymi gałęziami. Nastąpiła niebezpieczna sytuacja, gdyż nurt ciągnął kajak z dużą siłą do przodu, a niskie gałęzie wstrzymywały kajakarzy od góry. Na domiar złego kajak ustawił się w poprzek nurtu, więc tym bardziej sytuacja była beznadziejna. Długo nie trwało aż nastąpiła wywrotka i  kajakarze zniknęli w rzecznych otmętach. Dla osób będących blisko były to paraliżujące chwile, ale na szczęście zarówno Jola jak i Gerard świetnie pływają, więc dość  szybko wypłynęli na powierzchnię. Najbliżej topielców była Jaga z Karoliną, więc pierwsze ruszyły do pomocy. Jaga manewrowała kajakiem, a Karolina wychyliła się maksymalnie i podała Joli rękę. Zszokowana Jola chwyciła wyciągniętą dłoń i łapała oddech, Gerard przerażony krzyknął: „ratujcie Jolę”. Ale widząc że połowica jest „zaopiekowana” zajął się odwróconym do góry dnem kajakiem, blokując jego odpłynięcie, oraz łowieniem bagażu. Bagaż w postaci  wodoszczelnych worków pływał luzem, ale Gerard połapał worki i rzucał je po kolei do kajaka Jagi i Karoliny. Jaga dzielnie sterowała pojazdem, a Karolina łapała worki, niestety jeden  okazał się nieszczelny i woda którą nabrał zalała ratowniczkę od stóp do głów. Tym samym zalany został jej aparat fotograficzny i następnie uległ zniszczeniu. Póki co nie było czasu myśleć o aparacie, tylko o tym co robić dalej, gdyż brzeg rzeki szczelnie porastał zwarty mur roślinności. Bez gruntu pod nogami trudno byłoby wykonywać akcję ratowniczą. Ostatecznie Karolina wypatrzyła na drugim brzegu niewielki prześwit i tam popłynęli – Jola uczepiona kajaka dziewczyn, Gerard samodzielnie, holując swój kajak i będąc asekurowany przez Stefana i Nel. Na drugim brzegu Jola czepiając się czego mogła  namierzyła grunt pod nogami i wreszcie na tych nogach stanęła. Co prawda po pas w wodzie, ale zawsze była to jakaś stabilność. Gerard ze swoim kajakiem wylądował nieco dalej i tam również namierzył grunt pod nogami, także stojąc do pasa w wodzie. Nad wioślarzami zwisała wielka gałęź, więc cała trójka – Gerard, Nel i Stefan – mogli się jej trzymać. Wtedy chłopaki z niemałym trudem odwrócili kajak, niestety był pełen wody.

22. Po trudnych chwilach Joli udało się namierzyć grunt pod nogami 23. Topielcy w wodzie, kto może pomaga

 

Gerard usiłował wodę wybierać rękami, ale efekt był beznadziejny. Medytowali jak usunąć wodę, gdyż płynąć kajakiem pełnym wody byłoby niemożliwe, tym bardziej że topielcy dygotali z zimna. Wtedy nadpłynęła Marysia z Maćkiem i Marysia przejęła dowodzenie. Zażądała wszelkiej odzieży jaka była w tej sytuacji dostępna, szczególnie wymuszając krzykiem na Gerardzie aby ściągał z siebie co może. Ciuchy namaczała w kajaku i wykręcała do rzeki, robiąc to nieskończoną ilość razy. Do wykonania tej czynności sama musiała wejść do wody, inaczej by się nie dało. W tym czasie Jola przedostała się do nich rzeką, bo wyjść na brzeg się nijak nie dało. Wojtek z Laluchą użyczyli poszkodowanym swoje suche polary, więc mogli się choć trochę ogrzać. Gdy kajak został jako tako odwodniony, a emocje wszystkich okiełznane, topielcy odebrali z powrotem swój bagaż, wdrapali się do kajaka i kawalkada ruszyła w dalszą drogę. Do końca spływu była jeszcze dobra godzina, a parę osób było mokrych, w tym Gerowie siedzieli na mokrej podłodze.  Więc gdy spływ się skończył, wymuszono na nich ubranie wszelkiej możliwej suchej garderoby jaka była jeszcze osiągalna. I tak bez ofiar grupa wróciła do domu, nikt przygody nie odchorował. Wszystko dobrze się skończyło… ale było groźnie.

24. Mimo dramatycznych chwil spływ zakończył się bez ofiar 25. Dziewczyny mokre i zmarznięte

 

Wieczorem pod wiatą rozpaliliśmy ognisko, gdyż przeżycia dnia wymagały nie tylko rozgrzać się, ale także rozweselić.

26. Wieczorne ognisko 27. Pić czy śpiewać/

 

Hasłem tegorocznego rajdobozu był „odlot”. Przedstawienie swoich odlotów planowaliśmy na czwartek, w międzyczasie nie zdradzając się co kto ma w zanadrzu i co pokaże. Tym niemniej monachijski Jurek przywiózł do Jarosławca fajki z marychy  jako dosłowne potraktowanie odlotowego hasła i tego wieczoru nie wytrzymał i przy ognisku częstował. Parę osób spróbowało, zaciągając się raz lub kilka razy. Niektóre dziewczyny zareagowały napadem nieokiełznanego śmiechu, w czym przodowała Nel. Jej szalony śmiech był tak zaraźliwy, że w końcu pękali ze śmiechu prawie wszyscy, nie wiadomo kto się zaraził, a kto się sztachnął. Ale jeden kowboj tak się sztachnął, że musiał być zniesiony przez kolegów do pokoju i położony do łóżka. Generalnie śmiechowe szaleństwo było świetnym wyładowaniem po wysiłku jeździeckim i przede wszystkim po wodnej ekwilibrystyce. Tym niemniej gdy w pewnym momencie Gerard wstał i zaczął dziękować za pomoc otrzymaną od przyjaciół w wodnej topieli, głos mu się łamał i bliżej był łez niż śmiechu. 

28. Dziewczynki się sztachnęły… 29. No cóż, te dziewczynki też się sztachnęły
30. I te jakieś wesolutkie, w tym topielica 31. Gerard dziękuje przyjaciołom za pomoc  w topieli

 

Najedliśmy się pieczonej na ogniu kiełbasy, naładowaliśmy akumulatory dobrym humorem i zakończyliśmy dzień dobrze nastrojeni do dalszych wyzwań. 
W środę po śniadaniu znowu spora grupa ruszyła do stajni, jednak ktoś tam jęknął że godzina jazdy nam wystarczy i żeby nawroty galopu nieco skrócić. Kinga przychyliła się do życzeń, tym niemniej jazdy były i tak wyczerpujące, gdyż nadmorski piach był tego dnia jakiś bardziej grząski niż zwykle i konie co rusz się zapadały, wymuszając więcej wysiłku dla utrzymaniu równowagi. Ale daliśmy radę, nikt nie miał problemów.

32. Jazda kolejnego dnia 33. Galop brzegiem morza, co za uciecha

 

Tego dnia Iwonka dała wolne, więc nie było powodu nigdzie się śpieszyć. Po jazdach były spacery, plażowanie, smażona rybka (droga jak diabli), był też na koniec „Wilk Morski”, a w nim dość cienki grzaniec i dość smaczne rybne sałatki. Przede wszystkim jednak było przyjemne nic-nie-robienie,  we własnym, przyjemnym towarzystwie.

34. Gimnastyka była każdego dnia, bez względu na wszystko 35. Plażowanie też było, w każdej wolnej chwili

 

W czwartek po jazdach pojechaliśmy do Darłowa zwiedzić Zamek Książąt Pomorskich (obecnie muzeum), najlepiej zachowany zamek gotycki na Pomorzu Zachodnim. Urodził się w nim Eryk Pomorski z rodu Gryfitów, uznany przez władze Darłowa za najznamienitszą personę miasta. Książę, żyjący w XIV w., na skutek zawirowań genealogii został królem Danii, Szwecji i Norwegii, czym przebił chyba wszystkie koronowane głowy Polski. Po długich rządach został zdetronizowany i zajął się piractwem, co czyni z niego tym bardziej barwną postać, godną pióra lub filmu. Pod koniec życia wrócił do domu czyli na zamek w Darłowie i w nim dokonał żywota. Zamek jest obecnie ciekawym obiektem turystycznym, jest wart zwiedzenia.

36. Zamek Książąt Pomorskich w Darłowie 37. Wieczór odlotów – jedna kowbojka odleciała do szpitala

 

Czwartek to wreszcie ten dzień, kiedy mieliśmy zademonstrować swoje odloty. Od najdawniejszych lat rajdobozy odbywały się pod konkretnym, wyznaczonym dużo wcześniej hasłem i zawsze była to przednia zabawa. Na początku były tylko przebieranki, aczkolwiek pomysłowość nie miała granic. Z czasem coraz więcej osób do stroju dodawało jakiś krótki pokaz, więc zabawa była coraz lepsza. Im dalej w las tym więcej drzew – z biegiem lat nasze wyczyny estradowe ewoluowały i osiągały coraz wyższy poziom artystyczny, tak że coraz trudniej było wymyślić sensowne hasło, gdzie jeszcze dałoby się samych siebie przeskoczyć. Co prawda pokazy rodziły się w bólach, ale efekt każdego roku był  niesamowity. 
Nie gorzej było tego roku w Jarosławcu. Można nawet powiedzieć że było  jeszcze ambitniej, bo nie dość że Stare Konie po raz kolejny podniosły poprzeczkę, to dodatkowo fakt występu na prawdziwej scenie istotnie podniósł rangę przedsięwzięcia. Byliśmy po prostu niesamowici. Ale do rzeczy… 
Przed sceną ustawiono krzesła w rzędach, ustalono kolejność pokazów. Uczestnicy zabawy zeszli się do sali ubrani w swoje sceniczne kostiumy, usiedliśmy na widowni i wg grafiku na scenę wchodzili wyznaczeni aktorzy i pokazywali swoje odloty. Repertuar był niezwykle różnorodny. 
Jako pierwszy na scenę wtoczył się ogólnie znany mały przywódca narodu, aby przedstawić swoje  odleciane teorie na temat życia, historii i polityki. „Gdy miałem 12 lat chciałem rządzić. Premierem chciałem zostać mając 34 lata. To mi nie wyszło, ale rządy zaplanowałem skończyć w wieku 91 lat i to może się udać. Dzięki Wam. Pytany jestem wszędzie o totalną opozycję. Otóż to są nasi przeciwnicy wewnętrzni, ale tak naprawdę Tusk realizuje zewnętrzne interesy, głównie Niemiec – to jest nasza opozycja. Nasi przeciwnicy to mali ludzie, marni intelektualnie i moralnie. Krzyczą o państwie prawa, a państwo prawa wcale nie musi być państwem demokratycznym. Widzimy co ta zachodnia demokracja przyniosła – Zosia chce zostać Władkiem, Władek Zosią, Władek żyje z Tadkiem, Zosia z Marysią, do tego te smarfony i oj pady. My będziemy zwalczać te anomalie krok po kroku. Kolejny ważny temat – zwróciliśmy się do Niemiec o reparacje wojenne. Wyliczyliśmy, że to ponad 6 bilionów zł, czyli na każdego Polaka wypadnie po 160 tys. zł. To zrealizujemy. Koniec z wszelkim złem”.

38. Odleciany przywódca narodu 39. Premier chwali się odlecianymi złotymi myślami swoich współpracowników

 

To tylko wyciąg, odlecianych myśli było więcej.  Powiało grozą, a tu już na scenę wszedł odleciany premier i pochwalił się z jaką wspaniałą intelektualnie ekipą współpracuje, przedstawiając kilka wybranych złotych myśli swoich współpracowników, zgrozy czyniąc ciąg dalszy. Cytaty są autentyczne, oto kilka z nich: 


– Nie alkohol, nie przemoc domowa, lecz ideologia LGBT niszczy polskie rodziny. 
– Seks dla przyjemności jest upadkiem wartości chrześcijańskich. 
– Dziewictwo jest źródłem harmonii świata, te które je tracą podsycają pandemię. 
– Kolorowe kredki to przebrzydła promocja homoseksualizmu. Powinny być jednokolorowe, aby nie stymulować seksualnie wyobraźni dzieci. 


Powyższe rewelacje przedstawili Gabi i Kach. W gęstej atmosferze jaka zaistniała na scenę weszli kolejni aktorzy, Renia i Andrzej. Przedstawili odloty o diametralnie innym charakterze. Na początku był krótki dialog: „co to jest odlot?”  „To wyruszenie w drogę”. „Coś ekscytującego?” „To nowy sposób na życie, realizacja swoich pasji”.
Reniowie przedstawili sylwetki kilku osób, które mając 70-90 ruszyli w świat swoich pasji. 


Np. Czesław Romankiewicz, wcześniej działacz ludowy, nie uprawiający nigdy żadnych sportów – zaczął grać w golfa w wieku 80 lat i wkrótce zakasował toruńskich golfistów (bo stamtąd pochodzi). Na pytanie dlaczego golf? Bo to sport dżentelmeński, tu nie gra się przeciw komuś, tylko przeciw swoim słabościom. Jest najstarszym golfistą w Europie. Barbara Kolasa lat 66 z mężem lat 71 startują w maratonach, półmaratonach, biegach okazjonalnych. Zaczęli po 50-tce. Biegają nie tylko w kraju, startowali w Stanach, Chinach, Portugalii, Turcji, na Malcie. Barbara ma już ok. 300 medali. W swojej pasji nie tylko o bieganie im chodzi, także o zwiedzanie ciekawych krajów. Aktualnie szukają propozycji kolejnego maratonu, w miejscu gdzie jeszcze nie byli. Stanisława Cymerman, lat 93, była pielęgniarka. Odszedł niewidomy mąż i chora mama, nad którymi sprawowała długotrwającą opiekę, dzieci odfrunęły. Dziś bywa na pokazach mody, statystuje w filmach, gra w teledyskach. Wędruje po ulicach stolicy w fantastycznej malinowej marynarce, często z deskorolką pod pachą. Nowe życie zaczęła po 80-tce. Ela Hubner lat 56, tłumaczka, prowadzi blog „Fajna baba nie rdzewieje”. Spisała dekalog nierdzewnych, a główne zasady to: być dumnym ze swojego wieku, nigdy nie mówić że jest za późno, uśmiechać się. 


Aktorzy występ zakończyli retorycznym pytaniem: czy my nie jesteśmy tacy?  Dostali duży aplauz.

40. Renia i Andrzej opowiadają jak odlotowo mogą żyć 70plus 41. Wierna adaptacja filmu animowanego „Odlot”

 

Tym razem powiało optymizmem, co było dobrą oprawą do następnego pokazu w wykonaniu Eli i Kornela, którzy w niezwykle realistyczny sposób przedstawili adaptację słynnego filmu animowanego Pixara „Odlot”. Nie tylko nauczyli się długich ról, ale także w niezwykle perfekcyjny sposób odwzorowali postać skauta – czapeczka, plecak z odznakami, sznurówki u butów, wszystko było identyczne jak w filmie. A oto w skrócie treść widowiska:  Pewien stetryczały staruszek żyjący samotnie i rozpamiętujący dawne lata z ukochaną żoną Elą, nie zauważył kiedy życie minęło i nie rozumie, dlaczego nie zdołali zrealizować swego wieloletniego marzenia. Tym marzeniem było polecieć do Ameryki Południowej i w pobliżu pewnego wodospadu zbudować dom, a tam walczyć o zwierzęta, przyrodę, ekologię. Niestety zawirowania  życia codziennego odsuwały  wyprawę na dalszy plan i ostatecznie nigdy do niej nie doszło. W końcu zestarzeli się, żona  zeszła z tego świata, on sam popadł w marazm i wegetację. Miał już zostać odstawiony do domu pogodnej starości, ale równolegle z oczekiwaniem na tą przykrą chwilę spotkał pewnego dokuczliwego skauta, który uprzykrzał mu ostatnie momenty wolności. Skaut Russel zbierał odznaki do tytułu „syn dzikiej przyrody”, potrzebował jeszcze odznakę „pomocnik seniora”, aby awansować  na „starszego syna dzikiej przyrody”. Skaut był tak natarczywy i nie dający się zbyć, że w końcu Fredriksen zmobilizował wszystkie siły aby skończyć z dotychczasowym życiem, uciec od sanitariuszy, skauta, developera czyhającego na jego dom i mimo wszystko zrealizować wieloletnie marzenie. Będąc producentem balonów przyczepia do swojego domu ogromną ich ilość i odlatuje do wymarzonej krainy w Ameryce Południowej. Zbiegiem okoliczności skaut załapuje się na tą podróż, więc lecą razem i mają mnóstwo niesamowitych, ale też pięknych przygód. Opowieść pokazuje, że są odloty które sprzyjają nawiązywaniu przyjaźni, dają siłę do walki o prawdę, uczciwość, realizację marzeń. Aktorzy wspaniale odegrali swoje przedstawienie i zyskali duży aplauz. 
Kolejny odlot zaprezentowała Marysia. Wystąpiła w pięknej zwiewnej sukience, z wiankiem polnych kwiatów na głowie, jako Calineczka. Odegrała bajkę o Calineczce bardzo realistycznie. U pewnej kobiety urodziła się maleńka Calineczka, która wiodła szczęśliwe życie aż do momentu, gdy porwała ją ropucha, przeznaczając na żonę dla swojego syna. Calineczka zdołała uciec od ropuchy, przeżyła wiele przygód, żyjąc na łące wśród kwiatów. Lato jednak minęło, nadeszła jesień i zima była za progiem – Calineczka zamartwiała się nie wiedząc gdzie się podzieje zimą. Ulitowała się nad nią mysz polna i zabrała ją do swojej norki. Z czasem mysz wymyśliła, że dobrze byłoby wyswatać Calineczkę z sąsiadem kretem, gdyż dobrze mu się wiedzie, ma grube ciepłe futro, mała dziewczynka miałaby zapewniony byt. Nawiasem mówiąc kret dość szybko zakochał się w Calineczce, zaprosił ją do swego wielopokojowego, podziemnego domu, chcąc się pochwalić jak mieszka. Calineczka przez grzeczność przyjęła zaproszenie, jednak mroczna, zimna rezydencja kreta przeraziła ją. Wędrując po podziemnych zakamarkach znaleźli w pewnym miejscu nieruchomego ptaka, który najwyraźniej zastygł z zimna.  Była to jaskółka –  zgubiła swoje stadko odlatujące do ciepłych krajów i z zimna i głodu zapadła w hibernację.  Calineczka wróciła nocą do jaskółki, rozgrzała ją pękiem suszonych kwiatów które przyniosła i ptak ożył i wyfrunął z podziemia. Ponieważ przygotowania do ślubu z kretem nabrały tempa, Calneczka dała się namówić jaskółce i odleciała z nią do kraju gdzie zawsze jest ciepło i żyje się szczęśliwie.  Była to piękna bajka, świetnie zagrana nie tylko przez Marysię, ale także Dorotę odgrywającą ropuchę i kreta. W tekst wmontowana była przyśpiewka, którą intonowała cała sala: Uha, tralala, Calinka 22 – to zmodyfikowany refren piosenki Starszych Panów Kapturek 62,  mówiący w zawoalowany sposób o gejowskim odlocie, jako przeciwwagą do pięknego odlotu Calineczki. Bo odloty są różne.

42. Calineczka, która odleciała z jaskółką uciekając od problemów 43. Po uczonej głowie latają odleciane tezy, aż styki się palą

 

Kolejny odlot to kolejny wielki zwrot akcji, nowy niezwykły pomysł, z kategorii tych co to się „filozofom nie śniły”.  Na scenę weszła Lalucha z wielką świetlistą obręczą nad głową, symbolizującą dokładnie to co było widać. Jak się okazuje po uczonej głowie potrafią latać tak odlotowe tezy, prowadzące do tak odpałowych wniosków, że styki się palą. Np. dualizm korpuskularno – falowy i kot Schrodigera – czy jest on żywy czy martwy? Roztrząsanie tego problemu może rozpalić do białości. A weźmy np. zegary mózgowe świadomości Libeta – czy wolna wola jest złudzeniem? Dyskusje nad wolną wolą nurtowały człowieka od wieków, uważano że właśnie wolność woli czyni homo sapiens najdoskonalszym tworem natury. Są jednak badania, które sugerują, że jesteśmy marionetkami chemii mózgowej, badał to właśnie neurofizjolog Beniamin Libet. Pożywka dla przemyśleń niebywała. Ale co tam Libet i jego tezy, superstrunowa teoria, w której czasoprzestrzeń ma 11 wymiarów, to jest coś.  Podobno każde oddziaływanie jest tam wyjaśnione – to dopiero pożywka dla głowy, mało które styki wytrzymają. Po co jednak odlatywać tak daleko, poekscytujmy się fenotypową plastycznością jako nadzieją ludzkości… z Olgą Tokarczuk na czele. 
Nie dziwota że po tego typu rozważaniach filozoficzno – naukowych głowa naszej prezenterki świeciła jak gwiazda na niebie. Chętnie przejęliśmy część tego blasku.
Odloty mogą być na jawie, są też senne odloty.  O czym opowiedzieli Stefan i Nel. Podobno Stefan nie mogąc spokojnie spać z powodu hasła rajdobozu i niemożności wymyślenia czegoś sensownego, zapytał kiedyś o świcie Nel, co oni zademonstrują. Nel nie do końca rozbudzona, jeszcze pod wpływem jakichś sennych obrazów, wymamrotała „karton”. Co za karton? – Stefan. Załóż karton na głowę – Nel. I założył Stefan na scenie wielkie pudło kartonowe na głowę, demonstrując totalnie odlotowe banialuki, jakie można mieć w sennych majakach.

44. O sennych odlotach opowiadali Nel i Stefan 45. Lennon śpiewał „Imagine”

 

Następnym artystą był prawdziwy Lennon, który wbiegł na scenę z gitarą w ręce, wcześniej rozdawszy widowni tekst piosenki, którą po chwili wykonał. Był to słynny przebój Imagine, śpiewany co prawda po angielsku, ale przecież znany równolatom. 


… Wyobraź sobie że nie ma państw, 
To nie jest trudne do osiągnięcia,
Nie ma za co zabijać, ani poświęcać życia,
I nie ma religii,
Wyobraź sobie że wszyscy ludzie żyją w pokoju.
Wyobraź sobie że nie ma majątków,
Ciekawe, czy potrafisz,
Nie ma powodu dla chciwości ani głodu,
Braterska wspólnota,
Wyobraź sobie wszystkich ludzi,
Dzielących ze sobą cały świat.
Możesz powiedzieć że jestem marzycielem,
Ale nie jestem jedyny,
Mam nadzieję że pewnego dnia dołączysz do nas,
I świat będzie żył w zgodzie.


Publika śpiewała refren, a Wojtek, bo on był Lennonem, wspaniale zaśpiewał hipisowski hymn i musiał bisować. Występ wokalny był jak świeży powiew, cudnie muskający zmaltretowane wcześniej mózgi. Może autor był rzeczywiście marzycielem, ale jednak wyrażał pobożne życzenie wszystkich, szczególnie w kontekście tego co się na świecie dzieje. Było to piękne.
Kolejno wystąpiła Dorota, w eleganckiej sukience, kapeluszu i szpilkach. Najpierw przedstawiła skecz o odlocie w burdelu, ale zaraz potem zaśpiewała nastrojową piosenkę o odlatujących żurawiach, emanując melancholią, która rozlała się po sali.


Żurawi klucz, żurawi klucz, leci do ciepłych krain,
Dlaczego tak smutno mi, gdy widzę odlot żurawi?
Była wiosna, minęła, było lato, odeszło,
Była miłość zginęła, dlaczego błądzę po deszczu?
Wróci wiosna i minie, przyjdzie zima i mróz,
Błyśnie miłość i zginie, jak na niebie żurawi klucz.


Aby jednak wróciła wesołość, do damy Dorotki dołączyła Calineczka i obie siedząc na ławeczce sztachnęły się marychą, wybuchając perlistym śmiechem. Czym zaraziły publiczność.

46. Dorotka śpiewa o odlatujących żurawiach 47. Dama i Calineczka przywróciły wesołość – ale na chwilę

 

Niestety wesoło zrobiło się tylko na chwilę, gdyż na scenę weszła Jola i przypomniała te Stare Konie, które na zawsze odleciały z naszego świata. Jest to całkiem niemała ilość niestety. Bardzo ładnie że nie rozpłynęli się w niepamięci, że  pamiętamy, że chcemy ich wspominać w różnych okolicznościach – ale melancholia powróciła. Jola o każdej z tych osób powiedziała parę ciepłych słów. Jan – duże chłopisko przypominające Rumcajsa, Zdzichu  Jabłoński – Gerowie, gdy byli sąsiadami, grali z nim w guziki, Krzysiu – zawsze młody, zaskoczył nas nagłym, niespodziewanym  odlotem, Hania Warszawianka – kochająca ludzi i konie, Ania – ginąca notorycznie w najbliższym otoczeniu, Heniu – wspaniały, niezapomniany szeryf, dusza każdego towarzystwa, wierny, lojalny przyjaciel.


Takie jest prawo i lewo natury,
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen,
Taka jej ewidencja i omnipotencja.
I tylko czasem
Drobna uprzejmość z jej strony –
Naszych bliskich umarłych
Wrzuca nam do snu. – W.Szymborska.


Wspominajmy tych którzy odeszli i Carpe Diem. Po tym smutnym ale ważnym wystąpieniu Gerard polał po kielichu i każdy sobie chętnie golnął.

48. Jola przypomniała naszych przyjaciół, którzy odlecieli… 49. Maciek zaśpiewał o swoich odlotach

 

Wtedy wszedł na estradę Maciek w długowłosej peruce i zaśpiewał własną produkcję:


Odlatują ranki i wieczory,
Odlatuje cała młodość ma,
Ani jej nie dogonię,
Ani łzy nie uronię,
Bo mam ciągle jeszcze was.
A więc hejże hej, hejże ha,
Bawmy się, póki czas.
Bo kto wie, bo kto wie,
Kiedy znowu uda się.


Widocznie Maciej w swoich młodych latach które odleciały nosił takie hipisowskie włosy, w każdym razie prezentował się wspaniale.

50. Kupcio reklamuje zdrowotne własności marychy 51.  Olo opowiada o swoich odlotach

 

Hipizmem powiało i po chwili na estradzie pojawił się hipis Jurcio i z przepastnej torby powyciągał odlotowe gadżety. Fajki już były, teraz miał jakieś ciasteczka i lizaki, ale przede wszystkim prezentując wódkę z trawką przekonywał jakie zdrowotne własności posiada marihuana i ile dolegliwości można nią leczyć. Cóż, biorąc pod uwagę nasze pesele i mnogość rozmaitych zdrowotnych problemów, wypada rzecz potraktować poważnie.
Po hipisie na scenie ujrzeliśmy Ola, który w gustownym kapeluszu ze skrzydełkami opowiedział o swoich odlotach. Przeleciał po różnych naszych spotkaniach, przypominał dawne spędy i bale, a było tego całkiem sporo. Spotykaliśmy się nie zawsze w komfortowych warunkach, bywały wieloosobowe pokoje i wspólne spanie, bywało marne jedzenie i marna pogoda – ale zawsze było odlotowo.  Pamiętajmy i pielęgnujmy te wspomnienia. Wszystko wskazuje że będziemy spotykać się nadal, więc chciałby tylko, żeby zawsze wśród nas było dla niego miejsce, czy będzie z nami fizycznie, czy  we wspomnieniach.
Jest oczywistą oczywistością że nie będzie inaczej.
Gdy Olo zszedł ze sceny z tyłu sali zrobił się jakiś ruch i na parkiet wpadła piątka hipisów, wznosząc okrzyki: „precz z wojną,  chcemy pokoju, chcemy wolności, chcemy prawdy, chcemy wolnej miłości”. Byli to Iwona, Ewa, Jaga, Karolina, Walter. Z głośników popłynęła muzyka z filmu „Hair” i hipisi zaprosili do tańca, gdyż zagęszczona atmosfera pilnie wymagała odlotu w zabawę i wesołość. Krzesła poszły na bok i wszyscy ruszyli na parkiet. Dwie hipiski krążyły między wirującym tłumem, rozlewając piwo konopne i konopny eliksir, bo odlot miał być pełny.

52. Hipisi porwali salę do zabawy, dołączyła Kinga z rodziną 53. Lało się piwo konopne i konopny eliksir

 

Po chwili zabawa szła na cały gwizdek, a Disc Jockey dbał pilnie, aby z głośników leciała muzyka z lat 60 i 70-tych.

54. Zabawa szła na cały gwizdek 55. Iwonka z połamaną szyją poszła na całość
56. Taniec z piwem 57. Nikt się nie obijał

 

Po sali kręciła się zakonnica z kartką na plecach, że obowiązuje ją klauzula milczenia, więc się nie włącza. Ale żal byłoby stracić taką zabawę, więc zgrzeszyła choćby biernym uczestnictwem. Także pewien czarny bocian szykujący się do odlotu w ciepłe kraje  usłyszał śmiechy i muzykę i także on zboczył z kursu. Ciepłe kraje nie uciekną, ale takiej zabawy nie można odpuścić. Tak że wszyscy się świetnie bawili, z wyjątkiem jednej kowbojki, która w środku dnia doznała  uszczerbku na ciele na tyle poważnego, że odleciała karetką do szpitala. Na szczęście następnego dnia wróciła, jakoś ją tam poskładali. A obóz jeszcze trwał,  zdążyła zaliczyć kolejne atrakcje.

58. Czarny bocian odpuścił odlot, skoro tu taka zabawa 59. Zakonnica zgrzeszyła udziałem w  odlotowej zabawie
60. Piwo konopne wskrzeszało siły 61. Odlotowa zabawa

 

W piątek słońce się nie pokazało, nad morzem była nawet lekka mgła. W tej scenerii jazda była nie mniej atrakcyjna niż poprzednie. Zaprzyjaźniliśmy się z Kingą, która okazała się w dechę kobitką i dogadzała nam jak mogła. Czytaj – galopu było w bród, a nawet jeszcze więcej. Kinga przyznała się, że przed naszym przyjazdem nie spała dwie noce ze strachu jak ona przeżyje te dziadki, szczególnie w kontekście wypadku Iwony. Ale nie daliśmy plamy, nikt nie spadł z konia, a że czasem ktoś zajęczał żeby galopy nieco ograniczyć do krótszych odcinków, to naprawdę żaden obciach. Biorąc pod uwagę nasze rowery, kajaki i wszelką inną galopadę.

62. Jazda w mglisty poranek też była frajdą 63. Zjazd z plaży na wydmy

 

Po wczesnym obiedzie pojechaliśmy do Słupska, gdyż tam – niewiarygodne – znajduje się największe w Polsce i na świecie muzeum Stanisława, Ignacego Witkiewicza. Niewiarygodne, gdyż Witkacy nigdy w Słupsku nie był. Początek słupskiej kolekcji jest taki, że w niedalekim Lęborku mieszkał w latach 60-tych syn zakopiańskiego lekarza Teodora Białynickiego – Biruli, przyjaciela Witkacego i od niego muzeum odkupiło pierwsze 100 prac. W tamtych latach Witkacy jako malarz nie był jeszcze zbyt popularny, więc zakup nawet dużych ilości jego obrazów był możliwy. Kolejno zakupiono od innych przyjaciół artysty jego dzieła – obrazy, rysunki, rozmaite pamiątki, tak że kolekcja obecnie liczy ok. 260 pozycji, głównie portretów. Od zakopiańskiego stomatologa artysty zakupiono np. 40 prac, gdyż płacił on swojemu dentyście za usługi stomatologiczne portretami. Muzeum jest niezwykle ciekawe, zrobione w sposób nowoczesny i bardzo profesjonalny. Oprócz dzieł Witkacego posiada jedną Boznańską, jednego Matejkę, także Mehoffera, Witkiewicza ojca, Śledzińskiego i innych.   Była to wielka uczta duchowa, więc po wyjściu udaliśmy się do pobliskiej, słynnej herbaciarni, żeby wszystko dobrze przetrawić. Wystrój herbaciarni był z kolei poświęcony Wojciechowi Kilarowi, którego imieniem nazwana jest Polska Filharmonia „Sinfonia Baltica” w Słupsku. Kultury zażyliśmy więc tyle, że starczy na jakiś czas.

64. Muzeum Witkacego w Słupsku było fascynujące 65. Herbaciarnia z Kilarem na ścianach też się podobała i zadowoliła podniebienia

Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku.

66. Ognisko jest dobre na wszystko 67. Nasz gitarzysta nigdy nie zawiedzie

 

Nieubłaganie czas popłynął i w sobotę po raz ostatni dosiedliśmy rumaków i po raz ostatni oddychaliśmy morzem i urokami Jarosławca. Niemal tradycją się stało, że pod koniec każdego rajdobozu wyśledzimy gdzieś w okolicy jakieś dożynki i nigdy ich nie ominiemy. Tak było i tym razem, dożynki wyśledziliśmy we wsi Rusinowo. Udaliśmy się tam w strojach organizacyjnych, wywołując wiele miłych komentarzy. Spotkaliśmy Kingę, która z rodziną i znajomymi brała czynny udział w święcie plonów. Częstowała nas nalewką rodzinnej produkcji, bardzo smaczną. Na innych straganach nakupiliśmy miodu, nalewek, ciast na wieczorne pożegnanie, pojedliśmy chleba ze smalcem, sałatki śledziowej i wszelkich innych różności. Na wielkiej scenie produkowały się zespoły regionalne, a w między czasie trwały różne warsztaty i konkursy. Dwie Formisie wygrały nawet nagrody w jednym z plebiscytów, niestety wygraną były bilety do okolicznego skansenu, co było nie do skonsumowania, gdyż rano wyruszaliśmy w drogę powrotną. Ale uciecha była.

68. Dziękujemy Kinndze za piękne chwile z nią i jej końmi 69. Pobyt na dożynkach tradycyjnie musiał być

 

 Wieczorem spotkaliśmy się na pożegnalnej kolacji, gdzie między innymi nominowano Iwonkę na królową zgromadzenia, za perfekcyjne zorganizowanie rajdobozu nad morzem. Wszystkim się podobało, jazdy były piękne, gospodarze się spisali, miejsce super, nic, tylko przyjeżdżać.

70. Na koniec „zdrowie konia” 71. Iwonka królową za perfekcyjne zorganizowanie rajdobozu

 

Pielęgnujmy zdrowie i realizujmy marzenia, jak emeryci o których mówili Renia i Andrzej.  Bo tacy jesteśmy.
Do zobaczenia…

„Słońce też wschodzi” u Hamingwaya, ale u nas też zachodzi niestety. 

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć,

Tekst i wstawienie na stronę: Formisia
Zdjęcia: Formisia, Zgaga, Karolina, Zbyszek i inni
 

           

 

XXI Bieszczdzki Rajd Starych Koni

Bieszczady  19 – 28.06.2022 r.

W minionych dwóch latach nękała świat pandemia koronawirusa, wymuszając na przeciętnym Kowalskim wiele ograniczeń i zmianę wielu reguł życia i  przyzwyczajeń. W roku bieżącym nastąpił kolejny, niewyobrażalny kataklizm – wojna w Ukrainie. Jednak żadne z tych zagrożeń nie wpłynęło na zaprzestanie  rajdowania przez Stare Konie. Wręcz przeciwnie, rajd stał się potrzebą i sposobem na reanimację nadwyrężonej psychiki. Więc gdy hasło zostało rzucone, od razu zgłosiło się 16 osób.
Niestety podróż do Bieszczad to coraz większe wyzwanie. Wykruszają się kierowcy, chętni poprowadzić samochód tak daleko. Najchętniej każdy byłby pasażerem.  Poukładanie ludzi do samochodów i jazda 9 – 10 godzin nie jest łatwą sprawą. Zdarzają się też przykre niespodzianki po drodze, czego doświadczyli wujowie w swojej liczącej 850 km trasie z Gdańska – stracili koło jadąc dłuższy czas na kapciu i konieczna była profesjonalna pomoc. Ale to wszystko jest niczym wobec faktu ile potem doświadczamy radości i piękna. Otrzymanych endorfin starcza na długo.

Łódź i Warszawa, licznie też Wrocław
A Gdańsk dojechał bez koła.
Lecz nie ma rady kiedy zew wzywa
I las bieszczadzki nas woła.

Bazą był jak od wielu lat Dwernik, gdzie zacumowaliśmy u Gosi i Jarka w hacjendzie „U Szeryfa”. Przewodził nam nasz charyzmatyczny Józek, a był to z nim już piętnasty rajd – nie do wiary.  Józek tradycyjnie doprowadził swoje konie, które znamy i lubimy, ale na przestrzeni lat stawka się bardzo zmieniła.  W tym roku z najstarszych jego koni pojawił się Gastończyk i Basior, z nieco młodszej generacji zobaczyliśmy Eldika, Fikusa i Emira, a z nowszych była Czantoria, Wiarus i Wezyr. Swoją zeszłoroczną Melisę w tym roku Józek użyczył rajdowiczom, przywożąc całkiem nowego Hermesa i Rodosa, z których tego ostatniego dosiadał sam. Przyjechała jeszcze Weda, ale nie uczestniczyła w rajdzie. 

1. Nasza baza w Dwerniku  2. Nasze stadko


Spotkanie się w Dwerniku było dla nas wielką radością, trudy podróży szybko poszły w zapomnienie. Na osiem dni odcięliśmy się od świata zewnętrznego, nie nadsłuchując co się dzieje na świecie i zachłystując się bujną przyrodą, dotykiem miękkiej, końskiej sierści, doświadczanymi przygodami  i własnym wesołym towarzystwem.
Na rajd przybyli: Reniowie, Rudzi, Wujowie, Dorota, Aldona, Marysia, Majka, Ewa Gdańszczanka i Ewa Formisia, Maciek warszawski, Stefan i dwóch nowych kowboi Marek i Jurek Kupa.

Kupa i Zając nowe nabytki,
Szybko wpisali się w role.
I chyżo pędzą każdego ranka
Po konie na wielką górę.

Tego roku konie stacjonowały na pastwisku wysoko w górach, gdyż z powodu suszy na dole była kiepska trawa i nie miałyby tam co jeść. Idea była szczytna, jednak marsz rano po konie, a tym bardziej zaprowadzenie ich w góry po wielogodzinnej jeździe był bardzo męczący. W upalny dzień czy po bardziej wymagającym dniu „można było ducha wyzionąć”. Przez pierwsze 2-3 dni każdy dzielnie chodził ze swoim mustangiem w dół lub w górę, jednak ku uldze wielu osób koniki z czasem nauczyły  się pokonywać tę trasę luzem, więc wystarczyły 2-3 osoby dla asekuracji, w tym zawsze był Józek. Dla wielu była to dużą wyręka. Wśród tych którzy najczęściej chodzili z końmi były nasze świeżynki  Marek i Jurek. Nawiasem mówiąc wędrówka z końmi to bardzo fajna przygoda.

3. Konie miały pastwisko wysoko w górach 4. Prowadzenie koni na pastwisko było męczące po ciężkim dniu


W pierwszy dzień rajdu Józek zrobił tradycyjnie jedną wspólną jazdę i tradycyjnie jeździliśmy po okolicznym terenie. Do tego przedsięwzięcia dwa konie pożyczył od gospodarza Jarka i w teren wyjechało 14 kowboi. Ubraliśmy się w koszulki które w zeszłym roku dostaliśmy od Józka, więc była to jazda koszulkowa. Okolice Dwernika są bardzo piękne – trochę lasu, trochę widokowych łąk, Otryt na wyciągnięcie dłoni i inne filmowe panoramy. Cieszy oko świeża wiosenna zieleń, pachnie biały bez, mamią liczne dzwonki margerytki i jaskry.  Jeździ się raz w górę, raz w dół, ale nie ma wielkich trudności. Jazda jest dużą przyjemnością i dobrym początkiem rajdu (choć też bywa to jazda końcowa). Tym razem jednak było tak dużo zdarzeń, że gorzałka upadkowa okazała się potem nie do wypicia.

5. Piękne panoramy nad Chmielem 6. Pierwsza jazda koszulkowa


Najpierw przy siodłaniu Maruś założył na konia derkę tyłem do przodu, więc za taki obciach sam się opodatkował i obiecał flaszeczkę. Następnie nasze dwie świeżynki miały polecenie wypić strzemiennego, ale wypić z kieliszków ustawionych na końskich zadach, bez użycia rąk. Ponieważ w gromadzie były dwa konie Jarkowe robiące trochę zamieszania, a wszystkie konie generalnie nerwowo się kręciły w oczekiwaniu   na wyjazd, zadania nie dało się wykonać. Chłopcy wypili więc po gulu z ręki i ruszyliśmy. W czasie jazdy Mania i Jaga dość szybko zgubiły kapelusze, więc musiały się rozstać z koniem, aby każda swoją zgubę odzyskała. Odzyskiwanie zgub trwało dość długo, flaszeczki za to były nie wyjęte.  W dalszej drodze Andrzej zgubił koc spod siodła, co wiązało się z przesiodłaniem konia z ziemi, czyli kolejne rozstanie się z koniem i następna flaszeczka. Po krótkim postoju kontynuowaliśmy podróż, aż tu nagle znowu rozległ się krzyk: „stop, stójcie”. Jadąc wyboistą leśną drogą Hermes pod Ewcią Gdańszczanką potknął się i tak szpetnie zarył nosem w glebę,  że Ewcia nie czekając na rozwój wydarzeń zeskoczyła z konia, wiedząc że zaraz oboje będą leżeć. Spadła czy zeskoczyła, rozstała się z wierzchowcem, więc wiadomo czym to skutkuje. Nie było czasu rozpatrywać zdarzenie, gdyż wkrótce nastąpił kolejny, niemiły incydent. Forsowaliśmy górski potok ograniczony niewysokimi, ale bardzo stromymi skarpami. Wygramolenie się z wody na łąkę nie było łatwe, ale konie Józkowe jak wiadomo mają klej w kopytach i po pionowych skarpach śmigają jak akrobaci, co nie robi na nich wrażenia. Jednak koń Jarkowy pod Kupą tak się ucieszył ze swojego wyczynu, że po wyjściu na łąkę zaczął brykać i strzelać z zadu. Udzieliło się to drugiemu koniowi Jarkowemu, na którym jechał Stefana i Stefan po prostu walnął gruchę.

7. Wypadł koc spod siodła, trzeba konia przesiodłać 8. Wiele osób zapracowało na flaszeczkę pierwszego dnia


Tyle zdarzeń nigdy na jednej jeździe nie było, tym bardziej na pierwszej. Kto z upadkowiczów przywiózł ze sobą trunek wysokoprocentowy, ten przyniósł go na wieczorne ognisko. Kto nie miał, zrobił to w inny dzień. Ale wyprzedzając fakty można w tym miejscu powiedzieć, że w kolejnych dniach były kolejne zdarzenia i w końcu gorzałki upadkowej było tyle, że nie dało się jej przerobić Część pojechała do domu. Czegoś takiego jak świat światem nie było.               

Jeźdźcy i sprzęty spadają ciągle,
I koce i kapelutki.
I na wypicie wszystkich spadkowych
Czas nam się zrobił zbyt krótki.

Okrasą jazdy był wielki rogacz, który stał na jednej z łąk, w dużej bliskości od naszej kawalkady. Był tak blisko, że mogliśmy spokojnie się napatrzyć. Był dostojny i piękny, choć wg Wojtka czegoś mu tam w porożu brakowało.  Ale uciecha była wielka. Przejechaliśmy też po świeżym śladzie niedźwiedzia, także była to niemała atrakcja.
Wieczór spędziliśmy przy ognisku pod wiatą, wcinaliśmy kiełbaski z grilla, śpiewaliśmy do Wojkowej gitary i cieszyliśmy się początkiem pięknej przygody. Debiutanci dostali polecenie od szeryfy ułożenia wiersza na okoliczność swojego rajdowego debiutu, ale chłopcy myśleli że to żarty i zignorowali polecenie. Szeryfa nie dawała za wygraną i każdego dnia ponawiała polecenie, więc powoli oswajali się z tą myślą, czekając na wenę.

9. Kiełbaski skwierczą na ognisku 10. Wojtek stroi gitarę 11. Miłe chwile przy ogniu


We wtorek pojechaliśmy do Nasicznego. Byliśmy tam wiele razy, tak że trasę mniej więcej znamy, ale Józek prowadził mimo wszystko trochę innymi ścieżkami. Nie zmienia to faktu że jedzie się góra-dół, po zarośniętym terenie, wiatrołomów jest dużo, także trudnych zjazdów i podjazdów. Maczeta Józkowa pracuje niemal bez przerwy. W tym roku szlaki były jeszcze bardzie zarośnięte niż zwykle, zwalone wielkie drzewa wymuszały trudne objazdy, czasem w totalnie ekstremalnych warunkach. Pewien odcinek trasy bliżej Nasicznego był szczególnie ekstremalny, tak że w powrotnej drodze ten kawałek pokonaliśmy szosą. Prawdopodobnie z powodu jazdy chwilę szosą Józek zrekompensował drugiej grupie ten obciach i były trzy małe galopy – trasa wiodła trochę inaczej niż poprzednia i trafiły się obrzeża łąk.
Przeżyliśmy też krótkotrwałe zgubienie się lesie, ale to bynajmniej nic nowego, jako że mało kiedy jedziemy jakimś konkretnym szlakiem, o wyraźnych ścieżkach nie wspominając.

12. Gotowi do drogi 13. Biwak w Nasicznem


Wieczorem pognaliśmy na most na Sanie, gdyż tylko tam jest zasięg, a czas był najwyższy aby zadzwonić tu i tam. Do mostu jest ponad 1,5 km, więc był to dobry spacer po wyżerce jaką nam Małgosia każdego dnia serwowała.  Tego dnia był jednak ważniejszy pretekst – mianowicie tego wieczoru Stefan serwował swoją słynną nalewkę. Nalewka Stefana jest nie tylko doskonała – mniam mniam – ale jest  serwowana w eleganckiej zastawie i może być podana tylko w eleganckiej scenerii, jaką jest na przykład wieczorny San. Wesołość zrobiła się wielka.  Spontanicznie zatrzymaliśmy samochód który nadjechał i Jurek usiłował wytłumaczyć pani za kierownicą co jest grane: „ten pan spadł z konia, rozbił sobie głowę i szuka  kobiety do opieki”. Stefan zripostował: „ten pan uciekł właśnie z psychiatryka, proszę o wyrozumiałość”. Dziewczyny życząc nam miłego wieczoru odjechały rozbawione. Nas w końcu zegnało z mostu zimno. To niewiarygodne, ale po upalnym dniu nastał tak zimny wieczór, że wszystko co mieliśmy na sobie okazało się być za mało. Pognaliśmy ogrzać się przy ognisku.

14. Nalewka Stefana w galowej zastawie 15. Fundator z debiutantem


W środę po śniadaniu, jak każdego dnia, szeryfa usiłowała rozdzielić konie. Odliczała najpierw osoby jadące na dwie zmiany, następnie pozostałe osoby próbowała dopasować do koni i do odpowiedniej zmiany. Choćby nie wiadomo jaki system przyjęła, na koniec nijak się nie zgadzało.  Wyruszaliśmy policzeni, ale po biwaku nic nie pasowało, najczęściej jakiś koń zostawał wolny. Więc ktoś musiał jechać drugi raz, choć tego nie planował. Był to kolejny charakterystyczny rys tego rajdu, trudny do pojęcia, gdyż nigdy to się nie zdarzało.                 

Dzielenie koni to istny obłęd,
I tak się nigdy nie uda.
Ale jak trzeba na drugą jazdę
Chętnie pojedzie i Ruda.

Tego dnia pojechaliśmy przepastnymi lasami w kierunku Stuposian, do wiaty ponad tą mieściną. Trasa jak i poprzedniego roku była bardzo grząska, pełna kałuż, błota i mokrej trawy, w którą konie wpadały po nadgarstki. Wiele razy w poprzek leżały wielkie zwalone drzewa, których objazd był zazwyczaj trudny i stresujący. Czasem się wydawało, że nijak nie ominiemy przeszkody. Maczeta pracowała niemal bez przerwy. Aż dziw skąd Józek brał tyle siły by rąbać tak grube gałęzie i konary. Ale był też spokojny rewir starych ogromnych jodeł, robiących wielkie wrażenie, łatwy do przejechania.

16, Przedzieramy się przez podmokłe ścieżki 17. W głębi puszczy
18. Józek wyrąbuje tunel w lesie aby przejechać 19. Puszcza karpacka


W drodze powrotnej spadła z Czantorii Jaga – zsunęło się siodło pod brzuch, kowbojka nie miała szans i poleciała razem z siodłem. Można powtórzyć, że i takie rzeczy się nie zdarzały wcześniej. No cóż, rajd był absolutnie wyjątkowy, pod wieloma względami. Spadły też tego dnia dwa kolejne koce spod siodeł (Andrzej, Formisia) i to już była istna plaga. Na żadnym rajdzie nie gubiliśmy koców, skąd się to brało. Tak czy owak upadkowe się należało.

Stefan i Ruda i Ewa Gdańszczanka
Po glebie wnet zaliczyli,
A więc to oni głównie zadbali
Abyśmy się nie wysuszyli.

W drodze w tamtą stronę Józek znaczył pomarańczową farbą drogę którą jechaliśmy, przygotowując trasę dla kolegi, który tamtędy poprowadzi inny rajd. A jechaliśmy dziką, nieprzetartą puszczą, więc jeśli ktoś nie znał terenu, bez oznakowania nie dałby rady. Józek zazwyczaj prowadził „na niuch”, ale był objeżdżony i nawet jeśli czasem błądził, to „kierunek miał dobry”. Wydawało się że kompas miał w kościach i zawsze trafialiśmy do celu. Choć czasem było nerwowo. Ale nie każdy mógłby się zapuścić w głąb karpackiej puszczy bez oznakowania.

20.   Znakowanie trasy 21. Znakowanie cd

 

Józio wyrębał połowę lasu
I pomarańczem malował.
Omijał druty, traktor i błota
I do stajenki holował.

22. Kawalkada wynurza się z czeluści 23. Poimy konie gdzie tylko się da

 

Tego dnia w trakcie obiadu wyprawiliśmy urodziny Maćkowi. Wiedzieliśmy że je ma, wiedzieliśmy że przywiózł dobre wino. Ale Maciej nie wiedział co my dla niego mamy i wręcz niczego się nie spodziewał. Tymczasem dostał prezent w postaci pięknego końskiego bolo, oraz bukiet polnych kwiatów. Następnie „siedem dziewczyn z Albatrosa” zaśpiewało mu piosenkę, przerobioną pod sytuację. Maciej był mile zaskoczony i wręcz wzruszony. Ale to był dopiero skromny początek. Wystąpił bowiem Jurek i mając swój osobisty prezent, złożył dodatkowe życzenia.

Wśród nas krążą dziś słuchy, że jesteś jako ten pień głuchy.
Ale  przecież nie w uchu siła człeka leży,
Lecz jego moc w duchu i w sercu się mierzy,
I to są twe atrybuty, wiem jako obserwator uważny,
Zaszczycony mianem przyjaciela, ja, człek dobry choć niepoważny.
A więc w czasie słońca czy też innej pluchy
Króluj nam zawsze jako Król Maciuś Głuchy.

24. Urodziny Macieja – jubilat padł ze wzruszenia 25. Prezent – czadowa pelerynka

 

Prezentem okazała się czadowa peleryna, która tak zachwyciła jubilata, że natychmiast ją ubrał i zawyrokował, że będzie w niej paradował po ulicach Warszawy. Na stół wjechał wspaniały tort i objadaliśmy się w najlepsze, a Maciej pomiędzy jednym kęsem a drugim mamrotał pod nosem: „że też moja żona tego nie widzi”. Atrakcji urodzinowych nadal nie był koniec. Szeryfa zarządziła wyjście nad rzeczkę i tam uroczystość toczyła się dalej. Padło polecenie aby przedostać się na kamienną wysepkę na środku potoku Dwernik, celem dokonania ważnego rytuału. Nie było to łatwe zadanie mimo że chłopaki zrobili z kamieni pomost. Większość gości miała na nogach jakieś bardziej wyjściowe buty, a łatwo było ześlizgnąć się z kamienia i wylądować w wodzie. Więc jedni po tej stronie wody, inni po drugiej – dokonaliśmy chrztu jubilata w świętych wodach bieszczadzkich. Urodził się to i ochrzcić należało. Stefan swoim tubalnym głosem wygłosił wesołe kazanie i wylał na grzbiet Macieja sporą porcję wody z rzeki. Maciej miał na sobie swoją wspaniałą pelerynę, więc woda szkody mu nie zrobiła. A radochy było co niemiara. Słyszeliśmy tylko: „że też żony tu nie ma, to moje najlepsze urodziny w życiu”.

Chrzciny Macieja – po urodzinach
Wypadły nam znakomicie.
Jubilat wzruszon, laski śpiewały,
I nowy król jest na świecie.

26. Urodzin cd 27. Chrzciny Macieja
   
   

W czwartek Józek zapowiedział wyprawę na Przełęcz Nasiczniańską, jedno z najpiękniejszych miejsc w skali wszystkich rajdów. Jednak najpierw trzeba się przedrzeć przez dziką puszczę i mocno namordować żeby dotrzeć do raju. Przez godzinę Józek dzielnie rąbał las i nie mógł się nadziwić że tak zarósł. Podobno w czasach covidowych mało rajdów jeździło po tych terenach, więc takie były skutki. Jedną z następnych naszych  tras nie przejechał przez dwa lata nikt. My byliśmy ostatni jadąc nią w roku 2019. Trasy nie tylko pozarastały, ale przybyło wiatrołomów i rozmaitych innych przeszkód. Tego dnia na przykład ekstremalną zawalidrogą był zakopany w błocie transport drewna – ogromny ciągnik z załadowaną przyczepą – tarasujący w poprzek wąziutką ścieżkę w głębokim lesie. Po lewej stronie zarośnięty stok opadał stromo w dół, po prawej nie mniej zarośnięty stok wznosił się stromo w górę. Staliśmy bezradnie, Józek na swoim młodziutkim Rodosie kombinował jaki  wariant wybrać. Wbijał się Rodosem jak taranem w busz i testował różne rozwiązania, aż w końcu zawołał że mamy jechać. To i podobne zdarzenia trwały zawsze spory czas, ale jakoś pokonywaliśmy trudne miejsca.

28. Bieszczadzkie klimaty 29. Transport drewna utopiony w błocie zatarasował drogę


Nagrodą był wyjazd na Przełęcz Nasiczniańską, gdzie dech zapiera. Po prawej stronie widać z dość bliska Połoninę Wetlińską, Jawornik i Dwernik-Kamień. Po lewej pyszni się Magura Stuposiańska i dalej Halicz, Bukowe Berdo oraz Tarnica, najwyższy szczyt Bieszczadów. Po Przełęczy poza sesją fotograficzną zazwyczaj galopujemy na dość długim odcinku, jednak w tym roku zastaliśmy tam drewniany stół z ławkami, oraz samotnego turystę. Józek nie zaryzykował galopu, może się obawiał że konie się spłoszą. Ale w miejscu tak pięknym szkoda galopować, lepiej patrzyć. Po chwili zaczął się zjazd na dół, cały czas mając na widoku wspaniałą panoramę. Dotarliśmy do nieistniejącej wsi Caryńskie, gdzie czekał już wóz, zimne piwo i zupa fasolowa.

30. Zjazd z Przełęczy Nasiczniańskiej 31. Biwak w nieistniejącej wsi Caryńskie

 

Niestety nie było gdzie usiąść, ale każdy jakoś sobie poradził. Pogoda była piękna, ciepło bez upału, w  pobliżu szemrał Potok Nasiczniański. Nie było żywego ducha, istna sielanka. Wóz tego dnia także jechał leśną drogą, więc wszyscy mieli fun. W powrotnej drodze druga grupa pogalopowała na Przełęczy, bo turystów nie było, a koniki trochę się zmęczyły drapaniem pod górę i było bezpieczniej. Potem, bliżej domu, na napotkanej łące, galopowaliśmy ponownie.

32. Wracamy na Przełęcz Nasiczniańska 33. Na Przełęczy Nasiczniańskiej jest cudnie
34. Na wozie też było pięknie i bardzo wesoło


Wieczorem tego dnia robiliśmy wianki. Jak zwykle było bardzo mało czasu na ich uplecenie, gdyż wróciliśmy do domu po 17.00, a odprowadzenie koni, wcześniej napojenie ich – trwało zawsze dość długo. O odpoczywaniu tradycyjnie nie było mowy. Ale co to dla nas, starych harcerzy. Na obiad wszyscy stawili się ukwieceni i mimo posuchy kwiatkowej każda głowa prezentowała się wspaniale. W kwiatkowej dekoracji obiad smakuje podwójnie, chociaż Gosine obiady nie wymagały żadnej dodatkowej zachęty.
Po obiedzie poszliśmy na most zwodować wianki i jak zwykle żal się było z nimi rozstać. Jakiś czas dobrze się bawiliśmy w ukwieconej scenerii, a Jaga spontanicznie zaśpiewała pasującą do klimatu piosenkę o urodzie, nakręcając dobry nastrój grupy.

Oj siano siano, za sianem woda, gdzie się podziała moja uroda,
Moja uroda po świecie chodzi i ładnech chłopców za sobą wodzi.
Niech sobie wodzi, niech jej Bóg płaci, moja uroda ziónka nie straci.
Jeden straciła, jeden łuziła, jesce jo będę w zionku chodziła.
Pójdę nad rzeczkę, zatrzymam wodę, może odnajdę moją urodę.

Aplauz był wielki, a dziewczyny ukradkiem rozglądały się za swoją urodą, choć prawdę mówiąc nie musiały tego robić, bo jak twierdzili panowie – w pięknych wiankach wszystkie były piękne (bez wianków ponoć też).

35. Wieczór wiankowy 36. Wianki popłyną do Bałtyku, o ile nie zawisną gdzieś po drodze


Wody w Sanie było bardzo mało, tak że zachodziła obawa, iż nie wszystkie odpłyną do morza, co było celem przedsięwzięcia. Jak wiadomo wianki w morzu gwarantują morze szczęścia. Większość przebiła się jednak przez meandry nieruchomej wody, a te które zawisły na konarze czy kamieniu z pewnością załapią kiedyś więcej wody i pognają za pozostałymi.

Lato za suche by wianków się pozbyć,
Za mało wody jest w Sanie.
Stefan nalewką chciał czynić cuda,
Lecz nie był zrobić nic w stanie.

W piątek zrobiło się bardzo gorąco, a celem wyprawy był biwak pod Sękowcem. W  planie było nagrywanie filmu dla Ety w ramach prezentu ślubnego (jesienią biorą prawdziwy ślub z Paulem), więc osoby które planują wyjazd do Australii na tą uroczystość i automatycznie miały zagrać w filmie kręconym na wozie, nie mogły być w tym samym czasie w leśnej głuszy.  Więc tym bardziej był problem z rozdziałem koni i organizacją zmian jazdy, ale jakoś w końcu ruszyliśmy. Józek na wszelki wypadek zostawił dwa konie w stajni, ale i tak potem nie pasowało.

Ety i Paula wesele wkrótce,
Fotografuje kto umie,
Żeby im zawieź klimat bieszczadzki
I życzyć szczęścia w bedroomie.

Konni przedzierali się przez zarośniętą puszczę, aczkolwiek udało się cztery razy zagalopować na mijanych łąkach. Nie były to oszałamiające dystanse, gdyż najczęściej łąka stanowiła równię pochyłą – pokonywaliśmy ją albo w dół, albo w górę. Ale zawsze coś. Po dwóch godzinach dojechaliśmy na biwak, forsując pod koniec wyjątkowo trudny wyjazd z Sanu. Tymczasem ekipa filmowa pracowała na wozie, kontynuując kręcenie  potem na biwaku. W międzyczasie zapłonęło ognisko i przystąpiliśmy do pieczenie kiełbasek. Do kiełbasek przyjechała musztarda, keczup i herbata, brakło tylko chleba. Ponieważ wozowi kupili po drodze w Chmielu słodkie bułki, wcinaliśmy kiełbasę z drożdżówkami.

37. Wóz dojeżdża do Sękowca 38. Ala z gracją zfruwa z wozu  39. Biwak w Sękowcu


Drogę na biwak wymyślił Józek inną niż poprzednimi laty, bardziej przez góry, ale mniej ją znał. Przedzieraliśmy się więc przez jeszcze dzikszą puszczę niż zwykle. W drodze powrotnej trzymał się mniej więcej swojej trasy, posiłkując się częściowo oznaczeniami szlaku konnego, które wcześniej zrobił Jarek, ale które raz były, raz ginęły. W końcu oznaczenia całkowicie zaginęły w gęstwinie i totalnie pobłądziliśmy. Przez długi czas las był mroczny i nie przejezdny, nie było najmniejszego śladu ścieżki czy choćby jakiegoś przerzedzenia, gdzie byłoby trochę łatwiej. Staraliśmy się chronić głowy i kolana, bo manewrowanie miedzy gęsto rosnącymi drzewami, nisko zwisającymi  gałęziami i gęstym podszytem nie było łatwe. Józek twierdził że wie gdzie jest, ale tak kluczył, że nasuwały się wątpliwości. Był to bez wątpienia najdzikszy kawałek puszczy na rajdzie. Wpadliśmy też w gniazdo os, gdzie Eldik oszalał i zrobiło się niebezpiecznie. Ale jakoś wydostaliśmy się z tej matni i po godzinie kluczenia osiągnęliśmy łąkę i nadwątlona orientacja została przywrócona.

40. Mega błądzenie 41. Nowe chłopaki prezentują swoją poezję


Po obiedzie Jurek z Markiem oznajmili, że są gotowi zaprezentować swoją poezję. Dojrzewali kilka dni aż dojrzeli. Przyjęliśmy z zadowoleniem ten komunikat i po sutym posiłku zasiedliśmy przed domem na ławkach i czekaliśmy na występ. Chłopcy bardzo się postarali, występ przyjęto z aplauzem.

W Dwerniku „U Szeryfa” raz, Stare Konie spędzały czas,
Nasz oddział geriatryczny  po stołku na konia wlazł,
Ruszyliśmy z kopyta do koryta na popas.
Gnaliśmy potem jak cholery jasne,
Bieszczady były nam za ciasne…..

W nagrodę poeci dostali gustowne poddupniki i packi na muchy. W minionych latach muchy bardzo nam na pokojach dokuczały i takie packi były bardzo pożądane. W tym roku na szczęście much nie było, ale dobra packa nie jest zła, zawsze się przyda. Nie mówiąc o poddupniku.
W sobotę wybraliśmy się do Białej Stajni z biwakiem pod Smolnikiem. Smolnik to łąki i galopy, ale najpierw trzeba przebić się przez bardzo nieprzyjazny szlak wzdłuż Sanu, gdzie zawsze jest bardzo trudno. W tym roku zarosło jeszcze bardziej, jest to właśnie ten szlak o którym była mowa wyżej, którym dwa lata nikt nie jechał. Umęczyliśmy się okrutnie, chwilami beznadziejnie błądząc. Maczeta nie ustawała w pracy. Okrasą był piękny biwak na brzegu Sanu. Zagubieni konni znaleźli jakoś drogę i dojechali na czas, tak że wszyscy razem przystąpili do konsumpcji wspaniałej grochówki. Wsuwaliśmy po dwa talerze, a może i po więcej. Nikt nie myślał o kaloriach i figurze.

42. Cudny biwak w Sanie 43. Nad Sanem spędziliśmy piękny czas


Po biwaku przekroczyliśmy szosę i wjechaliśmy na słynne łąki nad Smolnikiem, gdzie każdego roku wydarzał się jakiś przykry incydent. Są to łąki poprzegradzane szpalerami drzew i krzaków, gdzie w każdym szpalerze czai się groźny rów. Co roku ktoś tu spadał, często jako skutek skoku konia przez rów. Tutaj  przeżyliśmy też atak psów pasterskich, tutaj wuja został oskalpowany. Ale też tutaj od szpaleru do szpaleru galopowaliśmy, nadrabiając wcześniejszą posuchę w tym temacie.  Niestety tego roku trafiliśmy na trawę tak wysoką, że galopować się nie dało – w wysokiej trawie nie widać nierówności podłoża i tym bardziej ukrytych niespodzianek. A taką niespodzianką był np. drut, w który wpadła Czantoria pod Marysią.  Co długi, poskręcany kawał drutu robił na tej odludnej łące nie wiadomo, ale tradycji stało się zadość, coś się musiało nie fajnego zdarzyć. Józek ruszył do pomocy i na szczęście potulna Czantoria grzecznie stała w oczekiwaniu aż jej  kończyny zostaną oswobodzone z  drutu, ale było to nieprzyjemne. Potem pokłusowaliśmy trochę, jednak każdy kolejny rów wymagał oczyszczenia maczetą, więc co rusz staliśmy. Tego dnia było gorąco jak w piekle, gzy cięły niemiłosiernie. Przy jednym rowie było szczególnie dużo roboty i konie zaczęły tracić cierpliwość. Rodosa dał Józek do trzymania Formisi, ale oba konie nie mogły ustać spokojnie i „tańcowały” zlane potem, aż w końcu Melisa zaczęła stawać dęba. Kowbojka na ile mogła trzymała dodatkowego konia, lecz gdy zaczął się kłaść na Melisę, prawdopodobnie w potrzebie wycierania swędzącej, spoconej skóry, w końcu go puściła. Okazało się potem, że czwarty palec prawej ręki kowbojki został tak zmasakrowany, iż po rajdzie wymagał długotrwałej rehabilitacji. Nie ugalopowaliśmy się więc, a były szkody. Ale tak to jest na tych łąkach. Gdy wreszcie opuściliśmy pechowe łąki było jeszcze błądzenia bez liku, spory czas nie dało się wytchnąć.
W końcu nastała Biała Stajnia, zimne piwo i chwila relaksu. Konie puszczone na trawę tarzały się bez końca. Biała Stajnia na stokach Otrytu to magiczne miejsce, lubimy tam bywać, mimo ze dotarcie do niego wymaga wielu cierpień. Konie zostały tam na noc, nas samochodami odwieziono do Dwernika.

44. Pechowe łąki nad Smolnikiem 45. Magiczna Biała Stajnia


Tego dnia obiad był pod wiatą, przepyszny i nie do przejedzenia, bo poprawiony grillem. Był to obiad pożegnalny dla trzech osób, które rano musiały wyjechać. Z powodu żegnania tych trzech osób szeryfa odśpiewała swój tradycyjny hymn, nie czekając na koniec rajdu. Tworzyła go cały dzień. Hymn nas ubawił, choć generalnie wieczór był dość nostalgiczny. Poszczególne zwrotki hymnu są wplecione do niniejszej kroniki.
W niedzielę zawieziono nas do Białej Stajni i po zwyczajowych czynnościach ruszyliśmy w świat. Pomiędzy Białą Stajnią, Lutowiskami i Smolnikiem rozpościerają się bezkresne łąki i dopiero tego dnia ugalopowaliśmy się za wszystkie czasy. Dzień był cudny, może trochę za gorący, ale na łąkach było czym oddychać. Nie obeszło się bez trudnych ścieżek pełnych błota, małych bagienek, pionowych uskoków, gęstego lasu wymagającego rąbania. Przeważały jednak łąki i cudne  panoramy – horyzont wprost zasłany był górami, w tym ukraińskimi. Chwilami jechaliśmy tak blisko Ukrainy, że widać było słupki graniczne.

46.  Za tym najbliższym laskiem jest Ukraina 47.  Takie chwile są warte wszelkich cierpień

 

W trakcie jednego z galopów rozległ się z tyłu znany sygnał: „stop, stójcie”. Józek i ci bardziej z przodu nie wiedzą w takiej sytuacji co jest powodem zatrzymania kawalkady, zawsze jest obawa, czy to nie kolejny upadek. Tym razem spadła chusta z szyi Macieja, czego on sam nie zauważył. Twierdził, że gdyby zauważył, machnąłby ręką na chustkę, tym bardziej że odzyskiwanie jej trwało kupę czasu. Ale w czasie zatrzymanki zobaczyliśmy w niedalekiej odległości od czoła  gromadkę dzików, trzy mamusie plus kupa dzieci. Gdyby galop trwał w najlepsze, być może doszłoby do czołowego zderzenia z dzikami. Więc chwała ci chusto. Ten przerwany galop nie zmienił faktu, że generalnie galopu było dużo. Tą jazdę można by podsumować: galop – rąbanie lasu – stop na zachwyty – galop – rąbanie lasu – stop – galop – rabanie lasu – stop… itd. Niestety te wspaniałe przeżycia dotyczyły tylko pierwszej grupy. Druga grupa ponownie przedzierała się  uciążliwym szlakiem wzdłuż Sanu, gdzie Józek bez końca rąbał las i nawet w pewnej chwili totalnie pobłądziliśmy. Józek zawsze przestrzegał zasady aby obie grupy doświadczały mniej więcej tego samego, ale nie zawsze jest to możliwe. Jak również wiadomo, że sprawiedliwości nie ma na świecie.
Wieczorem odbyliśmy spacer na most, potem siedzieliśmy przy ognisku śpiewając. Poprzedniego dnia dojechała Kasia, więc był koncert na skrzypce oraz na dwie harmonijki. Generalnie  byliśmy dość zmęczeni i wieczór miał charakter nostalgiczny. Na drewnianym stoliku mamiły flaszeczki upadkowe, ale nie budziły zainteresowania, nijak nie dało się ich opróżnić. Część pojechała do domu.
A propos negatywnych zdarzeń na rajdzie można jeszcze odnotować, że jedna kowbojka została kopnięta przez konia, a jedna ugryziona. Raczej był to wynik nieuwagi niż złej woli końskiej, ale statystyka wypadkowa była wysoka na tej  inauguracji  trzeciej dekady.

48.  Nasz przedostatni biwak 49. Będziemy pamiętać te chwile


W poniedziałek od rana panował upał, mieliśmy jedynie pociechę że we Wrocławiu czy Łodzi jest gorzej. Pojechaliśmy do miejsca zwanego Gajówki w rejonie Chmiela. Droga wiodła starym, przewiewnym lasem bukowym, więc było przyjemnie i relaksująco. Co prawda zdarzały się czasem nieprzejezdne, gęste krzaczory, były też dość strome zjazdy i podjazdy, ale był to przysłowiowy pikuś w porównaniu z poprzednimi dniami. Tym niemniej dzień bez przygody to dzień stracony.
Gdzieś w gmatwaninie leśnych ścieżek zdarzyło się, że trzech ostatnich kowboi zgubiło ślad.  W leniwym stępie często niektóre konie robią zbyt duże odstępy między sobą, ale na prostej drodze niczym to nie skutkuje. Gdy jednak Józek skręca nagle ze ścieżki w las, albo z wyraźnej drogi na mało widoczną ścieżynę, przy dużych odstępach łatwo jest przegapić taki skręt. Tak się właśnie zdarzyło. Trzech ostatnich kowboi pojechało prosto, gdy poprzednicy dawno skręcili w bok. Podobno Czantoria miała zamiar skręcić we właściwą ścieżkę, ale  została pokierowana do przodu, więc grzecznie posłuchała. Po jakimś czasie jeźdźcy zorientowali się że coś nie gra i zaczęli głośno wołać.  Na szczęście czołówka nie odjechała zbyt daleko, usłyszeli wołanie i dali głos. Nie doszło do przykrych konsekwencji.

Konie jak zawsze dzielnie wędrują,
Hermes i Rodos jak stare.
Czantoria czasem gubiła drogę,
Potem łapała namiary.

Biwak można określić jako sielankę – był smaczny żurek, miłe lenistwo i koncert na podwójne organki. Były pogaduszki w podgrupach i czasem na pieńku lub na wozie drzemka się komuś udała. Ale dominowała smutna prawda, że rajd dobiegał końcaa.
Powrotna droga wyglądała podobnie, tyle że tradycyjnie przed samym Dwernikiem Józek poprowadził kawalkadę na tyły wsi, gdzie wydostawaliśmy się zazwyczaj na cudne łąki i na zakończenie były ostre galopy. Tym razem w szpalerze zarośli pogalopowaliśmy trochę, jednak w pewnej chwili przed końmi pojawiło się spore stadko dzików, więc czym prędzej przeszliśmy do stępa, usiłując nie dogonić miłych zwierzątek. Potem cudnymi łąkami zjechaliśmy do wsi, ale z powodu zbyt wysokiej trawy nie galopowaliśmy więcej. Tym samym zakończyliśmy tegoroczną przygodę rajdową. 

50. Biwak na Gajówkach 51. Ostatnie zachwyty


Jazdy trwały codziennie po ok. dwie godziny na grupę, jedynie ta ostatnia była nieco krótsza. Wyjeżdżaliśmy koło 11 – 11.30. Pobyt na biwaku to kolejne dwie godziny, a około godziny lub nawet dłużej trwało pojenie koni po powrocie do domu i odprowadzanie ich w góry. Tak że obiady jadaliśmy 18.30 – 19.00. Potem ognisko, spacery, rozmaite atrakcje. Wspomnieć też należy, że każdy dzień zaczynał się od gimnastyki prowadzonej przez Wojtusia, w której uczestniczyła większość rajdowiczów. Jak więc  widać czasu na odpoczynek ani na dłuższe pospanie nigdy nie było, ale do tego zdążyliśmy przywyknąć, odpoczywać trzeba w domu.
Po ostatnim obiedzie dziękowaliśmy Józkowi, Małgosi i Jarkowi. Mieliśmy oczywiście prezenty – nasz przewodnik dostał dekoracyjne ogłowie z wędzidłem, a Gosia dwie przytulne poduszki, przydatne na zimowe wieczory, gdy w obejściu zagości pustka.

52, Do widzenia Józiu… 53. Baj baj Małgosia


Ale przygód bynajmniej nie był koniec. Gdy późnym wieczorem Józek udał się w góry zwizytować swoje stadko na pastwisku, okazało się, że stadko znikło jak kamfora. Zrobił się popłoch i wszczęto alarm.  Jarek pojechał w góry jeepem, Józek i kilku chłopaków ganiało po lesie w zupełnych ciemnościach pieszo. Prawdopodobnie pretekstem do ucieczki był fakt nie podłączenia prądu w elektrycznym pastuchu. Konie być może nie zamierzały uciekać, bo gdzie im będzie lepiej, ale skoro nie było ogranicznika ich posesji, po prostu rozpierzchły się po lesie. Trudno dociec co siedzi w końskiej głowie, dość że po godzinie poszukiwań stadko zostało odnalezione i po złapaniu Gasa pozostałe grzecznie przydreptały za nim na pastwisko.
Ale co było emocji to było. Jednym słowem rajd był niezwykle emocjonujący i nie pozostaje nic innego jak zaraz po Bożym Narodzeniu szykować się do następnego.

 W trzydziestolecie weszliśmy dzielnie
Jak młode źrebaki sprzed laty.
Trzymajmy dalej formę i zdrowie,
Przed nami program bogaty.

54. Baj baj koniki 55. Za rok wrócimy
 
 
Kliknij na zdjęcie aby powięjszyć
 
 
Tekst: Ewa Formicka (Formisia)
Przerywniki poetyckie: Szeryfa, Jurek Kupa, Marek Zając, piosenka kaszubska
Zdjęcia: Formisia, Marek Zając i inni

Wstawiła na stronę:Formisia 

 

 

Nowinka 6 – 8.05.2022 r.

 

 

W dniach 6 – 8 maja 2022 r. odbył się kolejny spęd „Starych Koni”, gdyż Stare Konie mają  co prawda w nazwie „stare”, ale jak każdy widzi są wiecznie młode i wiecznie spragnione aktywności. Nikt z tego grona nie zamierza zagnieździć się w fotelu, oglądać seriale i biadolić gdzie strzyka. Wiadomo że strzyka wszędzie, ale wiadomo też, że na wszelkie bolączki najlepszy jest ruch, świeże powietrze i dobre towarzystwo. Więc po wcale też nie leniwej zimie (narty, wędrówki), postanowiliśmy się spotkać w szerszym gronie.
Na miejsce spędu ponownie wybraliśmy „Nowinkę”  w Masywie Śnieżnika, gdyż „Nowinka” nie mając co prawda pięciu gwiazdek jest klimatyczna i bezpieczna. A szefowa Kasia i jej załoga są tak charyzmatyczni, że chętnie się do nich przyjeżdża.

1. Znowu w Nowince 2. Tu byliśmy

 

Tym razem przybyło 16 osób, w tym aż 5 źrebaków/wnuków, co było nowością. Dostaliśmy wygodne pokoje jedno- i dwuosobowe z łazienkami, a Kasia dobrze nas karmiła, improwizując w kuchni i tworząc ciekawe dania.

3. Zwierzęta w Nowince są bardzo przylepne 4. Wszędzie pieski 5. Kolejna przylepa się przylepiła

 

Jak napisano w poprzedniej relacji z „Nowinki”, jest tam dużo wszelkich zwierząt – kotów, psów, kóz i koni rzecz jasna – ale tym razem trochę tej menażerii było pochowanej ze względu na naszych alergików. Tym niemniej i tak w końcu plątało się pod nogami sporo zwierzyny. Było też więcej niż zwykle dzieci, gdyż Kasia od marca przygarniała uchodźców ukraińskich i w czasie naszego pobytu była ich jeszcze liczna gromadka. Były to głównie kobiety z dziećmi. Kobiety dzielnie pomagały w porządkach i w kuchni, wyręczając szefową z wielu zajęć. Z naszych dzieci były trzy wnuczki Reni i Andrzeja oraz dwoje wnuków Marysi.
Trafiliśmy na piękną pogodę,  więc używaliśmy powietrza i słońca bez ograniczeń. A koniki czekały.

6. Przyjechaliście? 7. Na pastwisku pod górami 8. Błogi spokój

 

W piątek ludzie zjeżdżali się do późnego popołudnia, ale kilka osób przyjechało wcześniej i te osoby zaraz po wyjściu z samochodu wskoczyły w siodła i ruszyły w  majowe góry i kwitnące dróżki. Doznali chwili grozy, gdyż jeden z koni o mało nie rozdeptał żmii wygrzewającej się na środku polnej drogi, a opisany był  kiedyś przypadek, że żmija uśmierciła konia swoim jadem. Tym razem nic się nie stało, ale w wędrówkach nie lekceważmy tego zagrożenia.
Pod wieczór poszliśmy na spacer do starego kamieniołomu.

9. Jazda piątkowa 10. Spacer do kamieniołomu

 

W sobotę po śniadaniu odbyły się dwie jazdy konne. Pierwsze jazda była zorganizowana pod kątem wnuczek Reniowych, które bardzo chciały przejechać się w prawdziwy teren. Organizator musi najpierw przetestować umiejętności klienta, więc zrobili dziewczynkom odrębną jazdę, w towarzystwie obstawy. Grupa pojechała  łąkami wkoło wsi, głównie stępem i troszkę kłusem.

11. Wnuczce trzeba zaimponować 12. W sobotę rusza w teren pierwsza grupa

 

Po powrocie pierwszej grupy koni dosiadł zasadniczy skład starokoński, w towarzystwie prowadzącej Emilki i obstawiającej tyły Wiktorii. Jazda była piękna, gdyż świat był piękny. A koniki nowińskie są spokojne i bezpieczne, więc nic, tylko się zachwycać widokami i cieszyć galopem po żółtych od mniszka łąkach.

13. Bezkresne łąki 14. W majowym lesie

 

Druga jazda trwała ponad dwie godziny. Najpierw pojechaliśmy leśnymi dróżkami w stronę Goworowa, chwilami wspinając się mocno do góry. Widzieliśmy Goworów w dole, a dalej Góry Bystrzyckie. Potem trochę plątaliśmy się po różnych nieznanych ścieżkach, mniej lub  bardziej przejezdnych, by ostatecznie zjechać z powrotem na łąki i przez kolejną godzinę buszować po nich, galopując ile się dało.

15.  W dole zostawiamy Goworów 16. Miły relaks po jeździe

 

Osoby nie jeżdżące konno zażywały leniwego relaksu przed domem, ciesząc się swoim towarzystwem w wiosennych okolicznościach przyrody. Po jeździe Kasia przygotowała „coś na ząb”, gdyż do obiadokolacji nie dotrwalibyśmy, a w Nowince nie ma ani sklepu, ani tym bardziej jakiejkolwiek jadłodajni. Dostaliśmy kanapki, ciasto, owoce i napoje. Posiedzieliśmy godzinkę w ogrodzie i posileni ruszyliśmy realizować kolejny punkt programu, czyli wyprawę do kaskad Nowinki. Nowinka to tak naprawdę mała rzeczka płynąca przez wieś, bo wieś nazywa się Nowa Wieś. W lesie ponad wsią Nowinka spływa z gór tworząc w pewnym miejscu urocze kaskady, ale najpierw trzeba przemaszerować godzinę od skraju lasu, cały czas łagodnie pod górę. Ponieważ czas był napięty, do skraju lasu podjechaliśmy samochodami, by nie tracić czasu na marsz asfaltem po wsi. Wędrówka majowym lasem była sama w sobie dużą przyjemnością, gdyż maj jest jak wiadomo najpiękniejszym miesiącem w roku, wszystko wkoło śpiewa i pachnie. A szum strumienia to balsam na duszę, więc osiągnięcie celu nie było bezwzględnie wymagane – każdy uszedł tyle ile chciał i mógł. Natomiast do kaskad dotarło  siedem osób, więc wynik całkiem  dobry.   

17. Idziemy na wyprawę 18. Urokliwa Nowinka
19. Kaskady Nowinki 20. Cel wyprawy osiągnięty

 

Po powrocie do domu zalecany był pośpiech, gdyż do obiadu zostało pół godziny, a wyprawialiśmy imieniny Olowi i trzeba się było wystroić i nie spóźnić. Więc odpoczywania nie było, ale na naszych spotkaniach to bynajmniej nic nowego.
Olo nie był uprzedzony co knujemy, więc miał całkowitą niespodziankę. Były prezenty i przemówienie Marysi, odpalono szampana i życzyliśmy Olowi i sobie przewodniej roli naszego Pasterza po wieczność. Był to bardzo miły wieczór, okraszony smacznym i oryginalnym obiadem. Udało się wreszcie opróżnić ostatniego szampana z grupy tych, które zjeździły z nami już kilka imprez od rajdu poczynając i „nie chciały się wypić”. Wreszcie ostatniego wypiliśmy.

21. Imieniny Ola 22. Goście dopisali
23. Solenizantowi życzymy wszystkiego najlepszego 24. Spędziliśmy piękny wieczór

 

W dobrych nastrojach przenieśliśmy się do ogniska, które w międzyczasie zapłonęło, a kiełbaski czekały. Ogień i zapach dymu to także miód na duszę, tym bardziej że niebo zaroiło się od gwiazd i powiało wakacjami. Można by tak siedzieć bez końca, niestety chłód zaczął eskalować i przed  23.00  było już zbyt zimno aby siedzieć dłużej.

25. Wieczorne ognisko 26. Ogniskowy dym to balsam na duszę

 

W niedzielę organizatorzy zaryzykowali i zezwolili na jedną wspólną jazdę, czyli na wyjazd w teren grupy łącznie z wnuczkami. Jedna z dziewczynek radzi sobie w siodle całkiem nieźle, ale druga nie jeździła jeszcze w teren. Prowadząca jazdę Emilka miała decydować na bieżąco ile będzie kłusa i czy da się zagalopować. Powstał jednak inny problem – czy starczy koni. Chętnych do jazdy naliczyliśmy 10 osób. W Nowince jest co prawda koni w bród, ale koń koniowi nie równy. Więc Kasia z Emilką głowiły się chwilę które konie pójdą i które trzeba ściągnąć z pastwiska. Ostatecznie każdy chętny dostał wierzchowca i ruszyliśmy w świat. Pojechaliśmy łąkami w stronę Międzygórza, mając cały czas otwarte panoramy przed oczami i wiele kwitnących drzew po drodze. Zagalopować się nie udało, koń jednej z dziewczynek okazał się zbyt aktywny. Jednak jazda dała wszystkim dużo przyjemności, a trwała ok. 1,5 godziny. Radzili sobie i starzy i całkiem młodzi, a zupełnym ewenementem było iż koło siebie jechała i babcia i wnuczek.

27. Babcia podąża za wnuczkiem 28. Świat jest piękny, szczególnie z końskiego grzbietu
29. Młodzi, młodsi i najmłodsi w siodle…
30. Chwilo trwaj… 31. Po jeździe na pastwisku

 

Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejne spotkanie starokońskie. Doładowaliśmy akumulatory i bez żalu można było wracać do domu. Jedni odjeżdżali zaraz po jeździe, inni posiedzieli jeszcze trochę w ogrodzie przy herbacie i kawie, nie śpiesząc się zbytnio. Pięć osób pojechało jeszcze na obiad do ciekawego Vegan House w Nagodzicach, gdzie jak nazwa mówi karmią wegańsko, dania są oryginalne i bardzo smaczne.

32. Miłe chwile w Nowince 33. Ciekawe miejsce – Vegan House

 

Kolejny spęd Starych Koni przeszedł do historii.

33. Baj baj koniki

 

Kliknij na zdjęcie aby go powiększyć.

Tekst i większość zdjęć: Formisia